— Nie, dziękuję... Nie czuję się za dobrze — burknął. — Potrzebujesz jeszcze ode mnie czegoś?
— Nie, nie... Odpocznij — powiedziała nieco zmartwiona asystentka. — Dobrze się dzisiaj spisałeś.
Nie odpowiedział. Wyminął ją, aby zaszyć się na swoim mchu.
Jego reakcja trochę zdziwiła Gąbczastą Perłę. Kocur zachowywał się jakoś niemrawo, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej, ale tłumaczyła to sobie tym, że jeszcze minie trochę czasu, nim przyzwyczai się do swojej nowej posady. Nim się obejrzy, będzie się czuł pośród ziół tak, jak ryba w wodzie – była o tym niemal pewna. To była dla niego wielka zmiana i zrozumiałe jest, że niełatwo będzie mu się przestawić na naukę czegoś kompletnie innego. Tym bardziej że gdyby nie zmienił rangi, najpewniej lada dzień doczekałby się mianowania, które teraz znajdowało się jeszcze daleko poza zasięgiem jego łap.
Dymna po wejściu do lecznicy położyła się na własnym posłaniu, zwijając się w ciasny kłębek. Powoli zapadała już noc i coraz mniej światła wdzierało się do środka, zostawiając wnętrze w półmroku. Brązowooka ziewnęła przeciągle, czując przyjemne zmęczenie, gdy zarysy rzeczy na zewnątrz powoli zanikały, ustępując miejsca ciszy i ciemności. Czuła, że tej nocy dobrze jej się będzie spało, a rano obudzi się wypoczęta i gotowa do przeprowadzenia kolejnego treningu dla Klekoczącej Łapy.
Gąbczasta Perła porządkowała zioła w składziku, podczas gdy Klekocząca Łapa leżał wciąż w swoim posłaniu. Nie drgnął od samego ranka, a mimo tego dymna widziała, jak jego oczy czujnie śledziły każdy jej ruch. Mrużył je czasem, jakby udawał ledwo żywego. Zdarzało mu się też kaszlnąć co jakiś czas, wyraźnie na pokaz, gdy wiedział, że czarno-biała na pewno to usłyszy. Nieraz pociągał też nosem, jakby licząc na to, że Gąbka w końcu spyta, co mu dolega.
Medyczka była jednak zbyt zajęta ogarnięciem wszystkiego podczas Pory Nagich Drzew. Jeśli Klekocząca Łapa by chciał, to sam wziąłby dla siebie jakieś zioło. Nie był w końcu już takim nowicjuszem – znał kilka roślin i ich właściwości, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo poświęciła trochę czasu, by wkuć mu wiedzę do łba.
Nagle do lecznicy weszła Porywisty Sztorm. Gąbczasta Perła już chciała wstawać, lecz wtedy usłyszała głos Różanej Woni:
— Układaj dalej te zioła. Ja się nią zajmę — oznajmiła, znikając asystentce z pola widzenia.
Dymna wymamrotała tylko coś pod nosem, wciąż skupiona na sortowaniu. Wtem do jej uszu dotarły kroki – za lekkie na Różaną Woń. Uczeń podszedł do niej znienacka, zbyt cicho, jakby wiedział, że Gąbka będzie łatwiejsza do omamienia, niż jej mentorka.
Klekocząca Łapa wyglądał marnie. Był zgarbiony, cały drżał. Dymna spostrzegła, że już od kilku dni jego szorstki język nie przejechał po jego futrze. W dodatku te smutne oczy, pociąganie nosem i stanie tak, jakby jego łapy z trudnością utrzymywały wagę jego ciała.
— Gąbczasta Perło… — mruknął cicho, starając się brzmieć chrapliwie.
Medyczka uniosła brew do góry, wpatrując się w jego pokaz z cisnącym się na pysk uśmiechem.
— Nie wiem, czy będę w stanie iść na to spotkanie… — mówił dalej, ściszając głos.
Asystentka zmarszczyła czoło, patrząc na Klekoczącą Łapę z żalem.
— Czyżby dopadł cię smutny nastrój? Nie martw się, nie każdemu wiedza medyczna przychodzi od razu. Ważne, by się nie poddawać — stwierdziła, unosząc kąciki ust w uśmiechu. — Jeśli boisz się, że pokażesz się przed innymi medykami w złym świetle, to muszę ci powiedzieć, że nie masz się o co martwić. Chętnie pomogę ci wyczyścić futerko — mówiła dalej, widząc, jak końcówka ogona Klekoczącej Łapy zaczyna drgać z nerwów.
— Nie… To nie będzie konieczne — odezwał się, nim Gąbczasta Perła zdążyła się na nowo rozgadać. — Nie… nie jestem smutny. Tylko… — urwał na moment, wyraźnie się wahając — …chyba dopadło mnie jakieś choróbsko. W Porze Nagich Drzew o to nietrudno — próbował ją przekonać, jednocześnie wciąż charcząc i kaszląc co trzecie słowo.
Czarno-biała coś przeczuwała, że młodziak chciał tylko wywinąć się od pójścia na spotkanie, ale jeszcze nie miała co do tego pewności.
— W takim razie mogę podać ci trochę ziół na wzmocnienie, co? Powiedz mi, co dokładniej cię boli? Może masz gorączkę? Mamy jeszcze trochę czasu, nim będziemy musieli wyruszyć. Dam ci może liście stokrotki, może trochę krwiściągu. Co myślisz? — zaproponowała, odpowiadając kocurkowi z przesadnym, wręcz teatralnym zmartwieniem w głosie. — Ten dzień jest dla ciebie naprawdę ważny. Zresztą nie tylko dla ciebie, ale i dla mnie i Różanej Woni. Jeśli zmęczysz się po drodze, mogę cię nawet nieść na plecach na zmianę z Różą — ciągnęła, uciekając wzrokiem w bok, jakby błądziła nim po swoim umyśle, przepełnionym milionem kreatywnych rozwiązań na to, by uczeń jednak poszedł z nimi na spotkanie.
— Nie ma po co… — odezwał się czarno-biały, spuszczając wzrok. — To dla mnie żaden problem, bym posiedział trochę w obozie…
— Ale zioła musisz wziąć — oznajmiła twardo, wyjmując ze składziku kilka roślin na kaszel i wzmocnienie.
Klekocząca Łapa cofnął się o krok, widząc wiązkę w pysku medyczki.
— Na pewno muszę to brać? — zapytał niepewnie, zatrzymując wzrok na roślinach. — Myślę, że wystarczy sam odpoczynek i choroba sama przejdzie…
Asystentka pokręciła stanowczo głową, upuszczając przed Klekoczącą Łapą kilka ziół.
— Każdy tak mówi, a potem przychodzą do mnie koty na skraju śmierci — parsknęła, biorąc do łapy krostawca. Był na wzmocnienie, owszem, ale miał to do siebie, że był ohydny w smaku. Gąbka uśmiechnęła się, tym razem już zupełnie bez cienia litości, widząc, jak Klekoczącej Łapie futro jeży się na grzbiecie. — To? To krostawiec — wyjaśniła, kładąc go tuż przed uczniem. — Poczujesz się po nim o niebo lepiej, Klekotku. Tylko go zjedz, no już — poleciła mu.
Przez moment siedzieli w ciszy. Czarno-biały wpatrywał się w zioło, jakby było jego wyrokiem.
— Śmiało, Klekotku. Albo to zjesz, albo pójdziesz z nami na zgromadzenie — zagroziła mu, jednak bez gniewu, wiedząc dobrze, że młody nie zamierzał tak łatwo wycofywać się ze swojego planu.
W końcu spostrzegła, jak z bólem serca wziął do pyska krostawiec i zaczął go przeżuwać, jednocześnie wykrzywiając swój pysk z obrzydzenia. Co za pech, że akurat tak okropnie smakujące zioło działało świetnie na koty w takim stanie, jak Klekocząca Łapa.
“Coś dużo dziś tych mianowań” – pomyślała, spoglądając wymownie na Różaną Woń i czekając, aż medyczce przypomni się o tym, by oficjalnie nadać swojej podopiecznej tytuł asystentki medyka i nowe imię. Właściwie to stare nowe imię. Choć w oczach medyków z innych klanów wciąż mogła być Gąbczastą Łapą, Nocniacy od dawna zwracali się do niej Gąbczasta Perła.
Gdy Róża skończyła gratulować Jagnięcemu Ukłonowi i Wełnistej Mszycy, powstała z miejsca. Dymna także się podniosła, a jej wąsy poruszyły się w geście ekscytacji, której nie potrafiła już dłużej ukrywać. Czuła się niemal jak młode kocię, mimo że na karku miała już trochę księżyców.
— Ciężko uwierzyć, że tej nocy Klan Gwiazdy powita trójkę kotów ich nowymi imionami — stwierdziła czarno-biała, omiatając wzrokiem wszystkich zgromadzonych. — Gąbczasta Łapa także udowodniła, że jej wiedza jest na poziomie wyszkolonego medyka, czym zasłużyła sobie na oficjalne wstąpienie w nasze szeregi — kontynuowała, tym razem kierując spojrzenie ku swojej uczennicy.
Gąbczasta Perła aż wstrzymała na moment oddech.
— Ja, Różana Woń, medyczka Klanu Nocy, wzywam moich wspaniałych przodków, by spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, by zrozumieć drogę medyka i z waszą pomocą służyć swojemu klanowi przez wiele przyszłych księżyców — wypowiedziała formułkę. — Gąbczasta Łapo, czy przysięgasz podążać ścieżką medyka, trzymać się z dala od wszelkich walk oraz wojen, oraz nieść pomoc innym kotom, nawet za cenę własnego życia?
Gąbczasta Perła miała wrażenie, że całe swoje życie czekała właśnie na ten moment. To był ogromny zaszczyt – zostać przyjętą w szeregi medyków.
— Przysięgam — odparła bez zawahania się, a w jej głosie pobrzmiewała pewność i duma. Uśmiechnęła się subtelnie do swojej mentorki.
— A zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię medyka. Gąbczasta Łapo, od tej pory będziesz znana jako Gąbczasta Perła. Klan Gwiazdy docenia twoje zaangażowanie i cierpliwość wobec chorych oraz wita cię jako pełnoprawnego medyka Klanu Nocy — zakończyła.
Brązowooka od dawna wiedziała, jak miało wybrzmieć jej imię podczas ceremonii, a mimo to poczuła się tak, jakby usłyszała je po raz pierwszy. W jej oczach błysnęła iskra uradowania, gdy odwróciła się, by rozejrzeć się po pyskach innych medyków. Teraz już nic nie mogło odebrać jej tego miana. Miana medyka Klanu Nocy.
Niedługo potem wszyscy medycy dotknęli nosami tafli wody, a chłód przeszył ich zmysły. Ich powieki stały się ociężałe, powoli opadając, aż w końcu zamknęły się całkowicie. Jeden po drugim, medycy zapadali w głęboki sen.
Różana Woń i Gąbczasta Perła znalazły się na wybrzeżu. Pomiędzy palcami mogły wyczuć drobiny mokrego piasku, a w uszach dźwięczały nie tylko fale, ale i odległe krzyki rybitw. Medyczki przez chwilę mogły się rozglądać i chłonąć ładny, spokojny widok. Gdy jednak skierowały wzrok ku horyzontowi, trudno było nie zauważyć ciemnych chmur nadciągających zza klifów. Niebo przecięły dwie ciche błyskawice, jedna po drugiej. Odgłos grzmotu, który nadszedł po kilku uderzeniach serca, zatrząsł ziemią, wybudzając je ze snu.
Gąbczasta Perła podniosła gwałtownie głowę do góry, a wtedy zauważyła, że wraz ze swoją mentorką wybudziły się jako pierwsze. Reszta kotów jeszcze spała, pogrążona w zupełnej ciszy. “Ciekawe, co im się śni” – myślała, jeszcze zanim uderzyła w nią fala frustracji. Cała radość z mianowania już minęła, jakby wypłynęła z niej strużką. Co miał oznaczać ten sen? Dlaczego był taki krótki, dlaczego skończył się tak szybko? Co zapowiadały te błyskawice znad klifu? Czy oznaczały wojnę z Klanem Klifu, a może coś zupełnie innego?
Dymna wyprostowała się, owijając ogon ciasno wokół łap, próbując zebrać myśli. Przez moment wpatrywała się pusto w taflę wody, jakby szukając w niej jakiegoś znaku od Klanu Gwiazdy. Czegokolwiek więcej niż burza i dwie ciche strugi światła, przecinające niebo. Czy tym razem Przodkowie pragnęli, by zakiełkowała w niej nienawiść do Klifiaków? Już wystarczyło jej tych kłótni z Szepczącą Hipnozą i innymi młodziakami, których pyszczki zdobiły te paskudne… niebieskie… oczy.
Przełknęła ślinę, odwracając wzrok od sadzawki, jakby nawet nie chciała patrzeć na Gwiezdnych. Różana Woń obserwowała ją pytająco, ale mimo to Gąbczasta Perła milczała. Jej umysł nie mógł wymyślić, czego mógłby dotyczyć ten sen. Może tak naprawdę nie miał żadnego ważnego przekazu? Nie, nie… na pewno miał. Dwie błyskawice – coś musiało z nimi być. Dwa, dwa… Może chodzi o Baśniową Stokrotkę i Dryfującą Bulwę? Czy Przodkowie chcieli jej tym przekazać, że ta zdrajczyni i jej wcale nie lepszy chłoptaś uciekli do Klanu Klifu?
W takim razie następne zgromadzenie na wyspie może być zabawne. Jeśli Mandarynkowa Gwiazda wygłosi ich imiona, opisze wyglądy, to Judaszowcowa Gwiazda z całą pewnością zrozumie, że trzyma w azylu nieprzewidywalną uciekinierkę.
W końcu inne koty zaczęły się wybudzać. Spotkanie powoli dobiegało końca.
Dymna wracała do obozu wciąż nieco zamyślona i nieobecna. Maszerowała tuż przy Różanej Woni, podczas gdy słońce powoli wzbijało się coraz wyżej i wyżej na jasnoniebieskie niebo. Atmosfera, jaka panowała wokół, wcale nie pomagała jej w rozbudzeniu się – wręcz przeciwnie, zdawała się jeszcze bardziej ją usypiać. Dookoła prószył śnieg, który chrzęścił kotkom pod łapami. Było tak mroźnie, tak surowo, że jedyne, czego teraz pragnęła, to zaszycia się w legowisku i odsapnięcia. Z całą pewnością nie zamierzała po powrocie męczyć Klekoczącej Łapy, niech ma.
Powoli zaczynała zauważać, że kocur nie jest zbyt przekonany do posady jako medyk, ale było już za późno. To, co się stało, już się nie odstanie. Klekotek wyrośnie na mądrego uzdrowiciela i wkrótce żal z niego wyparuje, gdy będzie musiał skupiać się na ciągle żalących się kotach, a nie młodzieńczych smutkach. Czasem bycie kotem z królewskiego rodu oznaczało poświęcanie się – na jego rzecz, a także na rzecz Klanu Nocy. Nikt nie pozwolił im wybrać, czy chcą urodzić się w takiej rodzinie, a nie innej, a mimo wszystko musieli znosić tego skutki. Ale jeśli Gąbczasta Perła i wszyscy jej poprzednicy w końcu pogodzili się z takim układem spraw, to czarno-biały, silny i ambitny kocur także da sobie radę. Miał to we krwi.
Kotki w końcu wkroczyły do obozu, obie trochę zaspane i wyczerpane po podróży. Przywitały ich zaciekawione spojrzenia pobratymców, jednak obie odpowiadały jedynie milczeniem. Sen nie był na tyle niepokojący, by musiały z nim spieszyć do Mandarynkowej Gwiazdy. Mógł mieć właściwie tyle znaczeń, że na razie nie warto było o nim opowiadać przywódczyni, bo tylko jeszcze bardziej poplątałyby się we własnych przemyśleniach. Dymna miała tylko nadzieję, że Klan Gwiazdy naprawdę nie zesłał im przepowiedni rychłej śmierci w postaci zwykłych dwóch błyskawic. Przodkowie nie byli może zawsze zbyt łaskawi, ale okrutni też nie byli. Nocniacy pielęgnowali wiarę w Klan Gwiazdy; ci nie mieli im prawie nic do zarzucenia. Wszyscy starali się najlepiej, jak mogli, by żaden zdrajca nie zawitał w progach ich obozu.
Gąbczasta Perła weszła cicho do lecznicy, dostrzegając, że Klekocząca Łapa już nie śpi. Ułożyła się na posłaniu obok niego, zamykając na moment ociężałe powieki. W umyśle pojawiły się obrazy tej burej samotniczki, a także bandy jej latorośli. Wzięła kilka głębokich wdechów, jakby próbowała oczyścić myśli, po czym zagaiła cicho:
— Klekocząca Łapo?
Czarno-biały przez moment siedział cicho, ale dymna mogłaby przysiąc, że czuła jego spojrzenie na swojej skórze.
— Hm?
To uznała za sygnał, by kontynuować.
— Kojarzysz Niedźwiedziówkę i te jej dzieci, czyż nie? Ta samotniczka dołączyła niedawno do Klanu Nocy pod pretekstem, że spodziewa się kociąt. Cóż, nie okłamała nas. Ostatnio Mandarynkowa Gwiazda ogłosiła, że jej mentorką ma zostać Wężynowy Kieł — mówiła spokojnie, otwierając powoli ślepia. — Martwię się o to, że Wężyna nie przekaże Niedźwiedziówce wszystkiego o Klanie Gwiazdy, wiesz? To bardzo ważne, by ta samotniczka przestawiła się na wiarę w Gwiezdnych Przodków, bo inaczej… nie wiadomo, co przyjdzie jej do głowy.
Zawahała się ułamek sekundy, po czym dodała już twardszym tonem:
— Byłabym wdzięczna, gdybyś zajrzał kiedyś do żłobka i spróbował doedukować tych dzikusów na temat tego, w co tu wierzymy. Miej na nich oko, dobrze?
Wyleczeni: Porywisty Sztorm
— Nie, nie... Odpocznij — powiedziała nieco zmartwiona asystentka. — Dobrze się dzisiaj spisałeś.
Nie odpowiedział. Wyminął ją, aby zaszyć się na swoim mchu.
Jego reakcja trochę zdziwiła Gąbczastą Perłę. Kocur zachowywał się jakoś niemrawo, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej, ale tłumaczyła to sobie tym, że jeszcze minie trochę czasu, nim przyzwyczai się do swojej nowej posady. Nim się obejrzy, będzie się czuł pośród ziół tak, jak ryba w wodzie – była o tym niemal pewna. To była dla niego wielka zmiana i zrozumiałe jest, że niełatwo będzie mu się przestawić na naukę czegoś kompletnie innego. Tym bardziej że gdyby nie zmienił rangi, najpewniej lada dzień doczekałby się mianowania, które teraz znajdowało się jeszcze daleko poza zasięgiem jego łap.
Dymna po wejściu do lecznicy położyła się na własnym posłaniu, zwijając się w ciasny kłębek. Powoli zapadała już noc i coraz mniej światła wdzierało się do środka, zostawiając wnętrze w półmroku. Brązowooka ziewnęła przeciągle, czując przyjemne zmęczenie, gdy zarysy rzeczy na zewnątrz powoli zanikały, ustępując miejsca ciszy i ciemności. Czuła, że tej nocy dobrze jej się będzie spało, a rano obudzi się wypoczęta i gotowa do przeprowadzenia kolejnego treningu dla Klekoczącej Łapy.
* * *
Medyczka była jednak zbyt zajęta ogarnięciem wszystkiego podczas Pory Nagich Drzew. Jeśli Klekocząca Łapa by chciał, to sam wziąłby dla siebie jakieś zioło. Nie był w końcu już takim nowicjuszem – znał kilka roślin i ich właściwości, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo poświęciła trochę czasu, by wkuć mu wiedzę do łba.
Nagle do lecznicy weszła Porywisty Sztorm. Gąbczasta Perła już chciała wstawać, lecz wtedy usłyszała głos Różanej Woni:
— Układaj dalej te zioła. Ja się nią zajmę — oznajmiła, znikając asystentce z pola widzenia.
Dymna wymamrotała tylko coś pod nosem, wciąż skupiona na sortowaniu. Wtem do jej uszu dotarły kroki – za lekkie na Różaną Woń. Uczeń podszedł do niej znienacka, zbyt cicho, jakby wiedział, że Gąbka będzie łatwiejsza do omamienia, niż jej mentorka.
Klekocząca Łapa wyglądał marnie. Był zgarbiony, cały drżał. Dymna spostrzegła, że już od kilku dni jego szorstki język nie przejechał po jego futrze. W dodatku te smutne oczy, pociąganie nosem i stanie tak, jakby jego łapy z trudnością utrzymywały wagę jego ciała.
— Gąbczasta Perło… — mruknął cicho, starając się brzmieć chrapliwie.
Medyczka uniosła brew do góry, wpatrując się w jego pokaz z cisnącym się na pysk uśmiechem.
— Nie wiem, czy będę w stanie iść na to spotkanie… — mówił dalej, ściszając głos.
Asystentka zmarszczyła czoło, patrząc na Klekoczącą Łapę z żalem.
— Czyżby dopadł cię smutny nastrój? Nie martw się, nie każdemu wiedza medyczna przychodzi od razu. Ważne, by się nie poddawać — stwierdziła, unosząc kąciki ust w uśmiechu. — Jeśli boisz się, że pokażesz się przed innymi medykami w złym świetle, to muszę ci powiedzieć, że nie masz się o co martwić. Chętnie pomogę ci wyczyścić futerko — mówiła dalej, widząc, jak końcówka ogona Klekoczącej Łapy zaczyna drgać z nerwów.
— Nie… To nie będzie konieczne — odezwał się, nim Gąbczasta Perła zdążyła się na nowo rozgadać. — Nie… nie jestem smutny. Tylko… — urwał na moment, wyraźnie się wahając — …chyba dopadło mnie jakieś choróbsko. W Porze Nagich Drzew o to nietrudno — próbował ją przekonać, jednocześnie wciąż charcząc i kaszląc co trzecie słowo.
Czarno-biała coś przeczuwała, że młodziak chciał tylko wywinąć się od pójścia na spotkanie, ale jeszcze nie miała co do tego pewności.
— W takim razie mogę podać ci trochę ziół na wzmocnienie, co? Powiedz mi, co dokładniej cię boli? Może masz gorączkę? Mamy jeszcze trochę czasu, nim będziemy musieli wyruszyć. Dam ci może liście stokrotki, może trochę krwiściągu. Co myślisz? — zaproponowała, odpowiadając kocurkowi z przesadnym, wręcz teatralnym zmartwieniem w głosie. — Ten dzień jest dla ciebie naprawdę ważny. Zresztą nie tylko dla ciebie, ale i dla mnie i Różanej Woni. Jeśli zmęczysz się po drodze, mogę cię nawet nieść na plecach na zmianę z Różą — ciągnęła, uciekając wzrokiem w bok, jakby błądziła nim po swoim umyśle, przepełnionym milionem kreatywnych rozwiązań na to, by uczeń jednak poszedł z nimi na spotkanie.
— Nie ma po co… — odezwał się czarno-biały, spuszczając wzrok. — To dla mnie żaden problem, bym posiedział trochę w obozie…
— Ale zioła musisz wziąć — oznajmiła twardo, wyjmując ze składziku kilka roślin na kaszel i wzmocnienie.
Klekocząca Łapa cofnął się o krok, widząc wiązkę w pysku medyczki.
— Na pewno muszę to brać? — zapytał niepewnie, zatrzymując wzrok na roślinach. — Myślę, że wystarczy sam odpoczynek i choroba sama przejdzie…
Asystentka pokręciła stanowczo głową, upuszczając przed Klekoczącą Łapą kilka ziół.
— Każdy tak mówi, a potem przychodzą do mnie koty na skraju śmierci — parsknęła, biorąc do łapy krostawca. Był na wzmocnienie, owszem, ale miał to do siebie, że był ohydny w smaku. Gąbka uśmiechnęła się, tym razem już zupełnie bez cienia litości, widząc, jak Klekoczącej Łapie futro jeży się na grzbiecie. — To? To krostawiec — wyjaśniła, kładąc go tuż przed uczniem. — Poczujesz się po nim o niebo lepiej, Klekotku. Tylko go zjedz, no już — poleciła mu.
Przez moment siedzieli w ciszy. Czarno-biały wpatrywał się w zioło, jakby było jego wyrokiem.
— Śmiało, Klekotku. Albo to zjesz, albo pójdziesz z nami na zgromadzenie — zagroziła mu, jednak bez gniewu, wiedząc dobrze, że młody nie zamierzał tak łatwo wycofywać się ze swojego planu.
W końcu spostrzegła, jak z bólem serca wziął do pyska krostawiec i zaczął go przeżuwać, jednocześnie wykrzywiając swój pysk z obrzydzenia. Co za pech, że akurat tak okropnie smakujące zioło działało świetnie na koty w takim stanie, jak Klekocząca Łapa.
* * *
Zgromadzenie medyków
“Coś dużo dziś tych mianowań” – pomyślała, spoglądając wymownie na Różaną Woń i czekając, aż medyczce przypomni się o tym, by oficjalnie nadać swojej podopiecznej tytuł asystentki medyka i nowe imię. Właściwie to stare nowe imię. Choć w oczach medyków z innych klanów wciąż mogła być Gąbczastą Łapą, Nocniacy od dawna zwracali się do niej Gąbczasta Perła.
Gdy Róża skończyła gratulować Jagnięcemu Ukłonowi i Wełnistej Mszycy, powstała z miejsca. Dymna także się podniosła, a jej wąsy poruszyły się w geście ekscytacji, której nie potrafiła już dłużej ukrywać. Czuła się niemal jak młode kocię, mimo że na karku miała już trochę księżyców.
— Ciężko uwierzyć, że tej nocy Klan Gwiazdy powita trójkę kotów ich nowymi imionami — stwierdziła czarno-biała, omiatając wzrokiem wszystkich zgromadzonych. — Gąbczasta Łapa także udowodniła, że jej wiedza jest na poziomie wyszkolonego medyka, czym zasłużyła sobie na oficjalne wstąpienie w nasze szeregi — kontynuowała, tym razem kierując spojrzenie ku swojej uczennicy.
Gąbczasta Perła aż wstrzymała na moment oddech.
— Ja, Różana Woń, medyczka Klanu Nocy, wzywam moich wspaniałych przodków, by spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, by zrozumieć drogę medyka i z waszą pomocą służyć swojemu klanowi przez wiele przyszłych księżyców — wypowiedziała formułkę. — Gąbczasta Łapo, czy przysięgasz podążać ścieżką medyka, trzymać się z dala od wszelkich walk oraz wojen, oraz nieść pomoc innym kotom, nawet za cenę własnego życia?
Gąbczasta Perła miała wrażenie, że całe swoje życie czekała właśnie na ten moment. To był ogromny zaszczyt – zostać przyjętą w szeregi medyków.
— Przysięgam — odparła bez zawahania się, a w jej głosie pobrzmiewała pewność i duma. Uśmiechnęła się subtelnie do swojej mentorki.
— A zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię medyka. Gąbczasta Łapo, od tej pory będziesz znana jako Gąbczasta Perła. Klan Gwiazdy docenia twoje zaangażowanie i cierpliwość wobec chorych oraz wita cię jako pełnoprawnego medyka Klanu Nocy — zakończyła.
Brązowooka od dawna wiedziała, jak miało wybrzmieć jej imię podczas ceremonii, a mimo to poczuła się tak, jakby usłyszała je po raz pierwszy. W jej oczach błysnęła iskra uradowania, gdy odwróciła się, by rozejrzeć się po pyskach innych medyków. Teraz już nic nie mogło odebrać jej tego miana. Miana medyka Klanu Nocy.
Niedługo potem wszyscy medycy dotknęli nosami tafli wody, a chłód przeszył ich zmysły. Ich powieki stały się ociężałe, powoli opadając, aż w końcu zamknęły się całkowicie. Jeden po drugim, medycy zapadali w głęboki sen.
.𖥔 ݁ ˖˙✦
.𖥔 ݁ ˖˙✦
Dymna wyprostowała się, owijając ogon ciasno wokół łap, próbując zebrać myśli. Przez moment wpatrywała się pusto w taflę wody, jakby szukając w niej jakiegoś znaku od Klanu Gwiazdy. Czegokolwiek więcej niż burza i dwie ciche strugi światła, przecinające niebo. Czy tym razem Przodkowie pragnęli, by zakiełkowała w niej nienawiść do Klifiaków? Już wystarczyło jej tych kłótni z Szepczącą Hipnozą i innymi młodziakami, których pyszczki zdobiły te paskudne… niebieskie… oczy.
Przełknęła ślinę, odwracając wzrok od sadzawki, jakby nawet nie chciała patrzeć na Gwiezdnych. Różana Woń obserwowała ją pytająco, ale mimo to Gąbczasta Perła milczała. Jej umysł nie mógł wymyślić, czego mógłby dotyczyć ten sen. Może tak naprawdę nie miał żadnego ważnego przekazu? Nie, nie… na pewno miał. Dwie błyskawice – coś musiało z nimi być. Dwa, dwa… Może chodzi o Baśniową Stokrotkę i Dryfującą Bulwę? Czy Przodkowie chcieli jej tym przekazać, że ta zdrajczyni i jej wcale nie lepszy chłoptaś uciekli do Klanu Klifu?
W takim razie następne zgromadzenie na wyspie może być zabawne. Jeśli Mandarynkowa Gwiazda wygłosi ich imiona, opisze wyglądy, to Judaszowcowa Gwiazda z całą pewnością zrozumie, że trzyma w azylu nieprzewidywalną uciekinierkę.
W końcu inne koty zaczęły się wybudzać. Spotkanie powoli dobiegało końca.
* * *
Powoli zaczynała zauważać, że kocur nie jest zbyt przekonany do posady jako medyk, ale było już za późno. To, co się stało, już się nie odstanie. Klekotek wyrośnie na mądrego uzdrowiciela i wkrótce żal z niego wyparuje, gdy będzie musiał skupiać się na ciągle żalących się kotach, a nie młodzieńczych smutkach. Czasem bycie kotem z królewskiego rodu oznaczało poświęcanie się – na jego rzecz, a także na rzecz Klanu Nocy. Nikt nie pozwolił im wybrać, czy chcą urodzić się w takiej rodzinie, a nie innej, a mimo wszystko musieli znosić tego skutki. Ale jeśli Gąbczasta Perła i wszyscy jej poprzednicy w końcu pogodzili się z takim układem spraw, to czarno-biały, silny i ambitny kocur także da sobie radę. Miał to we krwi.
Kotki w końcu wkroczyły do obozu, obie trochę zaspane i wyczerpane po podróży. Przywitały ich zaciekawione spojrzenia pobratymców, jednak obie odpowiadały jedynie milczeniem. Sen nie był na tyle niepokojący, by musiały z nim spieszyć do Mandarynkowej Gwiazdy. Mógł mieć właściwie tyle znaczeń, że na razie nie warto było o nim opowiadać przywódczyni, bo tylko jeszcze bardziej poplątałyby się we własnych przemyśleniach. Dymna miała tylko nadzieję, że Klan Gwiazdy naprawdę nie zesłał im przepowiedni rychłej śmierci w postaci zwykłych dwóch błyskawic. Przodkowie nie byli może zawsze zbyt łaskawi, ale okrutni też nie byli. Nocniacy pielęgnowali wiarę w Klan Gwiazdy; ci nie mieli im prawie nic do zarzucenia. Wszyscy starali się najlepiej, jak mogli, by żaden zdrajca nie zawitał w progach ich obozu.
Gąbczasta Perła weszła cicho do lecznicy, dostrzegając, że Klekocząca Łapa już nie śpi. Ułożyła się na posłaniu obok niego, zamykając na moment ociężałe powieki. W umyśle pojawiły się obrazy tej burej samotniczki, a także bandy jej latorośli. Wzięła kilka głębokich wdechów, jakby próbowała oczyścić myśli, po czym zagaiła cicho:
— Klekocząca Łapo?
Czarno-biały przez moment siedział cicho, ale dymna mogłaby przysiąc, że czuła jego spojrzenie na swojej skórze.
— Hm?
To uznała za sygnał, by kontynuować.
— Kojarzysz Niedźwiedziówkę i te jej dzieci, czyż nie? Ta samotniczka dołączyła niedawno do Klanu Nocy pod pretekstem, że spodziewa się kociąt. Cóż, nie okłamała nas. Ostatnio Mandarynkowa Gwiazda ogłosiła, że jej mentorką ma zostać Wężynowy Kieł — mówiła spokojnie, otwierając powoli ślepia. — Martwię się o to, że Wężyna nie przekaże Niedźwiedziówce wszystkiego o Klanie Gwiazdy, wiesz? To bardzo ważne, by ta samotniczka przestawiła się na wiarę w Gwiezdnych Przodków, bo inaczej… nie wiadomo, co przyjdzie jej do głowy.
Zawahała się ułamek sekundy, po czym dodała już twardszym tonem:
— Byłabym wdzięczna, gdybyś zajrzał kiedyś do żłobka i spróbował doedukować tych dzikusów na temat tego, w co tu wierzymy. Miej na nich oko, dobrze?
<Klekocząca Łapo?>
[2237 słów]
Wyleczeni: Porywisty Sztorm
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz