Promyk starała się zawsze robić wszystko, najlepiej jak tylko mogła, a że niewiele teraz mogła to osobna kwestia. Codzienne treningi były odrobinę za mało na jej ilość energii, a patrole nie zawsze chciały ją ze sobą.
Siedzenie w obozie ją nudziło. Roznosiło ją to od środka. Dlatego na treningach zawsze wybiegała w przód, pierwsza, najlepsza!
A jednak jej trening trwał. Promyk mogła tylko spojrzeć na swoje łapy zawiedziona.
22 księżyce. Tyle miała już na swoim karku i nadal była uczniem. Jak dla niej to było znacznie za długo, a jednak. Jej brat i siostra mianowali się już jakiś czas temu, a ona utknęła w tym miejscu i nie ruszyła przez długi czas.
Chwilę była chora, chwilę nie miała mentora, potem Psotka ją przejęła i jej trening czasem trwa czasem nie.
22 księżyce. Tyle jej to zajmowało. Dzień był słoneczny i jasny, kiedy Psotny Nietoperz zabrała ją w kierunku drzew. Tam Promyk grzecznie wykazała się swoimi miernymi umiejętnościami wspinaczki po drzewach. Nie była w tym najlepsza, najszybsza czy najstaranniejsza, ale wkładała w to wiele siły. Jakoś jej to też szło, chociaż przy jej kompletnym braku elegancji, którą powinien mieć kot, wyglądała jakby, co chwilę miała spaść z tych gałęzi.
Ale trening za treningiem i nie spadała. Nauczyła się.
Podobnie było z tunelami, chociaż tam czuła się lepiej, niż ponad ziemią. Naturalnie przyszło jej bieganie po ciemnych korytarzach. Z łatwością szła jej nawigacja w ciemnościach. Wilgoć nie przeszkadzała jej nic a nic. Psotka była z niej bardzo zadowolona. To właściwie było jedyne, co Promyk załapała od razu i tylko parę treningów potem była w tym płynna.
Promyk mogła o sobie teraz już powiedzieć, że mogłaby zostać wojownikiem, jednak coś ja powstrzymywało. Spoglądała na własne łapy i wątpiła, czy sobie poradzi.
– Możesz próbować, najwyżej ci się nie uda! – Słońce, jej brat, tak jej mówił co jakiś czas. Ale on nie wiedział. Nie widział jak, Promyk próbuje porozmawiać z kimkolwiek, ale te rozmowy są tylko powierzchowne. Jak próbuje się zintegrować w życie klanu, ale jakoś nie może znaleźć sobie miejsca. Jakby ten klan przytłaczał ją coraz bardziej każdego dnia. Jakby płynęła rzeką, pod prąd, i do tego zachłysnęła się wodą.
Promyk odetchnęła ciężko. To był kolejny dzień, w którym była zamknięta w ścianach obozu, jakby była trochę niechciana. Miała koty, które lubiła, ale one miały swoje własne życie i nie mogły poświęcić jej tyle uwagi, ile potrzebowała. A to nie w jej charakterze było, aby się im o to upominać.
Zostawiła te koty za sobą, obok siebie, słówko po słówku wycofała się do swojego własnego małego kąta, w którym stres i strach nie miały do niej dostępu. Leżała teraz właśnie w swoim kącie i spoglądała na własne łapy. Wysuwała i chowała swoje piękne pazurki i kwestionowała swoje życiowe wybory.
A jednym z tych wyborów było wyjście z obozu, kiedy nikt nie patrzył. Nie poszła daleko, to mogłoby się skończyć dla niej źle i jeszcze gorzej. Potrzebowała po prostu zażyć słońca, zamiast siedzieć tylko w cieniach obozu. Siedziała niedaleko wejścia, grzejąc swoje futro, dopóki w oddali nie poruszyły się drzewa. Jakiś patrol był pewnie niedaleko. Promyk wstała i ostatni raz rzuciła okiem na niebo. Tam, w oddali, w kierunku morza na niebie poruszyły się mewy. Te przeklęte stwierdzenia, które powodowały jej cierpienia w zamknięciu.
Złość wzburzyła się w niej jak ogień w ognisku. Palił się najpierw powoli, a potem jak las, który przypadkiem zajął się od niewygaszonego popiołu. To była nienawiść. Nienawiść do swojego losu, do swojej sytuacji i braku swojego własnego imienia. I to wszystko kumulowało się w niej i buchało w jej sercu. A mewy? One były idealne, aby zrzucić na nie całą winę za jej nieudane życie.
Promyk zniknęła w obozie. Zmyła się z tłumem. Zjadła kolację i położyła się spać.
I śniła. Śniła o polowaniach i spaniu pod gołym niebem. Gwiazdy, których tak dawno nie widziała, lśniły nad jej głową i układały się w słodkie konstelacje. Wiatr pędził między koronami drzew, jak szepty które ją wołały. Ale jednak jej łapy nadal stały na znanym jej kamieniu, zapach kotów z Klanu Klifu blisko. Niepokojąco blisko. Był to zapach kojący jej emocje i jednocześnie wzbudzający z nią gorzką złość.
I kiedy się obudziła, o samym poranku, mogła tylko odetchnąć ciężko i machnąć ogonem. Mogła być zła! To były jej emocje, jej własność! Jej prawo! Ale czuła się źle. To nie była wina klanu, że nie mogła znaleźć sobie miejsca. Nie ich winą było, że jeszcze nie awansowała się na wojownika. To Promyk powinna się starać bardziej, mocniej, więcej! Ale nie miała teraz jak. Leżała zamknięta z własnymi myślami gdzieś na boku pamięci wszystkich. I nikogo nie powinna za to winić. Nikogo tylko siebie. No i te mewy! Te przeklęte mewy.
– Psotny Nietoperzu? – Promyk zaczepiła swoją mentorkę.
– Co tam? – Psotka oderwała się od tego, co robiła aktualnie.
– Możemy wyjść na trening?
– Nie dzisiaj. Mam parę spraw do załatwienia i trochę rzeczy do zrobienia. Może jakiś patrol cię ze sobą weźmie!
Ale żaden patrol nie chciał jej w swojej grupie. “Nie dzisiaj” – dostała odpowiedź. No dobrze. To wcale nie budowało w niej napięcia i goryczy. Czy ona w ogóle mogła się gdziekolwiek wykazać? Czy to fakt, że nadal była uczniem, czy może jako wojownik też będzie tak ograniczona i odłożona na bok?
[907 słów]
[nawigacja w tunelach]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz