Obóz Klanu Klifu nie należał tego dnia do najcichszych miejsc. Szum wodospadu jak zwykle rozlewał się po kamiennych ścianach, mieszając się z podniesionymi głosami wojowników, których głównym tematem rozmów od dłuższego czasu pozostawały mewy.
Wędrujący Wibrys obserwował innych, przeciągając się leniwie. Kręcił się po obozie, szukając wygodnego miejsca do ucięcia drzemki. Wbrew pozorom legowisko za dnia nie było najspokojniejszym miejscem do spanka.
Nie spieszyło mu się. Nic go nie goniło. A przynajmniej taką wersję rzeczywistości preferował.
Właśnie miał zamiar położyć się w jednym z bardziej nasłonecznionych miejsc, kiedy nagły, stłumiony krzyk, przeszył powietrze. Krótki, trochę zbyt głośny jak na zwykłe, kocięce piski. Wibrys uniósł głowę i poruszył uchem. Dźwięk dochodził ze żłobka.
Po chwili gdybania uznał, że nie zaszkodzi tam zajrzeć. Podszedł do wyznaczonego na teren kociarni wgłębienia i zajrzał do środka. Zapach mleka, mchu i ciepła uderzył go na powitanie. Zastał wewnątrz Morświnową Płetwę, pochyloną nad dwójką kociąt. Jej ogon poruszał się lekko.
Jeden z malców, brązowawy, dużo żwawszy samczyk, kręciło się tuż obok niej, wyraźnie czymś podekscytowany.
Płowy przekrzywił lekko głowę.
— Ktoś tu chyba urządzał zawody w krzyczeniu — rzucił z rozbawieniem.
Karmicielka drgnęła, a zaraz potem uśmiechnęła się szeroko, jakby samo jego pojawienie się było czymś miłym.
— Och! To tylko Agatówka — zaśmiała się cicho, zerkając na bardziej ruchliwego potomka. — Ma strasznie dużo energii i nadal nie potrafi sobie z nią poradzić — westchnęła.
Kocurek prychnął, fukając coś w stronę matki. Natomiast siedząca obok koteczka wydawała się dużo bardziej wycofana, próbując ukryć się pod mchem. Nie wyglądała jak reszta kociąt, które widywał. Nie rzucała się do zabawy, nie próbowała zwrócić na siebie uwagi. Wręcz przeciwnie, wyglądała tak, jakby najchętniej zniknęła w tle.
Wszedł kawałek do środka, zatrzymując się w bezpiecznej odległości.
— A twoja druga pociecha jak się zwie? — zagadnął.
Szylkretka drgnęła lekko, jak gdyby sam fakt, że ktoś zwrócił na nią uwagę, był wystarczającym zaskoczeniem. Jej uszy poruszyły się niepewnie, a spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok, zanim znów wróciło do niego.
— To Błyskotka — miauknęła Morświn, wręcz z matczyną czułością spoglądając na córkę. — Ona jest akurat... mniej problematyczna — przyznała.
Pokiwał głową, dopiero teraz spostrzegając, że wokół szyi koteczki połyskuje... Cóż, sam nie wiedział co.
— To już chyba schemat, jak ma się więcej niż jedno kocię. Zawsze jest to jedno spokojne i grzeczne, a drugie to czysty brój — stwierdził. — Też tak miałem ze swoją siostrą, ale akurat ja byłem tym grzecznym, a ona... Ona cóż, nie wyrosła nigdy ze swojego łobuzerstwa — parsknął, przykucając. — Cześć Błyskotko. Jestem Wędrujący Wibrys. Powiesz mi, co to za skarb nosisz na szyi? — dodał ciszej, z wyraźną ciekawością, ale bez nacisku. — Wygląda, jakby kryła się za tym dłuższa historia, a ja akurat mam chwilę, żeby jej posłuchać.
Wędrujący Wibrys obserwował innych, przeciągając się leniwie. Kręcił się po obozie, szukając wygodnego miejsca do ucięcia drzemki. Wbrew pozorom legowisko za dnia nie było najspokojniejszym miejscem do spanka.
Nie spieszyło mu się. Nic go nie goniło. A przynajmniej taką wersję rzeczywistości preferował.
Właśnie miał zamiar położyć się w jednym z bardziej nasłonecznionych miejsc, kiedy nagły, stłumiony krzyk, przeszył powietrze. Krótki, trochę zbyt głośny jak na zwykłe, kocięce piski. Wibrys uniósł głowę i poruszył uchem. Dźwięk dochodził ze żłobka.
Po chwili gdybania uznał, że nie zaszkodzi tam zajrzeć. Podszedł do wyznaczonego na teren kociarni wgłębienia i zajrzał do środka. Zapach mleka, mchu i ciepła uderzył go na powitanie. Zastał wewnątrz Morświnową Płetwę, pochyloną nad dwójką kociąt. Jej ogon poruszał się lekko.
Jeden z malców, brązowawy, dużo żwawszy samczyk, kręciło się tuż obok niej, wyraźnie czymś podekscytowany.
Płowy przekrzywił lekko głowę.
— Ktoś tu chyba urządzał zawody w krzyczeniu — rzucił z rozbawieniem.
Karmicielka drgnęła, a zaraz potem uśmiechnęła się szeroko, jakby samo jego pojawienie się było czymś miłym.
— Och! To tylko Agatówka — zaśmiała się cicho, zerkając na bardziej ruchliwego potomka. — Ma strasznie dużo energii i nadal nie potrafi sobie z nią poradzić — westchnęła.
Kocurek prychnął, fukając coś w stronę matki. Natomiast siedząca obok koteczka wydawała się dużo bardziej wycofana, próbując ukryć się pod mchem. Nie wyglądała jak reszta kociąt, które widywał. Nie rzucała się do zabawy, nie próbowała zwrócić na siebie uwagi. Wręcz przeciwnie, wyglądała tak, jakby najchętniej zniknęła w tle.
Wszedł kawałek do środka, zatrzymując się w bezpiecznej odległości.
— A twoja druga pociecha jak się zwie? — zagadnął.
Szylkretka drgnęła lekko, jak gdyby sam fakt, że ktoś zwrócił na nią uwagę, był wystarczającym zaskoczeniem. Jej uszy poruszyły się niepewnie, a spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok, zanim znów wróciło do niego.
— To Błyskotka — miauknęła Morświn, wręcz z matczyną czułością spoglądając na córkę. — Ona jest akurat... mniej problematyczna — przyznała.
Pokiwał głową, dopiero teraz spostrzegając, że wokół szyi koteczki połyskuje... Cóż, sam nie wiedział co.
— To już chyba schemat, jak ma się więcej niż jedno kocię. Zawsze jest to jedno spokojne i grzeczne, a drugie to czysty brój — stwierdził. — Też tak miałem ze swoją siostrą, ale akurat ja byłem tym grzecznym, a ona... Ona cóż, nie wyrosła nigdy ze swojego łobuzerstwa — parsknął, przykucając. — Cześć Błyskotko. Jestem Wędrujący Wibrys. Powiesz mi, co to za skarb nosisz na szyi? — dodał ciszej, z wyraźną ciekawością, ale bez nacisku. — Wygląda, jakby kryła się za tym dłuższa historia, a ja akurat mam chwilę, żeby jej posłuchać.
<Błyskotko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz