Ptaki i króliki często wpadały im w łapy, gdy były poza azylem. Ich spotkania nie tylko napawały je pozytywną energią, ale także przynosiły korzyści całemu klanowi. Nic, tylko pogratulować im tego, jak dobrze się dogadują i jak świetnie sprawdzają się jako członkinie Klanu Wilka! Według Kocimiętki każdy wojownik powinien znaleźć sobie bliskiego znajomego i wychodzić z nim na polowania. W końcu nic tak nie motywuje, jak przyjacielska rywalizacja.
W końcu mistrzynie dotarły do Potwornej Przełęczy, znajdującej się nieopodal granicy z Klanem Burzy. To właśnie tutaj najczęściej udawało im się znaleźć jakiegoś smacznego uszaka, który tylko czekał, aż zostanie złapany. Tym razem nie było inaczej — gdy tylko Kocimiętka wyczuła woń zwierzyny, od razu nastawiła uszy, a jej wibrysy zadrżały z ekscytacji. Mimo że w swoim życiu upolowała już wiele królików, każde kolejne łowy były dla niej równie emocjonujące. Nigdy przecież nie wiadomo, jaką drogę obierze uszak, jak szybko będzie biegł i jak zaciekle będzie się wyrywał, gdy już zostanie schwytany.
Posłała Słocie porozumiewawcze spojrzenie, po czym przywarła brzuchem do ziemi, gotowa zakraść się do ofiary. Każdy ruch wykonywała bardzo ostrożnie — nie chciała przecież spłoszyć swojego, albo czyjegoś, obiadu. Nawet jeśli zwierzyny było pod dostatkiem, dodatkowa sztuka na stosie nigdy nikomu nie zaszkodziła. A już na pewno nie Kocimiętce, która właśnie zaczynała robić się głodna.
Na myśl o tłustym króliku pociekła jej ślinka. Musiała jednak skupić się na polowaniu, więc szybko potrząsnęła głową i ponownie skoncentrowała się na uszaku, który znajdował się już bardzo blisko. Wtedy znieruchomiała, przygotowując się do skoku. Minęło kilka uderzeń serca, po czym wybiła się z ziemi i poszybowała prosto na swoją ofiarę. Udało jej się zahaczyć ją łapą, niemal przygważdżając do podłoża, jednak królik zdołał się wywinąć i rzucił się do ucieczki.
Kocimiętka fuknęła i natychmiast ruszyła za nim w pogoń. Ognikowa Słota pobiegła tuż obok niej, lecz futrzak zdążył przemknąć za granicę Klanu Burzy.
Mistrzynie zatrzymały się przed oznaczeniem zapachowym Burzaków, nie chcąc wywoływać niepotrzebnej awantury. Gdyby jakiś patrol zobaczył, że ścigają zwierzynę na cudzym terenie, raczej nie wyniknęłoby z tego nic dobrego.
— Ach, to ci pech! — mruknęła ruda, kładąc po sobie uszy. — To przez to, że źle wyskoczyłam! — dodała, powoli kręcąc głową. Najwyraźniej w ostatniej chwili omsknęła jej się łapa. — Teraz pewnie nie ma tu już czego szukać, bo każdy królik w okolicy zdążył uciec. Ale… możemy spróbować zapolować na coś innego! — zaproponowała, spoglądając na towarzyszkę.
Ognikowa Słota skinęła głową, wciąż wpatrując się w tereny po drugiej stronie granicy.
— Tak, możemy — odparła. Westchnęła, po czym przeniosła wzrok na drugą mistrzynię. — W takim razie przejdźmy się do Opuszczonego Obozowiska. Może tam uda nam się wytropić coś dobrego.
Głos szylkretki był stanowczy. Jej słowa nie zabrzmiały jak propozycja, lecz jak rozkaz, co w jej przypadku nie było niczym niezwykłym. Zielonooka uśmiechnęła się pod nosem i mruknęła:
— Jasne! Na pewno będzie tam mnóstwo myszy i wiewiórek... — stwierdziła, drepcząc tuż za Ognikową Słotą, która już ruszyła w stronę celu.
Gdy Księżycowa Łapa stał się Rozbitym Księżycem, a Kocimiętka nie musiała już zabierać go na treningi, straciła pretekst do szkolenia Garbatej Łapy. Wciąż było jej go szkoda, tym bardziej że widziała w nim zapał i determinację, jakich nie dostrzegła jeszcze u żadnego innego ucznia. Za każdym razem, gdy zabierała go na szkolenie razem z białofutrym kocurem, starał się zapamiętać jak najwięcej z jej słów, a także nauczyć się jej ruchów oraz ruchów Księżyca.
Jednocześnie trochę obawiała się, że jeśli poprosi Zalotną Gwiazdę o przydzielenie Garbatej Łapie nowego mentora, liderka ją wyśmieje. Kocimiętka wiedziała, jaką opinię miał wśród innych Wilczaków czekoladowy uczeń. Bała się, że jeśli zaczną ją z nim widywać, uznają, że postradała zmysły. W końcu dla większości był jedynie balastem, dla którego nie było już ratunku. Było jej z tego powodu niezmiernie przykro, ponieważ sama dostrzegała w nim potencjał, którego nie widział nikt poza nią.
Wahała się. Jednak gdy podczas przechadzki po obozie ujrzała Garbatą Łapę, który smutnym wzrokiem wpatrywał się w wyjście z azylu, zrozumiała, co musi zrobić. Przestały ją obchodzić krzywe spojrzenia, na które będzie musiała się przygotować. Wiedziała, że ktoś w końcu musi dać temu kocurowi szansę, a jeśli nie zrobi tego ona, nie zrobi tego nikt.
Właśnie dlatego spojrzała w stronę legowiska przywódczyni i natychmiast ruszyła w jego kierunku.
Gdy weszła do środka, owiała ją złowroga aura. Po chwili Zalotna Gwiazda uniosła wzrok na mistrzynię. Nie wyglądała, jakby odczuwała jakiekolwiek emocje. Jej pysk pozostawał niemal kamienny, przynajmniej przez kilka uderzeń serca, zanim rozjaśnił go ledwie widoczny uśmiech.
— Witaj, Kocimiętkowy Wirze. Co cię tutaj sprowadza? Jak mniemam, nie przyszłabyś tu bez powodu, więc słucham — mruknęła liderka, podnosząc się do pozycji siedzącej i owijając ogon wokół łap.
Rudofutra przełknęła ślinę i na moment odwróciła wzrok od szylkretki.
— Witaj... — zaczęła, po czym zmusiła się, by spojrzeć Zalotce w oczy. — Ja... tak sobie myślałam, że może... mogłabyś zmienić mentora Garbatej Łapie? — dodała.
Pysk przywódczyni natychmiast przybrał chłodniejszy wyraz, jakby już zdążyła negatywnie ocenić zarówno Kocimiętkę, jak i jej pomysł, zanim padły dalsze wyjaśnienia.
— Wiem, wiem... brzmi to szalenie! Ale pomyślałam, że może mogłabym spróbować go... naprawić? Widzę w nim zapał. Myślę, że gdyby dostał szansę, mógłby wyrosnąć na lojalnego wojownika Klanu Wilka! Może niekoniecznie najsilniejszego i najzwinniejszego, ale przynajmniej takiego, który nie będzie marnował naszych zapasów! — mówiła, początkowo spięta, lecz z każdym kolejnym słowem coraz bardziej pewna siebie. — Jeśli Cykoria będzie dalej go szkolić, Garbata Łapa pozostanie dla nas tylko balastem i kolejną gębą do wykarmienia. Jeśli natomiast uda mi się sprowadzić go na dobrą drogę, stanie się znacznie bardziej użyteczny dla klanu! — zakończyła.
Na jej słowa Zalotna Gwiazda ciężko westchnęła.
— Czy naprawdę chcesz marnować swój czas na kogoś takiego jak Garbata Łapa? — zapytała, patrząc na Kocimiętkę z mieszaniną politowania i współczucia. — Jeśli uda ci się zrobić z niego pożytek, to chyba pomyślę o zdegradowaniu Pustułkowego Szponu i Kruczego Pióra, żeby cię awansować. Albo od razu oddam ci swoją posadę, bo wyszkolenie tej mysiej strawy graniczy z cudem — zakpiła.
Przez chwilę obie kotki wpatrywały się w siebie w milczeniu, aż w końcu Zalotka odezwała się ponownie:
— Mimo wszystko nie zamierzam ci tego zabraniać. Możesz zabierać go poza obóz, możesz udawać jego mentorkę, ale nie liczyłabym na zbyt wiele. Garbata Łapa w ogóle nie powinien przeżyć tamtej nocy w lesie. To, że jego serce wciąż bije, jest sprzeczne z prawami natury.
Choć słowa liderki nie brzmiały zachęcająco, Kocimiętka podziękowała jej i, wciąż zdeterminowana, by wyszkolić Garbatą Łapę, opuściła legowisko.
Jeszcze wszystkim udowodni, że się mylą… O ile oczywiście czekoladowy kocur będzie chciał z nią współpracować. Jednak, pamiętając jego zachowanie podczas treningów z Księżycową Łapą, pokładała w nim spore nadzieje. Wierzyła, że jej nie zawiedzie.
Następnego dnia po rozmowie z Zalotną Gwiazdą postanowiła zabrać się za Garbatą Łapę. Wstała wyjątkowo wcześnie i nie zamierzała się ociągać, tak jak często robiła to wtedy, gdy jeszcze szkoliła Księżyca. Ale to nie była jej wina! Znaczy, może trochę była, bo jej późne wstawanie wynikało głównie z lenistwa… Nieważne. Tym razem postanowiła włożyć w tego ucznia całą swoją energię i zaangażowanie, by uczynić z niego prawdziwego Wilczaka. W końcu nie mogła oczekiwać, że same starania Garbatka wystarczą, by się czegoś nauczył. Ona sama musiała stać się idealną nauczycielką.
Gdy wsadziła łeb do legowiska uczniów, Seradelowa Łapa, Cętkowana Łapa i wszyscy inni jeszcze spali. Idealnie. Powolnym krokiem, najciszej jak potrafiła, zakradła się do Garbatej Łapy i delikatnie trąciła go łapą w bark. Po chwili kocur otworzył jedno ze swoich zielonych ślepi, wyraźnie zakłopotany. Już otwierał pysk, by coś powiedzieć, jednak Kocimiętka szybko mu przerwała:
— Cicho...! Chodź, prędko. Zabieram cię poza obóz — mruknęła, po czym rozejrzała się po wnętrzu legowiska i, nie czekając na odpowiedź Garbatka, wyszła na środek azylu.
To już samo w sobie było pewnego rodzaju testem. Jeśli młodszy zdecyduje się wstać i za nią pójść, to znaczy, że wciąż jest co ratować.
Jak się okazało, Kocimiętka nie musiała długo czekać. Garbata Łapa wyszedł z legowiska ze zmierzwionym futrem i oczami przymkniętymi ze zmęczenia. Raczej nie przykładał większej uwagi do swojego wyglądu, zapewne myśląc, że i tak nic nie jest w stanie go upiększyć.
— Świetnie! Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz — oznajmiła, poruszając radośnie wibrysami. — Naprawdę nie mogę patrzeć na to, jak całymi dniami gnijesz w swoim posłaniu, dlatego postanowiłam przejąć rolę Cykorii! Może nie oficjalnie, ale rozumiesz... — wyjaśniła, uśmiechając się przyjacielsko do zielonookiego.
— Mhm... — odparł, odwracając od niej wzrok.
Jednak w tej krótkiej chwili, gdy Kocimiętka złapała z nim kontakt wzrokowy, dostrzegła w jego spojrzeniu mnóstwo pytań. Jakby nie rozumiał, dlaczego chciała poświęcać mu swój czas.
— Wiem, że się tego nie spodziewałeś, ale widzę w tobie wojownika! Prawdziwego wilczackiego wojownika, który mierzy się z wieloma trudnościami. Ale przecież ty już wiesz, że wzorowy Wilczak nigdy się nie poddaje! — zaczęła, a w jej oczach błysnęła determinacja.
Nie mówiąc nic więcej, szybko ruszyła w stronę wyjścia z obozu. Już po chwili do jej uszu dobiegł odgłos kroków Garbatej Łapy. Uśmiechnęła się pod nosem i poczekała, aż oddalą się nieco od azylu.
Gdy zagłębili się w las, postanowiła zapytać:
— Powiedz mi, zupełnie szczerze. Czy Cykoriowy Cykor zabrała cię choćby na jeden trening? Nigdy nie widziałam, żebyście razem opuszczali azyl Klanu Wilka.
Po jej słowach zapanowała cisza. Zresztą, bardzo wymowna. Kocimiętkowy Wir nie potrzebowała słownego potwierdzenia, by zrozumieć, że czekoladowa wojowniczka ani razu nie pofatygowała się, by przejść z Garbatkiem po terenach Klanu Wilka.
— To przesada! Tobie próbują wmówić, że jesteś bezużyteczny i do niczego się nie nadajesz, a tak naprawdę Cykoria jest jeszcze większym balastem dla klanu! Po co nam taki rybi flak, który ani razu nie włożył w swoje obowiązki choćby kropli wysiłku? Jestem zaskoczona, że w ogóle udało jej się wygrać z Ognikową Słotą. Chyba Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd było tego dnia wyjątkowo po jej stronie. W innym przypadku Słota rozgniotłaby ją jak żałosnego robaczka! — zaśmiała się.
Na samą myśl o szylkretce zrobiło jej się cieplej na sercu. Była taka silna, taka inteligentna... Prawdziwy wzór do naśladowania. Szkoda tylko, że Cykoria najwyraźniej tego nie dostrzegała.
Przyszedł czas na kolejny trening Garbatej Łapy. Tym razem Kocimiętkowy Wir pomyślała nawet o tym, by zaangażować w niego Ognikową Słotę! W końcu była taka zwinna i tak dobrze walczyła, że czekoladowy uczeń na pewno wyciągnąłby coś z obserwowania jej ruchów. A skoro były przyjaciółkami, to czemu Słota nie miałaby wyświadczyć Kocimiętce drobnej przysługi? Na pewno zrozumie chęć rudofutrej do naprostowania Garbatka.
Właśnie dlatego, gdy tylko mistrzyni dostrzegła znajomy pysk w azylu, postanowiła niezwłocznie do niego podejść.
— Słoto, hej! — mruknęła na przywitanie, krocząc w stronę szylkretki. — Nie chciałabyś pójść ze mną i Garbatą Łapą poza obóz? Pokazałybyśmy mu, jak polować na króliki, żeby się do czegoś przydał, dobrze mówię? — zaśmiała się.
Spostrzegła jednak, że jej towarzyszka nie podzielała jej entuzjazmu.
— No co? Lepiej, żeby trochę podszkolił się w podstawach — dodała, jednak widząc brak zmian w wyrazie pyska Słoty, postanowiła porzucić ten temat. — Ach, nieważne! Nie musimy nigdzie iść — oznajmiła, robiąc krok w tył. — Ja już... udam się na swoje posłanie, wiesz, żeby trochę się jeszcze zdrzemnąć.
Jednak gdy miała już odejść, Słota w końcu się odezwała:
— Zaczekaj — miauknęła, na co Kocimiętka zamarła. — Chętnie pójdę z tobą na spacer. Zresztą, mam ci coś ważnego do powiedzenia. Tylko nie zabieraj ze sobą Garbatej Łapy — dodała, a ruda natychmiast uniosła uszy.
— Cóż, skoro nalegasz... — zachichotała.
Wspólnie opuściły obóz, kierując się w stronę Potwornej Przełęczy, gdzie zwykle chodziły polować na uszaki. Kocimiętka nie była jednak w stanie skupić się na wywęszeniu zwierzyny, ponieważ przez cały czas zastanawiała się nad tym, co jej przyjaciółka chciała jej przekazać. Nie miała żadnego pomysłu — w jej głowie panowała kompletna pustka.
Dlatego, gdy tylko dotarły na teren, na którym zwykle rozpoczynały swoje łowy, ruda postanowiła się odezwać. Wiedziała, że z polowania będą nici, jeśli nie dowie się, co takiego chce jej powiedzieć druga mistrzyni.
— Więc... co takiego masz mi do powiedzenia? Oby to było coś ważnego! — zaśmiała się, wpatrując się zielonymi ślepiami w przyjaciółkę.
W końcu mistrzynie dotarły do Potwornej Przełęczy, znajdującej się nieopodal granicy z Klanem Burzy. To właśnie tutaj najczęściej udawało im się znaleźć jakiegoś smacznego uszaka, który tylko czekał, aż zostanie złapany. Tym razem nie było inaczej — gdy tylko Kocimiętka wyczuła woń zwierzyny, od razu nastawiła uszy, a jej wibrysy zadrżały z ekscytacji. Mimo że w swoim życiu upolowała już wiele królików, każde kolejne łowy były dla niej równie emocjonujące. Nigdy przecież nie wiadomo, jaką drogę obierze uszak, jak szybko będzie biegł i jak zaciekle będzie się wyrywał, gdy już zostanie schwytany.
Posłała Słocie porozumiewawcze spojrzenie, po czym przywarła brzuchem do ziemi, gotowa zakraść się do ofiary. Każdy ruch wykonywała bardzo ostrożnie — nie chciała przecież spłoszyć swojego, albo czyjegoś, obiadu. Nawet jeśli zwierzyny było pod dostatkiem, dodatkowa sztuka na stosie nigdy nikomu nie zaszkodziła. A już na pewno nie Kocimiętce, która właśnie zaczynała robić się głodna.
Na myśl o tłustym króliku pociekła jej ślinka. Musiała jednak skupić się na polowaniu, więc szybko potrząsnęła głową i ponownie skoncentrowała się na uszaku, który znajdował się już bardzo blisko. Wtedy znieruchomiała, przygotowując się do skoku. Minęło kilka uderzeń serca, po czym wybiła się z ziemi i poszybowała prosto na swoją ofiarę. Udało jej się zahaczyć ją łapą, niemal przygważdżając do podłoża, jednak królik zdołał się wywinąć i rzucił się do ucieczki.
Kocimiętka fuknęła i natychmiast ruszyła za nim w pogoń. Ognikowa Słota pobiegła tuż obok niej, lecz futrzak zdążył przemknąć za granicę Klanu Burzy.
Mistrzynie zatrzymały się przed oznaczeniem zapachowym Burzaków, nie chcąc wywoływać niepotrzebnej awantury. Gdyby jakiś patrol zobaczył, że ścigają zwierzynę na cudzym terenie, raczej nie wyniknęłoby z tego nic dobrego.
— Ach, to ci pech! — mruknęła ruda, kładąc po sobie uszy. — To przez to, że źle wyskoczyłam! — dodała, powoli kręcąc głową. Najwyraźniej w ostatniej chwili omsknęła jej się łapa. — Teraz pewnie nie ma tu już czego szukać, bo każdy królik w okolicy zdążył uciec. Ale… możemy spróbować zapolować na coś innego! — zaproponowała, spoglądając na towarzyszkę.
Ognikowa Słota skinęła głową, wciąż wpatrując się w tereny po drugiej stronie granicy.
— Tak, możemy — odparła. Westchnęła, po czym przeniosła wzrok na drugą mistrzynię. — W takim razie przejdźmy się do Opuszczonego Obozowiska. Może tam uda nam się wytropić coś dobrego.
Głos szylkretki był stanowczy. Jej słowa nie zabrzmiały jak propozycja, lecz jak rozkaz, co w jej przypadku nie było niczym niezwykłym. Zielonooka uśmiechnęła się pod nosem i mruknęła:
— Jasne! Na pewno będzie tam mnóstwo myszy i wiewiórek... — stwierdziła, drepcząc tuż za Ognikową Słotą, która już ruszyła w stronę celu.
* * *
Teraźniejszość
Gdy Księżycowa Łapa stał się Rozbitym Księżycem, a Kocimiętka nie musiała już zabierać go na treningi, straciła pretekst do szkolenia Garbatej Łapy. Wciąż było jej go szkoda, tym bardziej że widziała w nim zapał i determinację, jakich nie dostrzegła jeszcze u żadnego innego ucznia. Za każdym razem, gdy zabierała go na szkolenie razem z białofutrym kocurem, starał się zapamiętać jak najwięcej z jej słów, a także nauczyć się jej ruchów oraz ruchów Księżyca.
Jednocześnie trochę obawiała się, że jeśli poprosi Zalotną Gwiazdę o przydzielenie Garbatej Łapie nowego mentora, liderka ją wyśmieje. Kocimiętka wiedziała, jaką opinię miał wśród innych Wilczaków czekoladowy uczeń. Bała się, że jeśli zaczną ją z nim widywać, uznają, że postradała zmysły. W końcu dla większości był jedynie balastem, dla którego nie było już ratunku. Było jej z tego powodu niezmiernie przykro, ponieważ sama dostrzegała w nim potencjał, którego nie widział nikt poza nią.
Wahała się. Jednak gdy podczas przechadzki po obozie ujrzała Garbatą Łapę, który smutnym wzrokiem wpatrywał się w wyjście z azylu, zrozumiała, co musi zrobić. Przestały ją obchodzić krzywe spojrzenia, na które będzie musiała się przygotować. Wiedziała, że ktoś w końcu musi dać temu kocurowi szansę, a jeśli nie zrobi tego ona, nie zrobi tego nikt.
Właśnie dlatego spojrzała w stronę legowiska przywódczyni i natychmiast ruszyła w jego kierunku.
Gdy weszła do środka, owiała ją złowroga aura. Po chwili Zalotna Gwiazda uniosła wzrok na mistrzynię. Nie wyglądała, jakby odczuwała jakiekolwiek emocje. Jej pysk pozostawał niemal kamienny, przynajmniej przez kilka uderzeń serca, zanim rozjaśnił go ledwie widoczny uśmiech.
— Witaj, Kocimiętkowy Wirze. Co cię tutaj sprowadza? Jak mniemam, nie przyszłabyś tu bez powodu, więc słucham — mruknęła liderka, podnosząc się do pozycji siedzącej i owijając ogon wokół łap.
Rudofutra przełknęła ślinę i na moment odwróciła wzrok od szylkretki.
— Witaj... — zaczęła, po czym zmusiła się, by spojrzeć Zalotce w oczy. — Ja... tak sobie myślałam, że może... mogłabyś zmienić mentora Garbatej Łapie? — dodała.
Pysk przywódczyni natychmiast przybrał chłodniejszy wyraz, jakby już zdążyła negatywnie ocenić zarówno Kocimiętkę, jak i jej pomysł, zanim padły dalsze wyjaśnienia.
— Wiem, wiem... brzmi to szalenie! Ale pomyślałam, że może mogłabym spróbować go... naprawić? Widzę w nim zapał. Myślę, że gdyby dostał szansę, mógłby wyrosnąć na lojalnego wojownika Klanu Wilka! Może niekoniecznie najsilniejszego i najzwinniejszego, ale przynajmniej takiego, który nie będzie marnował naszych zapasów! — mówiła, początkowo spięta, lecz z każdym kolejnym słowem coraz bardziej pewna siebie. — Jeśli Cykoria będzie dalej go szkolić, Garbata Łapa pozostanie dla nas tylko balastem i kolejną gębą do wykarmienia. Jeśli natomiast uda mi się sprowadzić go na dobrą drogę, stanie się znacznie bardziej użyteczny dla klanu! — zakończyła.
Na jej słowa Zalotna Gwiazda ciężko westchnęła.
— Czy naprawdę chcesz marnować swój czas na kogoś takiego jak Garbata Łapa? — zapytała, patrząc na Kocimiętkę z mieszaniną politowania i współczucia. — Jeśli uda ci się zrobić z niego pożytek, to chyba pomyślę o zdegradowaniu Pustułkowego Szponu i Kruczego Pióra, żeby cię awansować. Albo od razu oddam ci swoją posadę, bo wyszkolenie tej mysiej strawy graniczy z cudem — zakpiła.
Przez chwilę obie kotki wpatrywały się w siebie w milczeniu, aż w końcu Zalotka odezwała się ponownie:
— Mimo wszystko nie zamierzam ci tego zabraniać. Możesz zabierać go poza obóz, możesz udawać jego mentorkę, ale nie liczyłabym na zbyt wiele. Garbata Łapa w ogóle nie powinien przeżyć tamtej nocy w lesie. To, że jego serce wciąż bije, jest sprzeczne z prawami natury.
Choć słowa liderki nie brzmiały zachęcająco, Kocimiętka podziękowała jej i, wciąż zdeterminowana, by wyszkolić Garbatą Łapę, opuściła legowisko.
Jeszcze wszystkim udowodni, że się mylą… O ile oczywiście czekoladowy kocur będzie chciał z nią współpracować. Jednak, pamiętając jego zachowanie podczas treningów z Księżycową Łapą, pokładała w nim spore nadzieje. Wierzyła, że jej nie zawiedzie.
* * *
Gdy wsadziła łeb do legowiska uczniów, Seradelowa Łapa, Cętkowana Łapa i wszyscy inni jeszcze spali. Idealnie. Powolnym krokiem, najciszej jak potrafiła, zakradła się do Garbatej Łapy i delikatnie trąciła go łapą w bark. Po chwili kocur otworzył jedno ze swoich zielonych ślepi, wyraźnie zakłopotany. Już otwierał pysk, by coś powiedzieć, jednak Kocimiętka szybko mu przerwała:
— Cicho...! Chodź, prędko. Zabieram cię poza obóz — mruknęła, po czym rozejrzała się po wnętrzu legowiska i, nie czekając na odpowiedź Garbatka, wyszła na środek azylu.
To już samo w sobie było pewnego rodzaju testem. Jeśli młodszy zdecyduje się wstać i za nią pójść, to znaczy, że wciąż jest co ratować.
Jak się okazało, Kocimiętka nie musiała długo czekać. Garbata Łapa wyszedł z legowiska ze zmierzwionym futrem i oczami przymkniętymi ze zmęczenia. Raczej nie przykładał większej uwagi do swojego wyglądu, zapewne myśląc, że i tak nic nie jest w stanie go upiększyć.
— Świetnie! Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz — oznajmiła, poruszając radośnie wibrysami. — Naprawdę nie mogę patrzeć na to, jak całymi dniami gnijesz w swoim posłaniu, dlatego postanowiłam przejąć rolę Cykorii! Może nie oficjalnie, ale rozumiesz... — wyjaśniła, uśmiechając się przyjacielsko do zielonookiego.
— Mhm... — odparł, odwracając od niej wzrok.
Jednak w tej krótkiej chwili, gdy Kocimiętka złapała z nim kontakt wzrokowy, dostrzegła w jego spojrzeniu mnóstwo pytań. Jakby nie rozumiał, dlaczego chciała poświęcać mu swój czas.
— Wiem, że się tego nie spodziewałeś, ale widzę w tobie wojownika! Prawdziwego wilczackiego wojownika, który mierzy się z wieloma trudnościami. Ale przecież ty już wiesz, że wzorowy Wilczak nigdy się nie poddaje! — zaczęła, a w jej oczach błysnęła determinacja.
Nie mówiąc nic więcej, szybko ruszyła w stronę wyjścia z obozu. Już po chwili do jej uszu dobiegł odgłos kroków Garbatej Łapy. Uśmiechnęła się pod nosem i poczekała, aż oddalą się nieco od azylu.
Gdy zagłębili się w las, postanowiła zapytać:
— Powiedz mi, zupełnie szczerze. Czy Cykoriowy Cykor zabrała cię choćby na jeden trening? Nigdy nie widziałam, żebyście razem opuszczali azyl Klanu Wilka.
Po jej słowach zapanowała cisza. Zresztą, bardzo wymowna. Kocimiętkowy Wir nie potrzebowała słownego potwierdzenia, by zrozumieć, że czekoladowa wojowniczka ani razu nie pofatygowała się, by przejść z Garbatkiem po terenach Klanu Wilka.
— To przesada! Tobie próbują wmówić, że jesteś bezużyteczny i do niczego się nie nadajesz, a tak naprawdę Cykoria jest jeszcze większym balastem dla klanu! Po co nam taki rybi flak, który ani razu nie włożył w swoje obowiązki choćby kropli wysiłku? Jestem zaskoczona, że w ogóle udało jej się wygrać z Ognikową Słotą. Chyba Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd było tego dnia wyjątkowo po jej stronie. W innym przypadku Słota rozgniotłaby ją jak żałosnego robaczka! — zaśmiała się.
Na samą myśl o szylkretce zrobiło jej się cieplej na sercu. Była taka silna, taka inteligentna... Prawdziwy wzór do naśladowania. Szkoda tylko, że Cykoria najwyraźniej tego nie dostrzegała.
* * *
Właśnie dlatego, gdy tylko mistrzyni dostrzegła znajomy pysk w azylu, postanowiła niezwłocznie do niego podejść.
— Słoto, hej! — mruknęła na przywitanie, krocząc w stronę szylkretki. — Nie chciałabyś pójść ze mną i Garbatą Łapą poza obóz? Pokazałybyśmy mu, jak polować na króliki, żeby się do czegoś przydał, dobrze mówię? — zaśmiała się.
Spostrzegła jednak, że jej towarzyszka nie podzielała jej entuzjazmu.
— No co? Lepiej, żeby trochę podszkolił się w podstawach — dodała, jednak widząc brak zmian w wyrazie pyska Słoty, postanowiła porzucić ten temat. — Ach, nieważne! Nie musimy nigdzie iść — oznajmiła, robiąc krok w tył. — Ja już... udam się na swoje posłanie, wiesz, żeby trochę się jeszcze zdrzemnąć.
Jednak gdy miała już odejść, Słota w końcu się odezwała:
— Zaczekaj — miauknęła, na co Kocimiętka zamarła. — Chętnie pójdę z tobą na spacer. Zresztą, mam ci coś ważnego do powiedzenia. Tylko nie zabieraj ze sobą Garbatej Łapy — dodała, a ruda natychmiast uniosła uszy.
— Cóż, skoro nalegasz... — zachichotała.
Wspólnie opuściły obóz, kierując się w stronę Potwornej Przełęczy, gdzie zwykle chodziły polować na uszaki. Kocimiętka nie była jednak w stanie skupić się na wywęszeniu zwierzyny, ponieważ przez cały czas zastanawiała się nad tym, co jej przyjaciółka chciała jej przekazać. Nie miała żadnego pomysłu — w jej głowie panowała kompletna pustka.
Dlatego, gdy tylko dotarły na teren, na którym zwykle rozpoczynały swoje łowy, ruda postanowiła się odezwać. Wiedziała, że z polowania będą nici, jeśli nie dowie się, co takiego chce jej powiedzieć druga mistrzyni.
— Więc... co takiego masz mi do powiedzenia? Oby to było coś ważnego! — zaśmiała się, wpatrując się zielonymi ślepiami w przyjaciółkę.
<Ognikowa Słoto?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz