Wreszcie łapy same przyprowadziły ją na granicę Klanu Burzy. Zupełnie tak, jakby to właśnie tutaj mogła odnaleźć lek dla swojej rodzicielki. Smród świeżo odnowionych znaczeń granicznych dotarł do jej nosa, momentalnie przywodząc do jej głowy masę pytań. Wraz z nim doleciała do niej woń niedaleko przebywających królików, a może zająców, przeskakujących radośnie wysoko i gęsto porośnięte kwieciem łąki. Klan Burzy… Kotka nie widziała się z tym Burzakiem już od jakiegoś czasu. Może sam zeżarł podarunek i dlatego nie przychodził? Jeśli tak, to byłaby to szkoda, bo może mogłaby się z nim dogadać… Pora roku zdążyła się zmienić – teraz gorąc grzał jej plecy tak intensywnie, że musiała chodzić z wystawionym językiem, sapać i regulować jakoś to ciepło. Dobre chociaż tyle, że nie miała na sobie już szaty Pory Nagich Drzew, więc nie sypało się z niej i w dodatku nie musiała borykać się z dużo większym ukropem, który jej kłosy z chęcią jej zafundowałyby…
Znalazłszy się wystarczająco blisko, jej oczom szybko ukazały się liczne, porośnięte bladymi kłosami wrzosowiska, po których wiatr poruszał się swobodnie i wył w najlepsze, niczym wilk o pełni księżyca, śpiewając wszystkim mieszkańcom nieopodal swoje melodie w towarzystwie rodziny. Jej ciemnym oczom rzucił się kocur, którego zdążyła poznać już z widzenia. Może wyrzucił tamtego wróbla albo poczęstował nim kogoś innego? Jeśli wyrzucił, była to zatem ogromna strata. Zaczęła rozglądać się za jeszcze jakimiś kotami i próbowała nasłuchiwać, aczkolwiek ani nie dosłyszała, ani nie dostrzegła nikogo nowego. Rudy wyglądał tak, jakby czegoś szukał. Może przerwała mu polowanie i właśnie spłoszyła zwierzynę, o którą starał się długo, a może zgubił tego kota, który go wołał tamtego razu? Nie miało to znaczenia. Nie czuła nikogo w pobliżu poza nim. Nie wyglądał na zdenerwowanego jej obecnością, a nawet jeśli by był, nie zrobiłaby sobie z tego wiele. Kiwnęła głową na powitanie.
— Kreciku…! Musimy o czymś porozmawiać — powiedział, co przywiodło na jej mordkę zdziwienie. Kreciku? Czy tak właśnie ją zamierzał od teraz nazywać? Może przypominała kreta? Może chciał zdać raport, jak podobał mu się prezent, który mu wręczyła?
— I co się stało? — dopytała żywo, nawiązując do zwierzyny, o której nie zapomniała, nie przedłużając nadto. Zależało jej na szybkiej, może wylewnej odpowiedzi. Musiała wiedzieć. Musiała dowiadywać się coraz więcej.
Na pysku kocura zawidniało coś na wzór dyskomfortu. Nie chciał o tym rozmawiać? Zatem o czym by mógł? Jeśli podarował wróbla komuś bliskiemu, to miała świadomość, że klany miały w sobie naprawdę wielu członków, z pewnością ktoś zauważyłby zmianę w zachowaniu pobratymcy, o ile takowe wystąpiły. Jej bok nieznacznie zafalował ze zniecierpliwieniem. Kocur od ostatniego razu się zmienił – nosił teraz pokaźny bukiet na łbie, a łeb, z tego co widziała, chyba miał trudności w przetwarzaniu informacji, skoro nadal jej nie udzielił informacji. Każda sekunda dłużyła jej się, o dziwo bardziej, niż jakakolwiek wcześniej dotychczas. Mimo to nie zamierzała odpuścić. Odchrząknęła. Łaciaty uśmiechnął się miło, momentalnie, niczym na zawołanie. Może teraz się dowie?
— Kot, który ją zjadł, skończył w piachu — prychnął. — Co to było, co mu dałaś?
Pokiwała głową, przyjmując przekazaną jej informację, zupełnie ignorując drugą część pytania.
— Czy widziałeś, co działo się z nim przed śmiercią? Pluł pianą? Miał halucynacje, trudności w poruszaniu się? Wyglądał niekorzystnie?
Kocur pokręcił głową, a końcówka jego ogona zaczęła podrygiwać nerwowo, przygniatając odrobinę ususzone już źdźbła trawy pod sobą.
— Nie byłem obok. Tak naprawdę, zupełnie przypadkiem padło akurat na niego. Nie byłem z nim blisko… zanieśli mu wróbla, i… tak wyszło — wyznał, gestykulując.
Kobczyk nie obchodziło szczególnie to, jakie relacje miał niebieskooki z danymi kotami. Tak naprawdę był jej zupełnie obcy, znali się jedynie z widzenia. Nawet gdyby z imienia powiedział jej, kto padł, nie miałaby pojęcia o kim mowa. Jej zależało na tym, aby pozyskać dodatkową wiedzę, musiała się uczyć. Chciała sprawdzić, na ile może sobie pozwolić. Ile jeszcze nie wiedziała, ile podobnych przypadków musiałaby zobaczyć, zanim zaczęłaby rozumieć działanie poszczególnych roślin. Jednak… taka odpowiedź musiała jej najwidoczniej wystarczyć. Co prawda szkoda, iż nie udzielił jej dokładniejszej, dłuższej historii z tym związanej, aczkolwiek nawet nie wiedział pewnie, że właśnie tego od niego będzie oczekiwać, tego dnia, tutaj, w tym momencie. Nie pocieszało jej to jednak szczególnie. Nie nakarmiło to jej głodu wiedzy. Rzuciło jej jedynie skrawki.
— Na pewno zastanawiasz się, co tu znowu robię. Chciałbym zawrzeć z tobą pakt. Ty byś raportował mi, co dzieje się z kotami, które zjadły moje prezenty, a ja wręczałbym ci nowe co jakiś czas w ramach eksperymentu. Jeśli jest ktoś, na kim ci nie zależy, to mógłby dostać taką niespodziankę, a ja dowiem się czegoś nowego — spojrzała na niego z powagą, chociaż pysk szybko rozświetlił uśmiech, niekoniecznie szczery. Nie miała w zwyczaju uśmiechać się do kogokolwiek, odkąd Wąsatki nie było obok. — Z pewnością masz kogoś, kogo nie chcesz już w swoim towarzystwie, prawda? — zachęcała go, czekając niecierpliwie na choćby słówko z jego pyska. Nie miała dla niego gwarancji, że każdy podarunek zawierał w sobie truciznę. Chciała sprawdzić, co się stanie, jeśli wymiesza dane gatunki albo użyje czegoś nowego, czego nikt wcześniej nigdy nie badał. Oczywiście, jeśli tylko miało to wypalić, musiał mieć chociaż trochę oleju w głowie.
— Brzmisz tak, jakbyś prosiła mnie o coś lekkiego, jakbyśmy mieli wymienić się kwiatkami w żłobku — zmierzył ją dość nieprzychylnym spojrzeniem jednego oka spod długiej grzywki. Zarzucił ją, po czym poprawił łapą. Mina kotki nie zrzedła, przynajmniej jeszcze nie. Ani nie odmówił, ani się nie zgodził. Słuchała dalej. — Kreciku, a co ja właściwie miałbym z tego mieć? — zrobił chwilową przerwę, po czym machnął ogonem, jakby potrzebował się namyślić. Na jej pysku pojawiło się swego rodzaju znużenie, a powieki opadły lekko. Czy nie było to oczywiste?
— Wiedzę. Dowiedziałbyś się czegoś nowego. Koty czują naturalną potrzebę dowiadywania się więcej — powiedziała mu to tak, jakby to była największa oczywistość na całym świecie, jakby każdy, zupełnie każdy o tym miał świadomość od momentu narodzin. Domyślnie przyjęła też, że raczej każdy by chciał poszerzyć już to, czego zdążył nauczyć i napatrzeć się na do tej pory, ale może to jednak niektórym nie wystarczyło. Albo nie zależało im na tym. W drugą opcję nie chciała za bardzo wierzyć, chyba że miała do czynienia z przygłupem.
— Jeden kot już zdechł, cały klan patrzy mi na łapy... A ty przychodzisz i proponujesz mi kolejnych…
— Nie wszystkie eksperymenty kończą się śmiercią. Od niektórych ziół kotom jest dobrze, czują się wspaniale, a od niektórych… — zrobiła przerwę, chociaż mogła zupełnie bez oporów dopowiedzieć, co miała na myśli. Postanowiła postąpić jednak w ten sposób z szacunku do intelektu rozmówcy. — Dzięki tobie dowiedziałam się, że tamte kwiatki działają silniej, niż zakładałam. Podarowałam je wam bez oczekiwań — Burzak spojrzał na nią tak, jakby nie był pewien, czy mówiła to wszystko poważnie. Zmarszczył brwi.
— Nie jestem mysim móżdżkiem, jednak jeśli kolejny kot padnie od zwierzyny, którą to ja przyniosłem, to ja stanę się pierwszym podejrzanym i mogę tym razem się z tego nie wybronić. Wskażą palcami od razu na mnie.
— Nie dawaj ich ciągle tym samym kotom. Ani osobiście.
— Myślisz, że wystarczy tylko tyle? Stale mi się przyglądają. Wiedzą, zawsze, co przynoszę — zniecierpliwił się, w jego oczach pojawił się przebłysk irytacji, aczkolwiek szybko go zdusił. Nachylił się nad nią nieznacznie.
— To niech nie wiedzą, że to od ciebie. Ja nie jestem z Klanu Burzy, tylko dostarczam ci nowego doświadczenia.
Dla niej nie było potrzeby komplikowania tego bardziej ani rozważania nad tym jakoś szczególnie długo. Mogło być to związane też z tym, że w domu nikt jej nie kontrolował. Nie musiała się spowiadać z kim rozmawiała, chociaż miło gdy informowała rodziców o swoich spacerach. Nie wiedziała, jak dokładnie działało to wszystko w klanach, zatem taka odpowiedź wydawała jej się w zupełności wystarczająca i wręcz oczywista. Ta rozmowa zaczynała ją coraz bardziej nudzić… Tańcujące Pierze zamilkł na dłuższą chwilę, mrużąc ślepia i pozwalając sobie na wytworzenie między nimi konkretnej atmosfery. Kobczyk ziewnęła.
— Gdyby to wszystko było takie proste, nie musiałbym teraz się zastanawiać nad tą sytuacją i nikt by mi nie patrzył już na łapy — powiedział, po czym pokręcił głową. — Widać, że nie jesteś z Klanu Burzy, nie rozumiesz powagi sytuacji.
Morskooki zachowywał się teraz tak, jakby mu już zupełnie odcięto język, co absolutnie nie cieszyło Kobczyka. Potrzebowała jasnej odpowiedzi, a marnowanie czasu na tłumaczenie mu czegoś takiego sprawiało, że jej nerwy powoli zaczynały puszczać. Nie odpowiedział od razu, zupełnie tak, jakby przeglądał teraz w swojej kopule każdy możliwy scenariusz. Dla niej było to marnotrawstwo, które mogli przeznaczyć na coś ambitniejszego i to już dawno.
— Nie mogę wchodzić w coś, czego nie rozumiem, coś, co jest tak niejasne — mruknął w końcu, prawie że szeptem. Ciepły wiatr zaczął szeleścić gęsto porośniętymi koronami nad nimi, umożliwiając wiewiórkom łatwiejszy przeskok z jednego, na drugie. — Nie mogę sobie pozwolić, żeby to mnie znowu powiązano. Od teraz chcę wiedzieć, w co dokładnie próbujesz mnie wciągać — dopowiedział stanowczo. Prezentował się teraz dużo bardziej poważnie, niż wtedy, kiedy spotkali się pierwszy raz, jak było po nim jeszcze widać, że jest od niej młodszy… Kotka w odpowiedzi przechyliła łeb na bok.
— Po co ci wiedzieć?
— Żebym spodziewał się, kiedy oczekiwać następnego kota w Klanie Gwiazdy. Żeby jutrzejszy dzień nie był moim ostatnim — wiatr poruszył nieznacznie paroma zielonymi elementami wplecionymi w jego “koronę” przepełnioną najróżniejszymi kolorami i nieco przysychającymi już kwiatami. Skwar im nie służył, zresztą chyba nikomu nie był na łapę.
— Tego nie da się wiedzieć zawczasu, dowiadujesz się, jak już się to stanie albo można zgadywać, spodziewać się, ale nie zawsze — odparła bez większego przejęcia. Nie miała czasu na zgadywanie, chciała widzieć rezultaty i w miarę monitorować zdrowie kota, który nieświadomie przyłączył się do ich “projektu”. Zamrugała parokrotnie. Tańcujące Pierze patrzył na kotkę w ciszy, robiąc następną przerwę między swoimi wypowiedziami. Wystarczyło jedynie, żeby się zgodził i dotrzymał słowa. Tylko tyle i aż tyle…
— Skoro sama nie masz nad tym kontroli, to skąd mam mieć gwarancję, że nic mi się nie stanie? Wiele ryzykuję. Każesz mi wchodzić w niepewną umowę, za którą mogę przypłacić życiem.
— Ja ci tylko proponuję i zachęcam. Każde nowe doświadczenie niesie ze sobą pewne ryzyko, jedne mają go więcej, a inne mniej.
Kocię, które osiągnęło dany wiek, zaczynało samo raczkować i oddalać się od matki, chcąc zbadać coraz to większe skrawki terenu. Pchała je ciekawość i przymus zdobywania nowej wiedzy, a także doświadczeń, które w przyszłości mogły wpłynąć znacząco na jego przetrwanie, a także spryt z tym związany. Za każdym takim wypadem czaiło się ryzyko, że ta konkretna przygoda będzie tą ostatnią. Nigdy nie mieli pełnego zapewnienia, iż następnego dnia się obudzą… Pręgus parsknął w odpowiedzi, jakby takie łapanie go za słówka miało rozwiązać całą tą skomplikowaną sytuację i zapewnić mu dożywotnie bezpieczeństwo, którego prawdopodobnie oczekiwał. Następnie zmrużył oczy, analizując to, co do tej pory usłyszał.
— Jak tylko tam trafi, do Klanu Gwiazdy to do mnie przyjdziesz i mi powiesz — upierała się, nie widząc sensu w tym, żeby Burzak od razu wszystko wiedział. Ona sama nie mogła przewidzieć niektórych możliwych skutków tego, co tylko sobie by zechciała wepchnąć w zwierzynę, więc dlaczego miałaby siedzieć nad tym tylko dla niego? Rudy westchnął w odpowiedzi, strzepując jednokrotnie uchem, gdy próbowała wylądować na nim krzątająca się w pobliżu mucha, irytująca swoim bzyczeniem i natarczywością. — Nie każę ci tego spożywać, masz to tylko przynosić i mi opowiedzieć, co się stało — zmarszczyła brew, a nieco wydłużone futro na jej policzkach zafalowało.
— Nie dostrzegasz w tym wszystkim najmniejszego problemu — jego pysk wyrażał coś na wzór rezygnacji, chociaż w oku zatańczyła iskra swego rodzaju nadziei. Spoglądał na nią jeszcze przez parę uderzeń serca. Czekoladowa machnęła ogonem z niecierpliwością. Czas jej się kończył. — Dobrze… Załóżmy, że się zgodzę. Jednak jeśli przez twoje eksperymenty zacznie robić się niefortunnie, to koniec. Ty też nie podrzucaj mi wiecznie tego samego, bo szybko to połączą ze mną. Nie są aż tacy ślepi, jak może ci się wydawać.
Kiwnęła głową. Nie dostrzegała w jego warunkach niczego nadto niezwykłego, w zasadzie było to rozsądne i dobrze... może nie był głupi, rzeczywiście.
— Dobrze. Doskonale. Rozumiesz, żywego kota jest dużo łatwiej obserwować, niż martwego. Jeśli coś się stanie, to przyjdź do mnie, jeśli możesz albo jak będziesz mógł — poleciła mu, po czym zastrzygła wąsami. Nie zamierzała wiecznie zagrzewać tego samego miejsca na granicy, więc będą musieli jakoś umówić się w inne miejsca, jeśli wiele kotów przechodziło tymi drogami… Jakoś się zgadają. Nie to było teraz najważniejsze. — W takim razie będę ci przynosić różne rzeczy. Jeśli coś zauważysz, jakąś szczególną, nietypową reakcję, zapamiętaj wszystko. Jak długo trwało, jak wyglądały objawy, czy kot przed tym i po tym wypoczywał, czy jadł danego dnia i ile, czy zachowywał się w jakiś charakterystyczny sposób inaczej… — gdyby postępowała ciągle tak samo, dawała mu to samo, nie widziałaby nowych rezultatów, więc nie miałoby to najmniejszego sensu. Pogadała sobie jeszcze chwilę, już nie oczekując odpowiedzi od rozmówcy. Dostała na razie swego rodzaju zapewnienie, udało jej się uzyskać to, co chciała.
<Tańcujące Pierze?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz