*Bliżej nieokreślona przeszłość*
Piwonia. Tak miała na imię jej zmarła siostra. Dowiedziała się o niej całkowicie przypadkiem, jeszcze za czasów bycia uczennicą medyka, kiedy to podsłuchała w starszyźnie wymianę zdań dwóch kotów na temat kociąt urodzonych w Klanie Burzy.
W tej właśnie chwili starsi wspominali miot, z którego ona pochodziła. I podobno tak jak i drugi miot jej matki, pierwszy również liczył trzy kocięta. Słysząc to, jej lewo ucho zadrgało. Margaretkowa Łapa nie pamiętała obecności innego kocięcia niż swojego rudego brata, który prawdopodobnie dokuczał jej już od chwili zaczerpnięcia pierwszego oddechu. Od matki również nigdy nie słyszała, aby był ktoś jeszcze. Była ona i Nagietek. A później Lilia, Stokrotka i Płomyczek. Pięć kociąt i żadnego więcej.
– Przepraszam, że przeszkadzam... — wtrąciła się, niepewnie unosząc spojrzenie na rozmówców. Nie chciała być źle odebrana, ale również nie chciała słuchać plotek na temat jej bliskich, jak i jej samej. – ... ale jesteście w błędzie. W pierwszym miocie mojej matki były tylko dwa kocięta, ja i mój brat. Dopiero w drugim były trzy rude kociaki. Musiały wam się pomylić mioty. — Ściszyła głos. – Być może chodzi wam o jeszcze wcześniejszy miot, który był w podobnym czasie co miot, z którego ja pochodzę. To w nim były trzy kocięta, znane teraz jako Królicza Łapa, Barszczowa Łapa oraz Szałwiowa Łapa. Zostali przyniesieni przez patrol, a w żłobku zajęła się nimi inna królowa, Kurza Pogoń. – wyjaśniła, znała temat z pierwszej łapy, bo sama wtedy była w żłobku i w tamtym czasie to był jedyny miot liczący trzy kocięta. Na pewno się starszym coś pomieszało, jednak nie śmiała tego powiedzieć otwarcie.
– Moja droga, czy ty mi sugerujesz, że moja pamięć szwankuje? — syknęła starsza kotka, na co Margaretkowa Łapa przełknęła nerwowo ślinę. – Może i nie jestem już tak sprawna fizycznie, jak za młodu, ale z pamięcią u mnie dobrze. Doskonale pamiętam wszystkie mioty, które się pojawiły w Klanie Burzy od moich narodzin! Co do jednego kocięcia. — rzuciła dumnie, pusząc się przy tym — I wiem, że twoja matka urodziła po dwie córki i syna, w każdym ze swoich dwóch miotów. Że też Klan Gwiazdy pobłogłosławił taką ilością kociąt kogoś takiego jak ona. – Zmarszczyła nos.
Ciekawość wymieszana z zaskoczeniem sprawiła, że kotka zaczęła ciągnąć za języki starsze koty. Właściwie nie musiała, starsi z przyjemnością dzieli się z nią informacjami. Była zafascynowana wieścią o tym, że miała jeszcze jedną siostrę. I to w dodatku podobno szylkretkę. Ta informacja ucieszyła ją, że był ktoś w rodzinie podobny do niej. Tylko co się z nią stało? Czemu nikt z rodziny nigdy o niej nie wspominał, tak jakby nigdy nie istniała? Na to pytanie kocice, po raz pierwszy odkąd weszła do legowiska starszyzny, zamilkły i zasugerowały, aby tę rozmowę przeprowadziła z matką.
Kiedy wspomniała imię tajemniczego kocięcia w obecności Lwiej Paszczy, nie otrzymała nic oprócz uderzenia w pyszczek. Nie takiej reakcji się spodziewała. Chociaż, nie, gdzieś w głębi serca czuła, że od matki nie dostanie odpowiedzi. Kocica nigdy nie lubiła mówić na temat "nierudych", jak to nazywała każdego kota, którego barwa futra nie była czysto ruda, bądź rudo-biała. A jak już mówiła, to nie były to pochlebstwa czy dobre wspomnienia.
– Nigdy więcej nie wspominaj o tym czymś w mojej obecności! Jej istnienie było pomyłką, jak i fakt nadania jej imienia. To coś nie powinno nigdy przyjść na świat...– Widząc błysk kłów matki skuliła się. Kocica cofnęła się, przybierając ponownie niewzruszony wyraz pyska i już miała odejść, gdy na odchodne rzuciła do Margaretki: – Ty również.
Ostry ton głosu matki dźwięczał jej w uszach. Przestraszyła się, nie na żarty. Ostrożnie przyłożyła łapkę do obolałego policzka. Nie chcąc wchodzić już więcej w drogę kocicy, zaszyła się w legowisku medyków i tam też, pomiędzy sortowaniem ziół, płakała, dopóki nie zasnęła ze zmęczenia. A gdy się obudziła, miała opuchnięte oczy. Mimo złego samopoczucia wiedziała, że nie może pozwolić sobie na chwilę słabości, musiała dbać o inne koty, taka jej była rola. Musiała być silna, dla innych.
– Ktoś ci sprawił przykrość? – podjął po jakiś czasie główny medyk podczas wymiany mchu i zajęczego puchu na posłaniach pacjentów, na co Margaretka pokręciła łebkiem. Bo co miała powiedzieć? Że płakała przez mamę? Być może się domyślał, ale nie chciała poruszać tego tematu. W końcu jej mama przyjaźniła się z Rumiankiem, nie chciała, aby z jej powodu doszło między nimi do kłótni.
– Nie. – odparła w końcu, podnosząc spojrzenie na Rumiankowej Zaćmienie, który z zatroskaniem wymalowanym na pysku się jej przyglądał. – Nie, to nie tak... Musiałam zatrzeć oczy jakimś z piekących ziół... – rzuciła pospiesznie i odruchowo potarła łapką po oczach. Rumianek raczej tego nie kupił, była niemal pewna. Położyła po sobie uszy i wzięła głęboki wdech. – Rumiankowe Zaćmienie... byłeś obecny przy moich narodzinach, prawda?
Liliowy w pierwszej chwili zmieszał się, słysząc pytanie uczennicy. Być może chciał ją zbyć, krótkim "tak", lecz już po chwili szylkretka poprosiła go, aby powiedział, ile naprawdę kociąt przyszło wtedy na świat. Początek historii znała, pierwszy na świecie pojawił się Nagietek, zaraz potem ona sama. Medyk nie zakończył tutaj opowieści, kontynuował. Ostatnim, zarazem najmniejszym jak i najsłabszym z kociąt okazała się wspomniana przez starszych Piwonia - mała bura kotka, której ogonek delikatnie zdobiony był przez rude futerko. Zrozumiała, dlaczego matka starała się wyrzucić z pamięci istnienie Piwonii. Jednak nie pochwalała tego.
Podobne uczucie, które towarzyszyło jej w tamtym momencie podczas słuchania historii, czuła w gdy stała nad mogiłą, na której położyła różowy kwiat. Pierwszy raz tu przyszła razem z Rumiankowym Zaćmieniem, teraz była tu sama, już nie jako uczennica, ale pełnoprawna asystentka medyka.
Piwonia była jej zarazem bliska, jak i obca. Nie miała z nią żadnych wspomnień, lecz mimo to chciała okazać małej kotce należyty szacunek, bo inni tego nie uczynili. Chciała, aby zapomniane przez większość kocię żyło chociaż w jej pamięci, gdzie będzie dobrze wspominane, a nie uważane "za to coś". Zasługiwała na to. I miała nadzieję, że znalazł się ktoś na Srebrzystej Skórze, kto pokochał jak własne kocię i zaopiekował się małą członkinią Klanu Burzy. Życzyła jej tego.
– Pewnego dnia się spotkamy... – miauknęła, zdobywając się na lekki, acz smutny uśmiech, spoglądając w niebo, w głębi serca częściowo przeklinając Gwiezdnych, że pozbawili bezbronnego kociaka możliwości zostania być może wojownikiem i zapisania się w dziejach klanu, jak i pozbawili samej Margaretki drogocennej przyjaciółki w pierwszych księżycach jej życia.
Piwonia. Tak miała na imię jej zmarła siostra. Dowiedziała się o niej całkowicie przypadkiem, jeszcze za czasów bycia uczennicą medyka, kiedy to podsłuchała w starszyźnie wymianę zdań dwóch kotów na temat kociąt urodzonych w Klanie Burzy.
W tej właśnie chwili starsi wspominali miot, z którego ona pochodziła. I podobno tak jak i drugi miot jej matki, pierwszy również liczył trzy kocięta. Słysząc to, jej lewo ucho zadrgało. Margaretkowa Łapa nie pamiętała obecności innego kocięcia niż swojego rudego brata, który prawdopodobnie dokuczał jej już od chwili zaczerpnięcia pierwszego oddechu. Od matki również nigdy nie słyszała, aby był ktoś jeszcze. Była ona i Nagietek. A później Lilia, Stokrotka i Płomyczek. Pięć kociąt i żadnego więcej.
– Przepraszam, że przeszkadzam... — wtrąciła się, niepewnie unosząc spojrzenie na rozmówców. Nie chciała być źle odebrana, ale również nie chciała słuchać plotek na temat jej bliskich, jak i jej samej. – ... ale jesteście w błędzie. W pierwszym miocie mojej matki były tylko dwa kocięta, ja i mój brat. Dopiero w drugim były trzy rude kociaki. Musiały wam się pomylić mioty. — Ściszyła głos. – Być może chodzi wam o jeszcze wcześniejszy miot, który był w podobnym czasie co miot, z którego ja pochodzę. To w nim były trzy kocięta, znane teraz jako Królicza Łapa, Barszczowa Łapa oraz Szałwiowa Łapa. Zostali przyniesieni przez patrol, a w żłobku zajęła się nimi inna królowa, Kurza Pogoń. – wyjaśniła, znała temat z pierwszej łapy, bo sama wtedy była w żłobku i w tamtym czasie to był jedyny miot liczący trzy kocięta. Na pewno się starszym coś pomieszało, jednak nie śmiała tego powiedzieć otwarcie.
– Moja droga, czy ty mi sugerujesz, że moja pamięć szwankuje? — syknęła starsza kotka, na co Margaretkowa Łapa przełknęła nerwowo ślinę. – Może i nie jestem już tak sprawna fizycznie, jak za młodu, ale z pamięcią u mnie dobrze. Doskonale pamiętam wszystkie mioty, które się pojawiły w Klanie Burzy od moich narodzin! Co do jednego kocięcia. — rzuciła dumnie, pusząc się przy tym — I wiem, że twoja matka urodziła po dwie córki i syna, w każdym ze swoich dwóch miotów. Że też Klan Gwiazdy pobłogłosławił taką ilością kociąt kogoś takiego jak ona. – Zmarszczyła nos.
Ciekawość wymieszana z zaskoczeniem sprawiła, że kotka zaczęła ciągnąć za języki starsze koty. Właściwie nie musiała, starsi z przyjemnością dzieli się z nią informacjami. Była zafascynowana wieścią o tym, że miała jeszcze jedną siostrę. I to w dodatku podobno szylkretkę. Ta informacja ucieszyła ją, że był ktoś w rodzinie podobny do niej. Tylko co się z nią stało? Czemu nikt z rodziny nigdy o niej nie wspominał, tak jakby nigdy nie istniała? Na to pytanie kocice, po raz pierwszy odkąd weszła do legowiska starszyzny, zamilkły i zasugerowały, aby tę rozmowę przeprowadziła z matką.
Kiedy wspomniała imię tajemniczego kocięcia w obecności Lwiej Paszczy, nie otrzymała nic oprócz uderzenia w pyszczek. Nie takiej reakcji się spodziewała. Chociaż, nie, gdzieś w głębi serca czuła, że od matki nie dostanie odpowiedzi. Kocica nigdy nie lubiła mówić na temat "nierudych", jak to nazywała każdego kota, którego barwa futra nie była czysto ruda, bądź rudo-biała. A jak już mówiła, to nie były to pochlebstwa czy dobre wspomnienia.
– Nigdy więcej nie wspominaj o tym czymś w mojej obecności! Jej istnienie było pomyłką, jak i fakt nadania jej imienia. To coś nie powinno nigdy przyjść na świat...– Widząc błysk kłów matki skuliła się. Kocica cofnęła się, przybierając ponownie niewzruszony wyraz pyska i już miała odejść, gdy na odchodne rzuciła do Margaretki: – Ty również.
Ostry ton głosu matki dźwięczał jej w uszach. Przestraszyła się, nie na żarty. Ostrożnie przyłożyła łapkę do obolałego policzka. Nie chcąc wchodzić już więcej w drogę kocicy, zaszyła się w legowisku medyków i tam też, pomiędzy sortowaniem ziół, płakała, dopóki nie zasnęła ze zmęczenia. A gdy się obudziła, miała opuchnięte oczy. Mimo złego samopoczucia wiedziała, że nie może pozwolić sobie na chwilę słabości, musiała dbać o inne koty, taka jej była rola. Musiała być silna, dla innych.
– Ktoś ci sprawił przykrość? – podjął po jakiś czasie główny medyk podczas wymiany mchu i zajęczego puchu na posłaniach pacjentów, na co Margaretka pokręciła łebkiem. Bo co miała powiedzieć? Że płakała przez mamę? Być może się domyślał, ale nie chciała poruszać tego tematu. W końcu jej mama przyjaźniła się z Rumiankiem, nie chciała, aby z jej powodu doszło między nimi do kłótni.
– Nie. – odparła w końcu, podnosząc spojrzenie na Rumiankowej Zaćmienie, który z zatroskaniem wymalowanym na pysku się jej przyglądał. – Nie, to nie tak... Musiałam zatrzeć oczy jakimś z piekących ziół... – rzuciła pospiesznie i odruchowo potarła łapką po oczach. Rumianek raczej tego nie kupił, była niemal pewna. Położyła po sobie uszy i wzięła głęboki wdech. – Rumiankowe Zaćmienie... byłeś obecny przy moich narodzinach, prawda?
Liliowy w pierwszej chwili zmieszał się, słysząc pytanie uczennicy. Być może chciał ją zbyć, krótkim "tak", lecz już po chwili szylkretka poprosiła go, aby powiedział, ile naprawdę kociąt przyszło wtedy na świat. Początek historii znała, pierwszy na świecie pojawił się Nagietek, zaraz potem ona sama. Medyk nie zakończył tutaj opowieści, kontynuował. Ostatnim, zarazem najmniejszym jak i najsłabszym z kociąt okazała się wspomniana przez starszych Piwonia - mała bura kotka, której ogonek delikatnie zdobiony był przez rude futerko. Zrozumiała, dlaczego matka starała się wyrzucić z pamięci istnienie Piwonii. Jednak nie pochwalała tego.
Podobne uczucie, które towarzyszyło jej w tamtym momencie podczas słuchania historii, czuła w gdy stała nad mogiłą, na której położyła różowy kwiat. Pierwszy raz tu przyszła razem z Rumiankowym Zaćmieniem, teraz była tu sama, już nie jako uczennica, ale pełnoprawna asystentka medyka.
Piwonia była jej zarazem bliska, jak i obca. Nie miała z nią żadnych wspomnień, lecz mimo to chciała okazać małej kotce należyty szacunek, bo inni tego nie uczynili. Chciała, aby zapomniane przez większość kocię żyło chociaż w jej pamięci, gdzie będzie dobrze wspominane, a nie uważane "za to coś". Zasługiwała na to. I miała nadzieję, że znalazł się ktoś na Srebrzystej Skórze, kto pokochał jak własne kocię i zaopiekował się małą członkinią Klanu Burzy. Życzyła jej tego.
– Pewnego dnia się spotkamy... – miauknęła, zdobywając się na lekki, acz smutny uśmiech, spoglądając w niebo, w głębi serca częściowo przeklinając Gwiezdnych, że pozbawili bezbronnego kociaka możliwości zostania być może wojownikiem i zapisania się w dziejach klanu, jak i pozbawili samej Margaretki drogocennej przyjaciółki w pierwszych księżycach jej życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz