Słońce zawisło wysoko ponad koronami drzew, rozsiewając wokół siebie ciepły, złocisty blask, który zdawał się spływać na leśne poszycie z pewnym ociąganiem, jak gdyby samo nie było jeszcze przekonane, czy rzeczywiście chce zwracać na siebie uwagę świata. Jego promienie przesączały się pomiędzy liśćmi tworzącymi kopułę nad żłobkiem, malując na ziemi nieregularne plamy światła i cienia, które poruszały się leniwie wraz z każdym podmuchem wiatru. Nawet sama bryza wydawała się tego dnia dziwnie ospała, ponieważ choć poruszała gałązkami krzewów oraz drzew, czyniła to bez typowej dla siebie energii, jakby cały las zapadł w stan łagodnej obojętności wobec wszystkiego, co działo się wokół.
Powietrze było przyjemnie ciepłe, a z oddali dochodziły odgłosy obozowiska, które mieszały się z cichym szelestem liści oraz śpiewem ptaków, jednak nawet te dźwięki zdawały się przytłumione przez spokojną monotonię dnia. Wszystko sprawiało wrażenie odległego, jakby świat zwolnił i obserwował sam siebie z bezpiecznego dystansu, nie spiesząc się nigdzie i nie przejmując niczym szczególnie mocno.
Łza siedziała niedaleko Purchawki, której obecność stanowiła dla niej stały punkt odniesienia, choć sama koteczka nigdy nie przyznałaby tego na głos. Co jakiś czas rzucała w stronę matki krótkie uwagi lub pozornie przypadkowe pytania, ponieważ chciała mieć pewność, że szamanka nadal zwraca na nią uwagę i nie pochłonęły jej całkowicie własne obowiązki albo rozmowy z innymi kotami. Nie interesowały jej odpowiedzi aż tak bardzo, jak sama świadomość, że kiedy tylko się odezwie, Purchawka natychmiast podniesie wzrok i skupi się właśnie na niej.
Problem polegał jednak na tym, że żłobek wydawał się dzisiaj wyjątkowo nudny.
Choć zabawy z rodzeństwem zwykle potrafiły dostarczyć jej rozrywki, a odgrywanie wielkich patroli, bohaterskich polowań i bitew przeciwko wyimaginowanym przeciwnikom nie należało do najmniej ekscytujących zajęć, tym razem wszystko wydawało się zbyt znajome. Powtarzali te same scenariusze, wypowiadali podobne kwestie i wykonywali niemal identyczne ruchy jak poprzedniego dnia, a może nawet jak kilka dni wcześniej, przez co Łza coraz wyraźniej odczuwała znużenie.
Potrzebowała czegoś nowego.
Potrzebowała czegoś, co wyrwie ją z tej jednostajności.
Jej błękitne oczy przesuwały się więc po żłobku w poszukiwaniu jakiejkolwiek okazji, która mogłaby przyciągnąć uwagę wszystkich obecnych kotów i skierować ją właśnie na nią. Obserwowała Pierścienia, Mordor oraz Smoka, przyglądając się ich zabawom z rosnącym zainteresowaniem, choć nie dlatego, że naprawdę ją one ciekawiły, lecz dlatego, że liczyła na jakiś nagły zwrot wydarzeń, który pozwoliłby jej wkroczyć do akcji i przejąć kontrolę nad sytuacją.
Im dłużej jednak się im przyglądała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że nic takiego nie nastąpi.
Żadne z nich nie robiło nic szczególnie interesującego, a ich rozmowy oraz zabawy zdawały się płynąć własnym rytmem, całkowicie niewzruszone obecnością Łzy.
Westchnęła więc cicho i już miała odwrócić wzrok, gdy jej uszy drgnęły lekko pod wpływem znajomego dźwięku kroków dochodzących z wejścia do żłobka.
Ktoś wszedł do środka, przerywając monotonną ciszę.
— Cześć! — rozległ się pogodny głos białego kocura.
Łza natychmiast skierowała ku niemu spojrzenie, podczas gdy przyglądała się, jak wojownik podchodzi do trójki kociąt, które jeszcze chwilę wcześniej obserwowała.
Biały kocur pojawiał się w żłobku regularnie, praktycznie każdego wieczoru znajdując czas na odwiedziny swoich dzieci. Wcześniej nie zwracała na to szczególnej uwagi, ponieważ znacznie bardziej interesowały ją własne sprawy, własne plany oraz własne problemy, wobec czego obecność wojownika stanowiła jedynie kolejny element codziennego krajobrazu żłobka.
Dopiero teraz zaczęła przyglądać się temu uważniej.
Obserwowała sposób, w jaki cała trójka natychmiast się ożywiła, gdy tylko biały wojownik przekroczył próg żłobka, ponieważ jeszcze przed chwilą ich zabawa wydawała się zwyczajna i pozbawiona większych emocji, a teraz każde z nich mówiło jednocześnie, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Jedno z kociąt ciągnęło go za ogon, drugie niemal natychmiast zaczęło opowiadać o czymś niezwykle ważnym, co wydarzyło się tego dnia, podczas gdy trzecie kręciło się wokół jego łap z takim entuzjazmem, jakby nie widziało go od całych księżyców.
Łza nie była w stanie oderwać od nich wzroku, ponieważ im dłużej przyglądała się tej scenie, tym więcej szczegółów zaczynała dostrzegać. Zauważyła, że biały wojownik nie odpowiadał od niechcenia ani nie rozglądał się wokół siebie w poszukiwaniu ciekawszego zajęcia, lecz poświęcał swoim dzieciom pełnię uwagi, jakby przez te kilka chwil nic poza nimi nie miało dla niego znaczenia. Jego spojrzenie pozostawało skupione wyłącznie na nich, podczas gdy na pysku gościł ciepły uśmiech, a głowa pochylała się raz ku jednemu kocięciu, raz ku drugiemu, dzięki czemu każde mogło odnieść wrażenie, że jest właśnie najważniejszą istotą w całym lesie.
Im dłużej Łza się temu przyglądała, tym bardziej zaczynała dostrzegać coś, czego wcześniej nigdy nie zauważała. W oczach tamtych kociąt widniał błysk, który pojawiał się za każdym razem, gdy wojownik odpowiadał na ich pytania albo śmiał się z ich opowieści, a w ich ruchach była obecna pewność, jakiej nie potrafiła do końca zrozumieć. Przysuwały się bliżej niego bez zawahania, ocierały się o jego futro i mówiły do niego z taką swobodą, jakby jego obecność była czymś równie naturalnym jak wschód słońca czy szum liści podczas wietrznego dnia.
Właśnie wtedy ponownie usłyszała to słowo, które dotychczas wydawało jej się zupełnie zwyczajne, ponieważ jedno z kociąt zawołało głośno „tato”, a jego głos zabrzmiał w żłobku wyraźniej niż wszystkie pozostałe odgłosy.
Jej uszy drgnęły lekko, podczas gdy ona sama mimowolnie zaczęła obracać to słowo w myślach.
„Tato”.
Choć słyszała je już wcześniej niezliczoną ilość razy, dopiero teraz zaczęła zastanawiać się nad jego znaczeniem. Brzmiało miękko i przyjemnie, a jednocześnie niosło ze sobą coś, czego nie potrafiła nazwać. Kojarzyło jej się z ciepłem, bezpieczeństwem oraz czymś trwałym, czymś, co zawsze znajdowało się tam, gdzie powinno być.
Jej spojrzenie ponownie powędrowało ku białemu wojownikowi, który właśnie nachylał się nad jednym ze swoich dzieci, słuchając go z uwagą tak szczerą, że trudno było ją pomylić z uprzejmością czy obowiązkiem. W tej samej chwili poczuła coś dziwnego, ponieważ pod jej żebrami pojawiło się niewielkie ukłucie, które z każdą kolejną chwilą stawało się coraz bardziej wyraźne.
Nie rozumiała tego uczucia, gdyż przez większość swojego życia była przekonana, że posiada wszystko, czego mogłaby potrzebować. Miała Purchawkę, miała rodzeństwo, miała miejsce do spania i pełne brzuchy większości dni, dlatego nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy czegoś jej brakuje. Znacznie częściej uważała, że to inne koty powinny zazdrościć właśnie jej, ponieważ była wyjątkowa i pewnego dnia miała stać się jeszcze bardziej wyjątkowa.
Teraz jednak po raz pierwszy zaczynała rozumieć, że istnieją rzeczy, których nigdy nie miała, a których brak pozostawał dla niej niewidoczny tylko dlatego, że nigdy wcześniej nie próbowała ich dostrzec.
Jej wzrok przesunął się ku Purchawce, która siedziała niedaleko i zajmowała się własnymi sprawami. Matka pozostawała dokładnie taka sama jak zawsze, ponieważ nadal była ciepła, troskliwa i obecna, a Łza nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez niej. Wiedziała, że Purchawka kocha ją bardziej niż kogokolwiek innego i że zrobiłaby dla niej wszystko, co tylko mogła.
Mimo to nie potrafiła już odgonić od siebie myśli, która pojawiła się nagle i niemal natychmiast zaczęła rozrastać się w jej umyśle.
Dlaczego nie ma taty?
Pytanie to było tak niespodziewane, że niemal ją przestraszyło, ponieważ nigdy wcześniej nie przyszło jej do głowy, by je sobie zadać. Im dłużej jednak patrzyła na białego wojownika oraz jego dzieci, tym trudniej było jej myśleć o czymkolwiek innym.
Zaczęła wyobrażać sobie, jak wyglądałoby jej życie, gdyby ktoś taki przychodził również do niej, siadał obok i pytał ją o wszystko, co wydarzyło się danego dnia. Wyobrażała sobie, że słucha jej opowieści, śmieje się z jej żartów i patrzy na nią z takim samym ciepłem, z jakim tamten wojownik patrzył na swoje dzieci, podczas gdy ona sama mogłaby z dumą wypowiadać słowo „tato”, tak jak robiły to inne kocięta.
Choć obraz ten pozostawał niewyraźny i niepełny, ponieważ nigdy wcześniej nie próbowała tworzyć go w swojej głowie, wystarczył, by uczucie pustki stało się odrobinę silniejsze.
Świat wokół niej nie zmienił się ani trochę, ponieważ słońce nadal przesączało się przez liście, wiatr nadal poruszał gałęziami, a pozostałe kocięta nadal śmiały się i rozmawiały, jednak wszystko wydawało się odrobinę inne. Miała wrażenie, jakby przez całe życie oglądała piękny obraz i dopiero teraz zauważyła brakujący fragment, którego wcześniej zwyczajnie nie dostrzegała, choć znajdował się tam od samego początku.
Nie cierpiała tego uczucia. Tego wrażenia, że jednak czegoś jej brakuje. Że jednak jej życie nie jest aż tak idealne, jak chciała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz