BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

09 stycznia 2026

Od Brukselkowej Zadry

Noc ucieczki
Powoli i bardzo cicho podeszła do swojego syna od tyłu, delikatnie ocierając się futrem o jego bok.
— Gwiazdko, musimy iść... — szepnęła do szylkretki, po czym spojrzała na Sna. — Damy sobie radę — rzuciła krótko w jego stronę. Gdy liliowa się podnosiła, Brukselka wraz z nią ruszyła do wyjścia przez krzaki.
— Pogadamy, gdy już będziemy bezpieczni — mruknęła tylko do swojego syna.
Następnie, nie czekając, ruszyła u boku Gwiazdnicowego Blasku. Kotki zaczęły przemierzać las w kompletnej ciszy, pogrążone w ciemności. Brukselka przypomniała sobie moment, w którym sama musiała wyruszyć poza obóz, gdy każdy kot już spał. Wtedy jednak jej cel był inny – choć również związany z Klanem Gwiazdy. Pamiętała, jak przemierzała las po zmroku, w poszukiwaniu tej jednej wierzby, która miała zakwitnąć jako pierwsza. To właśnie tam spotkała Kosaćcową Łapę, Zabłąkaną Łapę i Głupią Łapę. Tam też usłyszała przepowiednię. Przepowiednię, która mówiła, że oni, jako wybrańcy, mają nawrócić Klan Wilka. Nawrócić – a nie uciekać.
Jej serce ścisnęło się na tę myśl. Czy właśnie nie zawodzili Klanu Gwiazdy? Czy nie robili czegoś wbrew jego woli? A jeśli Gwiezdni Przodkowie się na nich obrażą? Odetną się od nich? Czy na nowych terenach zdołają przetrwać bez wiary? Brukselka zakładała, że dotrą tam zmęczeni i głodni. Być może także poszarpani przez jakieś zwierzę – albo nawet koty z innych klanów. Zastanawiała się, czy w ogóle uda im się znaleźć miejsce na tyle bezpieczne, by mogli się tam spokojnie osiedlić. Czy naprawdę było warto ryzykować aż tak wiele?
Potrząsnęła głową. Nie mogła o tym myśleć – robiło jej się niedobrze. Gwiazdnicowy Blask musiała to zauważyć, bo od razu zwróciła głowę w stronę Brukselki z wyraźnym zmartwieniem na pysku.
— Mamo? Wszystko dobrze? — zapytała przejęta, podchodząc bliżej starszej kotki i ocierając się pyskiem o jej policzek.
Żółtooka wbiła spojrzenie w ziemię pod własnymi łapami, zastanawiając się, czy powinna podzielić się swoimi podejrzeniami z córką. Nie chciała jednak obarczać jej wątpliwościami. Zależało jej, by Gwiazdnica jak najszybciej odnalazła się na nowych terenach, w nowym otoczeniu. Nie chciała, by jej córka niepotrzebnie się stresowała.
— Nie masz się o co martwić, naprawdę. Po prostu… nie wiem jeszcze, jak odnajdziemy się w nowym miejscu. Wiem jednak, że bez względu na wszystko poradzimy sobie z przeszkodami, które napotkamy — odparła, choć w jej głosie nie było zbyt wiele pewności. Posłała jednak córce słaby uśmiech, jakby chciała dodać jej otuchy.
Szylkretka nie wyglądała na przekonaną odpowiedzią Brukselki, lecz milczała, wciąż wpatrując się w nią tym samym, zaniepokojonym wzrokiem.
— Chodźmy szybciej. Nie chcę, żeby reszta musiała na nas czekać — poleciła Brukselka, nieco przyspieszając kroku.
Wkrótce kotki dotarły do miejsca, w którym zebrała się już reszta uciekinierów. Liliowa nie zamierzała pchać się między nich ani zadawać pytań. Wolała, by sami wszystko uzgodnili. Może tak będzie lepiej… a może jednak powinna wziąć w tym udział? W końcu powinna być tą “najbliżej Klanu Gwiazdy” – to ona otrzymała przepowiednię.
I podczas gdy koty zaczęły dyskutować na temat tego, jaką trasę obrać, Brukselka, która cały czas siedziała trochę oddalona od grupy, biła się z własnymi myślami. Do jej uszu nie docierały słowa Amorphiny, Jarzębinowego Żaru ani nawet Kosaćcowej Grzywy, którego irytujący głos potrafiła usłyszeć nawet z kilku długości drzew. Przez całą drogę tutaj była jakaś nieobecna; na zewnątrz próbowała zachowywać spokój i powagę, ale w środku czuła tak mało, a jednocześnie tak wiele. Miała wrażenie, jakby coś ściskało jej serce, jej żołądek i wszystkie inne wnętrzności. Czy na pewno powinna uciekać?
Gdzieś z tyłu głowy przebijały jej się głosy, ale nie tych kotów, z którymi przebywała, lecz tych, których zostawiła w Klanie Wilka. Słyszała słowa wypowiadane przez Roztargnionego Koperka, przez Wrotyczową Szramę i wreszcie… Kwitnący Kalafior.
Jak mogła być tak okrutną córką? Jak mogła potraktować swoją własną matkę tak, jak Zaćmiony Horyzont potraktowała ją? Ruda kocica uciekła bez słowa; Brukselka niczym się od niej nie różniła. Nic nie powiedziała starszej. Nic. Wyruszyła bez słowa pożegnania, sytuację wyjaśniając tylko Wrotyczowej Szramie. Czy Kalafior będzie miała na tyle siły, by pytać po kotach, czy wiedzą, dlaczego Brukselka uciekła?
Liliowa przyłożyła łapę do swojego pyska, mając wrażenie, że zaczyna jej się kręcić w głowie z nerwów. Było jej chłodno, ale nie tak chłodno, jak każdy by przypuszczał. Czuła się, jakby była oblana zimnym potem. Cała skóra ją piekła.
— Mamo… jesteś pewna, że wszystko jest dobrze? — rozległ się cichy głos.
Brukselka szybko odłożyła łapę na ziemię, wlepiając wzrok w stojącą przed nią, w półmroku, Gwiazdkę. Wzięła głęboki wdech i obserwowała, jak młodsza podchodzi do niej, siada obok i wtula pysk w jej gęste futro.
— Stresuję się tą ucieczką, wiesz…? — szepnęła do niej.
Wojowniczka polizała szorstkim językiem czoło Gwiazdnicowego Blasku, próbując dodać jej otuchy. W końcu szylkretka się wyprostowała, spoglądając prosto w oczy swojej matki.
— A ty? Nie boisz się? — zapytała, na co Brukselkę przytkało. Zmrużyła delikatnie oczy i wypuściła powietrze z płuc.
— Boję… i to bardzo — przyznała krótko, po czym delikatnie, lecz z bólem, się uśmiechnęła. — Teraz czuję ciężar swojej decyzji i nie mogę uwierzyć, że zostawiłam w klanie swoich bliskich — wyjaśniła z trudem, czując, jak zaciska jej się gardło. — Mam wrażenie, że to, co robimy, nie jest zgodne z wolą Klanu Gwiazdy. Nasi przodkowie prosili nas, byśmy nawrócili Klan Wilka, a nie… z niego uciekali.
Gwiazdka wydała z siebie cichy pomruk i skinęła głową. Wtem obie kotki spojrzały na swoich towarzyszy podróży, którzy wciąż rozmawiali na temat trasy, którą powinni obrać. W ich oczach było widać niezdecydowanie i mieszankę wielu emocji; strach, irytację.
— W takim razie… wracajmy! Wracajmy wszyscy — odezwała się nagle półszeptem szylkretka, patrząc na matkę. Brukselka rozwarła szeroko oczy, a jej serce zabiło szybciej.
— Wracajmy? Nie, oni się nie zgodzą! Tak długo planowali tę ucieczkę… — mruknęła, podnosząc się z miejsca. Pokręciła głową. — Gwiazdko… ja zawrócę. Ty nie rób niczego wbrew swojej woli, dobrze? Zostań z bratem, zostań z grupą. Widzisz, już świta. Z nimi będziesz bezpieczniejsza. Jeśli Wilczaki zaczną mnie wypytywać, gdy wrócę, mogą zrobić mi krzywdę. Ale przynajmniej będę czuła, że… że nie jestem złą córką — mruknęła.
Pomarańczowooka ponownie spojrzała na zgromadzone kilka lisich ogonów dalej koty. W tym czasie Brukselka zdążyła zrobić kilka kroków w tył i ruszyć terenami Klanu Wilka w stronę obozu, starając się zgrabnie przemykać między pnami drzew, wykorzystując każdy krzew i inny zakamarek, w którym mogłaby się schować przed wzrokiem kogokolwiek z grupy. Nie chciała, by zadawali jej niepotrzebne pytania.
Aż nagle, w pewnym momencie, tuż obok niej zjawiła się Gwiazdnicowy Blask. Kotka wyglądała na zdeterminowaną – podjęła decyzję.
— Idę z tobą — oznajmiła poważnie, lecz zaraz potem delikatnie się uśmiechnęła. — Może to głupi wybór, może potem będę żałować, ale… teraz czuję, że to, co robię, jest właściwe.
Oczy Brukselki zaszły się łzami wzruszenia. Nieczęsto płakała, dla Gwiazdki musiał to być nietypowy widok.
— Jesteś pewna? Nie będziesz tęsknić za bratem? — zapytała.
W oczach kotki na moment pojawił się cień niepewności, lecz zaraz później szylkretka pokręciła głową.
— Tak czy siak będę tęsknić. Jeśli pójdę z nimi… będę tęsknić za tobą, za Wrotyczową Szramą i Kwitnącym Kalafiorem. Jeśli wrócę z tobą, a wrócę, to będę tęsknić za Mglistym Snem — stwierdziła. — Poza tym… może jeszcze uda nam się odnaleźć Horyzont. Przynajmniej taką mam nadzieję. I wtedy wszyscy… jakoś poradzimy sobie ze stratą Sna.
Brukselka otarła się pyskiem o policzek swojej córki. Przez moment stały nieruchomo, przytulając się do siebie; aż nagle Brukselka drgnęła i zaczęła znowu przedzierać się przez krzewy, nawigując w stronę azylu Klanu Wilka. Tym razem z córką u boku.
* * *
Gdy kotki dotarły już do wejścia do obozu, Brukselka nagle zamarła. Zakręciło jej się w głowie, oddech momentalnie jej przyspieszył, a przed oczami zrobiło się czarno. Nie wiedziała, czy to ze zmęczenia, czy ze stresu jej organizm zaczął szwankować.
Gwiazdnica również się zatrzymała, a jej krótki ogon podrygiwał nerwowo.
— Coś się stało? Źle się czujesz? — zapytała szeptem, jakby bała się, że głośniejszy dźwięk mógłby obudzić pobratymców śpiących teraz w swoich legowiskach.
Brukselka tylko pokręciła głową, powtarzając kilkakrotnie:
— Jest dobrze… wszystko jest dobrze — wysapała, gdy jej wizja nieco się rozjaśniła. Zacisnęła zęby i ruszyła przed siebie, a gdy kroczyła po obozowej polanie, jej serce biło tak mocno, że przez chwilę bała się, iż wszystkie śpiące koty mogłyby je usłyszeć.
Przełknęła ślinę i wraz z córką ostrożnie przemknęła między wojownikami zwiniętymi w ciasne kłębki. Równie delikatnie ułożyła się na swoim posłaniu, które, odkąd się obudziła, zdążyło już nasiąknąć chłodem nocy. Gwiazdnicowy Blask położyła się niedaleko; jeszcze nim zmrużyły ślepia, złapały ze sobą kontakt wzrokowy. W milczeniu przekazały sobie wiadomość, brzmiącą mniej więcej tak: “Wszystko będzie dobrze”, po czym odwróciły się od siebie, próbując udawać, jakoby tej nocy nie opuściły obozu.
Brukselce nie udało się jednak zasnąć aż do wschodu słońca.
* * *
Teraźniejszość
Od ucieczki minęło już kilka dni, a właściwie w tym momencie nawet kilka księżyców. Brukselka nie doświadczała zbyt często napaści ze strony kultystów, choć wciąż panicznie się bała, że każdy po kryjomu tylko knuje, jak się jej pozbyć, jak wyciągnąć z niej jakieś informacje. Bała się, że któregoś dnia zamkną ją w kozim rogu i każą zeznawać przeciwko jej przyjaciołom. A jeszcze bardziej przerażała ją myśl, że mogliby zrobić to samo Gwiazdnicy lub Wrotyczowej Szramie.
Takie życie nie było łatwe, choć liliowa starała się robić wszystko, by tylko nie podpaść nikomu o wyższej randze. W tym momencie najbardziej nią obrzydzona wydawała się Zalotna Krasopani, lecz starsza wojowniczka nie miała nad Brukselką żadnej władzy. Nie mogła jej absolutnie nic zrobić – nie była zastępcą, nie była przywódcą ani nawet mistrzem. Co za pech!
Liliowa kręciła się po obozowej polanie, dopóki nie zauważyła, jak dwie kotki – Pomrok i Słota – rzucają niewielką, lecz świeżą nornicę na stos. Wtedy pomyślała, że mogłaby odwiedzić swoją matkę. Kalafior na pewno będzie wdzięczna za ten wciąż ciepły posiłek. Sama nornica była też dosyć tłusta; Brukselce ślinka ciekła na sam jej widok.
Podeszła powoli do stosu, przywitała się z wojowniczkami skinieniem głowy i delikatnie chwyciła zwierzynę w zęby. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, ruszyła w stronę legowiska starszyzny, gdzie przebywała białofutra.
— Hej, mamo — przywitała się, kładąc nornicę przed jej łapami. Sama usiadła tuż obok niebieskookiej, jakby próbowała choć trochę ogrzać ją swoim gęstym futrem. — Przyniosłam ci coś do jedzenia. Wiem, że ostatnio nie masz apetytu, ale musisz chociaż spróbować… — westchnęła, wbijając posępne spojrzenie we własne łapy.
Kalafior uśmiechnęła się słabo i przysunęła do siebie nornicę. Przyglądała się jej przez dłuższą chwilę, jakby z wahaniem, lecz zaraz potem pochyliła się nad nią i zaczęła jeść. Po pierwszym gryzie podniosła głowę; w jej oczach coś się zmieniło. Na moment zamarła, lecz gdy Brukselka miała już zapytać, czy wszystko jest w porządku, starsza zaczęła łapczywie urywać z piszczki kolejne kawałki.
Brukselkowa Zadra mogłaby przysiąc, że odkąd Kalafior zachorowała, nigdy nie widziała jej jedzącej w taki sposób.
— Widzę, że ci smakuje — zażartowała, nerwowo się szczerząc. Czy było coś nie tak? A może Kalafior wreszcie wracała do zdrowia?
Starsza podniosła swoje niebieskie oczy na Brukselkę i przez moment wpatrywała się w nią, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół jej pyska.
— To najsmaczniejsza nornica, jaką kiedykolwiek jadłam. Dziękuję, Brukselko — mruknęła spokojnie. — Chyba musisz już iść, co? — dodała, a jej głos lekko zadrżał.
Gdy żółtooka nie drgnęła, Kalafior machnęła łapą w jej stronę.
— Upoluj coś dla swojej córki, dla Wrotyczowej Szramy. Ucieszą się. — Jej głos był ponaglający, nieco niespokojny.
Liliowej w końcu udało się ruszyć z miejsca. Zrobiła kilka kroków w stronę wyjścia z legowiska starszyzny i jeszcze raz obejrzała się na matkę. Nie rozumiała, co się działo – ale jeśli Kalafior nie chciała, by Brukselka była tu z nią, nie zamierzała się narzucać. Może potrzebowała chwili odpoczynku, by przetrawić zjedzoną zwierzynę. Jej ciało zapewne nie było przyzwyczajone do przyjmowania takiej ilości pokarmu w tak krótkim czasie.
* * *
Nie minęło zbyt wiele czasu, a Brukselka została wezwana do legowiska starszyzny. Inne koty wyjaśniły jej, że Kwitnący Kalafior wykazywała szereg dziwnych objawów, aż w końcu zapadła w stan snopodobny, z którego nie dało się jej wybudzić. Wciąż jednak oddychała, była… ciepła. Żyła. Czyżby zapadła w śpiączkę? Ale z jakiego powodu? Czy wreszcie dogoniła ją choroba?
Liliowa wtargnęła do środka z zaciśniętym gardłem i światem wokół, który zdawał się kręcić i rozmazywać. Wiedziała, że jej matka w końcu doczeka się swojego końca; nie sądziła jednak, że stanie się to dziś. Teraz. Nawet nie zdążyła się z nią pożegnać. Nie powiedziała jej, jak bardzo ją kocha, jak bardzo jest jej wdzięczna za wszystkie wspólnie spędzone księżyce.
Od razu przypadła do ciała starszej, kładąc przednie łapy na jej boku i zanurzając nos w miękkim futrze, pachnącym tak znajomo. Gdy wciągnęła tę woń do płuc, poczuła się odrobinę lżej. Przypomniała sobie wszystkie piękne chwile spędzone u boku matki. Przez moment jej pysk rozjaśnił się subtelnym uśmiechem, pełnym bólu – lecz zaraz potem wykrzywił się w zmartwieniu.
Obok niej stało Roztargniony Koperek. Po chwili Brukselka zwróciła się właśnie w jeno stronę.
— Wyjdzie z tego… prawda? — szepnęła, lecz liliowe nie odpowiedziało.
To tylko jeszcze bardziej zestresowało Brukselkę, która potrzebowała jedynie zapewnienia, że wszystko będzie dobrze.
A może nie będzie? Co, jeśli tym razem Kalafior naprawdę umrze? Co, jeśli się nie wykaraska? Jak Brukselka poradzi sobie ze stratą najważniejszej osoby w swoim życiu?
W tym wszystkim jej serce ściskała jeszcze jedna myśl – Kwitnący Kalafior umierała w miejscu, które nigdy nie było jej domem. Brukselka wiedziała, jak bardzo starsza tęskniła za życiem samotniczki. Wiedziała, jak bardzo pragnęła uwolnić się od Klanu Wilka, jak bardzo chciała wrócić do dawnego życia. Nie była jednak w stanie. Gdy jej zdrowie zaczęło się pogarszać, utknęła tutaj. Utknęła wśród kotów, których nigdy nie chciała nazywać pobratymcami.
Wojowniczka ponownie położyła łepek na grzbiecie matki, wtulając się w nią coraz mocniej.
— Wszystko będzie dobrze, mamo… — szepnęła, a jej głos drżał. — Jeszcze nie nadszedł twój czas. Jeszcze nie wróciłaś do miejsca, w którym naprawdę chciałaś być…
Mówiła tak cicho, że każdy kot wokół mógłby pomyśleć, iż Brukselce odbiło i że mamrocze pod nosem niezrozumiałe słowa.
Prawda była jednak taka, że nawet ona sama sobie nie wierzyła. W głębi serca czuła, że Kalafior dostała już od losu bardzo dużo czasu. Jej stan był słaby od dawna; można by wręcz nazwać cudem to, że przeżyła tak długo. Musiała być silną kotką. Mimo tylu przeszkód nie poddała się nawet wtedy, gdy jej własne ciało zwróciło się przeciwko niej.
Brukselka nie wiedziała, ile czasu minęło. Może kilka uderzeń serca, może kilka godzin, a może nawet cały dzień. Nie zauważyła chwili, w której klatka piersiowa Kalafior przestała się unosić i opadać. Nie dostrzegła też momentu, gdy ciało jej matki zaczęło powoli stygnąć.
— Brukselko, musimy ją wynieść na środek obozu — odezwał się czyjś głos.
Wojowniczka była rozkojarzona. Podniosła głowę, a jej nieobecne spojrzenie prześlizgnęło się po całym legowisku i zgromadzonych wokół kotach. Niektóre były tu, bo naprawdę martwiły się o Kalafior. Inne przyszły z czystej ciekawości. Brukselka obnażyła kły, a jej ogon kilka razy uderzył o ziemię.
— Nie! — odparła, a w jej oczach znów pojawiły się łzy. — Dlaczego chcecie to robić? Przecież Kalafior należy do starszyzny! Jej miejsce jest w tym legowisku! — uparła się, jeżąc futro na karku.
— Kwitnący Kalafior nie należy już do starszyzny. Przodkowie przyjęli ją w swoje szeregi.
Do uszu Brukselki dotarł głos Zalotnej Krasopani, stojącej w wyjściu z legowiska. Jak ona śmiała tak mówić? Dlaczego w ogóle tu była? To nie była jej sprawa!
— Odczep się ode mnie! — fuknęła w stronę szylkretki, zaciskając łapę na sztywnym ciele starszej. — Zajmij się swoimi obowiązkami i zostaw mnie w spokoju! — dodała, kładąc uszy po sobie.
Nie mogła jednak opierać się innym kotom zbyt długo. W końcu siłą została odciągnięta od ciała Kwitnącego Kalafiora, które następnie wyniesiono na środek obozowej polany, by inne koty mogły je zobaczyć i pożegnać się z białofutrą.
Brukselka została jednak w legowisku starszyzny. Dokładnie tam, dokąd odciągnęli ją wojownicy. Wpatrywała się tępo w puste posłanie swojej matki, wciąż nie dowierzając temu, co właśnie się wydarzyło. To wszystko było nieprawdą. Wszyscy ją okłamywali. Kalafior wcale nie umarła – przecież jeszcze przed chwilą była taka pełna życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz