Śmiech rozbrzmiał echem w jego uszach. Od razu lekko podskoczył. Śmiech był ostry i głośny, dokładnie tak, jakby ktoś krzyknął mu do ucha. Podniósł lekko głowę, spodziewając się tam znajomych sylwetek trójki pobratymców. Nie zauważył jednak nikogo. Zamiast tego zobaczył tylko ciemne drzewa, wysokie i niektóre wręcz przerażające, zasłaniające jasne niebo. Ich cień padł prosto na niego, zostawiając go samego w ciemności. Samego. Nagle wszyscy go zostawili.
Zaczął się nerwowo rozglądać. Myśli w jego głowie od razu przyspieszyły, powodując lekkie zamieszanie.
– Gdzie jesteście? – odezwał się po raz pierwszy od wyjścia z obozu, jednak nikt mu nie odpowiedział. Obrócił się w obie strony, wzrokiem przelatując po każdym drzewie, każdym cieniu, każdym miejscu, gdzie mógł zobaczyć znajome twarze. Było pusto. Mimo to znów usłyszał ten śmiech. Czyżby ktoś z niego drwił? Śmiał się z niepowodzeń. Z jego zabłąkanej duszy, już dawno opuszczonej przez Wszechmatkę.
– To nie jest zabawne – mruknął cicho, strosząc sierść na karku. Śmiech stał się tylko głośniejszy, jakby nie słuchał słów uzdrowiciela. Jakby ich nie słyszał. – Wiciokrzewie? – zawołał rudy. – Purchawko? – został sam śmiech. – Mistral? – śmiech zagłuszający jego myśli i szepty, które dochodziły z oddali. To musieli być oni. Mimo strachu cały się spiął i pobiegł w stronę szeptów, męczących jego głowę. Liczył na cokolwiek związanego z Owocowym Lasem. Cokolwiek związanego z "domem". Nie zastał nic. Tylko drzewa, których cienie zamykały go w swoich szponach, tylko upewniając Poranka w fakcie, że został sam. Sam w ciemności. Nikt nie zauważył, że zniknął. Nikt go nie szukał. Nikomu nie był potrzebny.
***
Szybko podniósł się ze swojego posłania, czując jak dreszcze przechodzą po całym jego ciele. Oczy miał szeroko otwarte, oddech nie tak spokojny, jak powinien być. Musiał się uspokoić, zanim ktokolwiek przyjdzie do legowiska. Wziął głębszy oddech, uważnie rozglądając się dookoła, by upewnić się, że ciemny las był tylko snem. Jednak czy sen ten był tak daleki od prawdy?
– Halo? Jest tu ktoś? – głos Szafran, wchodzącej do legowiska, sprawił, że kocur poraz kolejny podskoczył. Dlaczego każdy musiał przychodzić zawsze wtedy, gdy on był chwilę po wstaniu?
***
Siedział przy swoim drzewie, starając się zebrać myśli, które przeskakiwały z tematu na temat. Jakby w jego głowie był mały kołowrotek, napędzany przez jakieś stworzenie. I mimo prób zatrzymania urządzenia - nic nie dawało. Jedną z takich myśli, była ta dotycząca obecnego stanu jego społeczności. I chociaż Poranek nie był na bieżąco z każdą sprawą w Owocowym Lesie, wiedział o śmierci niektórych kotów i wiedział o sytuacji na terenach Owocniaków. W takim miejscu pełnym plotek, nawet gdy nie chciał, dowiadywał się różnych rzeczy. Z szeptów, z zachowań i z ważniejszych ogłoszeń. Nawet jego bezpieczne legowisko nie dawało rady uchronić go przed każdą plotką, krążącą wśród pobratymców. Ale jedna rzecz była w stanie - śmierć. Od śmierci Rokitnika miał wrażenie, że nikt nie zwraca już na niego uwagi. Chociaż nigdy nie miał też kontaktów ze starszym kocurem, miał świadomość, że on mógł pamiętać go sprzed ucieczki z Murmur. A większość starszych wtedy kotów nie zapisała się dobrze w pamięci Chwastu. A rozmyślania takie naszły uzdrowiciela po wycieczce do legowiska starszyzny, gdzie to musiał zająć się chorym Bukszpanem.
Kolejną rzeczą, którą napędzał kołowrotek w jego głowie, było wspomnienie jego snu. To poczucie samotności, które towarzyszyło mu każdego dnia. Ten strach. Ta ciemność, którą widział, myśląc o swojej rzeczywistości. Czy to tak miało to wszystko wyglądać? Czy naprawdę jego życie było karą od Wszechmatki?
– Witaj Poranku! Co za spotkanie. Akurat wyszedłem na dłuższy spacer – rudy odwrócił głowę, jak zwykle spodziewając się najgorszego. Jednak zamiast kogoś z jego otoczenia, zobaczył Derwisza, który mimo nie mieszkania w Owocowym Lesie, co jakiś czas pojawiał się w okolicy. – Jak się miewasz?
– Żyje.
– Naprawdę miło mi to słyszeć! Jednak ja dalej pytam, jak żyjesz Poranku – mruknął z uśmiechem Derwisz, podchodząc do uzdrowiciela. – Mogę się dosiąść? – zapytał uprzejmie. Poranek chciał zaprzeczyć, chciał powiedzieć cokolwiek, ale zamiast tego tylko kiwnął głową. Tak więc skończył, wraz ze starszym kocurem, przy tym jednym drzewie, do którego przychodził od dłuższego czasu.
– Wierzysz w coś? – zapytał nagle rudy, mimo lęku spoglądając na towarzysza.
– Ciekawe pytanie, a odpowiedź brzmi tak. W siły natury. Uważam, że natura to najpotężniejsza z sił, a jej potęga wynika z czystości i miłości. Tylko się rozejrzyj! Tyle wystarczy by pojąć jej siłę. By zobaczyć miłość – zaczął swój wywód Derwisz. – Natura jest przepiękna, ale też niespodziewana. Nigdy nie wiesz, co możesz spotkać na swojej drodze. Po takim czasie w podróży mogę to potwierdzić. Ale nie tylko ja – rozmarzony samotnik zamknął na chwilę oczy. Na jego rozświetlonym blaskami słońca pysku pojawił się uśmiech. Łagodny i trochę kojący, jakby chciał zapewnić cały świat, że moc miłości i spokoju ich uratuje. Jednak Poranek w to nie wierzył. Nie umiał uwierzyć. – A ty? – nagle znów odezwał się Derwisz. – Wierzysz w coś konkretnego?
– Chyba tak – mruknął cicho rudy, wbijając wzrok w ziemię.
– Chyba?
– Skąplikowana sprawa – odparł cicho Chwast, spinając się lekko. Nastała chwila ciszy. Młodszy z kocurów odwrócił się lekko od starszego, jakby unikał jego spojrzenia. – Wierzę we Wszechmatkę – powiedział w końcu. – Jednak ona już nie wierzy we mnie – stwierdził Poranek, już zaczynając ze stresu grzebać łapą w ziemi.
– Co masz na myśli?
– Zrobiłem coś złego i teraz mierze się z jej karą – powiedział tylko Chwast, nie patrząc Derwiszowi w oczy. Nie był w stanie spojrzeć mu w oczy. Miał wrażenie, że nie mógł już nikomu spojrzeć w oczy.
Wyleczeni: Szafran, Bukszpan
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz