Obserwował zachodzące słońce. Czuł jak jego żołądek skręca się z głodu w kolejne figury. Sam nie sądził, że spędzi na tym drzewie tak dużo czasu. Miał nadzieję, że obcy kocur odpuści mu do wieczora, lecz i ten uparcie czekał na dole i zdawał się nie najgorzej bawić. W przeciwieństwie do Żywicy. Ten nerwowo odliczał każde uderzenie serca, coraz bardziej żałując decyzji wdrapania się na drzewo. Na dodatek nie udało mu się ściągnąć ustrojstwa Dwunogów. Był w kropce. Czarnej i głębokiej jak noc.
— Jak na Pieszczocha nie jesteś taką miękką mysią breją — burknął niespodziewanie czarny kocur.
Żywica skrzywił się.
— B-bo nim nie jestem — syknął, sam siebie zaskakując.
Stres i zmęczenie robiło swoje i nawet zwykle lękliwy wojowniki miał już wszystkiego dość. Chciał jedynie wrócić do domu. Do swojej rodziny. Lecz los złośliwie kład kolejne przeszkody na jego drodze. Był przekonany, że po ucieczce od Dwunogów pójdzie prosto, a jednak musiał trafić na tego buca. Niezadowolony trzepnął ogonem. Gdyby tylko nie miał tego ustrojstwa Dwunogów na sobie!
— To kim niby jesteś? — prychnął kocur, unosząc brwi.
— To kim niby jesteś? — prychnął kocur, unosząc brwi.
Żywica wahał się. Nie znał go, możliwe, że był szpiegiem któregoś z wrogich klanów. W końcu ostatnio każdy klan miał własnego! Pokręcił łbem nerwowo. Musiał przyjąć nową tożsamość.
— Ko-koniczynka jestem — mruknął w końcu.
Nadane przez Butle imię przydało się jednak na coś.
— Wrzos — przedstawił się i widząc wzrok Żywicy dodał. — Sam go sobie nie nadałem, jasne — warknął na niego.
Liliowy szybko kiwnął łbem.
— Dobra, skoro nie jesteś pieszczochem to co tu robisz? Co robisz na moim terenie? — syknął Wrzos.
— Szukam d-domu — miauknął niepewnie Żywica. — Dwunogi mnie p-porwały i próbuję odnaleźć moją rodzinę — wyjaśnił po chwili przeklinając się w myślach.
Po co to robił? Po co się mu zwierzał? Przecież to nic nie zmieni. Kocur nagle się nad nim nie ulituje i nie pokaże mu gdzie jest jego dom. Życie nie jest aż tak piękne. Żywica spuścił smętnie łeb. Nigdy nie odnajdzie drogi do Klanu Klifu.
— Zdarza się — mruknął obojętnie Wrzos, kładąc się na mchu.
Ziewnął leniwie, po czym ułożył łeb na łapach. Żywica z szeroko otwartymi ślipiami przyglądał się mu. Czyżby właśnie Gwiezdni oferowali mu szanse na ucieczkę? Gdy tylko zielone ślipia zamknęły się liliowy mógłby przyrzec, że jego serce zabiło szybciej.
— Nie radzę uciekać. — mruknął niespodziewanie czarny, uchylając jedno ślipie. — Wierz mi, mam najlepszy nos w okolicy — dodał pewnie. — Wychyl łapę poza to drzewo, a znajdę cię i odniosę z powrotem Dwunożnym.
Żywica kiwnął jedynie łbem.
Czekała go długa noc.
* * *
Sam wątpił w to, że w końcu zasnął. Otworzył niechętnie oczy. Widok kory nie zaskoczył go. Nadal tkwił na drzewie. Spojrzał w dół. Czarnego kocura nie było tam, ale mimo to, Żywica wolał chwilowo nie ryzykować ucieczką. Prawdopodobnie Wrzos go sprawdzał. Pewnie czaił się gdzieś w krzaku gotowy rozszarpać mu gardło i zanieś Dwunogom. Żywica poczuł jak żołądek coraz bardziej mu się skurczy, a towarzyszący ból głowy nasila.
Może powinien skoczyć na gałąź i zginąć jak mama?
— Ej, Koniczynko, złaź — burknął Wrzos.
Żywica zerknął na niego niepewnie. Czarny kocur trzymał w pysku mysz. Nie była ona duża, lecz zapewne nawet gryź wypełniłby żołądek liliowego.
— A co z t-twoją groźbą? — mruknął niepewnie Żywica.
— Jak nie chcesz śniadania, to nie, sam zjem — syknął jedynie Wrzos.
Zdezorientowany Żywica zaczął powoli schodzić z drzewa. Uważnie przyglądał się czarnemu, próbując rozszyfrować o co mu chodzi. Wątpił, że ten od tak postanowił mu nagle pomóc. Coś tu było na rzeczy.
— No szybciej! — pospieszał go kocur. — Nie mam całego dnia dla ciebie Koniczynko.
Żywica prawie przewrócił się, zeskakując z pnia.
— D-dzięki — miauknął cicho.
Kocur jedynie wywrócił ślipiami.
— Jedz zanim się rozmyślę.
Żywica niepewnie do Wrzosa i ugryzł kawałek myszy. Już prawie zapomniał jak smakuje prawdziwe jedzenie. Karma Dwunogów smakowała paskudnie.
— Jeśli nie chcesz uchodzić za Pieszczocha lepiej zdejmij to wcianko — mruknął Wrzos.
— N-nie umiem — przyznał cicho Żywica.
Kocur westchnął i podszedł do liliowego. Wojownik mimowolnie się spiął, gdy poczuł zęby czarnego koło swojego karku. Wrzos szarpnął szmatkę, warcząc na nią. Żywica szczerze wątpił, czy to pomoże, ale wolał nie krytykować go. Silna łapa kocura przycisnęła jego łeb do ziemi.
— Nie ruszaj się — burknął Wrzos.
Liliowy czuł się dość nie komfortowo w tej pozycji. W końcu kto by się czuł niemal wypięty zadem do obcego kota. Po paru uderzeniach serca poczuł jak ustrojstwo Dwunogów luzuje się, by po chwili spaść na ziemie. Żywica podniósł się pospiesznie.
— D-dzięki — mruknął do Wrzosa.
— Dobra, teraz zjeżdżaj Koniczynko — warknął ten. — Dałem ci jeść i pomogłem z tym, więc możesz spadać z moich terenów. A postaw tu jeszcze raz łapę, a pożałujesz — zagroził mu.
Żywica kiwnął łbem i rozejrzał się po lesie.
— A wiesz g-gdzie są góry? — zapytał niepewnie.
Wrzos wywrócił ślipiami.
— Daleko stąd — burknął jedynie.
Liliowy wbił zmartwiony wzrok w łapy. Przed nim jeszcze długa wędrówka nim dotrze do domu. Miał nadzieję, że Gwiezdni bezpiecznie poprowadzą go do domu. Pewnie wszyscy w klanie mieli go za tchórza, który uciekł po paru śmierciach przerażony. Musiał wrócić nim wszyscy go znienawidzą. Łza niebezpiecznie zakręciła się w ślipiu Żywicy. Nie rozumiał czemu wszystko musiało się tak skomplikować. Chciał jedynie być dobrym wojownikiem. Nie chciał tej całej wycieczki.
— Ej no nie rycz — syknął Wrzos, wzdychając ciężko. — Odprowadzę cię kawałek, dobra? Ale nie rycz.
Żywica spojrzał z nadzieją na czarnego.
— Na-naprawdę? — zapytał sam w to nie wierząc.
— Nie spraw, żebym zaraz żałował tej decyzji — burknął Wrzos.
Liliowy kiwnął łbem. Czarny szybko zjadł pozostałość myszy i otrzepał futro.
— Idź za mną i nie waż się nigdzie skręcać — rozkazał kocur.
Ruszyli w stronę powalonej sosny. Żywica przyglądał się w ciszy nowym terenom, nawet nie śmiejąc zadać Wrzosowi jakiekolwiek pytanie. Przed nimi była długa podróż, a wolał nie denerwować kocura. Tym bardziej, że ten jakimś cudem postanowił mu pomóc.
— Jedz zanim się rozmyślę.
Żywica niepewnie do Wrzosa i ugryzł kawałek myszy. Już prawie zapomniał jak smakuje prawdziwe jedzenie. Karma Dwunogów smakowała paskudnie.
— Jeśli nie chcesz uchodzić za Pieszczocha lepiej zdejmij to wcianko — mruknął Wrzos.
— N-nie umiem — przyznał cicho Żywica.
Kocur westchnął i podszedł do liliowego. Wojownik mimowolnie się spiął, gdy poczuł zęby czarnego koło swojego karku. Wrzos szarpnął szmatkę, warcząc na nią. Żywica szczerze wątpił, czy to pomoże, ale wolał nie krytykować go. Silna łapa kocura przycisnęła jego łeb do ziemi.
— Nie ruszaj się — burknął Wrzos.
Liliowy czuł się dość nie komfortowo w tej pozycji. W końcu kto by się czuł niemal wypięty zadem do obcego kota. Po paru uderzeniach serca poczuł jak ustrojstwo Dwunogów luzuje się, by po chwili spaść na ziemie. Żywica podniósł się pospiesznie.
— D-dzięki — mruknął do Wrzosa.
— Dobra, teraz zjeżdżaj Koniczynko — warknął ten. — Dałem ci jeść i pomogłem z tym, więc możesz spadać z moich terenów. A postaw tu jeszcze raz łapę, a pożałujesz — zagroził mu.
Żywica kiwnął łbem i rozejrzał się po lesie.
— A wiesz g-gdzie są góry? — zapytał niepewnie.
Wrzos wywrócił ślipiami.
— Daleko stąd — burknął jedynie.
Liliowy wbił zmartwiony wzrok w łapy. Przed nim jeszcze długa wędrówka nim dotrze do domu. Miał nadzieję, że Gwiezdni bezpiecznie poprowadzą go do domu. Pewnie wszyscy w klanie mieli go za tchórza, który uciekł po paru śmierciach przerażony. Musiał wrócić nim wszyscy go znienawidzą. Łza niebezpiecznie zakręciła się w ślipiu Żywicy. Nie rozumiał czemu wszystko musiało się tak skomplikować. Chciał jedynie być dobrym wojownikiem. Nie chciał tej całej wycieczki.
— Ej no nie rycz — syknął Wrzos, wzdychając ciężko. — Odprowadzę cię kawałek, dobra? Ale nie rycz.
Żywica spojrzał z nadzieją na czarnego.
— Na-naprawdę? — zapytał sam w to nie wierząc.
— Nie spraw, żebym zaraz żałował tej decyzji — burknął Wrzos.
Liliowy kiwnął łbem. Czarny szybko zjadł pozostałość myszy i otrzepał futro.
— Idź za mną i nie waż się nigdzie skręcać — rozkazał kocur.
Ruszyli w stronę powalonej sosny. Żywica przyglądał się w ciszy nowym terenom, nawet nie śmiejąc zadać Wrzosowi jakiekolwiek pytanie. Przed nimi była długa podróż, a wolał nie denerwować kocura. Tym bardziej, że ten jakimś cudem postanowił mu pomóc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz