Dawno temu, w Owocowym Lesie
Miał nadzieję, że gdy już przyjdzie na to czas, będzie gotowy przyjąć tę odpowiedzialność. A nawet jeśli nie do końca, to Wiciokrzew, Poranek czy Purchawka raczej nigdzie się nie wybierali w najbliższym czasie…
Siedział teraz na swoim posłaniu, właściwie potwornie się nudząc. Był już dziś na treningu, a słońce właśnie zachodziło za horyzont, więc nie mógł nawet przejść się na spacer. W Owocowym Lesie nie miał też zbyt wielu przyjaciół, przez co nie miał nawet do kogo gęby otworzyć. Jedyne, z kim rozmawiał, to Wiciokrzew i Czajka – czasem oczywiście odezwał się też słowem do innych kotów, ale nie wyniknęły z tego żadne rozmowy, które byłyby warte uwagi. Ciągle jednak powtarzał sobie, że jeszcze ma czas. Jeszcze znajdzie kogoś, kto go polubi i kto z własnej woli będzie dzielić się z nim zwierzyną. Być może był to nawet kot, którego jeszcze tu nie było. Pieczarka nie była zbyt asertywną liderką – Osetek nie zdziwiłby się, gdyby wpuściła do klanu jakąś ładną samotniczkę w wieku zbliżonym do czarnofutrego.
W pewnym momencie Wiciokrzew musiał zauważyć znudzenie ucznia, bo postanowił się odezwać:
— H-hej… Słyszałeś o ty-tym, że w O-Owocowym Lesie nie-niektórzy potrafią po-posługiwać się językiem li-lisów? — zagaił liliowy, uśmiechając się subtelnie pod nosem.
Na jego słowa czarnofutry z zaciekawieniem podniósł uszy do góry. Jak to językiem lisów? To w ogóle było możliwe? Osetek nigdy nie sądził, że porozumiewanie się między gatunkami jest osiągalne.
— Nie, nie słyszałem. Ale brzmi to ciekawie! — odparł, poruszając wibrysami. — A ty potrafisz rozmawiać z lisami? To jakaś wiedza tajemna? — postanowił zaangażować się w tę rozmowę. W końcu lepsze to niż siedzenie na tyłku i rozmyślanie nad sprawami nieistotnymi.
— N-nie. Każdy może na-nauczyć się li-lisiej mowy… — odparł uzdrowiciel, po czym spuścił wzrok na łapy. — Ja znam ki-kilka podstawowych zwro-zwrotów… Świergot mnie na-nauczyła — wyjaśnił, na co oczy Osetka zabłysły.
— To świetnie! Nie chciałbyś mnie też nauczyć? — zaproponował zielonooki. — Nudzi mi się, ale pewnie już zauważyłeś… Chętnie przyswoję trochę nowej wiedzy. Kto wie, może mi się kiedyś przyda.
Pręgowany podniósł na niego wzrok, po czym skinął głową.
— Jasne. N-nie pamiętam zbyt wie-wielu słów… ale c-coś wciąż ko-kojarzę…
* * *
Teraźniejszość
— Coraz lepiej idzie ci maskowanie zapachów — stwierdził Mglisty Sen, patrząc z uśmiechem na Ostową Łapę, który cały był umorusany ziemią i pyłkiem kwiatów. Może i nie wyglądał teraz najpiękniej, ale przynajmniej jego zapach był nieco bardziej stłumiony.
Nie wiedział co prawda, do czego będzie mu to w przyszłości potrzebne, bo raczej nie zamierzał nigdzie się zakradać, ale skoro jego mentor chciał go tego nauczyć, nie miał wyboru. W końcu Sen był starszy i mądrzejszy – a także jednym z normalniejszych kotów w Świetlikach. Nie chciał mu się sprzeciwiać, bo obawiał się, że wtedy straciłby sojusznika.
— No a jak! Jak się ma takiego dobrego mentora, to cała wiedza wchodzi łatwiej… — rzucił żartobliwie, choć właściwie było w tym ziarno prawdy. Doceniał czarnofutrego i naprawdę uważał, że był on przykładnym nauczycielem.
Ale co się dziwić? W końcu istniała szansa, że niedługo zostanie już oficjalnym liderem Świetlików, a to oznaczało, że inni także widzieli w nim kogoś odpowiedzialnego.
— Dobra, dobra. Nie musisz mnie wychwalać, żebym cię mianował. Jeszcze trochę, a zasłużysz sobie na miano wojownika — oznajmił kocur. — Ale zanim to nastąpi, muszę się jeszcze upewnić, że jesteś uważny i nigdy nie przeoczysz szczegółów. To ważna umiejętność dla przyszłego wojownika — mruknął, po czym machnął swoim krótkim ogonkiem i żwawym krokiem ruszył przed siebie.
Ostowa Łapa ruszył tuż za Mglistym Snem, zastanawiając się nad tym, jakie ten może mu nadać imię. Chyba należało mu się jakieś fajne, czyż nie? Może Ostowa Walka! Albo Ostowe Przeznaczenie?
Nie… był fatalny w wymyślaniu imion – ale może czarnofutry będzie trochę kreatywniejszy w tej sprawie. Musiał być. W końcu będzie wybierał imię swojemu własnemu uczniowi.
W pewnym momencie żółtooki zatrzymał się gwałtownie i postawił uszy na sztorc. Zakłopotany Ostowa Łapa także się zatrzymał, kryjąc się za jego plecami, jakby zaraz coś miało na nich wyskoczyć. Dlaczego się zatrzymali? Czyżby gdzieś w pobliżu czyhało na nich niebezpieczeństwo?
Dostrzegł, że jego mentor cały był spięty, a futro wzdłuż karku i grzbietu zjeżyło mu się.
— Spójrz, Ostowa Łapo… — szepnął w końcu wojownik.
Czarno-biały wykonał kilka kroków w przód, by stanąć obok swojego mentora. Wyciągnął szyję do przodu i wtedy, między gałęziami krzewów, dostrzegł ognistorude futro, które lśniło w blasku słońca.
Lis.
Krzątał się niebezpiecznie blisko obozu Świetlików. Może specjalnie? Może szukał łatwego celu do zaatakowania i zabicia?
Zielonooki głośno przełknął ślinę, a chwilę później zwierzę zwróciło głowę w jego stronę.
— Musimy stąd uciec, szybko! — oznajmił Mglisty Sen, cofając się o krok.
Uczeń jednak nawet nie drgnął, wpatrując się w oczy rudego stworzenia, które nagle zaczęło zbliżać się w ich stronę.
— Ostowa Łapo, pokręciło cię?! Co ty wyprawiasz? Nie opłaca się walczyć z tym lisem! — nalegał wojownik, ale było już za późno. Ostowa Łapa i Mglisty Sen stali teraz w odległości kilku króliczych skoków od intruza. Ucieczka nie wchodziła już w grę – mogłaby tylko rozjuszyć lisa, a nawet doprowadzić go prosto do azylu.
Zamiast tego zielonooki zdecydował się zaryzykować…
— Ja przyjaciel — odezwał się do stworzenia w języku, którego nauczył go Wiciokrzew. — Nie problem — dodał, mając nadzieję, że lisia mowa nie była tylko bujdą wymyśloną przez Owocniaków.
Jak się jednak okazało, rude stworzenie skinęło głową, jakby ze zrozumieniem, po czym oddaliło się w przeciwną od obozu stronę.
Czarnofutry wojownik trwał w milczeniu, wyraźnie zdziwiony tym, co właśnie zobaczył i usłyszał.
Natomiast Ostowa Łapa czuł, jak mocno jego serce bije mu w klatce piersiowej. Nie spodziewał się, że naprawdę uda mu się skomunikować z lisem! To było takie dziwne, a jednocześnie przyjemne doświadczenie. Poczuł się mądry i bystry. Nie każdy może pochwalić się tym, że dogadał się z innym gatunkiem.
— Skąd… skąd wiedziałeś, co do niego powiedzieć? — zapytał w końcu wojownik, jakby nagle ocknął się z jakiegoś transu. — Tak długo, jak żyję na tym świecie, jeszcze nigdy moje oczy takich cudów nie widziały!
* * *
— Świetliki! — zawołał nagle czarnofutry, wypinając dumnie pierś. — Nadszedł ten dzień, w którym oficjalnie jeden z uczniów naszej grupy zostanie mianowany! — ogłosił, podczas gdy wokół niego zaczęli zbierać się członkowie przynależności.
W końcu wzrok wojownika spoczął na uczniu.
— Ostowa Łapo. Swoim zaangażowaniem udowodniłeś nam, że jesteś godzien wstąpić w szeregi wojowników — zaczął, uśmiechając się nieznacznie. — Ja, Mglisty Sen, wzywam naszych walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia, który pilnie trenował, by zdobyć doświadczenie potrzebne do ochrony naszego klanu. Polecam go wam jako nowego wojownika — wygłaszał. — Ostowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swoich pobratymców, nawet za cenę własnego życia?
Młodszy nawet się nie zawahał. Miał wrażenie, jakby całe swoje życie czekał właśnie na tę chwilę. Czuł, że wreszcie odnalazł swoje przeznaczenie – że wreszcie dobrnął do celu.
— Przysięgam! — oznajmił, niemal krzykiem.
— W takim razie, mocą naszych przodków, nadaję ci imię wojownika. Ostowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Lisi Oset. Grupa ceni twoje opanowanie i spryt, a dziś wita cię jako pełnoprawnego wojownika Świetlików!
<Mglisty Śnie?>
[1210 słów + maskowanie zapachów + umiejętność obserwacji]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz