"Tak bardzo liczyłem na troche więcej snu... Miały być wymęczone, ledwo żywe... Miałem mieć możliwość odespania tych okropnych księżyców, a potem może na wymknięcie się pod pretekstem poszukiwania ziół... Niech to szczupak połknie!" — przeklął w myślach.
Westchnął głośno; nie chciał pokazywać, że robi cokolwiek, co kotka mu każe, z radością i zapałem. Chciał, aby wiedziała, że zrójnowała mu wszystko, co sobie zaplanował, o czym marzył i śnił. Miał szansę zostać liderem… Wiedział o tym. Rozmawiał nawet raz na ten temat z wujem, który obiecał, że będzie miał na oku go i jego szkolenie. To wszystko zostało mu odebrane, kiedy został wezwany do legowiska Mandarynkowej Gwiazdy. Był tak okropnie zły, kiedy przypomniał sobie tę pamiętną noc. O ile do Gąbczastej Perły od początku odczuwał zwyczajną odrazę i ogromną złość, tak nie mógł powstrzymać napływających realizacji, że jest to po części również wina innych. Nawet tych, których cenił, szanował i kochał najbardziej. Matka nie zaprotestowała, chociaż na pewno odczytała wszystkie emocje, które przepłynęły mu przez mordkę. Algowa Struga pozwoliła, aby odebrano jej ucznia, z którym była już u kresu szkolenia i który od początku robił prędkie i niesamowite postępy. Mandarynkowa Gwiazda za to pozwoliła, aby jej jedyny wnuk marnował się w śmierdzącej ziołami kłodzie… Nie kiwnęła nawet ogonem, kiedy smutek, strach i złość ściskały Klekotkowi gardło. Nie wierzył, że nikt nie zobaczył już wtedy, że jego decyzja jest spowodowana jedynie tym, że nie chciał nikogo zawieść, że nie chciał zbrukać dobrego mienia matki. Jeszcze niedawno powiedziałby, że kotki nie mogły nic zrobić, ale teraz... Teraz uważał, że zwyczajnie nie chciały się pofatygować.
— W porządku — burknął w końcu. Przynajmniej tym razem mógł usprawiedliwić oschłość faktem, że dopiero się wybudził. Gąbka jednak wiedziała, że ten był zwyczajnie wiecznie niezadowolony. Przynajmniej kiedy przebywał w lecznicy. Kiedy tylko zabierała go po zioła... odżywał.
Wstał powoli, a kostki zatrzeszczały mu cicho. Miał wrażenie, że nieważne, ile biegałby po legowisku, nigdy nie czułby się już tak żwawo jak kiedy polował i pływał. Otrzepał się z warstewki kurzu, która na nim osiadła, a następnie wymknął się do obozu. Nieśmiałe słońce zaświeciło mu w pysk. Odwrócił się i ujrzał, jak mentorka odprowadza go ukradkiem wzrokiem. Posłusznie udał się do kociarni, aby "nauczać" tę przybłędę i jej wywłoki.
* * *
Machinalnie przeżuwał w pysku aksamitkę. Pisk w uchu nie ustąpił, mimo że starał się unikać wiatru i wilgoci, a w dodatku doszło do tego to irytujące swędzenie. Jedyny plus jego koszmarnej ścieżki to to, że mógł sam sobie pomóc. W końcu wyplił papkę na łapę i wsadził ją sobie głęboko do ucha, krzywiąc się nieco. Siedział odwrócony tyłem do wejścia, ale nie mógł nie wyczuć obecności Gąbki, która musiała właśnie wrócić ze swojego regularnego obchodu.
— Klekocząca Łapo, przyniesiesz mi potem trochę czyśćca? — poprosiła, ale odpowiedziało jej jedynie cisza. Odczekała chwilę, potem jeszcze trochę, aż w końcu odchrząknęła gniewnie. Klekotek za to siedział niewzruszony, wciąż udając, że sortuje zioła. Po jego białym policzku spływała zielona stróżka soku pomieszanego ze śliną. Uznał, że akurat tym razem uda mu się uciec przed dymną kotką. W końcu sam był chory i miał ucho pełne ziołowej papki. Miał nadzieję, że kotka odejdzie do składziku i sama się obsłuży; to nie było w końcu tak dużo roboty. Zamiast usłyszenia westchnięcia i kroków poczuł trzepnięcie łapy uderzającej go w tył głowy. Pisnął i odwrócił się z wytrzyszczonymi ślepiami.
— Klekocząca Łapo, przyniesiesz mi potem trochę czyśćca? — poprosiła, ale odpowiedziało jej jedynie cisza. Odczekała chwilę, potem jeszcze trochę, aż w końcu odchrząknęła gniewnie. Klekotek za to siedział niewzruszony, wciąż udając, że sortuje zioła. Po jego białym policzku spływała zielona stróżka soku pomieszanego ze śliną. Uznał, że akurat tym razem uda mu się uciec przed dymną kotką. W końcu sam był chory i miał ucho pełne ziołowej papki. Miał nadzieję, że kotka odejdzie do składziku i sama się obsłuży; to nie było w końcu tak dużo roboty. Zamiast usłyszenia westchnięcia i kroków poczuł trzepnięcie łapy uderzającej go w tył głowy. Pisnął i odwrócił się z wytrzyszczonymi ślepiami.
— Czy tak trudno odpowiedzieć, kiedy do ciebie mówię?! — prychnęła zirytowana. Była zła, zmęczona i widocznie miała już dość humorków swojego wiecznie niezadowolonego ucznia.
— Mam aksamitkę w uchu. Mówiłem, że mnie boli — burknął i odwrócił się od rozmówczyni. Ta jednak nie pozwoliła mu na to i brnęła dalej.
— Drugie za to powinno działać świetnie, czyż nie?
— Mam aksamitkę w uchu. Mówiłem, że mnie boli — burknął i odwrócił się od rozmówczyni. Ta jednak nie pozwoliła mu na to i brnęła dalej.
— Drugie za to powinno działać świetnie, czyż nie?
— Zawsze było słabsze.
— W takim razie to chyba dobrze, iż nie zostałeś wojownikiem, bo mogłoby się to zakończyć tragedią lub przynajmniej kilkoma nieudanymi polowaniami.
— O dziwo, podczas treningów z Algową Strugą nigdy mi nie przeszkadzało.
— O dziwo, podczas treningów z Algową Strugą nigdy mi nie przeszkadzało.
— To przedziwna przypadłość. Powinieneś się więc skupić, aby odnaleźć lekarstwo — rzuciła, a następnie faktycznie sama skierowała się w kierunku składziku, skąd zabrała pączek ziół, aby zanieść je i wzmocnić starszą Nenufare.
Klekocząca Łapa musiał skupić się niesamowicie, aby nie wyjść z siebie. Przez moment myślał nawet, że rozpłaczę się z frustracji niczym mały kociak, ale udało mu się opanować napływające łzy. Prawda była taka, że było lekarstwo na ową przypadłość, która sprawiała, że uszy nie odbierały rzucanych ku niemu poleceń, że noce były nieprzespane, a humor wiecznie nie taki, jaki powinien... Tylko ta kuracja jest poza jego zasięgiem. Dobrze o tym wiedział. Już nawet powoli się z tym godził.
* * *
Wieść o tym, że Błękitna Laguna doczeka się niedługo potomstwa, spadła na niego niczym ptasie łajno. Jego ostatnim wyjściem, jeśli chodzi o wyrwanie się z tego pachnącego ziołami dołka, było to, że być może Mandarynkowa Gwiazda zlituje się nad nim, jeśli pomyśli o fakcie, że po śmierci lub emeryturze jej syn nie będzie miał młodszego członka rodu, którego obsadziłby w roli zastępcy. Teraz jednak wszystko legło w gruzach. Nienawidził być wysyłanym do żłobka, nienawidził tego miejsca bardziej niż lecznicy. Uniesiony dumnie pysk Wężynowego Kła, która rozwalona prezentowała wszystkim swój nabrzmiały brzuch, który zapewne nosił przyszłego lidera... Miał czasami ochotę wydrzeć z niego tego niewyrośniętego robaka i rzucić go prosto do rzeki. Wtedy może wszyscy uznaliby, że kiepski z niego medyk, a wspaniały i ambitny wojownik. Może wtedy wszystko by się ułożyło.
Wrócił właśnie z jednego z tych regularnych spotkań z przyszłą matką. Był wymęczony psychicznie i fizycznie. Musiał przyznać, że od kiedy na jaw wyszła prawda o dziecku Laguny i szylkretki, zaczął nieco mniej narzekać, kręcić nosem i obijać się po kątach tylko po to, aby jak najdłużej pozostać niezauważonym przez mentorkę.
Pogodził się z przegraną.
Pogodził się z faktem, że do końca życia będzie nieszczęśliwe.
Pogodził się z faktem, że jego marzenia o przywódstwie, partnerce, możliwym potomstwie, to tylko fantazja młodego kocurka, który szkolił sie u boku Algowej Strugi.
Oparł policzek o plecioną ścianę lecznicy. Westchnął i ścisnął oczy bardzo, bardzo mocno. Miał ochotę pozostać tak na zawsze. Coś, a raczej ktoś, przerwał mu jednak.
— Klekocząca Łapo, możemy pogadać? — Głos Gąbczastej Perły wybudził go z zadumy. Zerknął na nią i kiwnął łbem. — Razem z Różaną Wonią dostrzegłyśmy, że udało ci się wyrosnąć ze swoich humorków od jakiegoś czasu, co bardzo nas ucieszyło. — Zjeżył się nieznacznie na te słowa. Mentorka od razu to wyłapała i położyła mu ogon na grzbiecie, dodając: — To nie była zaczepka.
— Klekocząca Łapo, możemy pogadać? — Głos Gąbczastej Perły wybudził go z zadumy. Zerknął na nią i kiwnął łbem. — Razem z Różaną Wonią dostrzegłyśmy, że udało ci się wyrosnąć ze swoich humorków od jakiegoś czasu, co bardzo nas ucieszyło. — Zjeżył się nieznacznie na te słowa. Mentorka od razu to wyłapała i położyła mu ogon na grzbiecie, dodając: — To nie była zaczepka.
Uspokoił się nieco i odkaszlnął, czekając na kolejne słowa kotki.
— Wiem, że ta decyzja nie była twoja, nawet jeśli się zgodziłeś. Pokazywałeś to bardzo... dobitnie — mówiła dalej. Starała się brzmieć jak najbardziej łagodnie i pewnie. — Już od jakiegoś czasu doszłam do wniosku, że nie nauczę cię niczego nowego, a więc czekałam jedynie, abyś dorósł do swej rangi. I myślę, że ten czas nadszedł. Co prawda nie jest to jeszcze czas na Spotkanie Medyków, gdzie dopiero oficjalnie zostałbyś rozpoznany jako asystent przez szanowne grono medyków, ale ja sama dopiero ostatnio stałam się w pełni Gąbczastą Perłą — tłumaczyła dalej, a kocur nawet nie patrzył na jej pysk. Wpatrywał się w punkt nad wysoki tatarakiem, który obrastał obóz.
"Czy to muszka? Pszczółka lub bąk? A może zwyczajnie ślepne..?" — rozmyślał. Wizja utraty wzroku wydała mu się kusząca na kilka chwil. Potem jednak przypomniał sobie o ciele ślepej medyczki z Klanu Klifu, które znaleziono na plaży. "Skoro ona mogła leczyć i nie widzieć, mi też by pewnie kazali... Już wolę mieć wzrok."
— Wiem, że ta decyzja nie była twoja, nawet jeśli się zgodziłeś. Pokazywałeś to bardzo... dobitnie — mówiła dalej. Starała się brzmieć jak najbardziej łagodnie i pewnie. — Już od jakiegoś czasu doszłam do wniosku, że nie nauczę cię niczego nowego, a więc czekałam jedynie, abyś dorósł do swej rangi. I myślę, że ten czas nadszedł. Co prawda nie jest to jeszcze czas na Spotkanie Medyków, gdzie dopiero oficjalnie zostałbyś rozpoznany jako asystent przez szanowne grono medyków, ale ja sama dopiero ostatnio stałam się w pełni Gąbczastą Perłą — tłumaczyła dalej, a kocur nawet nie patrzył na jej pysk. Wpatrywał się w punkt nad wysoki tatarakiem, który obrastał obóz.
"Czy to muszka? Pszczółka lub bąk? A może zwyczajnie ślepne..?" — rozmyślał. Wizja utraty wzroku wydała mu się kusząca na kilka chwil. Potem jednak przypomniał sobie o ciele ślepej medyczki z Klanu Klifu, które znaleziono na plaży. "Skoro ona mogła leczyć i nie widzieć, mi też by pewnie kazali... Już wolę mieć wzrok."
— Uważam, że rozsądnie będzie, jeśli przyjmiesz już imię Klekoczący Bocian. Dzięki temu będę też miała powód, aby wywlec cię na Spotkanie Medyków, czy ci się to podoba, czy nie. Nawet jakbyś był umierający — zażartowała, chociaż nikt się nie zaśmiał. Nastała chwila milczenia, którą w końcu przerwała Gąbka. Słychać było, że była już zmęczona swoim monologiem. — Wszystko w porządku?
— Wiesz, jakie miałem marzenia? — zapytał nagle, a ciemnooka zdziwiła się tą odpowiedzią. Zapewne liczyła na jakąś monosylabę, krótką zaczepkę lub równie prawdopodobną ciszę.
— Nie. Nigdy mi nie mówiłeś — przyznała szczerze. To była prawda. Nie rozmawiali prawie wcale, jeśli nie chodziło o zastosowania ziół czy leczenie schorzeń.
— Wiesz, jakie miałem marzenia? — zapytał nagle, a ciemnooka zdziwiła się tą odpowiedzią. Zapewne liczyła na jakąś monosylabę, krótką zaczepkę lub równie prawdopodobną ciszę.
— Nie. Nigdy mi nie mówiłeś — przyznała szczerze. To była prawda. Nie rozmawiali prawie wcale, jeśli nie chodziło o zastosowania ziół czy leczenie schorzeń.
— Chciałem być liderem. Zostałbym nim. Rozmawiałem z Błękitną Laguną, kiedy już mój trening pod okiem twojej matki się kończył. Na zgromadzeniu spotkałem kotkę z Klanu Klifu, z którą rozmawiałem o tradycjach. Nie czułem nic do niej, nie myśl sobie nawet, ale opowiedziałem jej o tej z żabą podczas ceremonii partnerstwa. Powiedziała, że na pewno podczas mojej znajdzie się największa, najpiękniejsza i najbardziej zielona żaba. Przykro mi, że ją zawiodłem.
<Głąbko?>
Wyleczeni: Klekocząca Łapa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz