Zima, Dzień Próby
Chudy został wyciągnięty niemal za fraki ze żłobka. Wszyscy doskonale wiedzieli, jaki nadszedł dzisiaj dzień. Dzień Próby. Jako że było zimno jak jasny gwint, Chudy, który na co dzień był ledwo żywy, teraz tym bardziej nie zamierzał wyściubiać nosa z ciepłego żłobka.
Wojownicy mieli jednak inne zdanie. Wilczyński Skowyt oraz (jego ulubiona) Ognikowa Słota, mieli tę wątpliwą przyjemność, by zabrać kocięta na teren obozu. Zarówno Noc, jak i Gruby czekali na kota, który zabierze ich w ustalone miejsce. Kalinka zadzierała nosa tak jak zawsze. A Chudy? Był Chudym.
– Pff, jak zginiesz, to nikt nie będzie płakał – mruknęła arogancko Słota. Szylkretka mocno faworyzowała Kalinkę, a Chudy doskonale o tym wiedział. Pewnie dlatego, że obie były kotkami.
– A nie prawda ty wredna babo, bo Gruby będzie płakać! – odgryzł się kotce.
Najchętniej jeszcze by się z nią poprzerzucał gównem, ale ktoś go popchnął, a on upadł niezgrabnie na ziemię. Usłyszał gdzieś w tle prychnięcie starszej.
Kiedy nadszedł ten czas, kocięta zostały zabrane. Mały buras darł mordę na cały las, dopóki nie dostał w łeb od niosącego go wojownika.
– Nie dość, że worek z Ciebie kości to jeszcze muszę Cię nosić. Po co Ci te cztery łapy?! – warknął.
– A po co Ci ta morda?! Do noszenia mnie! Przecież ja umrę w tym śniegu! – krzyknął.
– To masz. Umieraj. – Odparł, puszczając go i pozwalając, by ten wpadł w zaspy.
Chudy momentalnie poczuł obezwładniające zimno, które zmroziło całe jego ciało i mózg. Zaczął się trząść, jego zęby trzaskały o siebie z głośnym dźwiękiem. Kot, który go tu przyprowadził, odszedł. Bury wiedział, co to oznacza. Musi teraz przeżyć noc w tym lesie.
Ale... Czy on tego chciał? W końcu wszyscy go nienawidzili...
Huh! Oczywiście, że MUSIAŁ to zrobić! Im wszystkim na złość! Przebrzydłym kotom, które widzą tylko czubki własnych nosów Ba! Nie mógł też zawieźć swoich braci!
Kiedy minął szok i chwilowa depresja, wstał, by otrzepać futro. Pociągnął nosem, który zatkał się przez zimno, dlatego otworzył pyszczek. Poczuł na języku dziwne zapachy, niektóre od razu sprawiły, że jego krew się zmroziła, a inne pachniały podobnie do tych piszczek ze stosu. Niuch, niuch... Czy to zając? Może podaruje Chudemu trochę swojego puchu?
Kociak (już prawie uczeń) pobiegł na swoich patyczkowatych łapach na tyle, ile mógł. Ciągle ślizgał się na warstwie lodu ukrytego pod zimową okrywą, albo wpadał w jakieś wysuszone gałązki, leżące na jego drodze. W końcu udało mu się dotrzeć kilka długości zająca dalej, ale jeśli jakiekolwiek zwierzę tu było, to dawno uciekło.
– A NIECH TO! – krzyknął sfrustrowany.
Było mu zimno, robił się głodny, tak głodny, że nawet tą głupią wymiętoloną mysz by zjadł. Ale nie! Bo ktoś kiedyś wymyślił, że zajebistym pomysłem będzie wyrzucać kocięta w środku lasu, by zrobić im test przetrwania! Żałosne! Chudy był żałosny... Nie umiał nawet znaleźć sobie czegoś ciepłego, by okryć wychudzone ciałko.
Jeszcze ta głupia Słota i ten wredny wojownik, życzyli mu śmierci! Pfff, ich niedoczekanie! Chudy jeszcze im pokaże, jak genialnie wymyka się ze szponów śmiertelnych!
Minęło trochę czasu. Noc była już od dawna wszechobecna, a Chudy czuł, jak jego poduszeczki na łapach mają zaraz odpaść. Oddychał płytko, płyciej, niż zazwyczaj. Nos wciąż miał zatkany, skóra go swędziała, oczy łzawiły podwójnie od tego szczypiącego mrozu. Jeśli... jeśli niebawem nie znajdzie kryjówki, to będzie po nim. Wiedział o tym. Normalne kociaki, pokroju Nocy czy Kalinki pewnie by pożyły trochę dłużej w tym obezwładniającym mrozie, ale on ze swoimi przypadłościami miał jakieś... O wiele mniej szansy. Na pewno był już wychłodzony. Czuł, jak jego płuca boleśnie się kurczą, a w pyszczku zaschło od ciągłego nim oddychania.
Nagle zaczął kasłać. Bardzo dużo, głośno I intensywnie. Gdyby przechodził tędy jakiś drapieżnik, miałby gotową przekąskę. Mrożoną i chrupiącą.
Bury zacisnął zęby. Brnąc przez warstwy śniegu, powoli tracił nadzieję. Nawet jeśli przeżyje, skąd miał pewność, że ktoś po niego przyjdzie? Że go znajdą w tej wielkiej zmarzlinie...
Nagle, jego posklejanym oczom ukazała się malutka dziura w ziemi. Wsadził tam wklęsły pysk i poczuł ciepło! Zaczął kopać tak, jakby zależało od tego jego życie (a poniekąd tak było...). Gdy zrobił odpowiednio duży otwór w śniegu, prześlizgnął się tam, znajdując niedużą, starą norę. Pewnie zajęcza, pomyślał.
Ułożył się na zmarzniętej ziemi, która teraz była niczym błogosławieństwo samych kotów z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. Czy na niego patrzyli? Zesłali mu tę norkę, by mógł przeżyć?
Nie wiedział, w końcu nie mógł z nimi rozmawiać. Ale wiedział jedno, wyśpi się specjalnie dla nich, nawet w takich okropnych warunkach!
Nad ranem, gdy ostre zimowe słońce próbowało wypalić mu oczy, usłyszał nieopodal głosy. Jakiś kot go szukał. Albo bardziej jego ciała. Gdy wojownik natknął się na ślady wczorajszego kopania, zajrzał do środka jego kryjówki.
– O, umarł. – Usłyszał Chudy.
– Twoje niedoczekanie, palancie! – skrzeknął, bo miał suche, poranione gardło po nocnej walce o życie.
Wojownik posłał mu mordercze spojrzenie, łapą, mało ostrożnie wyciągając chude ciałko z nory. Wziął go ponownie za fraki i zaczął wlec do obozu.
– Nieprzyjemnie się nawet Cię nosi – stwierdził, kładąc go nieopodal wejścia do obozu.
– Oh wybacz. Następnym razem wyhoduję piękne futro, żebyś się nim zapchał przy niesieniu mnie! – skrzeknął ponownie, a następnie uniósł wysoko swój szczurzy ogon.
Wszedł do obozu jak największy król, a nikt na niego nie spojrzał. Wszyscy podziwiali Noc oraz Grubego. Chudy cieszył się, widząc ich mordki całe i zdrowe.
Dostrzegł również Ognikową Słotę, która rozmawiała z jakimś innym kotem. Podszedł więc do niej, wyprostował chudą pierś, i rzekł:
– Podziwiaj mój blask niezniszczalności! Przeżyłem Ci na złość!
Wojownicy mieli jednak inne zdanie. Wilczyński Skowyt oraz (jego ulubiona) Ognikowa Słota, mieli tę wątpliwą przyjemność, by zabrać kocięta na teren obozu. Zarówno Noc, jak i Gruby czekali na kota, który zabierze ich w ustalone miejsce. Kalinka zadzierała nosa tak jak zawsze. A Chudy? Był Chudym.
– Pff, jak zginiesz, to nikt nie będzie płakał – mruknęła arogancko Słota. Szylkretka mocno faworyzowała Kalinkę, a Chudy doskonale o tym wiedział. Pewnie dlatego, że obie były kotkami.
– A nie prawda ty wredna babo, bo Gruby będzie płakać! – odgryzł się kotce.
Najchętniej jeszcze by się z nią poprzerzucał gównem, ale ktoś go popchnął, a on upadł niezgrabnie na ziemię. Usłyszał gdzieś w tle prychnięcie starszej.
Kiedy nadszedł ten czas, kocięta zostały zabrane. Mały buras darł mordę na cały las, dopóki nie dostał w łeb od niosącego go wojownika.
– Nie dość, że worek z Ciebie kości to jeszcze muszę Cię nosić. Po co Ci te cztery łapy?! – warknął.
– A po co Ci ta morda?! Do noszenia mnie! Przecież ja umrę w tym śniegu! – krzyknął.
– To masz. Umieraj. – Odparł, puszczając go i pozwalając, by ten wpadł w zaspy.
Chudy momentalnie poczuł obezwładniające zimno, które zmroziło całe jego ciało i mózg. Zaczął się trząść, jego zęby trzaskały o siebie z głośnym dźwiękiem. Kot, który go tu przyprowadził, odszedł. Bury wiedział, co to oznacza. Musi teraz przeżyć noc w tym lesie.
Ale... Czy on tego chciał? W końcu wszyscy go nienawidzili...
Huh! Oczywiście, że MUSIAŁ to zrobić! Im wszystkim na złość! Przebrzydłym kotom, które widzą tylko czubki własnych nosów Ba! Nie mógł też zawieźć swoich braci!
Kiedy minął szok i chwilowa depresja, wstał, by otrzepać futro. Pociągnął nosem, który zatkał się przez zimno, dlatego otworzył pyszczek. Poczuł na języku dziwne zapachy, niektóre od razu sprawiły, że jego krew się zmroziła, a inne pachniały podobnie do tych piszczek ze stosu. Niuch, niuch... Czy to zając? Może podaruje Chudemu trochę swojego puchu?
Kociak (już prawie uczeń) pobiegł na swoich patyczkowatych łapach na tyle, ile mógł. Ciągle ślizgał się na warstwie lodu ukrytego pod zimową okrywą, albo wpadał w jakieś wysuszone gałązki, leżące na jego drodze. W końcu udało mu się dotrzeć kilka długości zająca dalej, ale jeśli jakiekolwiek zwierzę tu było, to dawno uciekło.
– A NIECH TO! – krzyknął sfrustrowany.
Było mu zimno, robił się głodny, tak głodny, że nawet tą głupią wymiętoloną mysz by zjadł. Ale nie! Bo ktoś kiedyś wymyślił, że zajebistym pomysłem będzie wyrzucać kocięta w środku lasu, by zrobić im test przetrwania! Żałosne! Chudy był żałosny... Nie umiał nawet znaleźć sobie czegoś ciepłego, by okryć wychudzone ciałko.
Jeszcze ta głupia Słota i ten wredny wojownik, życzyli mu śmierci! Pfff, ich niedoczekanie! Chudy jeszcze im pokaże, jak genialnie wymyka się ze szponów śmiertelnych!
~*~
Nagle zaczął kasłać. Bardzo dużo, głośno I intensywnie. Gdyby przechodził tędy jakiś drapieżnik, miałby gotową przekąskę. Mrożoną i chrupiącą.
Bury zacisnął zęby. Brnąc przez warstwy śniegu, powoli tracił nadzieję. Nawet jeśli przeżyje, skąd miał pewność, że ktoś po niego przyjdzie? Że go znajdą w tej wielkiej zmarzlinie...
Nagle, jego posklejanym oczom ukazała się malutka dziura w ziemi. Wsadził tam wklęsły pysk i poczuł ciepło! Zaczął kopać tak, jakby zależało od tego jego życie (a poniekąd tak było...). Gdy zrobił odpowiednio duży otwór w śniegu, prześlizgnął się tam, znajdując niedużą, starą norę. Pewnie zajęcza, pomyślał.
Ułożył się na zmarzniętej ziemi, która teraz była niczym błogosławieństwo samych kotów z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. Czy na niego patrzyli? Zesłali mu tę norkę, by mógł przeżyć?
Nie wiedział, w końcu nie mógł z nimi rozmawiać. Ale wiedział jedno, wyśpi się specjalnie dla nich, nawet w takich okropnych warunkach!
~*~
– O, umarł. – Usłyszał Chudy.
– Twoje niedoczekanie, palancie! – skrzeknął, bo miał suche, poranione gardło po nocnej walce o życie.
Wojownik posłał mu mordercze spojrzenie, łapą, mało ostrożnie wyciągając chude ciałko z nory. Wziął go ponownie za fraki i zaczął wlec do obozu.
– Nieprzyjemnie się nawet Cię nosi – stwierdził, kładąc go nieopodal wejścia do obozu.
– Oh wybacz. Następnym razem wyhoduję piękne futro, żebyś się nim zapchał przy niesieniu mnie! – skrzeknął ponownie, a następnie uniósł wysoko swój szczurzy ogon.
Wszedł do obozu jak największy król, a nikt na niego nie spojrzał. Wszyscy podziwiali Noc oraz Grubego. Chudy cieszył się, widząc ich mordki całe i zdrowe.
Dostrzegł również Ognikową Słotę, która rozmawiała z jakimś innym kotem. Podszedł więc do niej, wyprostował chudą pierś, i rzekł:
– Podziwiaj mój blask niezniszczalności! Przeżyłem Ci na złość!
< Ognista Słoto? >
[Liczba słów: 891, Trening Chudej Łapy]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz