Na zewnątrz było jaśniej niż w jaskini, ale zdecydowanie nie było spokojniej.
Jeszcze kilka dni temu, mewy były dla niego jedynie tłem. Przelotnymi cieniami na niebie, kojarzącymi się z odległymi, irytującymi wrzaskami. Teraz ich obecność była już nie do zignorowania.
Ruszył w dół ścieżki, podążając za patrolem, do którego został dziś przydzielony. Odnotował tylko imiona towarzyszy: Kukułczy Wdzięk, Rozżarzona Pieśń, Drzemiące Słońce i Świetlista Walka. Zabawne, że był z nich najstarszy, a jednocześnie najmniej doświadczony w realiach tego klanu. Mimo że minęło już kilka księżyców od jego przybycia, nie wszyscy zdawali się w pełni akceptować jego obecność.
Las wyglądał tak jak zawsze, spokojny, niemal obojętny na napięcie, które wisiało nad klanem. To właśnie dlatego tu przychodzili,w końcu drzewa stanowiły naturalną osłonę przed mewami, które w ostatnim czasie stawały się coraz większym problemem.
Usłyszał kroki za sobą, ale nie odwrócił się od razu.
Ruda kotka zatrzymała się nieopodal. Znał ją z widzenia, trudno było nie znać, ale nigdy wcześniej nie mieli okazji iść razem na patrol. Stała kawałek wyżej, pozwalając, by wiatr swobodnie poruszał jej futrem.
— Często patrole są w takich dużych składach? — zagadnął, przełamując ciszę. Skoro już ruszył się z obozu, wypadało chociaż udawać zainteresowanie towarzystwem.
Spojrzała na niego ostrożnie.
— Niezbyt. Teraz tylko przez mewy.
— Ach, te mewy... — westchnął z przesadnym przejęciem.
Nie zamierzał przyznawać, że przespał moment, w którym lider tłumaczył sytuację i nowe zasady. I to dosłownie przespał. Uciął sobie wówczas drzemkę. By dowiedzieć o tym, co się stało, musiał płaszczyć się przed siostrą, od której wyciągnął ostatecznie wszelkie potrzebne informacje.
Nie jego wina, że wzięło mu się na spanie. Przecież każdy potrzebował snu. On po prostu dbał o zdrowie.
— Hm, nie jesteś zbyt rozmowna, co? — rzucił po chwili.
Kotka zdawała się na moment zbita z tropu.
— Słucham? Jestem. Po prostu teraz skupiam się na polowaniu, nie na rozmowach — odparła spokojnie. — Jak będzie z czym wracać, to wtedy można gawędzić.
Uśmiechnął się lekko i skinął głową, jakby uznał to za całkiem sensowną filozofię. Sam zbliżył się do drzew. Tutaj łatwiej było o zdobycz. Przycupnął nisko i przez chwilę obserwował przestrzeń przed sobą, pozwalając ciszy zrobić swoje.
***
To, co upolowali w piątkę, spokojnie wystarczyłoby na zasilenie stosu zwierzyny. Mimo to reszta patrolu nie zamierzała wracać. Najwyraźniej uznali, że można jeszcze wycisnąć z tego miejsca coś więcej. Wibrys nie bardzo wiedział, jak planują to wszystko donieść do obozu, ale nie miał siły się sprzeczać. Po prostu szedł dalej.
— Dziwię się, że mewy w ogóle odważyły się zapuścić w te rejony — mruknął w stronę Rozżarzonej Pieśni, zerkając na nią kątem oka. — Jeśli wszyscy tutaj są tak zawzięci nawet przy zwykłym polowaniu, to nie mają czego tu szukać. — Zawahał się na moment, po czym dodał z lekkim rozbawieniem. — Może macie to we krwi. W takim razie nie mam co liczyć, że kiedykolwiek wam dorównam — parsknął cicho, poruszając wibrysami. — Chociaż słyszałem, że wielu wcale się tu nie urodziło. — Przechylił lekko głowę, tym razem już wyraźnie ciekawski. — To jak to właściwie jest? Z twojej perspektywy naprawdę ciężko jest tolerować przybysza z oddali? — dopytał, zerkając na nią uważniej, jakby właśnie znalazł temat, który rzeczywiście go zainteresował.
Jeszcze kilka dni temu, mewy były dla niego jedynie tłem. Przelotnymi cieniami na niebie, kojarzącymi się z odległymi, irytującymi wrzaskami. Teraz ich obecność była już nie do zignorowania.
Ruszył w dół ścieżki, podążając za patrolem, do którego został dziś przydzielony. Odnotował tylko imiona towarzyszy: Kukułczy Wdzięk, Rozżarzona Pieśń, Drzemiące Słońce i Świetlista Walka. Zabawne, że był z nich najstarszy, a jednocześnie najmniej doświadczony w realiach tego klanu. Mimo że minęło już kilka księżyców od jego przybycia, nie wszyscy zdawali się w pełni akceptować jego obecność.
Las wyglądał tak jak zawsze, spokojny, niemal obojętny na napięcie, które wisiało nad klanem. To właśnie dlatego tu przychodzili,w końcu drzewa stanowiły naturalną osłonę przed mewami, które w ostatnim czasie stawały się coraz większym problemem.
Usłyszał kroki za sobą, ale nie odwrócił się od razu.
Ruda kotka zatrzymała się nieopodal. Znał ją z widzenia, trudno było nie znać, ale nigdy wcześniej nie mieli okazji iść razem na patrol. Stała kawałek wyżej, pozwalając, by wiatr swobodnie poruszał jej futrem.
— Często patrole są w takich dużych składach? — zagadnął, przełamując ciszę. Skoro już ruszył się z obozu, wypadało chociaż udawać zainteresowanie towarzystwem.
Spojrzała na niego ostrożnie.
— Niezbyt. Teraz tylko przez mewy.
— Ach, te mewy... — westchnął z przesadnym przejęciem.
Nie zamierzał przyznawać, że przespał moment, w którym lider tłumaczył sytuację i nowe zasady. I to dosłownie przespał. Uciął sobie wówczas drzemkę. By dowiedzieć o tym, co się stało, musiał płaszczyć się przed siostrą, od której wyciągnął ostatecznie wszelkie potrzebne informacje.
Nie jego wina, że wzięło mu się na spanie. Przecież każdy potrzebował snu. On po prostu dbał o zdrowie.
— Hm, nie jesteś zbyt rozmowna, co? — rzucił po chwili.
Kotka zdawała się na moment zbita z tropu.
— Słucham? Jestem. Po prostu teraz skupiam się na polowaniu, nie na rozmowach — odparła spokojnie. — Jak będzie z czym wracać, to wtedy można gawędzić.
Uśmiechnął się lekko i skinął głową, jakby uznał to za całkiem sensowną filozofię. Sam zbliżył się do drzew. Tutaj łatwiej było o zdobycz. Przycupnął nisko i przez chwilę obserwował przestrzeń przed sobą, pozwalając ciszy zrobić swoje.
***
To, co upolowali w piątkę, spokojnie wystarczyłoby na zasilenie stosu zwierzyny. Mimo to reszta patrolu nie zamierzała wracać. Najwyraźniej uznali, że można jeszcze wycisnąć z tego miejsca coś więcej. Wibrys nie bardzo wiedział, jak planują to wszystko donieść do obozu, ale nie miał siły się sprzeczać. Po prostu szedł dalej.
— Dziwię się, że mewy w ogóle odważyły się zapuścić w te rejony — mruknął w stronę Rozżarzonej Pieśni, zerkając na nią kątem oka. — Jeśli wszyscy tutaj są tak zawzięci nawet przy zwykłym polowaniu, to nie mają czego tu szukać. — Zawahał się na moment, po czym dodał z lekkim rozbawieniem. — Może macie to we krwi. W takim razie nie mam co liczyć, że kiedykolwiek wam dorównam — parsknął cicho, poruszając wibrysami. — Chociaż słyszałem, że wielu wcale się tu nie urodziło. — Przechylił lekko głowę, tym razem już wyraźnie ciekawski. — To jak to właściwie jest? Z twojej perspektywy naprawdę ciężko jest tolerować przybysza z oddali? — dopytał, zerkając na nią uważniej, jakby właśnie znalazł temat, który rzeczywiście go zainteresował.
<Żar?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz