Następny był Trzcinniczkowa Dziupla. Niewidomy kocur o bardzo trudnym do wymówienia imieniu. Bury uczeń wziął dla niego mysz, której sam dotyk przyprawiał ucznia o wymioty. Nienawidził myszy, były ohydne, a ich ogony takie… obślizgłe. Bruh. Rzucił więc tą piszczką niczym kamieniem, jak się domyślał, nie trafiając przed łapy starszego, a w niego. Zaowocowało to przerażonym piskiem, skuleniem się i dygotaniem.
— No weź, martwa jest, to może Cię nie pogryzie — rzucił kąśliwie. — Własnego cienia też się boisz? A nie czekaj, ty nie widzisz.
— Idź mi stąd! — przegonił go starszy, łapiąc mysz w pazury.
Chudy uciekł z ogonem pod tyłkiem i wywrócił oczami. Została mu jeszcze jedna, Srebrzysta Łuna. Kotka, która pomimo wieku wciąż wyglądała olśniewająco pięknie, ale charakter pozostawiał wiele do życzenia. Chudy kilka razy próbował wyciągnąć od niej jakieś ciekawe ploteczki, jednak szylkretka szybko obracała kota ogonem i rozmowa zaczynała kręcić się wokół niej. Uczeń uznał, że nie będzie dobrym źródłem informacji, więc zaprzestał prób.
Srebrzysta otrzymała od niego dorodną sikorę. W czasie, gdy Chudy ją targał od stosu do legowiska, usłyszeć mógł jej śpiew. Melodyjny, choć w głosie słychać było wiek kotki. Mimo tego bardzo ładnie nuciła jakąś zasłyszaną gdzieś melodię. Może był to śpiew ptaków, być może coś z czasów, gdy kotka należała do dwunożnych? Chudy nie wiedział i pewnie nigdy się nie dowie. Ale z kolei… zauważył, iż śpiew bardzo mu pasuje. Jego na co dzień zszargane krzykiem, kąśliwymi uwagami i gadaniem Pomrok uszy odnajdywały chwilę spokoju podczas małego koncertu Srebrzystej Łuny. Gdy kotka dostała posiłek, zaczęła skubać łapami pióra, wciąż pomrukując pod nosem melodie. Chudy usiadł z drugiej strony krzaka, pod którym ona była, żeby choćby jeszcze moment posłuchać.
Później tego dnia miał do zrobienia tylko wymianę mchu w legowiskach uczniów. Nie, żeby to było “tylko”, bo dla kogoś o jego gabarytach, proste zajęcie okazywało się mordęgą. Bury cały naburmuszony polazł po mech, a w drodze do legowisk zauważył ogniste futro brata.
— Gruby! — miauknął niemal błagalnie. Biegnąc koślawo w stronę ucznia, zauważył, że kocur jakoś dziwnie chodzi. Zmartwiło go to niezmiernie, zwłaszcza że nabył ostatnio trochę medycznej wiedzy i czuł w kościach, iż coś jest nie tak.
Podszedł do brata, który powitał go pełnym sadła tłuszczu przytulasem. O mało nie połamał mu kości, ale to szczegół.
— Bracie, co jest? — zapytał. Rudy podążył za wzrokiem burego i schował łapę w gęstą sierść.
— Trochę boli — przyznał.
— To chodźmy do medyków! Nie chcę, żeby odpadła Ci łapa! — powiedział szczerze, a następnie złapał za fałdkę skóry kocura i zaczął go ciągnąć ku legowiskom uzdrowicieli.
Gdy udało mu się wciągnąć brata do środka, o mało nie wypluł płuc ze zmęczenia. Był tak wkurzony stanem rzeczy, że zaraz mógłby wybuchnąć. Miał dosyć harowania jak wół pod łapskiem Pomrok. Dość wymieniania mchu śmierdzącym uczniom (nie chodziło mu tu o jego wspaniale pachnących braci), zanoszenia jedzenia, wysługiwania się nim.
Gdy tylko podszedł Roztargniony Koperek, by zająć się Grubym, Chudy nie wytrzymał i krzyknął skrzekliwym głosem prosto w twarz kota;
— CHCĘ ZOSTAĆ UCZNIEM MEDYKA! Zrób go ze mnie byle szybko!
<Koperek?>
[597 słów]
[Przyznano 12%]
Wyleczeni: Gruba Łapa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz