Ja nie byłem aż tak głodny. Hm. Inaczej. Odczuwałem głód, którego zaistnienie jest bądź co bądź uzasadnione o tej porze dnia i po tak intensywnym treningu. Ale nie miałem siły jeść.
Czułem się zagubiony. Nie wiem, co się stało tam, podczas treningu. Nie mogę wyrzucić z mojej głowy obrazu Wrony drżącej z bólu… Niby powiedziała, że to nie przeze mnie. Zapewne ma rację. Mam nad wyraz rozwiniętą umiejętność samokontroli i w stu procentach panuję nad moimi ruchami w czasie walki, ale… nie łagodzi to w żaden sposób irracjonalnego poczucia winy. Czułem, jak od tego wszystkiego pulsuje mi skroń. Biedna Wrona…
– Uh… Napić…? Jasne, jasne… – mruknąłem, zerkając w bok. – Albo… albo nie. Chwila… poczekaj, przyniosę ci.
Zerwałem się na równe nogi i truchtem przebiegłem cały obóz w poprzek, zostawiając uczennicę z otwartym pyskiem, nim zdążyła mnie powstrzymać. Poczułem ulgę, bo wreszcie mam konkretne zadanie do wykonania. Mogłem pomóc smutnej Wronie stać się mniej smutną Wroną, nie musząc przy tym wysilać się na słowa pocieszenia (które w moim wykonaniu nierzadko mają efekt wręcz przeciwny od zamierzonego).
Kilka susów później, wróciłem, niosąc w pysku nasiąknięty wodą mech. Ułożyłem go na ziemi u łap kotki, spoglądając w dół.
– Hm. Trzymaj. Zdobyłem go dla ciebie. Ryzykując przy tym zdrowie i życie. No bo… zawsze po drodze mogłem zginąć… – mruknąłem.
Wrona uśmiechnęła się słabo.
– Dziękuję, Borowiku, ale naprawdę nie trzeba było.
Nic nie odpowiedziałem. Usadowiłem się przy niej lekko zgarbiony i najeżony, świdrując ją szeroko otwartymi oczami, gdy skupiała się na piciu. Nadal odczuwałem szok i niepokój, jakby w każdym momencie sytuacja z treningu miała się powtórzyć.
Zauważyłem, że od śmierci matki zacząłem o wiele bardziej martwić się o inne koty i drżeć o ich życie, mimo że wcześniej zawsze kierowałem się wyłącznie logiką… Ugh. Nie podoba mi się to. Muszę się poskładać do kupy, bo bez logiki zwariuję.
– Co? Mam coś na pysku? – spytała Wrona, odwracając do mnie głowę. Najwyraźniej dostrzegła moje spojrzenie.
– Um… Nie, nie. Nic nie masz. Tak tylko… – zerknąłem na jej pysk dla pewności, a potem z powrotem na ziemię. – Co… właściwie ci się stało…? Bo… wyglądało to dość… niedobrze. I się troszkę… przestraszyłem.
Nie podnosiłem głowy. Na ostatnim słowie załamał mi się głos. Mnie się nigdy głos nie załamuje. Tak być nie może…
Otrzepałem głową na boki.
Wrona obserwowała mnie bacznie, po czym odparła.
– Ah, spokojnie, to nic takiego. Po prostu muszę rozciągać kręgosłup i ból minie, będzie w porządku. Naprawdę.
– Naprawdę…? No dobra. Może i… tak – spojrzałem w przeciwną stronę od Wrony. – Okej. Uh. Dobrze… dobrze walczyłaś dziś. Naprawdę. I nie tylko dlatego, że jesteś silniejsza i twój rozmiar jest adekwatny do twojego wieku… nie to, co u mnie, ale… dużo się nauczyłaś. Tylko… uważaj. Bo ja nie chcę się przestraszyć znowu jak dzisiaj.
<Wrono???>
[462 słowa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz