Kolejny nudny wschód słońca mijał mu w Gnieździe Dwunożnych. Butla wciąż do niego zagadywał i nazywał go Koniczynką. Żywica nauczył się go ignorować z czasem. Jego ciało odzyskało siły, więc zaczął poznawać leże Dwunogów. Było dziwne. Pełne uciętych w dziwne kształty drzew i miękkich skał, zupełnie jakby pod kolorową powłoką skrywały mech. Żywiczna Mordka wciąż wypatrywał jakiejś szpary, by zwiać, lecz magiczne i przezroczyste bariery Dwunogów były nie do pokonania. Z czasem odkrył innych mieszkańców tego miejsca. Marchewke, miłą rudą kotkę, która uwielbiała opowiadać bajki najmłodszym, Muche i Komara, wesołych czarnych bliźniaków, Dęba, cichego staruszka i Puszka. Z całego towarzystwa ów Puszek zdawał się najciekawszym osobnikiem. Był to młody szczeniak. Jego białe futro pokryte było czarnymi plamami i różnił się on od psa Dwunogów z farmy. Nie ganiał kotów, prawie nie szczekał. Ba, nawet chciał się bawić z Żywicą, obśliniając mu przy tym samym futro.
— Koniczynkooo — rozległ się głos Butli.
Żywica szybko rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu kryjówki, lecz bury zdążył go już zauważyć.
— Tu jesteś! — miauknął wesoło, podbiegając do niego.
Żywica westchnął ciężko, okrywając łapy ogonem.
— T-tak?
— Chodź ze mną! — zawołał Butla, kierując łapy w stronę Dwunogów przyglądającym się im. — No co tak stoisz?
— N-nie lubię Dwunogów — mruknął szybko Żywica, pospiesznie odchodząc jak najdalej od tych bestii.
Obraz wypatroszonej Kalinki skutecznie trzymał go z dala od tych potworów. Butla nie odpuszczając, pobiegł za nim.
— Nic ci nie zrobią, przyrzekam! No chodź! Im bardziej ci będą ufać tym szybciej uciekniesz, Koniczynko! — obiecał bury.
To zainteresowało Żywice.
— To jak, Koniczynko? — miauknął Butla, szerząc się jak głupi.
Liliowy niechętnie kiwnął łbem. Nie sądził, że ma inne wyjście. Niepewnie skierował łapy za Butlą, powoli zbliżając się do Dwunogów. Te radośnie ich nawoływały. Ich ślipia wpatrzone w nich zdawały się pożerać koty wzrokiem. Żywica czuł jak żołądek podchodzi mu do gardła. Ciężko przełknął ślinę.
* * *
Gnał ile sił w łapach. Dziwne ustrojstwo na jego tułowiu założone przez Dwunogów niezręcznie plątało mu się pomiędzy kończynami, lecz nie przestawał biec. Wiedział, że uchylone drzwi to była jego jedyna szansa. Przyspieszył, wybiegając z groty porywaczy. Jasny blask słońca uderzył go po ślipiach. Był wolny. Chwilowo. Musiał szybko znaleźć drogę do domu. Do swojego klanu. Rozpaczliwie rozejrzał się po okolicy. Ciągnący się niedaleko lasek ani trochę nie przypominał znajomych terenów. Niepewnie skierował łapy w jego stronę. Wolał nieznane gęstwiny niż ponowne pojmanie. Krzyki Dwunogów rozległy się za nim. Musiał się spieszyć.
* * *
Zmęczony opadł na mech, wdychając łapczywie powietrze. Płuca paliły go podobnie jak łapy. Zapomniał już prawie jak to jest pędzić przez las. Cisza wypełniała zagajnik. Była uspakajająca, lecz na swój sposób i zdradliwa. Las mało kiedy był tak cichy. Żywica, znany ostatnio jako Koniczynka, podniósł się powoli na łapach. Musiał ruszać dalej. Nie wiedział za bardzo gdzie, lecz miał nadzieję, że wkrótce natrafi na ślad leśnych klanów.
— A kogo tu mamy? — mruknął rozbawiony głos.
Wojownik rozejrzał się pospiesznie, będąc niemal przekonany, że zmęczony umysł pląta mu figle. Czarna sylwetka, która wynurzyła się z krzewu szybko przekonała go, że jest inaczej. Para zielonych ślip przyglądała mu się z zaciekawieniem.
— No proszę, Pieszczoch — wymamrotał ostatnie słowo, jak najgorszą obelgę.
Żywica postawił sierść na karku.
— N-nie jestem pieszczochem — burknął w stronę kocura.
Zielone ślipia odpowiedziały mu rozbawieniem.
— Jasne, to dlaczego wyglądasz i śmierdzisz jak one — mruknął, przyglądając mu się uważnie. — Zjeżdżaj do swoich Dwunogów to mój teren! — warknął, jeżąc się.
Liliowy ostrożnie postawił łapę do tyłu, obserwując nieznajomego.
— Za-zaraz stąd zniknę — miauknął niepewnie.
Czarny kocur nie zdawał się być przekonany. Wysunął pazury.
— Zjeżdżaj, ale to już!
Żywicy nie było trzeba dwa razy powtarzać. Bez zastanowienia rzucił się pędem przed siebie. Widząc, że kocur biegnie za nim przyspieszył. Po jego pysku jasno można było stwierdzić, że nieznajomy miał na myśli inny kierunek. Jednak liliowy nie miał zamiaru chociaż na długość drzewa zbliżyć się do jamy Dwunogów.
— Widzę, że szukasz problemów! — krzyknął do niego kocur, prawie łapiąc go zębami za kitę.
— Na-naprawdę nie! — odpowiedział spanikowany Żywica, skręcając za sosną.
Szmatka Dwunogów skutecznie uniemożliwiała mu zgubienie pościgu, krępując ruchy Żywicy. Gdyby tylko mógł ją zdjąć na pewno zdołałby uciec nieznajomemu. Lecz nie miał na to czasu. Tym bardziej, że czarny zdawał się już nie mieć cierpliwości do wysłuchania go. Żywicy pozostawało tylko jedno wyjście. Wbił pospiesznie pazury w pień pobliskiego drzewa i zaczął się wspinać. Łapa za łapą wchodził coraz wyżej, bojąc się nawet spojrzeć w dół. Wspomnienie wściekłych zielonych ślip wystarczająco go determinowało. Dopiero po parunastu uderzeniach serca się zatrzymał. Zdyszany wczłapał się na cienką gałąź. Ta nieprzyjemnie zadrżała pod jego ciężarem, lecz Żywica miał większe zmartwienie na głowie. Nieznajomy kocur przyglądał mu się pilnie z dołu, mierząc wzrokiem.
— Mam czas Pieszczochu — krzyknął do niego, siadając pod drzewem. — Nie myśl, że mi uciekniesz, kupo mysich bobków!
Nieprzyjemny dreszcz przeszedł po grzbiecie Żywicy. Był w dołku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz