Mówił jej wtedy, że ona zwyczajnie nie rozumie, że nigdy nie miała takiego problemu i po prostu nie wie, jak bardzo uciążliwe to może być. No i faktycznie może i była to prawda, ale znowu on nie rozumiał, jak okropne było, kiedy nagle łapie cię deszcz i zamiast pozostawać na wierzchniej warstwie, od razu przenika do skóry i oblepia chłodną pelerynką. O życiu podczas Pory Nagich Drzew nawet nie miała siły wspominać. Aby się nie kłócić, zwyczajnie kończyli przepychanki na tym, że koty powinny posiadać dwie różne szaty, które zmieniałyby się zależnie od pory roku. Wtedy wszystkim lepiej by się żyło.
Na szczęście teraz panował ta pora, ten czas, kiedy wszystkim żyło się lekko i przyjemnie. Prawda, deszcz mógł zaatakować niespodziewanie w każdej chwili, ale słońce nie parzyło w karki, a mróz nie piekł w łapy i nosy. Zwierzyna grasowała niczym szalona, niczym ślepa na wszelakie patrole łowieckie czy inne drapieżniki. Podobnie jak Owocniacy, była oślepiona wizją pełnego brzucha i wykarmionego potomstwa. Świat obfitował we wszystko.
W Owocowym Lesie również w nieszczęście...
Kiedy para kotów dołączyła do społeczności, liczyła na spokój, bezpieczeństwo i dostatek. Może i spodziewali się większej liczby zadań i odpowiedzialności, ale nie byli przygotowani na epidemie, która po kolei przenosiła się na kolejne koty. Początkowo nie obawiali się jakoś niesamowicie mocno; w końcu chorzy byli jedynie ci, którym już i tak nie pozostało zbyt dużo czasu. W końcu jednak zachorowali również Czerwiec i Szafran, których Rohan i Gondor zdążyli poznać w obozie lub gdzieś na patrolach. To były zdrowe i silne koty, które powinny mieć jeszcze niezliczone księżyce życia przed sobą, a teraz tarmosiła je przedziwna choroba, jak gdyby również ich pyski były posiwiałe, a oczy przykryte bielmem. Wtedy dawne pieszczochy po raz pierwszy faktycznie zaczęły żałować swojej decyzji. Zwłaszcza że podczas pierwszych treningów dowiedzieli się, że Owocowy Las jest jedynie jedną z pięciu grup dzikich kotów, które zamieszkują okoliczne lasy, łąki i plaże. Czy gdyby poszli gdzieś dalej, to ominęłaby ich ta tragedia? Co jeśli jeden z nich będzie musiał odejść i pozostawić tego drugiego?
"To był mój pomysł, moje widzimisie, moja przygoda…" — powtarzała w głowie Rohan, wpatrując się w kocura, który szedł obok niej. Nie chciała go martwić. Nigdy nie mówiła takich rzeczy na głos; wiedziała, że kocur od razu by na nią nasyczał i powiedział, że ma przestać wygadywać głupoty, bo on nie jest kociakiem i gdyby sam nie chciał dołączyć do Owocowego Lasu, nie zrobiłby tego. Nawet jeśli nie była to prawda. Gondor zawsze zrobiłby wszystko, aby tylko być u jej boku.
— Podoba wam się u nas, moi drodzy? — zapytała nagle Purchawka, która tym razem im towarzyszyła. Kocica była przyjemna w obyciu i bardzo ciepła; bardzo za nią przepadała. Nie utraciła swojej pozytywnej iskierki, nawet kiedy po obozie szalała zaraza, a nikt nie wiedział, skąd mogła się wziąć i co mają z nią robić.
— Jest tu nieco… zamieszania, ale wspaniale jest mieć ciepłe miejsce do spania, do kogo pysk otworzyć i nieco więcej obowiązków podczas dnia. Nuda jest paskudna — odezwał się Gondor, zanim jego ukochana w ogóle zdążyła otworzyć pysk.
— Fakt, niefortunny czas… — wtrącił się Topola, który prowadził grupkę czterech kotów. Od kiedy jego partnerka przeniosła się do kociarni, gdzie miała wyczekiwać przyjścia na świat swojego późnego potomstwa, szkolenie burej przejęła Jeżyna. Zwiadowczyni była jednak zajęta tego poranka, gdyż musiała iść na patrol. Uczennica miała do wyboru towarzyszyć jej lub wybrać się na zbieranie ziół z partnerem, jego nauczycielem i szamanką. Decyzja była natychmiastowa.
— Tobie to chyba nie wypada tak mówić, Topolo — zganiła go żartobliwie dymna. Kocur zdał się nieco… zakłopotać? Czyżby nawet się zarumienił? Odwrócił wzrok niczym nastoletni zakochany. Zaśmiał się pod nosem.
— Fakt, niefortunny czas… — wtrącił się Topola, który prowadził grupkę czterech kotów. Od kiedy jego partnerka przeniosła się do kociarni, gdzie miała wyczekiwać przyjścia na świat swojego późnego potomstwa, szkolenie burej przejęła Jeżyna. Zwiadowczyni była jednak zajęta tego poranka, gdyż musiała iść na patrol. Uczennica miała do wyboru towarzyszyć jej lub wybrać się na zbieranie ziół z partnerem, jego nauczycielem i szamanką. Decyzja była natychmiastowa.
— Tobie to chyba nie wypada tak mówić, Topolo — zganiła go żartobliwie dymna. Kocur zdał się nieco… zakłopotać? Czyżby nawet się zarumienił? Odwrócił wzrok niczym nastoletni zakochany. Zaśmiał się pod nosem.
— No, może u nas nie jest najgorzej — wymruczał, wpatrując się w ziemię przed sobą.
— Lepiej późno niż wcale, co? — zaczepił go żółtooki. Oczywiste było, że biały dogadywał się o wiele bardziej ze swoim mentorem niż jego druga połówka. Rohan musiała przyznać, że cieszyła się niesamowicie ze zmiany nauczycielki. Jeżyna zdawała się być o wiele milsza i bardziej wyrozumiała. Może nawet uda jej się dokończyć trening, zanim Figa wymknie się z powrotem do legowiska zwiadowców… To by było niesamowicie piękne…
"A może macierzyństwo nieco ją ociepli? Nieco załagodzi ten ogień, który skrzy jej w ślepiach, ostudzi gniew, który z niej kipi za każdym razem, kiedy łapa zsuwała mi się z śliskiej, gładkiej gałęzi..." — rozmarzyła się niemal.
— A ty, moja droga? Niezwykle cicho sobie tam drepczesz, niczym nie ty! — zaczepiła ją Purchawka. Białe uszy stanęły pionowo i natychmiastowo odwróciły się w kierunku szamanki.
"A może macierzyństwo nieco ją ociepli? Nieco załagodzi ten ogień, który skrzy jej w ślepiach, ostudzi gniew, który z niej kipi za każdym razem, kiedy łapa zsuwała mi się z śliskiej, gładkiej gałęzi..." — rozmarzyła się niemal.
— A ty, moja droga? Niezwykle cicho sobie tam drepczesz, niczym nie ty! — zaczepiła ją Purchawka. Białe uszy stanęły pionowo i natychmiastowo odwróciły się w kierunku szamanki.
— Uh... Ja po prostu tak sobie… rozmyślam — wydukała.
— A o czym to? Czasami dobrze wyciągnąć nasze myśli z głowy i przenieść je na język, rzucić na wiatr, aby Wszechmatka mogła je usłyszeć i odpowiedzieć nam, ukoić nasze nerwy — zachęciła zezowata.
— Mm... Myślę, że to niepotrzebne, to tylko takie głupotki, nic więcej — zaśmiała się srebrna. Gondor przeciągnął ogonem po jej grzbiecie, ale nic nie powiedział. Był kotem czynu.
— A o czym to? Czasami dobrze wyciągnąć nasze myśli z głowy i przenieść je na język, rzucić na wiatr, aby Wszechmatka mogła je usłyszeć i odpowiedzieć nam, ukoić nasze nerwy — zachęciła zezowata.
— Mm... Myślę, że to niepotrzebne, to tylko takie głupotki, nic więcej — zaśmiała się srebrna. Gondor przeciągnął ogonem po jej grzbiecie, ale nic nie powiedział. Był kotem czynu.
— Skoro tak uważasz — zakończyła Purchawka i ruszyli dalej nieco prędzej. Postanowili zrobić kółko wokół obozu, aby nigdy nie oddalać się zbyt mocno. W każdej chwili ktoś mógł potrzebować szamanki, a ta nie wybaczylaby sobie, gdyby akurat zabrakło jej w najbardziej krytycznym momencie. Nawet jeśli tego samego poranku przywitali kolejnego malucha, który miał szkolić się pod okiem jednego z uzdrowicieli. Nigdy nie było za dużo łap do pomocy; zwłaszcza tych faktycznie przeszkolonych i chętnych do pomocy i poświęceń.
Nagle Topola stanął. Wryty niemal w ziemię postawił uszy na sztorc i napiął całe swoje ciało. Końcówka ogona drgała mu w skupieniu; zaczął węszyć.
— Czujecie to? — zaczął niepewnie. Cała pozostała trójka zaczęła głęboko zaciągać się powietrzem. Pyski mieli uchylone, a oczy przymknięte, jakby pozbawienie siebie jednego ze zmysłów miało wyostrzyć pozostałe. Faktycznie zapach był wyczuwalny, cierpki, delikatnie słodki i bardzo duszący.
— Czujecie to? — zaczął niepewnie. Cała pozostała trójka zaczęła głęboko zaciągać się powietrzem. Pyski mieli uchylone, a oczy przymknięte, jakby pozbawienie siebie jednego ze zmysłów miało wyostrzyć pozostałe. Faktycznie zapach był wyczuwalny, cierpki, delikatnie słodki i bardzo duszący.
— Stęchlizna... Zapach śmierci — wydukała Purchawka, robiąc jeden niepewny krok do przodu, w stronę źródła swądu. — Ale to bardzo, bardzo starej śmierci...
— Może powinniśmy być bardziej ostrożni — wymruczała Rohan, patrząc na szamankę, która z każdym uderzeniem serca zbliżała się do zarośli, które porastały brzeg rzeki.
— Może to znów te parszywe stwory! — ostrzegł Gondor. Topola spiął się jeszcze bardziej; nikt nie chciał, aby kotka skończyła jak biedny Orzeszek. Od śmierci starszego wszyscy unikali bobrów niemal z taką samą pieczołowitością co lisów. — Panno Purchawko, nie wiem, czy to dobry pomysł. — Spróbował zatrzymać ją jeszcze raz. Kotka jednak nic sobie z tego nie robiła. W końcu para kocurów ruszyła za nią. Rohan chwilę stała w bezruchu, ale ostatecznie również ruszyła za resztą. Serce waliło jej w piersi ze strachu.
Panowała niemal całkowita cisza. Smród nabierał na sile z każdym krokiem. Powoli szczypał w oczy i sprawiał, że do pysków napływała ślina. Karpati miała wrażenie, że łapy się zaraz pod nią ugną i puści pawia prosto pod nie. W końcu jednak stanęli przed bujnymi zaroślami. Muchy brzęczały dziko, a ich śpiew dudnił kotom w głowie.
— Nie słychać rzeki — zauważył Topola, kładąc uszy po sobie.
Panowała niemal całkowita cisza. Smród nabierał na sile z każdym krokiem. Powoli szczypał w oczy i sprawiał, że do pysków napływała ślina. Karpati miała wrażenie, że łapy się zaraz pod nią ugną i puści pawia prosto pod nie. W końcu jednak stanęli przed bujnymi zaroślami. Muchy brzęczały dziko, a ich śpiew dudnił kotom w głowie.
— Nie słychać rzeki — zauważył Topola, kładąc uszy po sobie.
— Tylko śpiew śmierci — wymruczała szamanka, robiąc ostatni krok wgłąb krzaków. Kiedy tylko zrobiła w nich przejście, zapach uderzył w resztę Owocniaków, która stała za nią. Uczennica zakaszlała i zakryła nos łapą. Jej partner, zamroczony, zrobił pół kroku do tyłu. Wojownik udawał niewzruszonego, ale oczy zaszły mu łzami.
Ich oczom okazało się wielkie jelenie truchło w zaawansowanej fazie rozkładu. Rogacz leżał na boku, a jego nogi, brzuch i pierś (lub to, co z nich zostało) spoczywały w wodzie, której swąd wprawiał całą grupę w zawroty głowy. Nad taflą unosiła się chmara robactwa, która czarną warstwą oblepiała posklejane brązowawe futro olbrzyma. W niektórych miejscach widać było biel kości, gdzieniegdzie zgniłą zieleń zepsutego mięsa lub grubej skóry. Tylne nogi zostały już całkiem ogołocone przez wodne bakterie i inne żyjątka. Łeb za to wydawał się w niemal idealnym stanie. Być może coś jedynie nadgryzło kawałek ucha lub szczęki; oczy jednak wciąż były bystre i zdawały się wpatrywać prosto w grupę kotów.
Stali w szoku. Nie tego się spodziewali.
Chociaż tego nie chcieli, mniej zdziwiłby ich widok kota, który został zaatakowany przez bobry i pozostawiony na pastwe robactwa. To nie sprawiłoby, że cała okolica przesiąknie stęchlizną.
— Spójrzcie na wodę… — odezwała się w końcu Purchawka.
— H-huh... — mruknął zaskoczony biały.
— Stoi... A powinna płynąć — dodał Topola. — Śmierdzi niczym niewymieniany mech... — Skrzywił się z obrzydzeniem.
— A-ale czemu? — zapytała Rohan, próbując uciec swądu, ukrywając się za partnerem. Ten jednak zdał sie już przesiąknąć przez ich futra, aż do ich skóry, a nawet kości.
— H-huh... — mruknął zaskoczony biały.
— Stoi... A powinna płynąć — dodał Topola. — Śmierdzi niczym niewymieniany mech... — Skrzywił się z obrzydzeniem.
— A-ale czemu? — zapytała Rohan, próbując uciec swądu, ukrywając się za partnerem. Ten jednak zdał sie już przesiąknąć przez ich futra, aż do ich skóry, a nawet kości.
— N-nie wiem… — powiedziała najpierw szamanka, ale po chwili dodała, odwracając się do nich: — Nie. Jednak wiem... To one, to one i ich obozy na rzekach... Ich konstrukcje z gałęzi nie pozwalają rzece płynąć dalej… O-ostatnio Wiciokrzew i Mistral widzieli je nieco za obozem na rzece. One... One odcięły Owocowy Las od wody. Od dobrej wody.
— Czy próbujesz powiedzieć, że to wszystko, co dzieje się teraz w obozie, w legowisku starszych, to… to wina bobrów? I tego martwego jelenia? — zapytał wojownik, a jego uszy położyły się płasko.
— Tak. Jestem niemal tego pewna. — Szok niemal emanował od kocicy. — My musimy coś zrobić... One nas zabiją, wytrują jeden po drugim…
— Ale dlaczego reszta kotów nie choruje? Tylko ta garstka? Przecież to nawet nie jest zaraźliwe… Kolendra jest zdrowy, chociaż każdą wolną chwilę spędza ze swoją ukochaną — zauważył Gondor, próbując w międzyczasie lepiej przyjrzeć się zwłokom.
— B-bo nie wychodzą z obozu — wydukała srebrna buraska zza niego. Trzy pary oczu przeniosły się na nią. Zanim powiedziała coś jeszcze, przerwała jej dymna.
— Tak. Wojownicy, zwiadowcy, uczniowie, a nawet i stróże... Oni wszyscy wychodzą z obozu i piją wodę z rzeki, która wciąż biegnie, która nie jest przesiąknięta larwami i śmiercią. A starsi... A starszych zatruwaliśmy wodą z bliska, zaraz z brzegu przy obozie… — Ostatnie słowa stały się niemal jękiem. Smutek i żal wymalowały się na pysku kotki. Poczucie winy ściskało jej serce.
— Purchawko... Jakże mogliście wiedzieć? — odezwał się łagodnie Topola. Położył ogon na ciemnym grzbiecie, a zezowata zacisnęła oczy na krótką chwilę.
— Tak. Wojownicy, zwiadowcy, uczniowie, a nawet i stróże... Oni wszyscy wychodzą z obozu i piją wodę z rzeki, która wciąż biegnie, która nie jest przesiąknięta larwami i śmiercią. A starsi... A starszych zatruwaliśmy wodą z bliska, zaraz z brzegu przy obozie… — Ostatnie słowa stały się niemal jękiem. Smutek i żal wymalowały się na pysku kotki. Poczucie winy ściskało jej serce.
— Purchawko... Jakże mogliście wiedzieć? — odezwał się łagodnie Topola. Położył ogon na ciemnym grzbiecie, a zezowata zacisnęła oczy na krótką chwilę.
— To nie wasza wina… Chcieliście jak najlepiej zadbać o swoich przyjaciół — rzekł Gondor. — Teraz najważniejsze, aby jak najszybciej zanieść te wieści do Pieczarki i Czereśni. Nie możemy zwlekać; dla reszty może być jeszcze szansa na wyleczenie.
— Tak, tak, to nie czas na obwinianie siebie. Najpierw wróćmy i zabrońmy wszystkim picia wody, która nie płynie — zadecydował wojownik. Szamanka w końcu kiwnęła głową. Cała czwórka wystrzeliła w kierunku obozu.
— Tak, tak, to nie czas na obwinianie siebie. Najpierw wróćmy i zabrońmy wszystkim picia wody, która nie płynie — zadecydował wojownik. Szamanka w końcu kiwnęła głową. Cała czwórka wystrzeliła w kierunku obozu.
W końcu mogli coś zrobić. W końcu nie byli bezradni niczym krety pozostawione na powierzchni. W końcu była jakakolwiek szansa, że dotknięte choróbskiem koty będą w stanie wyzdrowieć i powrócić do swoich rodzin, przyjaciół i obowiązków. Musieli tylko działać szybko i sprawnie. Musieli się zmobilizować i wykazać ogromną troskę. A co najważniejsze... Musieli coś w końcu zrobić z tymi przerośniętymi, mokrymi szczurami. Nie mogą czuć się spokojnie, dopóki ich zębiska ścinają ich owocowe drzewka, wgryzają się w ciała kotów i brukają się ich krwią. Nie było na nie miejsca w idealnym świecie, do którego uciekli Gondor i Rohan, w którym Topola chciał wychować swoje pociechy, w którym Purchawka miała szerzyć szlachetną wiarę w Wszechmatkę.
[1999 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz