Początkowo myślała, że kłótnia z Wężyną bardziej odbije się na jej rzeczywistości. Jednak minęło parę księżyców i nic szczególnego się nie działo. Oczywiście nie rozmawiała już z byłą przyjaciółką, ale po tym wszystkim i tak nie miała na to ochoty. O ile początkowo czuła się zdradzona i rozgoryczona, teraz udawało jej się po prostu wyprzeć egzystencję szylkretki ze swoich myśli. I mimo że nadal każda wzmianka o Wężynowym Kle powodowała u niej ból, to nadal nie było tak źle, jak myślała, że będzie. Powoli zaczęła wracać do rutyny. Wstawanie o świcie, układanie sobie futra, raport od Błękitnej Laguny (z którym nadal niezbyt naprawiła relacje), rozmowy z różnymi kotami, ewentualne zebrania klanu i od nowa. Większość kotów może byłaby takim życiem znużona, ale w tej chwili to było to, czego Mandarynka potrzebowała. Po księżycach ciągłych zmian i próby utrzymania wewnętrznej równowagi, balansując pomiędzy odpowiedzialnością za klan i własnym dobrobytem, wreszcie miała chwilę wytchnienia. Niestety nawet mimo tego dawna Mandarynka nie mogła przejąć sterów. Przywódczyni spychała swoje prawdziwe “ja” na dalszy plan. Tylko w ten sposób mogła kierować klanem. Siedziała w swoim legowisku wewnątrz pnia sumaka, delektując się błogim spokojem. Nie mogła za bardzo liczyć na cieplutkie promienie słońca i ćwierkanie ptaków ze względu na obecną porę opadających liści, ale sama świadomość, że miała spokojny kącik osłaniający ją od chłodu, budził w niej małą iskierkę radości. Wtem usłyszała chrząknięcie, które zakłóciło jej sielankę.
— Wejdź Błękitna Laguno — powiedziała, powstrzymując się od zaciśnięcia zębów. Od czasu pominięcia ceremonii Flaminga i nieuczynienia go częścią rodu królewskiego zastępca wydawał się dużo bardziej spięty, szczególnie podczas rozmów z nią. Ona też już mu nie ufała. Ich silna więź matki z synem, na której podstawie uczyniła go zastępcą, już w sumie nie istniała. Zaufanie, którym obdarzyła go na przykład podczas zlecenia zabójstwa Baśniowej Stokrotki, wyparowało. Ale kto mógł ją winić? Laguna za każdym razem schrzaniał wszystko, co mu powierzyła lub wychodził z inicjatywą, która miała zły rezultat dla niej. Powoli zaczęła zastanawiać się nad zmianą zastępcy. W końcu, jaki miało sens trzymania tak niekompetentnego kota na tym stanowisku? Jaki miało sens trzymanie kota, który być może planował zamach na jej życie, na stanowisku doradcy? Na razie jednak wstrzymywała się od tych decyzji. Musiała je jeszcze dużo bardziej przemyśleć. W końcu kandydatów nie było za dużo. Siostry nie zamierzała prosić. Tak, byłaby świetna jako zastępczyni, ale czuła, że Alga nie powinna się już zamęczać większą ilością obowiązków. To ona jako młodsza kotka wybrała władzę ponad wszystko i teraz musiała żyć z konsekwencjami tych decyzji. Nie chciała, żeby siostra musiała się przepracowywać ze względu na jej kaprys. Szałwiowe Serce też odpadał. Pomimo tego, że miała do niego kilkukrotnie większe zaufanie niż do czarno-białego syna, Klan Nocy nadal nie był w stanie mu zaufać po jego zdradzie. Próbowała to naprawić, ale jak zwykle powierzyła zadanie Lagunie i nic z tego nie wyszło. Dodatkowo nie wiedziała, czy point sam chce wyjść na prostą. W końcu ona nic nie wskóra, o ile wojownik sam nie będzie próbował. Została Czyhająca Murena. Niby bezpieczny wybór, brała ją pod uwagę podczas pierwotnego wyboru zastępcy. Była szanowana i miała syna. Nadal jednak nie wiedziała, czy może jej ufać po wyborach na przywódcę i jej pierwotnym głosie na Algę.
— Czyhająca Murena przyszła na rozmowę. — Niebieskooki od razu przeszedł do sedna. Najwyraźniej wolał, żeby ta interakcja była jak najkrótsza. Srebrna podzielała to zdanie.
— Niech wejdzie.
Kocur skinął głową i wyszedł, a po chwili na jego miejscu pojawiła się jej pomarańczowooka córka.
— Witaj Czyhająca Mureno.
Wojowniczka skinęła głową na powitanie.
— Witaj, masz może czas na spacer? Chciałabym porozmawiać o czymś na osobności.
Nie było w tym nic dziwnego. Dawno nie rozmawiały, więc to logiczne, że Murena mogłaby chcieć coś omówić. Ona jednak nie miała zbytnio ochoty na wyjście z legowiska o tak wczesnej porze. Wolała mieć teraz czas w samotności na przemyślenia. Nie mogła też raczej wyjść z nią wieczorem ani w środku dnia, bo wojowniczka pewnie byłaby na patrolu. Lepiej było przesunąć to na następny dzień i poinformować Lagunę o tym, żeby nie wysłał czarno-białej na patrol w czasie ich spotkania. No i żeby patrole omijały miejsce, gdzie będą. W końcu miała to być rozmowa prywatna.
— Dzisiaj jestem zajęta. Proponuję jutro przed wyruszeniem porannych patroli w okolice Zrujnowanego Mostu. Od strony Brzozowego Zagajnika.
Kącik ust wojowniczki uniósł się lekko.
— Powiadomię Błękitną Lagunę. — Przywódczyni odprawiła kotkę, a ta wyszła.
***
Następnego dnia tuż po porannej toalecie ruszyła na umówione miejsce spotkania. Chłodne powietrze w połączeniu z mokrym futrem po wypłynięciu z obozu powodowało ciarki przechodzące z jednej części ciała na inną. Atmosfera była… na pograniczu niepokoju i kojącego spokoju. Było cicho. Z kluczami ptaków już dawno poza terenami klanu jedyne odgłosy, jakie Mandarynka mogła w tej chwili słyszeć to dźwięk własnych kroków i szum płynącej rzeki. Z jednej strony relaksujące, z drugiej przerażające. Ona należała do grupy kotów, które wstawały rano, więc odbierała to raczej w ten pierwszy sposób. Kiedy dotarła na miejsce, zauważyła, że była pierwsza. No nic. Musiała poczekać na Czyhającą Murenę. Na pewno przyjdzie na czas. Usiadła na brzegu rzeki idealnie pomiędzy dwoma pierwszymi słupami Zrujnowanego Mostu. Wszystko było otulone mgłą, unoszącą się nisko nad wodą. Nic dziwnego. W końcu był bardzo wczesny ranek. Owinęła ogon wokół łap, starając się wygładzić swoje zmierzwione ze względu na chłód futro. Kiedy skończyła, pochyliła się nad taflą wody, próbując się przejrzeć. Widoczność blokowała jej jednak warstwa mgły. Pochyliła się, więc bardziej, prawie dotykając nosem wody. Wtedy usłyszała ciche kroki. Planowała odsunąć pysk od tafli i obrócić się, żeby przywitać Czyhającą Murenę, ale to wydarzyło się za szybko. Nagle zobaczyła w odbiciu białą łapę, zanim zdążyła zareagować, poczuła nacisk na tył swojej głowy, a po chwili wilgoć i chłód otaczający całą jej głowę. Udało jej się zauważyć bąbelki powietrza, które zaczęły uciekać z jej ust i pyska. Miała wrażenie, że zobaczyła też szczupaka płynącego w jej kierunku. Zdążyła tylko zacząć się wyrywać, zanim… Ciemność.
***
Zaczęła odzyskiwać przytomność. Zamrugała kilka razy, zanim była w stanie przyzwyczaić się do światła. Poczuła trawę pokrytą rosą pod łapami i wszechobecny chłód. Rozejrzała się. Wiedziała, gdzie jest. Ten widok napełnił ją lekką ulgą, która po chwili zniknęła zastąpiona przez przerażenie. Była w Klanie Gwiazdy. Na widok kręgu kotów o gwieździstych sylwetkach, który powoli zaczął formować się wokół niej, zjeżyła się ze strachu, a łzy zabłyszczały w jej oczach. Nie żyła. Jej pysk znajdował się pod wodą, nie miała jak uciec! To koniec! Straci wszystkie swoje życia! Zacisnęła mocno oczy, nie chcąc się rozpłakać. Nie udało jej się. Łza pociekła po jej policzku. Zwiesiła głowę, chcąc ją otrzeć i wtedy to zauważyła… Jej łapy nie były pokryte gwiazdami. Nadal żyła! Uniosła łeb. Poczuła iskierkę nadziei, chociaż nadal była kompletnie zagubiona. Pierwszym kotem, który wystąpił z kręgu dusz była… Wirująca Lotka. Kotka miała na pysku wyraz pełny smutku.
— Mandarynko, córeczko…
Srebrna zwiesiła głowę. Wiedziała, jak się potoczy ta rozmowa. Już ją raz przeżyła. W tym momencie nie przypominała wielkiej przywódczyni Klanu Nocy. Była tylko zagubionym kociakiem.
— Popatrz na mnie… — poprosiła jej matka, ocierając łapą kolejną łzę spływającą po jej policzku. Mandarynka uniosła lekko łeb, nadal patrząc na Wir tylko kątem oka. Nie była w stanie zrobić nic więcej. Tak bardzo się wstydziła. Zmarła karmicielka westchnęła.
— Proszę, pomyśl, co robisz. Nie wierzę w to, co się z tobą stało… — Po tych słowach wycofała się i ponownie wmieszała się w tłum zmarłych kotów, tak że Mandarynka nie mogła już jej dostrzec. Z tłumu wyszła inna postać, dobrze jej znana. Srocza Gwiazda.
— Mandarynkowa Gwiazdo, niedługo się obudzisz z jednym żywotem mniej. Bądź czujna, żeby taka sytuacja się nie powtórzyła. — Kocica odwróciła się od niej, żeby wrócić do kręgu kotów.
— Nie zostawiaj mnie tak! Powiedz mi, co się stało! Jak? Czemu? — krzyknęła w akcie desperacji. Sroka przystanęła i odwróciła pysk w jej stronę. W tym momencie jej wizja Klanu Gwiazdy zaczęła się zacierać. Wracała do żywych. Ostatnie co usłyszała to:
— Musisz sama do tego dojść Mandarynkowa Gwiazdo. Zastanów się, komu możesz ufać.
***
Zaczęła kaszleć. Woda powoli opuszczała jej płuca. Otworzyła oczy, wstała i odwróciła się od rzeki. Myślała, że zobaczy tam Czyhającą Murenę i będzie musiała się zastanowić, czy zamierza z nią walczyć, czy pobiegnie do obozu, gdzie ogłosi wieści o wygnaniu. Jednak sprawa nie była taka oczywista. Zamiast zobaczyć winowajcę czarno na białym, jej oczy ujrzały dwójkę kotów. Czyhająca Murena rzeczywiście stała tam, jednak pod jej łapami wiła się… Wężynowy Kieł. Co miała zrobić? Nie widziała pyska kota, który wepchnął ją pod wodę. Przetrzepała swoją pamięć w poszukiwaniu jakichś wskazówek. Przypomniała sobie o białej łapie. To niestety nic nie zmieniło, ponieważ łapy obu kotek były w tym kolorze.
— Mandarynkowa Gwiazdo! Pomóż mi! Zobaczyłam, jak Czyhająca Murena cię topi i przybiegłam ci pomóc! — miauczała Wężynowy Kieł. Księżniczka u góry najeżyła się. Zanim jednak dostała możliwość zabrania głosu, Mandarynka powiedziała:
— Zejdź z niej. Wracamy do obozu.
Pomimo zdezorientowania, obie kotki posłuchały rozkazów. W tym czasie przywódczyni toczyła w głowie bój. Nie mogła pozwolić, żeby klan się dowiedział. Nie teraz. Musiała posłuchać rady Sroczej Gwiazdy. Trzeba było zastanowić się, komu mogła ufać. Stąpała po niepewnym gruncie. Z jednej strony myślała, że to musiała być sprawka Wężyny. W końcu to z nią się ostatnio pokłóciła. Z drugiej strony nie wiedziała o spotkaniu, więc jakim cudem miałaby przyjść pierwsza? Inną jeszcze sprawą był fakt, że akurat zauważyła całe zdarzenie, mimo że jej pysk nie powinien być widoczny przez mgłę. No i co robiła karmicielka tak wcześnie tak daleko od obozu? Ale nie mogła jej wyrzucić z klanu tylko ze względu na przeczucie. Miała młodego syna i była blisko z Błękitną Laguną. Jeżeli chodzi o Murenę, co prawda wiedziała o czasie miejscu spotkania, ale Mandarynka uważała, że Wężyna nie dałaby rady jej zepchnąć i jeszcze do tego wywlec jej ciało na brzeg. Tylko Murena miała tyle siły. No i nie była pewna czy zjeżone futro wojowniczki świadczyło o wściekłości na kłamczynię, czy strachu, że jej zbrodnia się wyda. Jej też nie mogła wygnać. W końcu była szansa, że była ostatnim kotem, któremu mogła ufać. Musiała się skupić. Musiała znaleźć odpowiedź na pytanie. Kto ją zabił?
(jak coś to wizja szczupaka jest wynikiem niejasnej pamięci Mandarynki, bo całe wydarzenie działo się bardzo szybko + jest to metafora śmierci)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz