Przeszłość
— Cóż, parę księżyców temu raczej nie marzył, żem o byciu wojownikiem, lecz jeśliś nie jest z rodu, to nie mam w tym wątku głosu — wyjaśnił. Nie chował już urazy do Mandarynkowej Gwiazdy, lecz żal, że musiał podążać taką, a nie inną ścieżką wciąż w nim głęboko był zakorzeniony. Nie obwiniał nikogo o wybory liderki, w tym Klekotka, lecz miał wrażenie, że ten nie jest do końca zadowolony z nowej roli w klanie. — Co do zwierzyny i patroli to raczej wszystko w normie, przynajmniej ja nic niepokojącego nie dostrzegłem. Może starsi wojownicy coś widzieli, lecz nie ja.
Czarny van jedynie skinął głową i nieco zmieszany, wodził wzrokiem po swoich łapach, przy których spoczywała ryba. Właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że zapewne przeszkodził księciu w posiłku.
— Ach, chyba żem ci w posiłku przeszkodził. Sam pójdę coś zjeść, smacznego — powiedział i po nieco nieśmiałym pożegnaniu przez pomarańczowookiego, odszedł lekkim krokiem w stronę źródełka, obok którego znajdowała się dziupla na zwierzynę. Z racji trudniejszego sezonu, liliowy zdecydował się na drobną ukleję, która niemal całkowicie została przysłonięta przez świeższe piszczki i zapomniana przez innych Nocniaków.
Delikatnie, wręcz z szacunkiem pochwycił rybę w swe zęby, by następnie odejść do legowiska wojowników, gdzie ze swojego posłania tuż przy wejściu miał idealny widok miejsce, z którego się oddalał. Może i lawenda nie kwitła w czasie pory nagich drzew, lecz smętne łodygi kołysane przez mroźny wiatr też go w jakiś sposób satysfakcjonował i jednocześnie wyciszał niemal wszystkie myśli, pozwalając niebieskookiemu na skupieniu się na jednej czynności, posiłku.
«★»
Wieczór przed zabraniem na wyspę
Pora zielonych liści dała o sobie znać wraz z coraz cieplejszymi dniami, które dla Konwalii z długą sierścią były istnym koszmarem w czasie Wysokiego Słońca. Najchętniej, by pozostał w legowisku wojowników lub przebywał w wodzie. Liliowy jednak uważał, że cel, jakim było wyżywienie klanu, uświęcał środki, a jego sposobem na unikanie nieprzyjemnego gorąca było wychodzenie na patrole rano lub wieczorem, kiedy to słońce nie paliło aż tak. Pozostały czas spędzał na rozmowach ze Złocistym Widlikiem lub spokojnej obserwacji centrum obozu, które miał wręcz na wyciągnięcie łapy z legowiska. Zdarzało się też, że zamienił parę słów z Borówkową Słodyczą, Słodką i Korzenną Łapą, rzadziej z Tojadową Kryzą — kocur odnosił wrażenie, że jego ojca prawie w ogóle nie było w jego życiu. Fakt, kiedy rodzeństwo było jeszcze kociętami to kiedy mógł, to odwiedzał swoje potomstwo, jednakże teraz? Konwaliowa Mielizna prędzej mógł się z nim minąć w legowisku lub na patrolu, nic więcej tak naprawdę.
Właśnie wracał z ostatniego patrolu tego dnia, kiedy to biała jak śnieg kotka rozmawiała z rudym wojownikiem. Niebieskooki przystanął w miejscu, z uwagą obserwując swoich rodziców — z jakiegoś powodu wolał nie podchodzić, czekając, aż dwójka zakończy swoją wymianę zdań, co nastąpiło po dłuższej chwili. Syn Wężynowego Kła odszedł do legowiska, natomiast córka Rysiego Boru pozostała w dotychczasowym miejscu, co liliowy wykorzystał.
— Matko — zaczął, informując starszą o swojej obecności. Ta, kiedy tylko ujrzała syna, od razu miękko się do niego uśmiechnęła, co on sam także uczynił. Po krótkim przywitaniu biała dała znak ogonem, by ten podążał za nim. Po krótkim marszu w ciszy przycupnęli ogon źródełka.
— Mój kochany synu, coś się stało? — spytała, jakby wyczuwając, że coś ciąży na sercu rozmówcy.
— Martwię się o siostry — odparł, omijając temat Tojadowej Kryzy.
— Niepotrzebnie — wymruczała, kładąc ogon na grzbiecie młodszego jako oznakę wsparcia. — Niedługo dołączą do nas, do legowiska wojowników i może razem będziemy chodzić na patrole. Takie rodzinne wyjścia poza obóz.
— Pięknie brzmi, ale tylko brzmi — powiedział pod nosem, obserwując spokojną taflę źródełka. — Czemu Dryfująca Bulwa i Baśniowa Stokrotka odeszli od nas? — spytał niespodziewanie.
— Jesteśmy jedynym klanem, w którym władza jest dziedziczona oraz występuje jawna dyskryminacja przez resztę członków ze względu na kolor sierści — wyjaśniła, przenosząc spojrzenie na bezchmurne niebo, które przybierało barwę Srebrnej Skóry.
— Przecież nimi też, by się nadawali na przywódców… A wygląd nie definiuje kota — zauważył, nieco ściągając brwi i kierując uszy do tyłu.
— Pamiętasz, jak Kotewkowy Powiew opowiadała wam o powstaniu kotów o danych maściach? — Konwalia skinął głową na potwierdzenie. — Dużo Nocniaków uważa to za swego rodzaju prawdę.
— Czyli piastunki wpajają kociakom nienawiść do bliźnich…? — zapytał, chcąc się upewnić we własnych wnioskach.
— Tak to wygląda, jednak to wszystko zapoczątkowała Srocza Gwiazda, która objęła władzę po obaleniu poprzedniej przywódczyni-tyranki. Nic jednak nie wskazuje na to, by to przekonanie uległo zmianie.
«★»
Następny dzień
Z samego rana nim zdążył się sam wybudzić ze snu, ktoś szturchnął go łapą w bok. Wybudzony przedwcześnie, uchylił ciężkie powieki, by ujrzeć nad sobą sylwetkę któregoś z wojowników. Nie wiedział do końca, kto to był, gdyż twardy rozkaz skutecznie odwrócił jego uwagę od poznania tożsamości Nocniaka.
— Wstawaj. — Zdziwiony nie oponował, podnosząc się na łapy. Miał właśnie przeciągle ziewnąć i zapytać, o co w tym wszystkim chodzi, kiedy to został popchnięty do wyjścia. — Idziemy. — Kolejny rozkaz i coraz więcej pytań w głowie. Liliowy nie wiedział, co się mogło dziać, lecz dostrzegając kątem oka białe futra Borówkowej Słodyczy i Rysiego Boru, przeczuwał, że coś zdecydowanie leży na rzeczy. Oprócz tego do grona wyprowadzanych dołączył jeszcze brat wojowniczki i we czwórkę poprowadzeniu ku wyjściu z obozu, a następnie w stronę jednej z wysepek. Wszystko to odbywało się w ciszy, jednak tylko z zewnątrz, gdyż w środku Konwaliowa Mielizna krzyczał i rzucał się, jak ryba wyciągnięta na brzeg.
“O co w tym wszystkim chodzi?!” — jego myśli kotłowały się w głowie, tworząc jeszcze większy chaos i zamęt. Mimo to pysk kocur nie wyrażał nic innego niż spokój i może zdziwienie — dawkowanie w ukazywaniu emocji było przydatną umiejętnością, szczególnie w klanie, który mógł cię nienawidzić tylko z powodu odmiennego umaszczenia, na które i tak nie ma się wpływu.
— Czy może ktoś wyjaśnić, o co chodzi?
— Czemu zostaliśmy wyciągnięci z legowiska?
— Dlaczego tu trafiliśmy?
Niepokój i żądza poznania prawdy rosła wśród nastrojów trójki wojowników. Nurtujące pytania opuszczały ich pyski niemal bez zastanowienia, nawet Konwalii udzielił się nastrój pozostałych. Jego ogon nerwowo przecinał powietrze za nim, a pędzelki na końcówkach uszu co jakiś czas gwałtownie były wprawiane w ruch.
— Z rozkazu Mandarynkowej Gwiazdy zostaliście uznani za prawdopodobnych zdrajców i zagrożenie dla klanu, dlatego będziecie tutaj przetrzymywani na czas bliżej nieokreślony. — W końcu jeden z jak się okazało, strażników udzielił im wypowiedzi, która wręcz mroziła krew w żyłach.
“Jak to oskarżeni o zdradę i zagrożenie dla klanu? Przecież… Ciężko pracowałem na miano wojownika! Chwila… Co z Korzonek i Słodką?!” — panika coraz bardziej ogarniała jego ciało, a lęk o siostry przyćmił inne obawy i pytania.
<Klekotku, może ty coś wiesz?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz