Zwęglona Łapa powoli zaczynała doceniać czas spędzany poza obozem, gdyż wtedy była znacznie mniejsza szansa spotkania innego Wilczaka, który miałby ochotę akurat do niej otworzyć pysk — zbyt wiele takich kotów nie było, jednak nawet Kryształowa Łapa ze swoim entuzjazmem bywała niekiedy męcząca, a treningi z Sowim Zmierzchem dawały jej chwilę wytchnienia od dość energicznej siostry. Może i przez to nie była najlepszą siostrą na świecie, jednak liliowy wojownik pomagał jej powoli akceptować to, że nie pod każdym względem jest idealna i jak każdy ma prawo czuć się zmęczona czyjąś obecność, nawet najbliższej rodziny. Jedyne, na co mogła narzekać, kiedy spędzała czas z mentorem to jego pytania o wiarę — dotychczas zbywała go, mówiąc, że jest niewierząca, jednak ten chyba nie był do końca przekonany, gdyż co jakiś czas powracał do tego tematu.
Zielonooki rano postanowił potrenować polowanie z szylkretką, gdyż to jej nieco gorzej szło, w sumie jak większość dotychczasowych nowych umiejętności, które musiała opanować. Mimo to pręgowany dostrzegał w swojej uczennicy nieodkryty potencjał, szczególnie związany z pewną przynależnością młódki, kiedy tylko ukończy szkolenie oraz udowodni swoją pełną lojalność klanowi. Nim jednak do tego dojdzie, to jeszcze trochę pracy jest przed nimi, a zapału Zwęglonej Łapie raczej nie brakuje, choć z tym może być różnie z biegiem czasu. Co mogłoby poskutkować zmniejszającą się liczbą członków kultu Mrocznej Puszczy w klanie, nawet jeśli obecnie pięć potomków kultystów była przygotowywana do dołączenia. Każdy Wilczak szerzący słowo Miejsca, gdzie Brak Gwiazd był na wagę złota.
Dymna nie do końca wiedziała, że oprócz Klanu Gwiazdy można wierzyć w coś jeszcze. Nawet siebie zbytnio nie uważała za idealną wierną, lecz zawsze starała się dziękować Przodkom za zwierzynę i przetrwanie kolejnego dnia. Żyła przekonaniem, że ci czuwają nad nią i siostrą, kiedy to otoczeni są przez mało przyjemne persony, jakimi była większość Wilczaków.
Ich kroki były skierowane wzdłuż brzegu ogromnego jeziora, z którego można było dostrzec Spaloną Zatoczkę. Szylkretka nie była pewna czy to dobre miejsce do polowania, jednak polegała głównie na wiedzy Sowiego Zmierzchu, który zapewne wiedział, gdzie jest idealne miejsce do łowów w czasie opadających liści. Po kolejnych paru krokach jej wątpliwości zostały rozwiane przez cichy szelest w poszyciu lasu — jakby na zawołanie zwierzyna sama im chciała wpaść do łap lub jeszcze lepiej, pysków, by chętnie zostać zjedzoną przez któregoś z Wilczaków. Terminatorka spojrzała na swojego mentora w niemym pytaniu, które z nich ma upolować zwierzynę. Krótki ruch głowy zielonookiego wystarczył, by Węgiel zrozumiała, że to właśnie jej przypadnie ten jakże wielki zaszczyt.
Na ugiętych łapach, niemal szorując brzuchem po ściółce podeszła bliżej niewielkiego stworzonka, które przed chwilą popełniło największy błąd w swoim życiu. Dymna starała się, jak mogła pamiętać o każdej uwadze Sowiego Zmierzchu na temat jej braków w pozycjach łowieckich, poruszaniu się, starając podchodzić zwierzynę pod wiatr — co niestety po chwili uległo zmianie wraz z kierunkiem wiatru. Kiedy tylko poczuła, że jej białe wąsy nie napotykają podmuchu powietrza ze strony zwierzyny, przystanęła w miejscu. Doskonale odczuwała na sobie także palące spojrzenie starszego, który z uwagą obserwował jej ruchy, by później poinformować ją o błędach, które zdążyła popełnić, jednakże starała się o tym teraz zbytnio nie myśleć, skupiając umysł na świadomości własnego ciała i otoczenia.
Kiedy tylko była pewna, że podeszła wystarczająco blisko swojej ofiary, wyskoczyła do przodu. Jedyne czego nie wzięła pod uwagę to swojej siły w tylnych łapach, więc o mało co nie przeskoczyła zwierzyny — na szczęście Gwiezdni jej sprzyjali i żyjątko zrobiło kilka kroków w stronę przeciwną do Węgiel. Z wysuniętymi pazurami w łapach pochwyciła piszczkę, by następnie w jej szyi zatopić zęby, dopiero czując pióra pod poduszkami i na podniebieniu, zdała sobie sprawę, że właśnie udało jej się złapać kosa. Może nie grzeszył rozmiarem, jednak ptak to ptak, więc szylkretka była dumna z siebie, że w końcu udało jej się upolować coś większego niż nornica czy mysz.
— Nadal brakuje Ci pewności w ruchach, jednak jest lepiej niż na początku. — Głos liliowego kocura rozbrzmiał tuż za nią, przez co nieco się spięła, nie podejrzewając, że Sowi Zmierzch aż tak blisko był. Szybko jednak starał się wrócić do wcześniejszej, dumnej, nieco zrelaksowanej postawy, by wojownik nie miał jeszcze się do czego przyczepić.
«★»
Większość drogi powrotnej w stronę obozu młódka niosła w pysku martwego kosa, którego sterczące pióra co jakiś czas łaskotały łaciaty noc szylkretki, jednak mimo tego ani razu nie poprawiła chwytu, jakby w obawie, że jak tylko wypuści z pyska ptaka, to ten nagle ożyje i w mgnieniu oka poderwie się do lotu. Dopiero kiedy dotarli do kolejnego punktu dzisiejszego treningu, Węgiel pozostawiła zdobycz na ziemi, przez chwilę intensywnie się jej przypatrując, jakby w ten sposób nabierała pewności, że upierzony nie stwierdzi nagle, że sobie stąd odleci. Po paru uderzeniach serca oderwała wzrok od martwej zwierzyny, by następnie skierować swoje kroki za Sowim Zmierzchem, który planował naukę wspinaczki na drzewa. Dymna nie miała lęku wysokości, jednak niezbyt jej się uśmiechało wspinać, nie wiadomo ile długości nad ziemię, by z każdą gałęzią zwiększać szansę na bardziej bolesny upadek, a nawet śmierć.
— Lęku wysokości nie masz? — Terminatorka pokiwała przecząco głową z widoczną niechęcią. — Upadku nie masz co się obawiać, gdyż nie wyśle Cię od razu na sam wierzchołek drzewa, wolałbym, byś jeszcze trochę pożyła — przyznał pręgus, by następnie oprzeć przednie łapy na korze. — Najważniejsze jest pewne wbicie pazurów i upewnienie się, że kora nagle nie odpadnie od pnia. Później musisz użyć siły, by podciągnąć się wyżej i zaczepić pazury w nowym pewnym miejscu.
Brzmiało to raczej prosto, jednakże żółtooka nie raz zdążyła się przekonać, że to, co brzmiało banalnie w rzeczywistości, okazywało się czymś znacznie trudniejszym, niż zakładała. Jedyne co jej teraz pozostawało to wziąć głęboki wdech i długi wydech, by po chwili samej zaczepić pazury o chropowatą powierzchnię drzewa. Nim jednak rozpoczęła wspinaczkę, zadarła głowę, by spróbować dojrzeć szczyt, który jak się okazało, był dość zaskakująco nisko, choć dla niej i tak mógłby być jeszcze niżej — miałaby wtedy pewność, że jeśli Sowi Zmierzch pokusi się o zachęcenie jej do wspinaczki jeszcze wyżej, to upadek nie będzie stanowić zagrożenia dla jej krótkiego żywota.
«★»
“Nigdy więcej” — pomyślała, na nowo niosąc w pysku kosa, kiedy to już zdecydowanie wracali do obozu bez żadnych przystanków po drodze. Cały ten czas szylkretka błagała w duchu Przodków, by ci odciągnęli starszego od tych swoich świetnych pomysłów. Ci najwidoczniej byli po jej stronie, gdyż gdy tylko ujrzała dobrze znany tunel w krzewach, odetchnęła widocznie z ulgą, na co wojownik jedynie przewrócił oczami, by następnie poinstruować uczennicę, aby zaniosła zdobycz na stos i zajrzała do starszyzny w ramach odpoczynku przed późniejszym patrolem. Dymna jedynie skinęła głową, ruszając z kosem w pysku, by dorzucić go do reszty piszczek upolowanych przez innych Wilczaków.
Dumna odwróciła się na pięcie, by ruszyć do starszyzny, po dołożeniu swojej zdobyczy do pozostałych, kiedy niespodziewanie na kogoś wpadła. W ostatnich dniach miała wyjątkowego farta, co do tego — najpierw Nocna Łapa, a teraz czarno-biała wojowniczka. Ciężko przełknęła ślinę, uświadamiając sobie, że ma do czynienia z córką jednego z zastępcy klanu. Miała chyba szczególnego pecha, co do kotów spokrewnionych z najwyżej postawionymi personami w klanie.
— Przepraszam… — wydukała, spuszczając wzrok na swoje barwne łapy.
<Wąsatkowy Ruczaju?>
[1166 słów + wspinaczka na drzewa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz