BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psianka x Borowik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psianka x Borowik. Pokaż wszystkie posty

29 października 2026

Od Borowika CD. Psianki


Zauważyłem, że tego wieczoru Psianka położyła się wcześniej, niż zwykle - by być gotową przed naszą wielką wyprawą. Ja zasnąłem mniej więcej w tym samym czasie co kotka - z tą różnicą, że ja o tej porze zasypiam codziennie. Na co mam do późna siedzieć?

***

Rano obudził mnie naglący szept.
— Borowiku! — usłyszałem głos Psianki, trącającej mnie pyskiem. — Poranny patrol wychodzi! — ostrzegła mnie, po czym, przemykając między posłaniami, dotarła do miejsca, gdzie gałęzie spoza obozu stykały się z gałęziami naszego legowiska. Odwróciła się, aby sprawdzić, czy podążam za nią.
Leżałem chwilę w bezruchu, dryfując gdzieś między jawą a snem, wpatrując się w nią zmrużonymi oczkami… aż nagle dotarł do mnie sens jej słów. Stanąłem na równe nogi, zdezorientowany. Zjeżyło mi się futerko. Ugh…
— A... Racja... Tajny plan… hmmm… — mruknąłem, otrzepując się.
Podążyłem za nią, wlokąc ciężkimi łapkami po ziemi i zerkając smętnie w stronę mojego jeszcze ciepłego legowiska.

***

— Uh. A zrobimy tam przerwę na spanie? Bo ja to bym pospał jeszcze...
Wskoczyła na niższą gałąź, przemieszczając się zgrabnie z jednej na drugą, trzymając się w bezpiecznej odległości od potencjalnego miejsca pobytu patrolu.
— Jeśli nam się uda w miarę szybko przekroczyć granicę z Klanem Burzy, to zrobimy krótką przerwę — odparła, nie obracając się do mnie, skupiona na zadaniu. Jeśli wydamy podejrzany dźwięk, to koty z naszej społeczności mogą nas zauważyć, a tłumaczenie się z naszego wymknięcia może być dla nas obojga niekorzystne.

***

Podążałem za Psianką, zwinnie przeskakując z drzewa na drzewo, niemal bezszelestnie. Księżyce treningu się opłaciły.
Dotarliśmy w końcu do miejsca, gdzie kończyło się pasmo drzew - przy rzece. Za nią rozciągał się fioletowy pas wrzosów i droga grzmotu - faktyczna granica naszego terytorium.
— Hm. Ładnie, ładnie. Muszę tu wrócić — mruknąłem, już układając plan mojej samotnej, następnej wyprawy… Może nawet w towarzystwie Świergotka? — Znaczy, że... uh. Ty... umiesz pływać? — spytałem, marszcząc brwi i zerkając z nieufnością w stronę wodnej tafli.
— Szczerze? Tak średnio. Ale ponoć jest w tym miejscu dość płytko — mruknęła, z wyraźnie podobnym stosunkiem do tej przeprawy co ja. Nie lubiła pływać, to wiem, a bycie mokrym w porę nagich liści groziło poważną chorobą... Ale jeśli szybko zdołamy się ogrzać, nie powinno być większego problemu…
— Jeśli nie chcesz ze mną iść, to… to ostatnia chwila, aby się wycofać. — Odwróciła się do mnie z powagą.
— Hmm... — mruknąłem i kiwnąłem głową na znak, że rozumiałem powagę sytuacji. To znaczy, nie, żebym rozumiał w stu procentach, w stu procentach za to starałem się zrozumieć i ufałem ocenie Psianki.
Zeskoczyłem z drzewa w ślad za kotką i razem weszliśmy do rzeki. Faktycznie, woda w tym miejscu była płytka, aczkolwiek odruchowo skrzywiłem się, gdy znalazłem się niemal po barki w chłodnej, ciemnej cieczy. Bezpiecznie dotarliśmy na drugą stronę, na Wrzosową Polanę. Fioletowe kwiatki z łatwością przylepiały się do mokrego futerka.
— Dziwne, dziwne... — rozejrzałem się dookoła ze zmarszczonymi brwiami. — Nigdy nie byłem tutaj. Mimo że ja to już zwiadowcą jestem długo... Ale no, z reguły chodzę w te same miejsca. Hm. Ale… ty to wiesz jak iść, co nie...? Bo ja to nie, nie.
— W teorii… rozrysowałam kiedyś z Rohan mapę terytorium. Jeśli dobrze pamiętam, to gdy zobaczymy upadłą gwiazdę drugi raz, oznaczać to będzie, że idziemy w dobrą stronę — mruknęła, gdy już przedarliśmy się na drugi brzeg rzeki. Otrzepała się z wody, po czym energicznymi ruchami języka próbowała wysuszyć futro. Ja pozostałem przy strząśnięciu wody. I tak przy tej temperaturze nie pomogłoby to za bardzo… Wciąż było nam strasznie zimno, ale przynajmniej nie było śniegu na ziemi. Ruszyliśmy przed siebie, a pyszczek Psianki przepełniony był powagą i lekkim niepokojem. Musieliśmy się skupić na drodze, inaczej się zgubimy i nie będzie dobrze… Nie chcielibyśmy się zgubić, oj nie…
— Borowiku, jak ci idzie na… drodze miłosnej? — zapytała z uśmiechem na pysku, starając się jakoś zacząć rozmowę.
Przechyliłem lekko głowę na bok, ostrożnie stawiając kroki między niskimi roślinami.
— Uh. Na drodze... jakiej? — spytałem, próbując zrozumieć sens użycia tego konkretnego słowa w tym konkretnym kontekście. — Ah. W sensie... no wiesz, to tak, jakby się szło po drodze dość... wyboistej, w dodatku po ciemku i... i po wytarzaniu się w mule, przez co nie czuć też niczego nosem, ale... hm. No, w sumie nie ma "ale". Dokładnie tak jest i tyle — mruknąłem, marszcząc brwi, zerkając na kotkę kątem oka - widziałem, że słuchała mnie uważnie. — Mimo to... myślę, że będzie dobrze. Potrzeba tylko... czasu. Zawsze potrzeba czasu i co by drugi kot nie poddał się pierwszy. Wiesz, Psianko? Tak sobie myślę... mhm...
Wtem naszym oczom ukazała się druga część upadłej gwiazdy, tuż za drogą grzmotu, do której się zbliżaliśmy.
— Rozumiem cię Borowiku, taka droga często bywa kręta i wyboista, często też jest ciężka do przejścia. Jednak gdy znajdziesz jej koniec, może okazać się, że warto było się trudzić — uśmiechnęła się do mnie, spoglądając jednocześnie na drogę. — Przyznam ci, że kiedyś myślałam, że moja droga prowadziła do ciebie.
Oh.
— Po krótkim czasie uświadomiłam sobie, że to mózg płata mi figle, Wszechmatka nie pisała nam życia razem, Gończyk mi o tym powiedział. — Przycupnęła przed drogą grzmotu, uważając czy nie jedzie żaden potwór. Usadowiłem się na ziemi tuż przy niej, próbując jednocześnie przetrawić jej wyznanie. Kiedy ryk bestii rozległ się z naszej lewej strony, odskoczyła do tyłu i spojrzała na mnie. — Jak powiem trzy, to biegnij, ile sił w łapach! — krzyknęła, aby przekrzyczeć ryk potwora. — Raz, dwa, TRZY! — rzuciła się na drugą stronę drogi, przebiegając ją najszybciej, jak potrafiła.
Nieco się zagapiłem, ale szybko udało mi się dogonić Psiankę, tym samym bezpiecznie przekraczając Drogę Grzmotu. Zobaczyłem, jak wzdryga się i próbuje złapać oddech. Potrzebowaliśmy chwilki, by nieco się uspokoić. Potem - ruszyliśmy dalej.
— Oh. To... to ciekawe, co mówisz... hm... Uh. - rozejrzałem się niepewnie na boki, wracając do tematu. — No... no, dobra... Ale... jak już poznasz tego, kogo wyznaczyła ci Wszechmatka, to na pewno będzie ktoś... hm, akceptowalny, chyba... Ale jakbyś... wiesz, potrzebowała kiedyś, to ja mogę zawsze temu komuś wyjaśnić parę rzeczy, w razie, gdyby... coś nie tego...
Byliśmy coraz bliżej granicy z klanem wilka, mogłem już niemal wyczuć, jak dwa obce zapachy mieszają się ze sobą.
— Dziękuję ci Borowiku, naprawdę to doceniam — odparła z uśmiechem. — Teraz musimy iść na granicę z Klanem Wilka, myślisz że złapie nas ich patrol? Chociaż… może lepiej nie… — odrzuciła od siebie tą myśl. Dokładnie zacierała nasze ślady i wybierała drogę, która wyglądała na nieuczęszczaną. Oprócz tego śnieg maskował lekko nasze zapachy. Minęliśmy więc upadłego potwora i zmierzaliśmy w stronę iglastego lasu. Jedyne, co mogłem zrobić, to za nią podążać i w razie zagrożenia wykorzystać moje zwiadowcze umiejętności.
Bezpiecznie przekroczyliśmy pierwszą, jak i drugą granicę, przemierzając iglasty las, niczym cienie skacząc po gałęziach. Nawet gdyby ktoś wyczuł nasz zapach, nie byłby w stanie zlokalizować jego źródła z takiej wysokości. Bez większych przeszkód po drodze, zbliżaliśmy do ostatnich dwóch przeszkód na naszej trasie - rzeki i drogi grzmotu tuż za nią.

***

— Ojoj... — mruknąłem, patrząc w niebo. — Późno się zrobiło. O jakiej porze właściwie zamierzamy... wrócić...? I... uh... chwila... Rozejrzałem się niepewnie, gdy stanęliśmy na granicy linii drzew. Nigdzie nie było widać rzeki.
Psianka również stanęła obok mnie. Tak się zagadaliśmy, że nie zauważyliśmy aż do tego momentu, że mogliśmy po drodze zboczyć z kursu…
— Oh… — rozejrzała się dookoła, po czym zaczęła wspinać się wyżej po gałęziach. Zdaje się, że ostrzegła coś w oddali, ale wnioskując po wyrazie jej pyska, nie była w stanie zidentyfikować czy to to, czego szukamy.
— Chodź Borowiku! Coś znalazłam!
Tak, to była rzeka. Dostrzegłem ją wyraźnie, ale musieliśmy się nieco cofnąć, by to się stało. Nie zgubiliśmy się aż tak, jedynie nieco rozjechaliśmy się z obranym kierunkiem. Błąd prosty do naprawienia.

***

— Hm. Trochę taka... szeroka ta rzeka — mruknąłem, szacując nasze szanse na przetrwanie tej przeprawy, biorąc pod uwagę moje umiejętności pływackie. — No dobra... — zanurzyłem ostrożnie jedną łapę w wodzie i poczułem, jak prąd wody ciągnie mnie w przeciwną stronę. Tak mnie to zaskoczyło, że straciłem równowagę i wleciałem do rzeki. Po kilku uderzeniach ptasich skrzydeł, podczas których zdążyłem odtworzyć w pamięci najważniejsze wspomnienia mojego życia i pożegnać się ze światem, bliskimi i moim już pewnie zimnym legowiskiem, znalazłem się bezpiecznie po drugiej stronie.
— Choć, Psianko. Albo... albo lepiej… płyń — powiedziałem, trzęsąc się z zimna, próbując wysuszyć moje biedne futerko, zamoczone po raz drugi tego dnia i zapewne nie ostatni…
Psianka przekroczyła wodną toń z wyraźnie większą gracją (a przynajmniej bez wyraźniej konieczności żegnania się z życiem), ale też nie wyglądała na bardzo szczęśliwą z zaistniałej konieczności. Wyczyściła swoje futro do sucha, lecz, mimo tego, dalej dygotała. Podeszła niepewnie do drogi grzmotu, która była tuż przed nami.
— Damy radę, jak przejdziemy przez nią, będzie już z górki! — uśmiechnęła się do mnie pogodnie, jednak jej oczy wyjawiały, że jest trochę zestresowana… Siedlisko dwunożnych było pełne… dwunożnych, którzy mogli być niebezpieczni...

***

— Chodź! — zawołała, po czym bezpiecznie przebiegła na drugą stronę. Jej ogon drżał z widocznych emocji, niecierpliwości, strachu i podniecenia jednocześnie. Wiedziałem, jak ważne jest dla niej marzenie o spotkaniu dwunożnych i, choć nie podzielałem jej ekscytacji, miałem nadzieję, że nie pożałuje i że sprawi jej to radość.
— Jeśli coś się stanie… przekaz Gończykowi i matce, że ich kocham, dobrze? — mruknęła cicho, patrząc w oczy buremu, z pełną powagą.
Wzdrygnąłem się na nagłą zmianę emocji w jej tonie.
— Oh, Wszechmatko... Chwila. Jak to..? Co ma się stać..? Znaczy... okej... — zacząłem, nieco zdezorientowany. — Kiedy miałbym wiedzieć, że coś się stało..? Jak... uh... jak to stwierdzić..? — zmarszczyłem brwi, próbując odzyskać choć część mojej logiki. — Poza tym... raczej... chyba wrócisz... najpewniej, więc ja tu sobie zaczekam po prostu... hm.
Podrapałem nerwowo ziemię łapką.
Nie odrywała wzroku ode mnie, mogłem zobaczyć, że nad ekscytacją nieco wziął górę strach. Ale skoro już byliśmy tak blisko… to już się chyba nie wycofa.
— Uh… no nie wiem Borowiku… Będę krzyczeć. Jeśli chcesz to… możesz mnie obserwować z tego drzewa — wskazała ogonem, po czym zbliżyła się do kocura. — Dziękuję Ci, że przyszedłeś ze mną aż tutaj. To wiele dla mnie znaczy. — Przycisnęła pysk do boku mojej szyi w przyjacielskim geście, a następnie odwróciła się i stanęła przed ścianą gniazda dwunożnych. Była zbudowana z dziwnie prostych drzew, które wyglądały na bardzo cienkie. Aż zmarszczyłem brwi. Dziwne istoty… Na co im płaskie drzewa? Ani na nie nie wejdą, ani w nich wiewiórki nie zamieszkają… Wycofałem się nieco i wspiąłem się na najbliższe drzewo, uważnie obserwując kotkę. Znowu złapałem się na tym, że zastanawiam się, jak ona szybko dorosła…
Powoli wdrapała się na szczyt ściany, obserwując jedno z gniazd, znajdujących się naprzeciwko. Z otworu w gnieździe wydobywało się brzydkie światło, drażniące oczy, a w środku, ledwo dostrzec można było… dwunożnego. Gdzieś w oddali ujadało psisko. Wzdrygnąłem się na ten dźwięk, a moje futerko się napuszyło. Ona za to zafascynowana wpatrywała się w ten otwór. Obejrzała się po raz ostatni w moją stronę, po czym zeskoczyła na trawę po drugiej stronie. I właśnie wtedy, gdy już zdążyłem przekonać się, że może ta wyprawa skończy się obiektywnie pozytywnie… zjawił się on. Dwunożny złapał kotkę swymi łapskami po bokach jej ciała, a zaraz po tym unieruchomił ją, chwytając ją za kark. Ja siedziałem na gałęzi w bezruchu, obserwując w panice otoczenie, próbując znaleźć jakieś inne wejście do gniazda, jakiś słaby punkt, coś, co można by wykorzystać, by oswobodzić Psiankę…
— Borowiku! Borowiku pomocy! — zawyła, próbując się wyszarpać, jednak wyglądało na to… że to na nic. Przemieszczała się razem z bestią, wrzeszcząc i plując, starając się wykorzystać jakiekolwiek techniki bitewne, których nauczyła ją Rohan, nic jednak to nie dało. Psianka zniknęła razem z dwunożnym wewnątrz gniazda, którego wejście zostało od razu zabarykadowane.
Nie byłem w stanie się ruszyć. Nawet oddychać.

<Psianko?>

13 października 2026

Od Psianki CD. Borowika

Wróciłam do obozu z zającem zwisającym z pyska. Był cięższy, niż się spodziewałam, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie – byłam z siebie niesamowicie dumna. Zając nie był przecież czymś, co często trafiało się w Owocowym Lesie, więc kiedy udało mi się go złapać, przez całą drogę powrotną miałam ochotę wszystkim o tym opowiedzieć. A właściwie jednemu konkretnemu kotu.
— Borowiku! — zawołałam niewyraźnie, odkładając zdobycz na stertę zwierzyny. Nie odpowiedział, więc rozejrzałam się po obozie i szybko dostrzegłam burego kocura stojącego niedaleko.
— Borowiku! — zawołałam ponownie, po czym podbiegłam do niego i usiadłam obok, ledwo powstrzymując się od podskakiwania z podekscytowania. Miałam w głowie pewien pomysł już od jakiegoś czasu i w końcu znalazłam kogoś, kto mógł mi w nim towarzyszyć.
— Masz ochotę zrobić coś bardzo niekonwencjonalnego i szalonego? — Borowik spojrzał na mnie kątem oka, a jego ogon drgnął z ekscytacji.
— Coś… szalonego? — powtórzył, jakby sam próbował oswoić się z tym pomysłem. — No… ale… jak bardzo… szalonego…?
Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, bo jego reakcja tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że wybrałam odpowiedniego kompana. Nie chciałam jednak zdradzać wszystkiego na środku obozu, dlatego rozejrzałam się dookoła, upewniając się, że nikt nie zwracał na nas uwagi.
— A widziałeś kiedyś Dwunożnego na żywo? — spytałam, ściszając głos do konspiracyjnego szeptu. Borowik zmarszczył brwi i również zaczął nerwowo rozglądać się na boki.
— Uh… ano… widziałem. Znaczy… w mojej głowie — odpowiedział po chwili. — I wydawał się… całkiem żywy. Wyobrażam ich sobie czasem. Jako gigantyczne, łyse koty, co na dwóch łapach chodzą. Bo mówią…
Nachylił się bliżej i jeszcze bardziej ściszył głos.
— Mówią, że tak wyglądają — przez chwilę milczał, po czym pokręcił głową. — Ale no… nie, nie… Ja nigdy nie widziałem takiego… nie naprawdę. A bo co…?
Nie mogłam dłużej czekać.
— To chodź, nie możemy rozmawiać tutaj! — szepnęłam, po czym ruszyłam truchtem poza obóz, kierując się w stronę Szopy Strachu. Nikt zbyt często nie zapuszczał się w tamte okolice, więc byliśmy niemal pewni, że nikt nie będzie próbował podsłuchiwać naszej rozmowy. Borowik przez chwilę stał w miejscu, wyraźnie zdezorientowany, ale ostatecznie ruszył za mną.
— C… co…? Och, Wszechmatko… Ale… uh… — wymamrotał, próbując mnie dogonić. Po drodze omal się nie przewrócił, zahaczając łapą o kamień, przez co obejrzałam się na niego z lekkim rozbawieniem. Na szczęście szybko odzyskał równowagę i po chwili znalazł się obok mnie. Kiedy znaleźliśmy się przy Szopie Strachu, zatrzymałam się i usiadłam, owijając ogon wokół łap. Spojrzałam na Borowika poważnie, choć w środku nadal aż rozpierało mnie podekscytowanie.
— Mam pewien plan, ale najpierw musisz mi obiecać, że nikomu nic nie powiesz! — Borowik rozejrzał się po okolicy, po czym spojrzał na mnie z szeroko otwartymi oczami.
— Ja… ja nie powiem nic, nigdy, nie… Ale… nie chodzi o nic… uh… złego, prawda…? Bo ja to… złego nie chcę nic… — mruknął niepewnie. Pokręciłam głową i odpowiedziałam całkowicie poważnie:
— Nigdy bym cię nie poprosiła o nic złego, Borowiku.
Wzięłam głęboki oddech i wreszcie powiedziałam mu, co od dawna chodziło mi po głowie.
— Chciałabym wybrać się w okolice Siedliska Dwunożnych. Od zawsze byłam ciekawa ich wyglądu… a to jedyne miejsce, gdzie mogłabym ich zobaczyć! Tylko podróż do ich miejsca jest bardzo długa i ciągnie się przez tereny innych klanów. Ale z moich obliczeń wynika, że jeśli wyruszymy tuż przed świtem, a w samym Siedlisku nie spotkamy żadnych kłopotów i zostaniemy tam stosunkowo krótko… powinniśmy wrócić do Owocowego Lasu przed zmierzchem — przerwałam na moment, po czym dodałam nieco ostrożniej: — Oczywiście możesz się wycofać! Ale z moim gadulstwem sama długo nie wytrzymam i potrzebuję kompana do podróży…
Borowik podrapał łapą ziemię i pokręcił głową.
— Uh… To… to niedobry pomysł, nie, nie… — zaczął, a ja przez chwilę tylko na niego patrzyłam, czekając, aż skończy. — Jeśli na terenach innego klanu złapie nas patrol, to będzie po nas. Jeśli się tam zgubimy, to też po nas. Albo Dwunożni… uh… zrobią coś tak, że będzie po nas — zawahał się, po czym dodał z wyraźnym niepokojem: — A to jeszcze jest droga w dwie strony… um…
Przez chwilę milczał, wyraźnie rozważając wszystkie możliwe konsekwencje. Już miałam zacząć go przekonywać, kiedy jego mina nagle trochę się zmieniła.
— Ale no… w sumie… jak pójdziemy razem, to… to będziemy mieć dwie pary oczu i uszu i… i ogólnie wszystkiego, co przydatne, razy dwa, więc… — zawahał się jeszcze raz, po czym wzdrygnął się lekko. — Ugh… A co mi tam… Pójdę no… Hm. Przecież cię samej nie puszczę…
Przez moment po prostu na niego patrzyłam, a potem nie mogłam powstrzymać szerokiego uśmiechu.
— Wiedziałam, że się zgodzisz! — rzuciłam z entuzjazmem, a mój ogon niemal od razu uniósł się do góry. Mieliśmy plan. Następnego dnia, jeszcze przed świtem, mieliśmy opuścić Owocowy Las i ruszyć w stronę Siedliska Dwunożnych. Czekała nas długa droga, tereny innych klanów i mnóstwo rzeczy, których nie mogliśmy przewidzieć, ale właśnie ta niewiadoma podobała mi się najbardziej.
Nie wiedziałam, co zobaczymy, czy uda nam się bez problemu dotrzeć na miejsce ani jak właściwie będą wyglądać prawdziwi Dwunożni. Wiedziałam tylko, że nie zamierzałam już dłużej polegać na cudzych opowieściach. Chciałam zobaczyć ich na własne oczy, a Borowik – ku mojej ogromnej radości – miał mi w tym towarzyszyć.

<Borowiku?>

16 sierpnia 2026

Od Borowika CD. Psianki

Z zapartym tchem słuchałem słów uczennicy.Szybko się uczy? Oczywiście, że tak. Jeszcze chwilę temu była kociaczkiem, a teraz już potrafi wspinać się po drzewach i rozpoznawać tropy niemal z łatwością... Jak dla mnie, to naprawdę szybko.
– Hm. Rohan ma rację. To bardzo ważne, by nauczyć się rozpoznawać ślady zwierząt… Ale… no, na razie nie musisz się o nic martwić. Dopóki nie podrośniesz, zawsze będziesz na patrolach z innymi zwiadowcami. I to oni będą pilnować bezpieczeństwa… co nie…? Odpowiedzialność spadnie na ciebie tak naprawdę, dopiero gdy zostaniesz zwiadowczynią, Psianko…
Słuchałem dalej, jak wspominała dawne czasy i moje wybitnie dopracowane wręcz teorie. Oczy mi się zaświeciły - najchętniej opowiedziałbym o nich po raz kolejny i podzieliłbym się nowymi… ale wydaje mi się, że świat jeszcze nie jest na to gotowy, ale kiedyś wszyscy się przekonają.
– Hm. Tak, tak, śmiej się – mruknąłem więc tylko. – Ja tam swoje wiem. I ja apokalipsę przeżyję. Może… może użyczę ci miejsca w mojej tajnej jaskini, gdy przyjdzie co do czego…
Rozejrzałem się odruchowo dookoła, sprawdzając, czy aby żaden z moich niewidzialnych wrogów nie czai się za którymś z pni…
Cieszyło mnie niezmiernie, że Psianka pamięta wszystkie rzeczy, które jej kiedyś powiedziałem… Nie zdarza mi się często, by ktoś wspomniał mi o czymś, co rzuciłem ot tak, w dodatku dawno temu…
Hm. Miłe uczucie.
Wyprostowałem się nieco.
– Uh… Ale co do treningu… możemy pójść razem… Pokazałbym ci fajną grę… rozwijającą kreatywność w kontekście umiejętności kamuflaż i zwinność i… i no zabawne to jest też dosyć…

***
Dzień mianowania Psianki…

Podszedłem - a raczej podbiegłem - do Psianki od razu, gdy tylko wyszła z tłumu gratulujących jej kotów.
– Psianko. Psianko. Uh… Chciałem ci… pogratulować. – mruknąłem nieco niewyraźnie. – Jestem dumny, że… że już zwiadowczynią jesteś. A taka malutka byłaś jeszcze niedawno… Hm. Hm. Przyniosłem ci coś. Na tę… okazję.
Poruszyłem językiem w pysku, po czym wyplułem na ziemię dość okazały kamyczek. Gładziutki, biały kamyczek z subtelnymi, szarawymi odcieniami w kształcie pasów.
– To dla ciebie. Znalazłem go. Przy rozlewisku.
Zamrugałem niepewnie. Zmarszczyłem brwi i przyjrzałem się kamyczkowi z bliska. Cały był oblepiony śliną i piaskiem, który się do niej przylepił.
– Uh. Ale on… trochę opluty jest. Oj. Hm. No dobra. Nieważne. – kopnąłem kamyczek łapą, a on odleciał gdzieś w tłum. Mam nadzieję, że nikogo nim nie trafiłem… – Dobra. Um. Chcesz iść ze mną na patrol jutro? Pierwszy patrol jako zwiadowczyni.

<Psianko?>

23 lipca 2026

Od Psianki CD. Borowika

Ledwo przekroczyłam wejście do obozu, a moje łapy wydawały się cięższe niż zwykle. Trening z Rohanem był długi i wymagający, ale jednocześnie dawał mi ogromną satysfakcję. Wciąż czułam na opuszkach łap szorstkość kory drzew, po których kazała mi się wspinać, a w nozdrzach mieszały się zapachy mchu, mokrej ziemi i śladów pozostawionych przez leśne zwierzęta. Mimo zmęczenia nie potrafiłam przestać o tym myśleć. Każdy dzień przynosił coś nowego i z każdym kolejnym wschodem słońca coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że zostanie zwiadowczynią, było najlepszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać.
Mimowolnie zaczęłam zastanawiać się, co w tej chwili robią Zew i Łza. Minęło już trochę czasu, odkąd opuścili Owocowy Las, a mimo to wciąż łapałam się na tym, że odruchowo rozglądałam się po obozie, jakbym spodziewała się zobaczyć ich znajome sylwetki. Dopiero po chwili przypominałam sobie, że przecież ich już tutaj nie było. Mieli nowe legowiska, nowych opiekunów i nowe obowiązki, podczas gdy ja nadal każdego ranka budziłam się w tym samym miejscu.
Próbowałam wyobrazić sobie ich życie w Klanie Burzy. Czy Zew wciąż był tak samo rozkojarzony i wpadał na wszystkich po drodze? Czy Łza zdążyła już zwrócić na siebie uwagę całego obozu, tak jak zawsze potrafiła? Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem. Byłam niemal pewna, że tak właśnie było. Nie umiałam sobie wyobrazić miejsca, w którym Łza nie znalazłaby sposobu, żeby wszyscy wiedzieli o jej istnieniu.
Westchnęłam cicho, czując lekkie ukłucie tęsknoty. W dzieciństwie wydawało mi się czymś zupełnie naturalnym, że zawsze byli gdzieś obok. Nawet jeśli każde z nas zajmowało się czymś innym, wystarczyło odwrócić głowę, żeby zobaczyć rodzeństwo. Teraz między nami rozciągała się granica dwóch klanów. Wiedziałam, że sojusz nadal trwał i pewnie jeszcze kiedyś się zobaczymy, ale to nie było już to samo. Nie mogłam po prostu pobiec do Zewu, żeby pochwalić się nowym tropem, ani posłuchać kolejnych przechwałek Łzy.
Mimo wszystko miałam nadzieję, że byli szczęśliwi. Jeśli naprawdę odnaleźli swoje miejsce w Klanie Burzy, to właśnie tego im życzyłam. A kiedyś, przy następnym spotkaniu obu klanów, będę mogła opowiedzieć im o wszystkim, czego nauczyłam się jako zwiadowczyni. I może wtedy okaże się, że choć nasze ścieżki się rozeszły, nadal potrafimy rozmawiać ze sobą tak samo łatwo, jak wtedy, gdy jako kociaki ganialiśmy się po żłobku, udając, że cały świat należy tylko do nas.
Już miałam skierować się w stronę stosu świeżej zwierzyny, kiedy dostrzegłam znajomą sylwetkę siedzącą niemal na środku obozu. Borowik wyglądał, jakby czekał na coś… albo na kogoś. Dopiero gdy jego spojrzenie zatrzymało się na mnie, zrozumiałam, że tym kimś byłam ja. Przez krótką chwilę poczułam przyjemne zaskoczenie. Nie spodziewałam się, że ktoś będzie na mnie czekał tylko po to, żeby zamienić kilka słów.
Na moim pysku niemal od razu pojawił się szeroki uśmiech. Lubiłam Borowika. Był trochę… niezwykły. Nigdy nie wiedziałam, dokąd zaprowadzi go własny tok myślenia. Potrafił z całkowitą powagą rozważać istnienie niewidzialnych kotów, planować ucieczkę przed zupełnie nierealnymi katastrofami, a chwilę później opowiadać o zwiadowcach tak mądrze, że chłonęłam każde jego słowo. Czasami trudno było za nim nadążyć, ale chyba właśnie dlatego rozmowy z nim były tak ciekawe.
Podeszłam bliżej, słuchając jego gratulacji z wyraźnym skupieniem. Z każdym kolejnym słowem czułam, jak moje uszy unoszą się coraz wyżej. Dawniej pewnie od razu zaczęłabym opowiadać o sobie albo przechwalać się tym, czego już się nauczyłam. Tym razem jednak przede wszystkim zrobiło mi się zwyczajnie ciepło na sercu. Miło było usłyszeć, że ktoś zauważył moje starania i uważał, że naprawdę się do tego nadaję. Usiadłam naprzeciw niego, owijając ogon wokół łap.
— Dziękuję! Naprawdę bardzo się staram. Rohan mówi, że jeszcze popełniam sporo błędów, ale podobno szybko się uczę — na chwilę opuściłam wzrok na swoje łapy, przypominając sobie dzisiejszy trening. — Dzisiaj nawet mnie pochwaliła. Powiedziała, że zaczynam bardziej ufać nosowi niż oczom. A wcześniej… chyba ze trzy razy zgubiłam trop i byłam przekonana, że idę dobrze — zaśmiałam się cicho, trochę zawstydzona własnymi pomyłkami. — Uczyłyśmy się rozpoznawać tropy lisów. Na początku wydawało mi się, że wszystkie zapachy są takie same, ale później zaczęłam wyczuwać różnice. Lis pachnie zupełnie inaczej niż kot. Tak ostro… i trochę gryzie w nos. Rohan mówiła, że zwiadowca powinien umieć rozpoznać taki trop od razu, bo kiedyś może od tego zależeć bezpieczeństwo całego patrolu.
Na samą myśl o tym poczułam lekki dreszcz. Jeszcze niedawno byłam zwykłym kociakiem biegającym po żłobku, a teraz ktoś powierzał mi wiedzę, od której kiedyś mogło zależeć życie innych kotów. Brzmiało to trochę przerażająco, ale jeszcze bardziej motywowało mnie do dalszej nauki.
Rohan nie zamierzała jednak ułatwiać mi zadania. Kilka razy celowo prowadziła mnie przez miejsca pełne innych zapachów, gdzie trop niemal całkowicie zanikał. Byłam przekonana, że idę właściwą drogą, ale za każdym razem słyszałam spokojne pytanie, czy na pewno jestem pewna swojego wyboru. Dopiero wtedy orientowałam się, że znowu popełniłam błąd. Musiałam wracać, uspokajać oddech i jeszcze raz zaufać własnemu nosowi zamiast oczom. Dopiero za którymś razem udało mi się odnaleźć właściwy ślad, a Rohan pochwaliła mnie, mówiąc, że zaczynam rozumieć, na czym naprawdę polega tropienie.
Im więcej o tym opowiadałam, tym bardziej czułam, że naprawdę chcę być coraz lepsza. Każdy nowy trening uświadamiał mi, jak wiele jeszcze przede mną, ale zamiast mnie to zniechęcać, tylko bardziej motywowało do pracy.
— Dlatego… naprawdę chciałabym kiedyś potrenować też z tobą. Skoro jesteś zwiadowcą od tylu księżyców, to pewnie wiesz mnóstwo rzeczy, których jeszcze nawet nie zdążyłam zobaczyć. Może nauczyłbyś mnie czegoś, czego Rohan jeszcze nie pokazała?
Na samą myśl o wspólnym treningu ogon poruszył mi się z wyraźnym ożywieniem. Borowik był doświadczonym zwiadowcą i wiedział o tej roli znacznie więcej niż ja. Sam fakt, że uważał mnie za wartą wspólnego treningu, był dla mnie ogromnym wyróżnieniem.
Nagle przypomniała mi się nasza rozmowa sprzed wielu księżyców, jeszcze z czasów, gdy byłam małym kociakiem. Uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie apokalipsy niewidzialnych kotów i wszystkich dziwnych planów, które zdążył wtedy wymyślić. Od tamtego dnia wielokrotnie rozglądałam się po lesie, zastanawiając się, czy przypadkiem naprawdę gdzieś się nie ukrywają. Oczywiście nigdy żadnego nie zobaczyłam… ale przecież właśnie na tym polegał problem. Skoro były niewidzialne, to może rzeczywiście gdzieś tam były.
— Wiesz… czasami nadal myślę o tych niewidzialnych kotach, o których mi kiedyś opowiadałeś. Nadal żadnego nie widziałam… ale chyba właśnie o to chodzi, prawda? — parsknęłam cichym śmiechem, wyobrażając sobie Borowika opracowującego kolejne plany ewakuacji przed katastrofami, które istniały chyba tylko w jego głowie. — Mam jednak nadzieję, że jeśli kiedyś naprawdę nadejdzie taka apokalipsa, to będziesz w pobliżu. Wymyśliłeś przecież tyle planów ucieczki, że na pewno któryś by zadziałał.
Ta myśl ponownie mnie rozbawiła. Borowik potrafił sprawić, że nawet najbardziej absurdalne rzeczy przez chwilę wydawały się całkiem możliwe. I chyba właśnie dlatego tak dobrze mi się z nim rozmawiało. Miał w sobie coś, co sprawiało, że świat wydawał się trochę większy, trochę ciekawszy i pełen rzeczy, o których większość kotów nawet nie pomyślałaby ani razu.

<Borowiku?>
[1124 słowa]

[22%]

14 lipca 2026

Od Borowika CD. Psianki

Pokiwałem głową.
Mała koteczka wydawała się bardzo rezolutna i rozsądna, nie miałem więc najmniejszych powodów do obaw o nią. Ogólnie patrząc na ostatnie kociaki Owocowego Lasu, jestem w stanie wysunąć wniosek, iż są one wszystkie równie rozsądne, jak i rezolutne.
– Hm. No… No, myślę dosyć… dosyć sporo. Jak śpię to nie. Ale zamiast spania jak najbardziej. I to niezbyt fajne wtedy. Albo na przykład w takiej sytuacji jak ta, to ja, zanim bym przeanalizował wszystkie okoliczności i wybrał odpowiednią opcję dialogową czy też akcję, to już by było… uh, po ptakach, tak w skrócie. Rozumiesz…?
Psianka zadarła główkę do góry, spoglądając na mnie lekko zdezorientowanym, ale i jednocześnie zamyślonym wzrokiem. Po chwili zawahania przytaknęła, kiwając ostrożnie głową.
– Tak… tak, chyba rozumiem, Borowiku. To smutne trochę... – powiedziała, zmartwiona. – Nie da się jakoś tak… przestać?
Przekręciłem głowę na bok.
– No… no nie bardzo. Ale… ma to też, że tak powiem, zalety. Wiesz ile… wiesz, ile rzeczy wymyśliłem dzięki temu? Na przykład… no… dwadzieścia osiem różnych sposobów na zjedzenie wiewiórki. Albo obmyśliłem, jak mogłyby wyglądać trzy główne drogi ucieczki z naszego obozu w razie pożaru i powodzi oraz apokalipsy niewidzialnych kotów.
– Ojejku… Ale przecież… niewidzialne koty nie istnieją… prawda, Borowiku? – spytała niepewnie kotka.
– Uh. Nie wiem. A widziałaś kiedyś jakiegoś?
– Nie…
– No. Bo są niewidzialne. Więc w sumie ciężko stwierdzić. Ale nie wykluczam tej możliwości. Hmm. Pamiętaj. Zawsze trzeba być gotowym na apokalipsę.

***

Teraźniejszość

Słyszałem ostatnio, że Psianka robi spore postępy w swoim treningu. To dobrze, dobrze. Jest bardzo mądra. I będzie zwiadowczynią. Tak jak ja. Postanowiłem więc odnaleźć ją i złożyć jej należyte gratulacje, jak i okazać aprobatę… uh… czy coś tam. Gdy tylko wróciłem z patrolu, usiadłem na środku obozu, nie spuszczając wzroku z wejścia. Dowiedziałem się, że kotka jest na zewnątrz, na treningu. Czekałem więc aż wróci.
Po jakimś czasie niedługo przed zachodem słońca, Psianka wkroczyła do obozu razem z Rohanem. Patrzyłem, jak się rozdzielają, a następnie podszedłem do kotki.
– Uh… Cześć. Psianko. Słyszałem, że dobrze ci idzie. Trening. Ostatnio. I… chciałem powiedzieć, że… cieszę się. Nadajesz się na zwiadowcę… najprawdopodobniej. Możemy kiedyś się dogadać z twoją mentorką i razem potrenować. Bo ja to całkiem niezły jestem…

<Psianko??>

19 czerwca 2026

Od Psianki CD. Borowika

Zmarszczyłam nos i od razu spojrzałam pod własne łapy, jakby ślimak miał właśnie wyłonić się z ziemi. Dopiero po chwili wróciłam wzrokiem do Borowika. Pytanie było bardzo poważne. Przynajmniej dla mnie.
— To zależy — usiadłam, owijając ogon wokół łapek. Przez moment myślałam naprawdę intensywnie, aż uszy lekko drgnęły.
— Jak byłby daleko, to bym krzyknęła. Tak najgłośniej, jak umiem. Żeby się zatrzymał — pokiwałam głową sama do siebie, uznając ten plan za całkiem rozsądny.
— A jak byłby blisko, to bym do niego pobiegła i go odepchnęła. Albo pociągnęła za ogon. Albo ugryzła w łapę! — zamilkłam na chwilę. — Ale nie mocno.
Dodałam szybko, bo nie chciałam, żeby pomyślał, że gryzę koty bez powodu.
— Tylko tak ratunkowo.
Moje spojrzenie przesunęło się na ziemię, gdzie jeszcze chwilę wcześniej znajdował się dołek. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej coś mi nie pasowało.
— Chociaż… właściwie skąd miałabym wiedzieć, że on nie patrzy? — przechyliłam głowę. — Może patrzy. Tylko ja nie wiem, że patrzy.
Ta myśl wydała mi się bardzo skomplikowana.
— A może lubi ślimaki i chce do niego podejść? Albo go ogląda? Albo liczy jego paski? — moje wąsy drgnęły lekko. — Ty byś pewnie wiedział. Ty dużo myślisz.
Przyjrzałam mu się z ciekawością.
— Czy ty myślisz cały czas? — zrobiłam krótką przerwę, po czym oczy rozbłysły mi nagle nowym pytaniem.
— I czy kiedy śpisz, to też myślisz? Bo jeśli tak, to chyba strasznie dużo myślisz, Borowiku.

<Borowiku?>

14 czerwca 2026

Od Borowika CD. Psianki

Rzuciłem drobnej koteczce krótkie spojrzenie. Naprawdę była malutka, co sprawiało, że jej złoto-pomarańczowe oczka stawały się niemal nieproporcjonalnie duże. Przestałem drapać ziemię.
– Uh… Ja też lubię rozumieć… rzeczy różne. Bardzo nawet. Hm – mruknąłem, obserwując ją kątem oka.
Wnioskując po słowach Psianki oraz jej otwartego stosunku do mnie wysnuć można wniosek, że się dogadamy. Że jest miła. Dociekliwa. Normalnie to nie wysilałbym się na tłumaczenie. Nie lubię się tłumaczyć. Ale dla małych kociaczków zawsze robię wyjątki. Bo kocham kociaczki.
– Wiesz… um… czynność kopania faktycznie może doprowadzić do powstania dołu. Jednak nie to jest moim celem. Ja kopię dla samego kopania. Lepiej mi się… lepiej mi się egzystuje po tym, jak coś wykopię, wiesz? – wyjaśniłem cicho, wodząc łapą wokół krawędzi dołu. Dwa koła w lewo. Jedno w prawo.
Czarna koteczka uniosła głowę do góry, nie odrywając wzroku od wgłębienia pod jej łapkami.
– Aaa… Już chyba rozumiem, Borowiku! – Psianka pokiwała energicznie głową. Jej ogonek zadrżał lekko. – Mi chyba kopanie dołów nie pomaga w niczym. Ale właściwie nigdy nie próbowałam…
– Uh. Nie… nie próbuj. Nie, nie. Przynajmniej nie tu. Bo… nie potrzebujemy dziury na środku obozu. Jeszcze ktoś w nią wlezie i się połamie i umrze – jednym ruchem łapy zgarnąłem całą ziemię z kupki obok i zasypałem wgłębienie, rozglądając się dookoła.
Faktycznie trochę nie przemyślałem możliwych konsekwencji moich działań. Tak bardzo pochłonęło mnie kopanie, zawsze robię to raczej odruchowo niż świadomie.
– Hm. Uważać trzeba zawsze – dodałem.
Oczy Psianki otworzyły się szeroko i poderwała się na równe łapki.
– Ja uważam! Uważam zawsze, Borowiku. Na wszystkich. Naprawdę! Nie pozwoliłabym, żeby komuś się coś stało!
Uśmiechnąłem się lekko. Nie uśmiecham się często. I z reguły jest to właśnie w otoczeniu kociaczków.
– Hmm… Jesteś pewna? – uniosłem lekko brew, spoglądając na nią.
– Tak! – przytaknęła z entuzjazmem kotka.
– No dobrze… A jak byś zareagowała… – zamyśliłem się. – …Gdybyś zobaczyła kota, który szedłby, nie patrząc na drogę, prosto w stronę obślizgłego ślimaka, na którym mógłby nieźle wywinąć orła, połamać się i umrzeć?

<Psianko???>

13 czerwca 2026

Od Psianki Do Borowika

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego niektóre koty tak bardzo lubią siedzieć w miejscu.
Przecież wszędzie działo się coś ciekawego. Na kalinie siedział ptak. Przy stosie zwierzyny ktoś rozmawiał. Liście szeleściły wysoko nad obozem. Nawet mrówki miały ważniejsze sprawy do załatwienia niż bezczynne siedzenie. Dlatego właśnie niemal podskoczyłam z zachwytu, gdy zauważyłam Borowika.
Siedział pod jednym z drzew i drapał łapą ziemię. Nie wyglądał, jakby robił cokolwiek konkretnego. Po prostu siedział i drapał. Raz. Drugi. Trzeci. Przechyliłam głowę, to było bardzo dziwne. A skoro było dziwne, musiałam sprawdzić dlaczego.
Podbiegłam bliżej tak szybko, że omal nie zaplątałam się we własne łapy. Zatrzymałam się dopiero tuż obok niego i przez chwilę wpatrywałam się w poruszającą się łapę. Potem spojrzałam na niego.
– Co robisz? – Nie czekałam jednak na odpowiedź zbyt długo. – Bo wygląda to tak, jakbyś próbował wykopać dół, ale dół jest za mały. Więc może nie próbujesz wykopać dołu. – Zmarszczyłam nos. – Albo próbujesz. Tylko bardzo powoli.
Usiadłam obok niego bez pytania o pozwolenie i również kilka razy podrapałam ziemię łapką, ale nie wydarzyło się nic szczególnego. Spojrzałam na swoje dzieło, potem na jego.
– Chyba nie rozumiem. – Mój ogon zakołysał się energicznie. — A ja lubię rozumieć rzeczy.

<Borowiku?>