— Może i zdradzam — warknął przez zaciśnięte zęby, nagłym ruchem skręcając ciało i próbując wyślizgnąć się spod łapy ojca. Udało się tylko połowicznie – Judaszowcowy Pocałunek był silny, jakby wyrzeźbiony z żywego dębu – ale Blask wykorzystał tę chwilę nieuwagi. Szarpnął się z siłą, która zaskoczyła nawet jego samego, i uderzył tylnymi łapami w bok ojca.
W przeciągu paru uderzeń serca rudzielec ponownie był na nogach; jego klatka piersiowa unosiła się i opadała gwałtownie, jakby sam wiatr wlany w jego płuca domagał się wyjścia. Siłę oraz staranie, jakie włożył w ucieczkę spod potężnej, brązowej łapy zastępcy wydawały się dla niego nienaturalnie duże, jak gdyby jego głowa nie była w stanie przyjąć tego, jak trudna może być walka z większym oraz dużo bardziej doświadczonym przeciwnikiem. Pomimo tego wyczuwał, że ta walka jest już przegrana, niemożliwa do wygrania. Nie widział w niej sensu, nie czuł również, że cokolwiek z niej wyciągnie, a mimo to chciał zadowolić Judaszowca. Jedynie to dawało mu na tyle siły, by jego nogi nie ugięły się pod ciężarem zdyszanego cielska. Zrobił kilka ostrożnych kroków w bok, zataczając krąg.
— Nie wiem, co zrobić, jak zaatakować. — W końcu przyznał, wciąż jednak nie pozwalając swoim spiętym mięśniom.
Mentor zmrużył oczy, obserwując każdy ruch Lśniącej Łapy. Spojrzenie brunatnego kocura niczego nie zdradzało, co wywoływało w rudym uczniu największy niepokój, mimo wszystko w parze jego brązowych oczu dało się dostrzec lekkie rozbawienie, zmieszane ze słoną nutą żałości.
— Nie musisz wiedzieć — mruknął nisko, a jego długie wibrysy zadrżały lekko. — Musisz czuć. Zaufaj instynktowi, nie myśl. Gdy na ciebie patrze widzę jedynie powątpiewanie, a to nie zaprowadzi cię do zwycięstwa. Działaj pewnie, nie jak kociątko, które zagubiło się w obozie własnego klanu.
Lśniący zacisnął szczęki, a w oczach błysnęło coś nowego — niepewność zmieszana z determinacją. Skinął lekko głową, po czym zrobił krok naprzód. Może nie wyglądał, jednak czuł się pewniej, zupełnie jakby odpowiedź ojca dodała mu pewnego rodzaju otuchy.
— Spróbuję... — wyszeptał, bardziej do siebie niż do mentora, po czym podniósł wzrok.
Uczeń zjeżył futro, czując, jak napięcie przechodzi przez całe ciało. Jego ogon drgał nerwowo, a pazury mimowolnie wysunęły się z łap, gotowe do ataku. Mimo że serce biło mu jak szalone, ruszył pierwszy — skokiem, szybkim jak błyskawica, choć nieco zbyt prostym, by naprawdę zaskoczyć.
Mentor odsunął się jednym, płynnym ruchem, jakby przewidział każdy krok. Zanim uczeń zdążył się zorientować, silna łapa uderzyła go w bok. Potoczył się po ziemi, wzbijając w powietrze kłąb kurzu i liści. Z trudem wrócił na cztery łapy, a jego boki unosiły się gwałtownie od szybkiego oddechu.
— Nie rzucaj się jak nowicjusz bez głowy! — warknął mentor, zbliżając się powoli, krok za krokiem, ciężki niczym cień. — Obserwuj. Słuchaj. Działaj, kiedy pora jest właściwa.
Z pyska Lśniącej Łapy wydobyło się ciche syknięcie. Zamiast znów szarżować, zaczął krążyć, miękkimi, ostrożnymi krokami zataczając łuk wokół przeciwnika. Oczy miał zmrużone, uszy ustawione płasko, jakby wreszcie zrozumiał, że nie siła, a spryt może dać mu przewagę. Wtem, Judaszowcowy Pocałunek rzucił się na niego bez ostrzeżenia — ogromna sylwetka kocura wzbiła się w powietrze i opadła z łoskotem tam, gdzie jeszcze przed chwilą był uczeń. Ten w ostatniej chwili uskoczył, przeczołgał się pod jedną z łap i z całej siły uderzył w tylne nogi przeciwnika. Ciężar mentora przesunął się, krok zachwiał się na mgnienie oka, pazury przecięły powietrze, a nie ciało. Uczeń wykorzystał okazję i z furią wskoczył mu na grzbiet, wbijając pazury między łopatki. Brązowy zaryczał i zrzucił go z siebie, ale nie od razu — przez ułamek sekundy zwolnił, a w jego oczach pojawiła się iskra uznania.
— Proszę, widzę, że nieco lepiej przemyślałeś ten ruch. — Zastępca przejechał swym szorstkim językiem po miejscu, w którym kilka uderzeń mysiego serduszka znajdowały się pazury jego ucznia. — A już się bałem, że mnie rozczarujesz.
Rdzawy kocurek usiadł, osłaniając przednie łapy swym grubym ogonem. Choć trwoga ulotniła się z niego podczas walki, to teraz na jego pysku dało dostrzec się jedynie przerażenie. Uczeń łykał hausty powietrza, teraz nie zwracając uwagi na nic, co działo się wokół niego. Kilka kolejnych chwil spędził w ciszy, nie będąc w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa, dopiero po dłuższym czasie z jego pyszczka padło krótkie:
— Chcę do domu.
— Przecież niedawno tu przyszedłeś — miauknął Judasz, nie hamując pomruku rozbawienia. — Ale rozumiem, walka wymaga dużo energii oraz siły. Może chcesz, abym pokazał ci kilka ruchów, tak, aby podczas naszego następnego starcia było ci łatwiej?
— W porządku. — Miauknął w odpowiedzi.
Gałęzie drżały od wiatru, lecz liście nie szeleściły — jakby same drzewa powstrzymywały oddech. Blask słońca gasł powoli wśród koron, sącząc się pomiędzy sosnami smugami światła barwy starego miodu. Mirtowe Lśnienie siedział przy wodospadzie. Jego ruda sylwetka wtapiała się w barwy kończącego się dnia, jakby natura próbowała go zatrzymać w chwili, której jeszcze sam nie potrafił pojąć. Spojrzenie miał nieruchome, wbite w ziemię, a ogon zawinięty ciasno wokół łap.
Czuł się zadowolony, osiągnął w końcu to, co chciał. Stał się wojownikiem, walczącym w szeregach Klanu Klifu, a jednak teraz, gdy cały ten ciężar treningów przeminął tak prędko, jak mżawka w Porze Zielonych Liści, zdawał się nie widzieć zbytniej różnicy pomiędzy sobą sprzed i po mianowaniu. Role wojownika pełnił już od kilku dobrych księżyców, choć podobało mu się to, że raz na jakiś czas mógł poprowadzić jakiś patrol, to prędko poczuł, że wszystkie nowe obowiązki zlewają mu się z rytmem dnia i nie tworzą niczego, z czego czerpałby większą przyjemność. Westchnął cicho, po czym zadrżał, gdy za sobą usłyszał trzask łamanej wpół gałęzi. Ktoś nadchodził — ciężko, powoli, jakby celowo. Mirtowe Lśnienie nie obrócił się jednak, by sprawdzić kto — już to wiedział.
— Zawsze miałeś tę manierę — odezwał się niski, chropowaty głos, nieprzystający do delikatności wieczoru.
Wojownik nie odpowiedział od razu. Nie ruszył się, choć jego ucho zadrgało.
— Jaką manierę? — zapytał w końcu cicho, zmuszając się do zachowania spokoju.
Gdy jego ojciec usiadł obok, ziemia zadrżała lekko pod ciężarem brunatnego cielska. Judaszowcowy Pocałunek wyglądał dziś starzej — jakby sama ceremonia odcisnęła się również na nim. Cień zmęczenia majaczył w jego oczach, ale łapy miał mocne, a grzbiet wciąż prosty jak pień dębu.
— Ciągłego uciekania od tłumu. — Głos mentora był spokojny, lecz miał w sobie coś twardego. — Kiedy byłeś kociakiem, robiłeś dokładnie to samo. Siadałeś przy wodospadzie, pamiętasz?
Lśniący Błękit przymknął oczy. Obraz przeszłości pojawił się przed nim tak nagle, że aż zabolał — maleńki rudzielec patrzący się w opadającą wodę, wiecznie zaskoczony tę samą głupią sztuczką.
— Nie lubię… robić z siebie widowiska — przyznał, a głos miał ochrypły, zmęczony. — Nie lubię, gdy inni patrzą na mnie jak na kogoś, kto pragnie zgrywać gwiazdę.
Judaszowcowy nie spojrzał na niego, ale jego wibrysy poruszyły się lekko, jakby złapał coś w powietrzu.
— A nie pragniesz? — spytał w końcu; w jego głosie nie dało się odczuć tonu złośliwości, bądź zaskoczenia, co w pewnym sensie zaniepokoiło rudzielca. — Gdy na ciebie patrzę, widzę kogoś, kto za wszelką cenę pragnie być w centrum uwagi, a jednak zbytnio boi się wychylić.
Słowa zapadły w powietrze jak ciężkie krople deszczu. Lśniący odwrócił głowę w jego stronę. Po raz pierwszy dostrzegł, że oczy Judaszowcowego były zmęczone — nie zmęczeniem fizycznym, ale tym, które przychodzi z latami odpowiedzialności i niewypowiedzianych myśli.
— Po prostu cały czas walczę z postanowieniami, myślami. — Westchnął, po czym wbił spojrzenie w ziemię. — Od dłuższego czasu chciałem się ciebie o coś spytać…
Judaszowcowy spojrzał w dal, a potem na syna. Mirtowe Lśnienie miał wrażenie, że widzi w spojrzeniu ojca ciekawość, nie był jednak pewien, nie chciał być. Musiał to powiedzieć za nim dojdzie do wniosku, że to nie odpowiedni moment. Wypalił więc:
— Czy Łuna i ja jesteśmy… czy kiedykolwiek byliśmy darami zesłanymi przez Klan Gwiazd?
W przeciągu paru uderzeń serca rudzielec ponownie był na nogach; jego klatka piersiowa unosiła się i opadała gwałtownie, jakby sam wiatr wlany w jego płuca domagał się wyjścia. Siłę oraz staranie, jakie włożył w ucieczkę spod potężnej, brązowej łapy zastępcy wydawały się dla niego nienaturalnie duże, jak gdyby jego głowa nie była w stanie przyjąć tego, jak trudna może być walka z większym oraz dużo bardziej doświadczonym przeciwnikiem. Pomimo tego wyczuwał, że ta walka jest już przegrana, niemożliwa do wygrania. Nie widział w niej sensu, nie czuł również, że cokolwiek z niej wyciągnie, a mimo to chciał zadowolić Judaszowca. Jedynie to dawało mu na tyle siły, by jego nogi nie ugięły się pod ciężarem zdyszanego cielska. Zrobił kilka ostrożnych kroków w bok, zataczając krąg.
— Nie wiem, co zrobić, jak zaatakować. — W końcu przyznał, wciąż jednak nie pozwalając swoim spiętym mięśniom.
Mentor zmrużył oczy, obserwując każdy ruch Lśniącej Łapy. Spojrzenie brunatnego kocura niczego nie zdradzało, co wywoływało w rudym uczniu największy niepokój, mimo wszystko w parze jego brązowych oczu dało się dostrzec lekkie rozbawienie, zmieszane ze słoną nutą żałości.
— Nie musisz wiedzieć — mruknął nisko, a jego długie wibrysy zadrżały lekko. — Musisz czuć. Zaufaj instynktowi, nie myśl. Gdy na ciebie patrze widzę jedynie powątpiewanie, a to nie zaprowadzi cię do zwycięstwa. Działaj pewnie, nie jak kociątko, które zagubiło się w obozie własnego klanu.
Lśniący zacisnął szczęki, a w oczach błysnęło coś nowego — niepewność zmieszana z determinacją. Skinął lekko głową, po czym zrobił krok naprzód. Może nie wyglądał, jednak czuł się pewniej, zupełnie jakby odpowiedź ojca dodała mu pewnego rodzaju otuchy.
— Spróbuję... — wyszeptał, bardziej do siebie niż do mentora, po czym podniósł wzrok.
Uczeń zjeżył futro, czując, jak napięcie przechodzi przez całe ciało. Jego ogon drgał nerwowo, a pazury mimowolnie wysunęły się z łap, gotowe do ataku. Mimo że serce biło mu jak szalone, ruszył pierwszy — skokiem, szybkim jak błyskawica, choć nieco zbyt prostym, by naprawdę zaskoczyć.
Mentor odsunął się jednym, płynnym ruchem, jakby przewidział każdy krok. Zanim uczeń zdążył się zorientować, silna łapa uderzyła go w bok. Potoczył się po ziemi, wzbijając w powietrze kłąb kurzu i liści. Z trudem wrócił na cztery łapy, a jego boki unosiły się gwałtownie od szybkiego oddechu.
— Nie rzucaj się jak nowicjusz bez głowy! — warknął mentor, zbliżając się powoli, krok za krokiem, ciężki niczym cień. — Obserwuj. Słuchaj. Działaj, kiedy pora jest właściwa.
Z pyska Lśniącej Łapy wydobyło się ciche syknięcie. Zamiast znów szarżować, zaczął krążyć, miękkimi, ostrożnymi krokami zataczając łuk wokół przeciwnika. Oczy miał zmrużone, uszy ustawione płasko, jakby wreszcie zrozumiał, że nie siła, a spryt może dać mu przewagę. Wtem, Judaszowcowy Pocałunek rzucił się na niego bez ostrzeżenia — ogromna sylwetka kocura wzbiła się w powietrze i opadła z łoskotem tam, gdzie jeszcze przed chwilą był uczeń. Ten w ostatniej chwili uskoczył, przeczołgał się pod jedną z łap i z całej siły uderzył w tylne nogi przeciwnika. Ciężar mentora przesunął się, krok zachwiał się na mgnienie oka, pazury przecięły powietrze, a nie ciało. Uczeń wykorzystał okazję i z furią wskoczył mu na grzbiet, wbijając pazury między łopatki. Brązowy zaryczał i zrzucił go z siebie, ale nie od razu — przez ułamek sekundy zwolnił, a w jego oczach pojawiła się iskra uznania.
— Proszę, widzę, że nieco lepiej przemyślałeś ten ruch. — Zastępca przejechał swym szorstkim językiem po miejscu, w którym kilka uderzeń mysiego serduszka znajdowały się pazury jego ucznia. — A już się bałem, że mnie rozczarujesz.
Rdzawy kocurek usiadł, osłaniając przednie łapy swym grubym ogonem. Choć trwoga ulotniła się z niego podczas walki, to teraz na jego pysku dało dostrzec się jedynie przerażenie. Uczeń łykał hausty powietrza, teraz nie zwracając uwagi na nic, co działo się wokół niego. Kilka kolejnych chwil spędził w ciszy, nie będąc w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa, dopiero po dłuższym czasie z jego pyszczka padło krótkie:
— Chcę do domu.
— Przecież niedawno tu przyszedłeś — miauknął Judasz, nie hamując pomruku rozbawienia. — Ale rozumiem, walka wymaga dużo energii oraz siły. Może chcesz, abym pokazał ci kilka ruchów, tak, aby podczas naszego następnego starcia było ci łatwiej?
— W porządku. — Miauknął w odpowiedzi.
Teraźniejszość…
Czuł się zadowolony, osiągnął w końcu to, co chciał. Stał się wojownikiem, walczącym w szeregach Klanu Klifu, a jednak teraz, gdy cały ten ciężar treningów przeminął tak prędko, jak mżawka w Porze Zielonych Liści, zdawał się nie widzieć zbytniej różnicy pomiędzy sobą sprzed i po mianowaniu. Role wojownika pełnił już od kilku dobrych księżyców, choć podobało mu się to, że raz na jakiś czas mógł poprowadzić jakiś patrol, to prędko poczuł, że wszystkie nowe obowiązki zlewają mu się z rytmem dnia i nie tworzą niczego, z czego czerpałby większą przyjemność. Westchnął cicho, po czym zadrżał, gdy za sobą usłyszał trzask łamanej wpół gałęzi. Ktoś nadchodził — ciężko, powoli, jakby celowo. Mirtowe Lśnienie nie obrócił się jednak, by sprawdzić kto — już to wiedział.
— Zawsze miałeś tę manierę — odezwał się niski, chropowaty głos, nieprzystający do delikatności wieczoru.
Wojownik nie odpowiedział od razu. Nie ruszył się, choć jego ucho zadrgało.
— Jaką manierę? — zapytał w końcu cicho, zmuszając się do zachowania spokoju.
Gdy jego ojciec usiadł obok, ziemia zadrżała lekko pod ciężarem brunatnego cielska. Judaszowcowy Pocałunek wyglądał dziś starzej — jakby sama ceremonia odcisnęła się również na nim. Cień zmęczenia majaczył w jego oczach, ale łapy miał mocne, a grzbiet wciąż prosty jak pień dębu.
— Ciągłego uciekania od tłumu. — Głos mentora był spokojny, lecz miał w sobie coś twardego. — Kiedy byłeś kociakiem, robiłeś dokładnie to samo. Siadałeś przy wodospadzie, pamiętasz?
Lśniący Błękit przymknął oczy. Obraz przeszłości pojawił się przed nim tak nagle, że aż zabolał — maleńki rudzielec patrzący się w opadającą wodę, wiecznie zaskoczony tę samą głupią sztuczką.
— Nie lubię… robić z siebie widowiska — przyznał, a głos miał ochrypły, zmęczony. — Nie lubię, gdy inni patrzą na mnie jak na kogoś, kto pragnie zgrywać gwiazdę.
Judaszowcowy nie spojrzał na niego, ale jego wibrysy poruszyły się lekko, jakby złapał coś w powietrzu.
— A nie pragniesz? — spytał w końcu; w jego głosie nie dało się odczuć tonu złośliwości, bądź zaskoczenia, co w pewnym sensie zaniepokoiło rudzielca. — Gdy na ciebie patrzę, widzę kogoś, kto za wszelką cenę pragnie być w centrum uwagi, a jednak zbytnio boi się wychylić.
Słowa zapadły w powietrze jak ciężkie krople deszczu. Lśniący odwrócił głowę w jego stronę. Po raz pierwszy dostrzegł, że oczy Judaszowcowego były zmęczone — nie zmęczeniem fizycznym, ale tym, które przychodzi z latami odpowiedzialności i niewypowiedzianych myśli.
— Po prostu cały czas walczę z postanowieniami, myślami. — Westchnął, po czym wbił spojrzenie w ziemię. — Od dłuższego czasu chciałem się ciebie o coś spytać…
Judaszowcowy spojrzał w dal, a potem na syna. Mirtowe Lśnienie miał wrażenie, że widzi w spojrzeniu ojca ciekawość, nie był jednak pewien, nie chciał być. Musiał to powiedzieć za nim dojdzie do wniosku, że to nie odpowiedni moment. Wypalił więc:
— Czy Łuna i ja jesteśmy… czy kiedykolwiek byliśmy darami zesłanymi przez Klan Gwiazd?
<Judaszowcowy Pocałunku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz