Pora Zielonych Liści rozlała się nad lasem miękkim, niemal sennym spokojem, pod którego ciepłem nawet najbardziej poszarpane gałęzie zdawały się oddychać wolniej, jakby sama ziemia po długich księżycach chłodu i wilgoci wreszcie pozwoliła sobie na odpoczynek. Korony drzew były ciężkie od soczystych liści, przez które światło przesączało się cienkimi smugami złota, drgającymi na ziemi przy każdym poruszeniu wiatru. W powietrzu unosił się zapach świeżej zwierzyny, rozgrzanej kory oraz wilgotnego mchu, a cały obóz zdawał się funkcjonować w rytmie leniwego, ciepłego popołudnia, podczas którego nawet rozmowy na polanie brzmiały ciszej niż zwykle.
Żłobek pozostawał jednak światem odrębnym od reszty obozowiska — miejscem cieplejszym, spokojniejszym i odgrodzonym od codziennych trosk miękkim półmrokiem oraz ciężkim zapachem mleka, mchu i futra wielu śpiących obok siebie kotów. Mech rozłożony w legowiskach był miękki i sprężysty od ciągłego ugniatania małych łapek, a przytłumione oddechy królowych oraz kociąt mieszały się z odległym echem obozowego gwaru, tworząc jednostajny, kołyszący rytm, który sprawiał, iż czas zdawał się płynąć tutaj wolniej.
Łza siedziała nieco z boku, obserwując pozostałe kocięta z uwagą, której nie próbowała specjalnie ukrywać, choć jednocześnie nie była ona całkowicie otwarta. Jej spojrzenie przesuwało się po Pierścieniu, Smoku i Mordorze powoli, niemal analitycznie, jakby próbowała ocenić nie tyle ich samych, ile miejsce, jakie zajmowali w tej małej przestrzeni żłobka.
Byli dziwni.
Nie potrafiła jeszcze dokładnie wyjaśnić dlaczego, lecz w jej dziecięcym umyśle różnica pomiędzy nimi a nią samą wydawała się czymś oczywistym, niemal naturalnym. Ich futerka nie były równie piękne, oczy nie błyszczały równie jasno, a ruchy były za to znacznie bardziej… Niezgrabne.
Jej ogon poruszał się wolno po podłożu, odmierzając rytm myśli, które pojawiały się i znikały w jej głowie z tą charakterystyczną dla młodych kotów gwałtownością. Przez chwilę rozważała nawet, czy nie podejść bliżej trójki kociąt, lecz szybko doszła do wniosku, że musiałaby wtedy dostosować się do rozmowy, która już trwała bez niej, a to oznaczałoby konieczność dzielenia się uwagą.
Nie podobała jej się ta perspektywa.
Właśnie wtedy jej wzrok przesunął się dalej i zatrzymał na Purchawce.
Dymna kotka leżała niedaleko wejścia do żłobka, a jej sylwetkę miękko oplatały złote smugi światła wpadającego pomiędzy gałęziami osłaniającymi wejście. Purchawka zajęta była pielęgnacją Zewu, którego futro wygładzała cierpliwymi, spokojnymi ruchami języka. W jej zachowaniu nie było przesadnej czułości ani demonstracyjnej troski — raczej coś naturalnego i stałego, co przypominało rytm codziennych czynności powtarzanych od tak dawna, że stały się niemal odruchem.
I właśnie ten obraz przyciągnął uwagę Łzy mocniej niż cokolwiek innego.
Jej ślepia rozbłysły subtelnie, gdy obserwowała matkę pochyloną nad bratem, a w jej wnętrzu pojawiło się znajome ukłucie niezadowolenia, którego jeszcze nie potrafiła nazwać. Nie chodziło nawet o samą zazdrość — bardziej o nieprzyjemne wrażenie, że przez krótką chwilę centrum uwagi przesunęło się na kogoś innego.
To należało naprawić.
Podniosła się więc z miejsca i ruszyła ku Purchawce lekkim, starannie kontrolowanym krokiem, który w jej własnym odczuciu wyglądał znacznie dostojniej, niż powinien wyglądać chód tak małego kocięcia. Łapki stawiała wyraźnie, lecz nie gwałtownie, jakby chciała zostać zauważona jeszcze zanim wypowie choćby jedno słowo.
— Mamuś… — zaczęła cicho, pozwalając, by jej głos wtopił się w spokojny rytm żłobka niczym delikatne mruczenie.
Purchawka drgnęła jednym uchem, jednak nie odwróciła się od razu, nadal zajęta wygładzaniem futra Zewu.
Łza zatrzymała się bliżej, a jej ogon zakołysał się wolniej.
— Mamuś — powtórzyła nieco wyraźniej, tym razem z odrobiną większego nacisku, choć nadal zachowywała pozory cierpliwości.
— Mh — mruknęła Purchawka, nie przerywając pracy.
Przez moment Łza jedynie się jej przyglądała. Jej spojrzenie przesunęło się po grzbiecie Zewu, po spokojnym wyrazie pyska matki, po ruchach języka wygładzającego futro brata, aż w końcu coś w niej wyraźnie się napięło.
— PURCHAWKO! — wyrwało się z niej nagle, głośniej i ostrzej, niż zamierzała, a mała łapka tupnęła o ziemię z oburzeniem, które w jej własnym odczuciu było całkowicie uzasadnione.
Purchawka wreszcie odwróciła głowę, a w jej spojrzeniu pojawiła się znajoma mieszanina cierpliwości i lekkiego zmęczenia, które zna każda królowa spędzająca całe dnie wśród kociąt.
— Tak, Łzo?
Natychmiast, niemal odruchowo, młoda kotka wyprostowała się odrobinę, jakby sama rozmowa wymagała odpowiedniej postawy i przygotowania.
— A moje futerko też mogłabyś wyczyścić? — zapytała, tym razem ze słodkim niczym cukierek tonem.
Nie było w tym realnej potrzeby. Jej futro wyglądało zupełnie dobrze, a ona sama doskonale o tym wiedziała. Chodziło raczej o sam gest — o uwagę, którą Purchawka poświęcała właśnie komuś innemu
Purchawka spojrzała na nią spokojnie, po czym wróciła do pielęgnacji Zewu.
— W porządku. Tylko skończę pielęgnować twojego brata.
Łza przechyliła głowę, obserwując tę odpowiedź z wyraźnym namysłem, podczas gdy jej ogon lekko uderzył o mech.
— Musisz? — zapytała pozornie niewinnie. — On już wygląda na całkiem… gotowego.
Przerwała na chwilę, po czym uniosła lekko własny ogon.
— A mi chyba coś wplątało się w futerko. Tutaj. Przy końcówce.
Mówiła swobodnie, niemal mimochodem, lecz jej spojrzenie ani przez moment nie skupiło się na ogonie. Cały czas obserwowała Purchawkę, jakby próbowała ocenić, czy matka dostrzeże ukrytą pod słowami prośbę o uwagę.
— Przecież jeszcze niedawno sama biegałaś po całym żłobku bez żadnych problemów — zaczęła spokojnie, lecz urwała, gdy Zew wydał z siebie cichy, niezadowolony dźwięk.
Łza natychmiast to zauważyła.
Jej uszy drgnęły lekko, a spojrzenie przesunęło się ku bratu tylko na ułamek chwili, nim znów wróciło do matki, jakby chciała upewnić się, że uwaga rozmowy nadal pozostaje skupiona na niej.
— To było wcześniej — odpowiedziała szybko, niemal natychmiast znajdując uzasadnienie. — Teraz coś mogło się zaplątać.
Purchawka przyglądała jej się jeszcze przez moment, po czym po raz kolejny przejechała językiem po futrze Zewu.
— Dobrze. Zaraz sprawdzę.
Łza uśmiechnęła się szeroko, wyraźnie usatysfakcjonowana, następnie spojrzała na brata i lekko zmarszczyła nos.
— Zewiee… — przeciągnęła miękko, choć z wyraźnie słyszalnym zniecierpliwieniem. — Możesz się nieco pośpieszyć?
<Zew?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz