Lubię wymyślać metafory. Ale nie o tym dzisiaj. Bo dzisiaj jest dzień niezwykły. Rano kulturalnie spożywałem sobie śniadanko składające się z wiewióry i dużej dozy wewnętrznej afirmacji. Wdychałem duszne, ciężkie od gorąca powietrze. Chyba zanosi się na kolejną burzę.
Wtedy podszedł do mnie Kurka.
– Borowiku. Musimy porozmawiać – rzekł do mnie.
Brzmiało to dość niepokojąco. Zbyt poważnie jak na tak normalny dzień, jak dziś.
Przełknąłem kawałek wiewiórki i wyplułem na ziemię strzępki jej futra.
– Uh. No. Słucham – mruknąłem, spoglądając na jego łapy.
– Trenowałeś długo i ciężko. Teraz przyszedł czas, byś pokazał to wszystko, czego się nauczyłeś – mentor uśmiechnął się lekko.
Zamrugałem.
– A. W sensie, że… teraz-teraz…? No ja mogę pokazać, ale to do walki to musiałbym się rozciągnąć, w dodatku coś mi przed chwilą wpadło do oka, musiałbym je chyba wylizać i…
– Nie, nie, nie dokładnie w tym momencie – przerwał mi spokojnie. – Dzisiaj w nocy. Odbędzie się twój test na zwiadowcę.
– Oh.
A no tak. To ma sens. Z pewnością stwierdzić mogę, że pójdzie mi to jak z płatka. Jestem szybki jak błyskawica, niezwykle zwinny. I najważniejsze – posiadam wysoko rozwinięty spryt i bystrość, czym nadrabiam drobne ubytki w sile fizycznej i zdolności improwizacji. Nic więc nie stoi na przeszkodzie by…
– Doszliśmy do wniosku, że twój test nie będzie sprawdzeniem umiejętności, które wiadomo, że opanowałeś. Skupi się on na wykorzystaniu umiejętności reagowania w nieprzewidzianych sytuacjach i siły mięśni.
No chyba nie. Nie ma opcji. Ughhh… Jak zwykle słońce w oczy no.
Mogłem się tego spodziewać. Powiem więcej: oczywiście, że spodziewałem się zaistnienia takiej sytuacji, w końcu przeanalizowałem aż zbyt wiele możliwych scenariuszy mojego testu. Ale dobra. Co mi tam.
– To… to znaczy, na czym konkretnie… uh… polegać będzie moje zadanie…?
Kurka uniósł lekko brwi i uśmiechnął się szerzej.
Proszę, nie.
***
Nie wierzę. To jest jakiś żart chyba.
To miał być szybki test. Miałem popisać się moją ponadprzeciętną wiedzą i ostrością umysłu.
Skończyłem, brodząc w bagnie po szyję na rozlewiskach. Nie była to co prawda burza, ale wiatr zacinał strasznie, tak, że nie widziałem absolutnie nic. Ciemność nie pomagała. Krople deszczu były niczym spuchnięte jagody, na moim futrze już od dawna nie było ani jednego suchego strzępku futra. Całe błoto, które przez Porę Zielonych Liści zdążyło trochę przeschnąć, przez ostatnie deszcze rozmokło, nabierając jeszcze ciężkiej i gęstszej konsystencji. Każde podniesienie łapy stanowiło absolutnie niekoci wysiłek. Błoto miałem nawet w nosie.
Zadanie? Pokonać całe rozlewisko wzdłuż, ale blisko brzegu. Nie utopić się i nie umrzeć. Złapać zwierzynę po drugiej stronie w Dębowej Ostoi. Nie dać się zabić przez lisy. Wrócić tą samą drogą. Nie utopić się i nie umrzeć. Przynieść zdobycz do obozu w stanie zdatnym do spożycia. Mam wrócić, nim słońce wynurzy się nad obozem. Plus za kreatywność.
Mozolnie przedzierałem się przez bagno, łapa za łapą. Bolało mnie już całe ciało. Nie wiem dokładnie, ile czasu minęło. Spojrzałem w niebo, nie zatrzymując się. Srebrna Skóra znajdowała się niemal bezpośrednio nade mną. Zacząłem o zachodzie słońca, więc… już prawie połowa czasu za mną. A ja nie dotarłem nawet do środka rozlewiska…
Teoretycznie ma ono jedynie długość stu czterdziestu lisich ogonów. Problem jednak stanowi nie dystans, lecz konsystencja błota, pogoda i moje coraz silniej objawiające się braki w sile fizycznej.
Warknąłem z irytacji, jednak błoto od razu napłynęło mi do pyska. Natychmiast próbowałem pozbyć się go, wypluć, straciłem wtedy jednak równowagę i wylądowałem pyskiem w błocie. Na szczęście przy brzegu jest płytko i o utopieniu się nie ma mowy.
O nie. Ja nie przegrywam. Przegrywam tylko, gdy mi nie zależy na wygranej. Teraz jednak zależy od tego całe moje życie i cała moja przyszłość.
Podniosłem głowę, odklejając się od błota. Otrzepałem ją.
Zacząłem ze zdwojonym wysiłkiem przedzierać się przez bagno.
***
Udało mi się odkryć nową strategię. Brnąłem do najbliższej kępy trawy czy też kamienia wystających ponad powierzchnię lub mocno zaschniętej grudy błota. Chwytałem się ich i przyciągałem. Wdrapywałem się na nie. A następnie skakałem, jak najdalej mogłem w błoto, w stronę następnego możliwego przystanku. Dzięki temu chwilę po tym, jak księżyc przekroczył połowę nieba, udało mi się dotrzeć do brzegu.
Nie wierzę, że dało się to tak szybko zrobić, a ja wymyśliłem to dopiero w połowie… ale no cóż. Improwizacja nigdy nie była moją mocną stroną.
Łapy trzęsły mi się ze zmęczenia, brzuch bolał od sporej ilości połkniętego przypadkiem błota i mułu. Obym się nie rozchorował…
W dodatku ten przeklęty deszcz nie chciał przestać padać.
Nie zrobiłem sobie przerwy. Nie opadłem na ziemię z wycieńczenia, choć tylko o tym myślałem. Wiedziałem, że jeśli się położę, to już nie wstanę.
Część, która wydawała się najłatwiejsza, okazała się tą najtrudniejszą. Zapolowanie na gryzonia. A to z tego powodu, że mój mózg zupełnie nie był w stanie się skupić. Byłem wykończony, obraz mi się rozmazywał i z trudem łapałem oddech. A mimo to miałem zmusić się do uspokojenia go. Zwolnienia bicia dudniącego w klatce serca. Cichego skradania się. I precyzyjnego ataku. Już rozumiem sens tego testu…
***
Chodziłem w kółko. Autentycznie. I nie znalazłem ani jednego gryzonia. Musiały schować się przed deszczem… Czułem coraz większą frustrację, co chwila spoglądałem z przerażeniem na księżyc, który zachodził coraz niżej…
Nie zdążę. Nie ma szans, żebym zdążył w takim tempie…
W pewnym momencie, między drzewami mignęło mi rude futro…
No nie. Proszę. Dlaczego ja…?
Wtedy z krzaków tuż przede mną wynurzył się… lis. Chuderlawy, chyba miał coś z łapą… a w pysku trzymał… świeżo upolowaną mysz.
Okej. Tak może być. Tak możemy robić.
Normalnie nigdy nie zabrałbym staremu, schorowanemu lisowi jedzenia, ale… byłem już naprawdę ostro wkurzony. Spiąłem się cały, wysunąłem pazury. Syknąłem przeciągle na lisa. Byłem gotowy na walkę. Już mnie nic nie obchodziło.
Na szczęście… stary rudzielec podkulił ogon, pisnął i upuścił mysz na ziemię. Zrobiłem krok do przodu, nie odpuszczając. Lis zaczął się wycofywać, po czym zniknął w zaroślach.
Podniosłem mysz.
Spojrzałem na księżyc.
Właśnie dotknął on odległej linii drzew.
***
Wiedziałem już, że nie zdążę dotrzeć do obozu tą samą drogą, przedzierając się przez błoto przy brzegu. Zdecydowałem więc, że zostało mi tylko jedno wyjście…
Przepłynąć przez rozlewisko środkiem. Tam, gdzie woda była rzadka.
Normalnie nie potrafiłbym pływać. Gdyby nie to, że Kurka potrafi. Widziałem, jak to robił. Analizowałem, więc pamiętam. Raz sam próbowałem. Szło mi… średnio. Ale nie mam teraz zbytnio wyboru. Czy jest to skrajnie nieodpowiedzialne i mogę się utopić? Zapewne. Jednak życie ryzykowałem niemal każdego dnia podczas treningu, a jako że jest to jego zwieńczenie, mogę to zrobić po raz ostatni. A co mi tam. Woda nie jest tu głęboka. Sięga mi lekko ponad głowę i to w najgłębszych miejscach. Damy radę…
Przybiegłem co sił w nogach na skraj rozlewiska, odbiłem się od ziemi i wskoczyłem do wody.
Zacząłem machać łapami przed sobą.
Okazało się jednak dość szybko, że sama znajomość teorii pływania to nie to samo, co posiadanie tej umiejętności. Skończyło się więc tak, że chwilę młóciłem łapami wodę wymieszaną z błotem, opadałem na dno (które na szczęście okazało się zbite, a nie muliste), odbijałem się od niego łapami i tak w kółko… Co kilkanaście długości lisiego ogona przystawałem, podpływając do małych kęp trawy czy kamieni wystających z błota przy brzegu, gdzie robiłem krótkie przerwy. Zajmowały one jednak coraz więcej czasu, im dłużej płynąłem…
Z pyska nie wypuszczałem upolowanej, a raczej przywłaszczonej myszy.
Słońce zaczęło już wschodzić.
Poddałem się pod koniec i wróciłem do brodzenia w błocie. Ale dystans, który szybko nadrobiłem wodą, zrobił swoje. Już totalnie olałem słońce.
***
Wkroczyłem do obozu cały oblepiony błotem i gliną tudzież owadami bagiennymi, z glonem na głowie i myszą w pysku. Łapy drżały mi z wycieńczenia, ale nie czułem tego aż tak bardzo, adrenalina nie zdążyła jeszcze opaść. Przy wejściu minąłem Kurkę.
– Hej, Borowiku, widziałem, że świetnie ci poszło! – powiedział z uśmiechem, patrząc na mnie z dumą.
Minąłem go bez słowa, wypluwając gniewnie mysz na ziemię razem z resztkami mułu.
– Fajnie, że oglądałeś moją całonocną walkę o życie i upadek godności – mruknąłem, kierując się w najbliższe krzaki.
Nie ma opcji, że po tym wszystkim jeszcze wlezę na drzewo do legowiska…
[1326 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz