Przełknęła ślinę powoli, jak gdyby każdy, najmniejszy nawet ruch gardła miał rozdrapywać w niej świeżo zabliźnioną ranę, po czym posłała Zwiewnemu Makowi spojrzenie tak przepełnione intensywną, palącą goryczą, iż zdawało się, że samo powietrze pomiędzy nimi gęstnieje i drży pod jego ciężarem. W tym spojrzeniu nie było już jednak ani iskry dawnej zadziorności, ani cichej obietnicy walki — nie czaiła się w nim gotowość do kąśliwej odzywki, do drwiącego zmrużenia oczu, do ostrego jak cierń sprzeciwu. Była jedynie cisza. Cicha, rozpaczliwa pustka, która rozlewała się w jej piersi niczym mroźna woda wypełniająca pęknięcia skalnej groty.
Las wokół nich zdawał się milczeć w posępnym skupieniu, jakby sam był świadkiem tragedii, której nie potrafił pojąć. Wysokie trawy, kołysane niespokojnym wiatrem, szumiały przeciągle, a ich gęste źdźbła szeptały przy głowach kotek niczym złowrogie proroctwo. Nad granicą unosił się zapach wilgotnej ziemi i rozgniecionych liści, a gdzieś w oddali kruk wydał z siebie ochrypły, przeciągły krzyk, który przeszył powietrze jak ostrze. Nawet promienie zachodzącego słońca, zwykle ciepłe i kojące, teraz zdawały się przybierać barwę rozlanej krwi, rozciągając długie, drżące cienie pomiędzy odległymi korzeniami drzew.
Już wcześniej wiedziała o losie, jaki spotkał Kołysankową Łapę, i od chwili, gdy ta wieść dotarła do jej uszu, coś w niej nieodwracalnie pękło — jakby cienka tafla lodu, po której stąpała z pozorną pewnością, roztrzaskała się pod jej ciężarem, wciągając ją w lodowatą toń rozpaczy. Od tamtej pory pełnienie wojowniczych obowiązków stało się jedynie pustym rytuałem, bezbarwnym echem dawnej dumy, która kiedyś rozpierała jej pierś. Każde polowanie, każda straż przy granicy, każdy patrol przez gęstwinę paproci były jedynie krótkim i nieskutecznym odciągnięciem od tego, co czuła
Zdawało się, że wszystko, co żyło i poruszało się w lesie, sprzysięgło się, by przypominać jej o jego istnieniu. Każdy wschód słońca, którego złote światło muskające korony drzew przywodziło na myśl ciepło jego spojrzenia; każdy napotkany kwiat, rozchylający płatki w nieśmiałym geście, jakby powtarzał jego imię; każdy szum wiatru wśród liści, który niósł ze sobą echo jego śmiechu — wszystko to było jak nieustanny szept przeszłości, niepozwalający jej zapomnieć. Wspomnienie jego cudownego futra, miękkiego i lśniącego w blasku księżyca, oraz wspaniałego charakteru, w którym szczerość splatała się z łagodnością, powracało do niej falami, rozbijając się o brzegi jej świadomości z bolesną, bezlitosną regularnością.
Poczuła nagle, jak jej łapy uginają się pod ciężarem ciała, które wydało jej się obce i zbyt ciężkie, jakby dźwigała nie tylko własną sylwetkę, lecz i cały ogrom niesprawiedliwości, jaki na nią spadł. Ziemia pod jej opuszkami była chłodna i wilgotna, a drobne kamyki wbiły się w delikatną skórę, kiedy bezwiednie padła na grunt. Z jej gardła wyrwał się głuchy, zdławiony krzyk — dźwięk tak surowy i bezradny, że nawet wiatr zdawał się na moment ucichnąć, niby przerażony jego szczerością.
— Przecież to nie miało tak wyglądać… Mieliśmy być razem… — stęknęła, bardziej do siebie, niż do ciemnej kotki. — Dlaczego akurat on? Dlaczego akurat jedyny kot, jakiego byłam w stanie pokochać..?
Los ograł ją w sposób bezlitosny i podstępny, jak drapieżnik czający się w wysokiej trawie; nie wiedziała, dlaczego musiało się tak stać, lecz ta niewiedza była jedynie dodatkowym cierniem wbitym w jej serce. Rozpacz rozrywała ją wpół, rozciągała jej duszę między tym, co było, a tym, co nigdy już nie nastąpi. Pragnęła znów go zobaczyć — choćby przez jedno uderzenie serca — być przy nim, porozmawiać, ostatni raz spojrzeć mu w oczy…
Syknęła głośno, jakby chciała w ten sposób odpędzić od siebie widmo wspomnień, po czym z wysiłkiem podniosła się z ziemi, czując, jak mięśnie drżą jej z napięcia i wyczerpania. Gdy jej wzrok ponownie spoczął na Zwiewnym Maku, w jej spojrzeniu pojawił się cień czegoś ostrzejszego — nie tyle gniewu, ile bolesnej pretensji do świata, który pozwolił, by to właśnie ta kotka stanęła dziś przy granicy. Pomyśleć, że to akurat ona, ze wszystkich Burzaków musiała się tam pojawić…
— Mogę przynajmniej, jak do tego doszło..? — podniosła się, po czym na moment wbiła w nią wzrok, by następnie przenieść go ku jakiemuś odległemu punktowi na niebie.
<Zwiewny Maku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz