W przeszłości…
— Cieszę się, że mnie wspierasz — uśmiechnął się, po czym machnął lekko ogonem. — Postaram się wyjaśnić sprawę Ćmy na następnym zgromadzeniu.
Teraźniejszość…
Obozowisko Klanu Klifu zdawało się tonąć w blasku letniego popołudnia — promienie słońca odbijały się od szarych ścian otaczających wyspę w taki sposób, że nawet najbardziej pospolite skały przybierały złociste odcienie, przez co całość wyglądała niemal jak miejsce wyciosane z bursztynu i światła. Powietrze drżało od nagromadzonego ciepła, które osiadało na ziemi niczym niewidzialna zasłona, sprawiając, że każdy ruch wydawał się odrobinę wolniejszy, a każdy oddech cięższy niż zwykle. Nawet wodospad, który nieustannie rozbijał się o kamienie tysiącami srebrzystych kropli, zdawał się płynąć spokojniej, jak gdyby sam dzień zmuszał świat do zwolnienia kroku i pogrążenia się w leniwej, niemal sennej ciszy.
Pomiędzy skałami przesuwały się jednak chłodne podmuchy wiatru, które przeciskały się przez szczeliny niczym niewidzialne duchy przemierzające obozowisko własnymi ścieżkami, a choć ich obecność wydawała się niemal nierealna pośród wszechobecnego gorąca, przynosiły ukojenie wystarczająco wyraźne, by zwrócić na siebie uwagę każdego kota, kiedy muskały futro wojowników wracających z patroli oraz rozpraszały krople wody unoszące się nad wodospadem, pozostawiając po sobie krótkotrwałe uczucie świeżości, które znikało równie szybko, jak się pojawiało.
Lśniąca Gwiazda siedział niedaleko spadającej kurtyny wody, wybierając miejsce, w którym nic nie zasłaniało jego sylwetki przed światłem. Promienie osiadały na jego sierści niczym warstwa płynnego złota, podkreślając każdy odcień rudych włosów i sprawiając, że jego postać odcinała się od otoczenia wyraźniej niż sylwetki pozostałych kotów. Z pewnej odległości mógł wręcz sprawiać wrażenie istoty wyrzeźbionej ze światła. Jasność dnia bardzo skutecznie rozmywała granice pomiędzy jego futrem a otaczającym go blaskiem.
Końcówka jego ogona poruszała się od czasu do czasu po nagrzanym kamieniu, podczas gdy spojrzenie lidera przesuwało się po obozowisku z cierpliwością właściwą kotu, który nie miał dokąd się spieszyć i który był przekonany, że wszystko znajduje się dokładnie tam, gdzie powinno. W rzeczywistości jednak pod tą pozorną spokojnością kryło się nieustanne analizowanie otoczenia…
Gdyby kierował się wyłącznie własnymi pragnieniami, zapewne spędziłby cały dzień nieruchomo, pozwalając, by kolejne plany rozwijały się w jego głowie bez żadnych przeszkód, jednakże lider nie mógł sobie pozwolić na podobną bierność. Kot przewodzący klanowi nie był jedynie wojownikiem posiadającym władzę. Powinien być symbolem, wokół którego skupiają się spojrzenia pozostałych, a także ucieleśnieniem stabilności, której potrzebowała społeczność nieustannie wystawiana na próby przez los.
Dlatego jego wzrok nieustannie przesuwał się po obozowisku, zatrzymując się na uczniach wracających z treningów, których futra pokrywał kurz i drobne zadrapania, na wojownikach sortujących świeżą zwierzynę oraz na starszych siedzących spokojnie na krańcu polany. Każdemu poświęcał krótką chwilę uwagi, rozsyłając to przyjazny uśmiech, to łagodne skinienie głową, które sprawiały wrażenie całkowicie naturalnych.
W rzeczywistości jednak nic nie było przypadkowe, a Lśniąca Gwiazda doskonale wiedział, że zaufanie stanowi najtrwalszą formę kontroli. Kot mógł buntować się przeciwko strachowi, mógł nienawidzić przemocy, a nawet próbować przeciwstawić się sile, lecz znacznie trudniej było odwrócić się od kogoś, kogoś, kto był przyjazny oraz otwarty na wszystko. Z pewnością jeszcze byłoby odwrócić się od kota, którego postrzegało się jako zesłańca z gwiazd…
Na samą myśl o tym jego spojrzenie przesunęło się ku niebu, którego błękit rozciągał się wysoko ponad obozowiskiem, nieskalany ani jedną chmurą, podczas gdy słońce wisiało pośrodku nieboskłonu niczym ogromne oko obserwujące świat znajdujący się poniżej.
Jeszcze kilka księżyców temu podobne myśli wzbudziłyby w nim rozbawienie, ponieważ opowieści Judaszowcowej Gwiazdy wydawały się wówczas jedynie przesadzoną historią stworzoną po to, by nadać jego życiu większe znaczenie. Teraz jednak coraz łatwiej przychodziło mu wierzyć, że ojciec miał rację, gdyż zbyt wiele wydarzeń układało się dokładnie tak, jak powinno. Przeszkody znikały z jego drogi, przeciwnicy popełniali błędy, a on sam nieustannie znajdował się dokładnie tam, gdzie należało.
Nie oznaczało to jednak, że darzył Judasza szczególnym szacunkiem. Pomimo wszystkich opowieści o przeznaczeniu nie potrafił zapomnieć chwil, podczas których ojciec stawał pomiędzy nim a tym, co od początku powinno należeć do niego. W jego oczach Judaszowcowa Gwiazda pozostawał jednocześnie nauczycielem i przeszkodą, przewodnikiem i rywalem, kotem, który nieświadomie pomógł mu wspiąć się na szczyt, a równocześnie zrobił wszystko, by opóźnić jego drogę.
Jego spojrzenie przesunęło się następnie ku miejscu, w którym znajdował się Gąsienicowy Ogryzek, a choć na pysku lidera nie pojawiła się żadna widoczna zmiana, coś w jego oczach stwardniało na krótką chwilę. Niebieski więzień pozostawał jedynym śladem przeszłości, który nadal oddychał. Jego obecność przypominała drzazgę ukrytą głęboko pod skórą — nie powodowała jeszcze prawdziwego bólu, lecz wystarczała, by od czasu do czasu przypominać o sobie i budzić irytację.
Lśniąca Gwiazda wiedział, że problem ten będzie musiał zostać rozwiązany — sekrety pozostają bezpieczne wyłącznie tak długo, jak długo nie posiadają własnego głosu. Lecz wiedział również, że nie nadszedł jeszcze odpowiedni moment, gdyż sprawa Króliczej Prawdy pozostawała nierozwiązana…
Westchnął cicho i podniósł się z miejsca, gdyż nagrzane kamienie zaczęły oddawać zgromadzone ciepło z taką intensywnością, że nawet on zaczął odczuwać zmęczenie. Droga do legowiska zajęła mu zaledwie kilka chwil, jednak nawet podczas krótkiego spaceru nie przestał obserwować otoczenia — mijające go koty usuwały się z drogi, pochylały głowy lub zatrzymywały się na moment, by zamienić z nim kilka słów.
Każdemu odpowiadał spokojnie i uprzejmie, zdając sobie sprawę z tego, że nawet najkrótsza rozmowa może pozostawić ślad na wiele księżyców, a każdy drobny gest potrafi umocnić obraz lidera, który troszczy się o swoich wojowników.
Kiedy wreszcie położył się na mszystym posłaniu, jego spojrzenie zawisło na sklepieniu groty, którego niezmienna szarość zaczęła działać mu na nerwy bardziej, niż chciałby przyznać. Coraz częściej odnosił wrażenie, że cały Klan Klifu powinien wyglądać inaczej, ponieważ miejsce, które miało stać się sercem przyszłej potęgi, nie powinno tonąć w monotonii skał i cieni.
Pozwolił sobie na krótką drzemkę, jednakże gwar dobiegający z polany wyrwał go z odpoczynku znacznie szybciej, niż by sobie tego życzył, przez co po przebudzeniu czuł lekkie rozdrażnienie, które natychmiast ukrył pod znajomą maską spokoju.
Właściwie, to nic nie wymagało jego interwencji. Obóz, choć pełen kotów, funkcjonował dość sprawnie, patrole zostały już dawno ustalone przez Źródlaną Łunę, a zwierzyny nie brakowało.
Kiedy skierował kroki ku żłobkowi i przekroczył jego próg, jego spojrzenie niemal natychmiast spoczęło na Truskawkowym Polu oraz dwójce młodych kocurków leżących przy jej boku. Przez kilka chwil obserwował ich w milczeniu, podczas gdy jego wzrok przesuwał się pomiędzy śpiącymi maluchami a ich matką, której postawa wywołała w nim znacznie większe zainteresowanie niż same kocięta.
Nie dostrzegał w jej spojrzeniu tego rodzaju dumy, którego oczekiwał.
Nie dostrzegał również odpowiedniej czułości.
A ponieważ obrazy miały ogromne znaczenie, podobne szczegóły nie mogły pozostać niezauważone.
— Truskawkowe Pole — odezwał się łagodnie, choć pod miękkością jego głosu kryło się wyraźne oczekiwanie. — To są twoje kocięta, dlatego trudno mi zrozumieć, dlaczego patrzysz na nie tak, jakbyś oglądała potomstwo obcej królowej, zamiast własne dzieci.
Przechylił lekko głowę, podczas gdy światło wpadające przez wejście odbijało się w jego złocistych oczach.
— Nie oczekuję od ciebie zachwytu przy każdym ich oddechu ani nie zakładam, że całe twoje życie powinno zacząć krążyć wyłącznie wokół nich, jednakże wojownicy patrzą, słuchają i wyciągają własne wnioski nawet wtedy, gdy nie powinni tego robić.
Jego spojrzenie przesunęło się ku śpiącym maluchom.
— Powinnaś być z nich dumna, Truskawko, a jeśli z jakiegoś powodu jeszcze tego nie czujesz, powinnaś przynajmniej nauczyć się wyglądać tak, jakbyś czuła…
<Truskawko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz