Niebieskooka ciężko padła na posłanie w dziupli, mając wrażenie, że Purchawka i Wiciokrzew dziś ją przeciągnęli wzdłuż i wszerz całego terytorium Owocowego Lasu, a jej obolałe łapy wołają o pomstę. Musiała przyznać, że liliowy pomimo braku jednej z kończyn to całkiem nieźle dawał sobie radę, będąc w stanie utrzymać całkiem żwawe tempo, które nawet dla młódki było drobnym wyzwaniem po jakimś czasie chodzenia. Po chwili ciężko westchnęła z męczeńską nutą, kiedy uświadomiła sobie, że przecież cała brudna i zakurzona nie pójdzie spać — musi się dobrze prezentować, choć też zapewne rano nie będzie miała na tyle czasu, by ogarnąć z grubsza swoją bujną sierść. Ta miała tendencje do plątania się i tworzenia kołtunów, które pozostawione na pastwę losu mogły przysporzyć dużych problemów w późniejszym czasie.
W końcu podniosła się ociężale, by z na wpół przymkniętymi powiekami rozpocząć powolne wylizywanie białej szaty. Na posmak ziemi na języku nieco się skrzywiła, notując w głowie, aby później pójść coś jeszcze zjeść i uzupełnić płyny — przecież nie może sobie pozwolić, żeby nagle zemdleć z odwodnienia na środku obozu. Musiała być dobrym przykładem dla innych, szczególnie młodszych członków, którzy to najczęściej byli przeciwni przyjmowaniu ziół, będące w większości przypadków gorzkie w smaku. Mistral nie zamierzała się później z takimi podrostkami użerać, jeszcze czego! Nie będzie się litować nad kimś, ponieważ smak leków im nie podchodzi, też coś. Ona na ich miejscu, by chyba dziękowała za to, niżeli narzekała — biorąc pod uwagę, że w ostatnich dniach zbyt często czuła na języku smak gruntu lub czegoś innego, co później zabijało niemal całe odczucia smakowe w trakcie posiłku. Jeszcze brakowało, aby nagle drobinki ziemi zaczęły jej chrzęścić między zębami. Mimowolnie wzdrygnęła się na tę myśl.
W czasie tych przemyśleń dotarła z językiem do ogona, z którym zawsze było najwięcej roboty, szczególnie iż sierść na nim była długa i wyjątkowo gęsta. Dodatkowo lawenda podarowana przez Purchawkę zaczynała powoli usychać, więc będzie musiała ją podmienić w najbliższych, a obecną łodygę z kilkoma kwiatostanami zachowa, zapewne tworząc dodatkowy element do posłania. W sumie to przydałoby się jakoś ozdobić tę plątaninę mchu i patyków, by nie wyglądało tak… nudnie i przeciętnie. Może jutro z rana, kiedy tylko pierwszy patrol zwiadowców powróci, to wyciągnie któregoś z uzdrowicieli lub kogokolwiek innego, kogo będzie mieć akurat pod łapą, by pomógł jej ze znalezieniem jakichś piór. Było parę kotów w Owocowym Lesie, które posiadały kolekcje ptasiego upierzenia, więc zapewne znają też miejsca, w którym może być go na tyle, by i Mistral pozbierała parę i przyniosła ze sobą do legowiska uzdrowicieli.
“Przydałoby się też poszukać jakichś ziół, które zamaskują zapach śmierci” — pomyślała, uświadamiając sobie nagle, ile było przypadków zgonu w ostatnich księżycach. W takim tempie to chyba połowa Owocowego Lasu znajdzie się głęboko pod ziemią, niżeli po niej stąpając.
«★»
Zaraz po powrocie patrolu, została wyciągnięta z wygodnego posłania przez dymną szamankę, która miała zamiar nieco zintegrować uczennicę z innymi członkami ich społeczności, co już raczej od początku było skazane na porażkę w większości przypadków. Głównie ze względu, że biała znaczną część Owocniaków traktowała niczym głupców, którzy jedynie ciągną za sobą innych — dobrym przykładem był Lis, którego młódka obwiniała o śmierć Pumy oraz Muchy, nawet jeśli drugiego kocura nie kojarzyła zbytnio. To tak bicolor, który za życia był stróżem i był jej nieco bardziej znany, gdyż zdarzyło się parę razy, by zawitał do żłobka i na przykład pomagał Fruczakowi z dwójką znajdek. Niebieskookiej wtedy zdawało się, że Świergotkowi znacznie łatwiej było zawierać wszelkie nowe znajomości niż jej — swe obserwacje i późniejsze domysły brała z tego, iż rudy często na swoim pyszczku nosi uśmiech, co u niej raczej czymś codziennym nie było. Szczególnie jeśli mówimy o takim szczerym, radosnym, jak na kociaka przystało. Jednocześnie nienawidziła arlekina za to, ponieważ zachowywał się, jakby ich ukochana matka nie zmarła rozszarpana przez lisa, jakby w ogólnie nie był świadkiem tej katastrofy.
— Purchawko, przydałoby się pozbierać zioła maskujące śmierć — zagaiła niebieskooka, kiedy tylko nieco oddalili się od obozu Owocowego Lasu. Pod opieką szamanki nauczyła się nieco więcej taktu i zdawała sobie sprawę, że innym nadal może być ciężko po śmierci niektórych członków — nawet jeśli ona sama nie umiała im zbytnio w tym współczuć. Fakt, straciła Tramontanę, jednak ona nie przechodziła żałoby, a jedynym co czuła to tęsknotę za nią i złość na rude zwierzę, które postanowiło zniszczyć jej rodzinę. Nie było u mniej miejsca na łzy, smutek, czy marazm — przeżyła to i jedyne, co mogła robić to wszystko, by matka była z niej dumna, gdyby nadal stąpała po tych ziemiach.
— Racja, chyba lawenda z miętą się kończą — przytaknęła starsza, zmieniając nieco dotychczasowy kierunek marszu. — W dodatku wrzos podobnie.
Owocowy Las miał o tyle szczęścia, że na swoim terenie posiadali Wrzosową Polanę, także akurat tych roślin mieli pod dostatkiem, o ile susza wszystkiego nie wyjałowiła i na miejscu nie zastaną wysuszonych kwiatostanów, które cudem utrzymują się łodygi. Oprócz tego na podobny los były narażone inne zbierane medykamenty, które rosły na wrzosowiskach lub ich pobliżu.
«★»
— Uważaj na Drogę Grzmotu, potwory nie patrzą, kogo zabijają — przestrzegła ją dymna, na co biała jedynie skinęła głową i ruszyła w głąb Wrzosowej Polany. Niby nie powinny się rozdzielać, jednak teren wrzosowisko był raczej nizinny i z dość daleka można było dostrzec drugiego kota, więc Purchawka nie obawiała się o swoją uczennicę. Poza tym była pewna, że w razie czego sobie poradzi i nie zrobi niczego głupiego — w końcu nie należała do tego typu person.
Mistral jak dotąd była jedynie w tych okolicach z może parę razy i zawsze nieco ją ciągnęło w stronę granicy z Klanem Burzy. Jak dotąd nie miała przyjemności doświadczyć bliskich interakcji z klanowiczami, gdyż była za młoda, by pójść na ostatnie zgromadzenie, co raczej nie przeszkadzało kotce. Powoli zbliżała się do śmierdzącej Drogi Grzmotu, co jakiś czas zatrzymując się, by zebrać bardziej soczyste pędy wrzosu lub innych roślin, aż w końcu była w stanie dostrzec teren po drugiej stronie czarnej ścieżki. Z postawionymi uszami niemal na sztorc uważnie nasłuchiwała możliwych zbliżających się potworów, lecz z jednej, jak i drugiej strony piszczała cisza, a jedynymi dźwiękami, jakie docierały do jej białych uszu, był nikły szum wiatru, bicie własnego serca i… kroki po drugiej stronie, za granicą Klanu Burzy. Po chwili jej oczom ukazał się fragment kremowego futra.
<Śpiewająca Łapo?>
[1023 słowa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz