BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka i Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

06 kwietnia 2026

Od Rohan

Całodzienny skwar i prażące słońce powoli zaczynały ustępować chmurom i przelotnym deszczom. Chociaż końcówki dnia podczas Pory Zielonych Liści były niezwykle przyjemne, a wizja chłodnego wieczoru często była na tyle przyjemna, że można było zapomnieć o fakcie, że najpierw trzeba było przeżyć męczący południa, tak większość Owocniaków z wielką ulgą powitała pogorszenie się pogody. Gondor był jednym z tych kotów. O ile nie musiał się martwić o przegrzanie, które mogło być niezwykle uciążliwe dla tych o ciemnym futrze, tak jego gęsta szata nie pozwalała na ulatywanie potu, który zbierał się zaraz przy skórze i sprawiał, że często miał z nią problemy. Za każdym razem, kiedy przychodził nieco chłodniejszy dzień, kiedy wiatr dął mocniej znad terenów Klanu Burzy i niósł ze sobą lekki zapach morskiej bryzy, ten od razu wykładał się na zacienionym kamieniu i próbował przewietrzyć wszystkie owłosione zakamarki. Rohan często pomagała mu o nie zadbać, nie chcąc, aby partner znów obtarł się między nogami a brzuchem lub piersią. Nie lubiła, kiedy całymi nocami narzekał jej do ucha. Po całych dniach spędzonych osobno wolała, aby ten wspólny sen był czymś przyjemnym, niekoniecznie wypełnionym jego ciągłymi wakrami i zgrzytami. 
Mówił jej wtedy, że ona zwyczajnie nie rozumie, że nigdy nie miała takiego problemu i po prostu nie wie, jak bardzo uciążliwe to może być. No i faktycznie może i była to prawda, ale znowu on nie rozumiał, jak okropne było, kiedy nagle łapie cię deszcz i zamiast pozostawać na wierzchniej warstwie, od razu przenika do skóry i oblepia chłodną pelerynką. O życiu podczas Pory Nagich Drzew nawet nie miała siły wspominać. Aby się nie kłócić, zwyczajnie kończyli przepychanki na tym, że koty powinny posiadać dwie różne szaty, które zmieniałyby się zależnie od pory roku. Wtedy wszystkim lepiej by się żyło. 
Na szczęście teraz panował ta pora, ten czas, kiedy wszystkim żyło się lekko i przyjemnie. Prawda, deszcz mógł zaatakować niespodziewanie w każdej chwili, ale słońce nie parzyło w karki, a mróz nie piekł w łapy i nosy. Zwierzyna grasowała niczym szalona, niczym ślepa na wszelakie patrole łowieckie czy inne drapieżniki. Podobnie jak Owocniacy, była oślepiona wizją pełnego brzucha i wykarmionego potomstwa. Świat obfitował we wszystko. 
W Owocowym Lesie również w nieszczęście...
Kiedy para kotów dołączyła do społeczności, liczyła na spokój, bezpieczeństwo i dostatek. Może i spodziewali się większej liczby zadań i odpowiedzialności, ale nie byli przygotowani na epidemie, która po kolei przenosiła się na kolejne koty. Początkowo nie obawiali się jakoś niesamowicie mocno; w końcu chorzy byli jedynie ci, którym już i tak nie pozostało zbyt dużo czasu. W końcu jednak zachorowali również Czerwiec i Szafran, których Rohan i Gondor zdążyli poznać w obozie lub gdzieś na patrolach. To były zdrowe i silne koty, które powinny mieć jeszcze niezliczone księżyce życia przed sobą, a teraz tarmosiła je przedziwna choroba, jak gdyby również ich pyski były posiwiałe, a oczy przykryte bielmem. Wtedy dawne pieszczochy po raz pierwszy faktycznie zaczęły żałować swojej decyzji. Zwłaszcza że podczas pierwszych treningów dowiedzieli się, że Owocowy Las jest jedynie jedną z pięciu grup dzikich kotów, które zamieszkują okoliczne lasy, łąki i plaże. Czy gdyby poszli gdzieś dalej, to ominęłaby ich ta tragedia? Co jeśli jeden z nich będzie musiał odejść i pozostawić tego drugiego? 
"To był mój pomysł, moje widzimisie, moja przygoda…" — powtarzała w głowie Rohan, wpatrując się w kocura, który szedł obok niej. Nie chciała go martwić. Nigdy nie mówiła takich rzeczy na głos; wiedziała, że kocur od razu by na nią nasyczał i powiedział, że ma przestać wygadywać głupoty, bo on nie jest kociakiem i gdyby sam nie chciał dołączyć do Owocowego Lasu, nie zrobiłby tego. Nawet jeśli nie była to prawda. Gondor zawsze zrobiłby wszystko, aby tylko być u jej boku. 
— Podoba wam się u nas, moi drodzy? — zapytała nagle Purchawka, która tym razem im towarzyszyła. Kocica była przyjemna w obyciu i bardzo ciepła; bardzo za nią przepadała. Nie utraciła swojej pozytywnej iskierki, nawet kiedy po obozie szalała zaraza, a nikt nie wiedział, skąd mogła się wziąć i co mają z nią robić. 
— Jest tu nieco… zamieszania, ale wspaniale jest mieć ciepłe miejsce do spania, do kogo pysk otworzyć i nieco więcej obowiązków podczas dnia. Nuda jest paskudna — odezwał się Gondor, zanim jego ukochana w ogóle zdążyła otworzyć pysk. 
— Fakt, niefortunny czas… — wtrącił się Topola, który prowadził grupkę czterech kotów. Od kiedy jego partnerka przeniosła się do kociarni, gdzie miała wyczekiwać przyjścia na świat swojego późnego potomstwa, szkolenie burej przejęła Jeżyna. Zwiadowczyni była jednak zajęta tego poranka, gdyż musiała iść na patrol. Uczennica miała do wyboru towarzyszyć jej lub wybrać się na zbieranie ziół z partnerem, jego nauczycielem i szamanką. Decyzja była natychmiastowa.
— Tobie to chyba nie wypada tak mówić, Topolo — zganiła go żartobliwie dymna. Kocur zdał się nieco… zakłopotać? Czyżby nawet się zarumienił? Odwrócił wzrok niczym nastoletni zakochany. Zaśmiał się pod nosem. 
— No, może u nas nie jest najgorzej — wymruczał, wpatrując się w ziemię przed sobą. 
— Lepiej późno niż wcale, co? — zaczepił go żółtooki. Oczywiste było, że biały dogadywał się o wiele bardziej ze swoim mentorem niż jego druga połówka. Rohan musiała przyznać, że cieszyła się niesamowicie ze zmiany nauczycielki. Jeżyna zdawała się być o wiele milsza i bardziej wyrozumiała. Może nawet uda jej się dokończyć trening, zanim Figa wymknie się z powrotem do legowiska zwiadowców… To by było niesamowicie piękne… 
"A może macierzyństwo nieco ją ociepli? Nieco załagodzi ten ogień, który skrzy jej w ślepiach, ostudzi gniew, który z niej kipi za każdym razem, kiedy łapa zsuwała mi się z śliskiej, gładkiej gałęzi..." —  rozmarzyła się niemal. 
— A ty, moja droga? Niezwykle cicho sobie tam drepczesz, niczym nie ty! — zaczepiła ją Purchawka. Białe uszy stanęły pionowo i natychmiastowo odwróciły się w kierunku szamanki. 
— Uh... Ja po prostu tak sobie… rozmyślam — wydukała. 
— A o czym to? Czasami dobrze wyciągnąć nasze myśli z głowy i przenieść je na język, rzucić na wiatr, aby Wszechmatka mogła je usłyszeć i odpowiedzieć nam, ukoić nasze nerwy — zachęciła zezowata. 
— Mm... Myślę, że to niepotrzebne, to tylko takie głupotki, nic więcej — zaśmiała się srebrna. Gondor przeciągnął ogonem po jej grzbiecie, ale nic nie powiedział. Był kotem czynu. 
— Skoro tak uważasz — zakończyła Purchawka i ruszyli dalej nieco prędzej. Postanowili zrobić kółko wokół obozu, aby nigdy nie oddalać się zbyt mocno. W każdej chwili ktoś mógł potrzebować szamanki, a ta nie wybaczylaby sobie, gdyby akurat zabrakło jej w najbardziej krytycznym momencie. Nawet jeśli tego samego poranku przywitali kolejnego malucha, który miał szkolić się pod okiem jednego z uzdrowicieli. Nigdy nie było za dużo łap do pomocy; zwłaszcza tych faktycznie przeszkolonych i chętnych do pomocy i poświęceń. 
Nagle Topola stanął. Wryty niemal w ziemię postawił uszy na sztorc i napiął całe swoje ciało. Końcówka ogona drgała mu w skupieniu; zaczął węszyć. 
— Czujecie to? — zaczął niepewnie. Cała pozostała trójka zaczęła głęboko zaciągać się powietrzem. Pyski mieli uchylone, a oczy przymknięte, jakby pozbawienie siebie jednego ze zmysłów miało wyostrzyć pozostałe. Faktycznie zapach był wyczuwalny, cierpki, delikatnie słodki i bardzo duszący. 
— Stęchlizna... Zapach śmierci — wydukała Purchawka, robiąc jeden niepewny krok do przodu, w stronę źródła swądu. — Ale to bardzo, bardzo starej śmierci...
— Może powinniśmy być bardziej ostrożni — wymruczała Rohan, patrząc na szamankę, która z każdym uderzeniem serca zbliżała się do zarośli, które porastały brzeg rzeki.
— Może to znów te parszywe stwory! — ostrzegł Gondor. Topola spiął się jeszcze bardziej; nikt nie chciał, aby kotka skończyła jak biedny Orzeszek. Od śmierci starszego wszyscy unikali bobrów niemal z taką samą pieczołowitością co lisów. — Panno Purchawko, nie wiem, czy to dobry pomysł. — Spróbował zatrzymać ją jeszcze raz. Kotka jednak nic sobie z tego nie robiła. W końcu para kocurów ruszyła za nią. Rohan chwilę stała w bezruchu, ale ostatecznie również ruszyła za resztą. Serce waliło jej w piersi ze strachu. 
Panowała niemal całkowita cisza. Smród nabierał na sile z każdym krokiem. Powoli szczypał w oczy i sprawiał, że do pysków napływała ślina. Karpati miała wrażenie, że łapy się zaraz pod nią ugną i puści pawia prosto pod nie. W końcu jednak stanęli przed bujnymi zaroślami. Muchy brzęczały dziko, a ich śpiew dudnił kotom w głowie. 
— Nie słychać rzeki — zauważył Topola, kładąc uszy po sobie. 
— Tylko śpiew śmierci — wymruczała szamanka, robiąc ostatni krok wgłąb krzaków. Kiedy tylko zrobiła w nich przejście, zapach uderzył w resztę Owocniaków, która stała za nią. Uczennica zakaszlała i zakryła nos łapą. Jej partner, zamroczony, zrobił pół kroku do tyłu. Wojownik udawał niewzruszonego, ale oczy zaszły mu łzami. 
Ich oczom okazało się wielkie jelenie truchło w zaawansowanej fazie rozkładu. Rogacz leżał na boku, a jego nogi, brzuch i pierś (lub to, co z nich zostało) spoczywały w wodzie, której swąd wprawiał całą grupę w zawroty głowy. Nad taflą unosiła się chmara robactwa, która czarną warstwą oblepiała posklejane brązowawe futro olbrzyma. W niektórych miejscach widać było biel kości, gdzieniegdzie zgniłą zieleń zepsutego mięsa lub grubej skóry. Tylne nogi zostały już całkiem ogołocone przez wodne bakterie i inne żyjątka. Łeb za to wydawał się w niemal idealnym stanie. Być może coś jedynie nadgryzło kawałek ucha lub szczęki; oczy jednak wciąż były bystre i zdawały się wpatrywać prosto w grupę kotów. 
Stali w szoku. Nie tego się spodziewali. 
Chociaż tego nie chcieli, mniej zdziwiłby ich widok kota, który został zaatakowany przez bobry i pozostawiony na pastwe robactwa. To nie sprawiłoby, że cała okolica przesiąknie stęchlizną. 
— Spójrzcie na wodę… — odezwała się w końcu Purchawka.
— H-huh... — mruknął zaskoczony biały. 
— Stoi... A powinna płynąć — dodał Topola. — Śmierdzi niczym niewymieniany mech... — Skrzywił się z obrzydzeniem. 
— A-ale czemu? — zapytała Rohan, próbując uciec swądu, ukrywając się za partnerem. Ten jednak zdał sie już przesiąknąć przez ich futra, aż do ich skóry, a nawet kości. 
— N-nie wiem… — powiedziała najpierw szamanka, ale po chwili dodała, odwracając się do nich: — Nie. Jednak wiem... To one, to one i ich obozy na rzekach... Ich konstrukcje z gałęzi nie pozwalają rzece płynąć dalej… O-ostatnio Wiciokrzew i Mistral widzieli je nieco za obozem na rzece. One... One odcięły Owocowy Las od wody. Od dobrej wody. 
— Czy próbujesz powiedzieć, że to wszystko, co dzieje się teraz w obozie, w legowisku starszych, to… to wina bobrów? I tego martwego jelenia? — zapytał wojownik, a jego uszy położyły się płasko. 
— Tak. Jestem niemal tego pewna. — Szok niemal emanował od kocicy. — My musimy coś zrobić... One nas zabiją, wytrują jeden po drugim… 
— Ale dlaczego reszta kotów nie choruje? Tylko ta garstka? Przecież to nawet nie jest zaraźliwe… Kolendra jest zdrowy, chociaż każdą wolną chwilę spędza ze swoją ukochaną — zauważył Gondor, próbując w międzyczasie lepiej przyjrzeć się zwłokom. 
— B-bo nie wychodzą z obozu — wydukała srebrna buraska zza niego. Trzy pary oczu przeniosły się na nią. Zanim powiedziała coś jeszcze, przerwała jej dymna. 
— Tak. Wojownicy, zwiadowcy, uczniowie, a nawet i stróże... Oni wszyscy wychodzą z obozu i piją wodę z rzeki, która wciąż biegnie, która nie jest przesiąknięta larwami i śmiercią. A starsi... A starszych zatruwaliśmy wodą z bliska, zaraz z brzegu przy obozie… — Ostatnie słowa stały się niemal jękiem. Smutek i żal wymalowały się na pysku kotki. Poczucie winy ściskało jej serce. 
— Purchawko... Jakże mogliście wiedzieć? — odezwał się łagodnie Topola. Położył ogon na ciemnym grzbiecie, a zezowata zacisnęła oczy na krótką chwilę.
— To nie wasza wina… Chcieliście jak najlepiej zadbać o swoich przyjaciół — rzekł Gondor. — Teraz najważniejsze, aby jak najszybciej zanieść te wieści do Pieczarki i Czereśni. Nie możemy zwlekać; dla reszty może być jeszcze szansa na wyleczenie. 
— Tak, tak, to nie czas na obwinianie siebie. Najpierw wróćmy i zabrońmy wszystkim picia wody, która nie płynie — zadecydował wojownik. Szamanka w końcu kiwnęła głową. Cała czwórka wystrzeliła w kierunku obozu. 
W końcu mogli coś zrobić. W końcu nie byli bezradni niczym krety pozostawione na powierzchni. W końcu była jakakolwiek szansa, że dotknięte choróbskiem koty będą w stanie wyzdrowieć i powrócić do swoich rodzin, przyjaciół i obowiązków. Musieli tylko działać szybko i sprawnie. Musieli się zmobilizować i wykazać ogromną troskę. A co najważniejsze... Musieli coś w końcu zrobić z tymi przerośniętymi, mokrymi szczurami. Nie mogą czuć się spokojnie, dopóki ich zębiska ścinają ich owocowe drzewka, wgryzają się w ciała kotów i brukają się ich krwią. Nie było na nie miejsca w idealnym świecie, do którego uciekli Gondor i Rohan, w którym Topola chciał wychować swoje pociechy, w którym Purchawka miała szerzyć szlachetną wiarę w Wszechmatkę. 

[1999 słów]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz