BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

29 października 2026

Od Wrotyczu CD. Mordor


Wrotycz patrzyła na kotkę, nie do końca rozumiejąc jej zachowania. Trybiki pracowały w jej głowie, próbując zrozumieć, dlaczego zwiadowczyni jest na nią taka zła i… zniechęcona? Dobrze wiedziała, że odstawała, ale czy aż tak by zasłużyć na taką niechęć? Zadrżała mimowolnie. Nie chciała mieć wrogów. Bała się samej myśli, że ktoś może życzyć jej źle… bo przecież od myśli do czynów nie było aż tak daleko?
— Przepraszam… — miauknęła cicho.
Lęk przed nienawiścią kotki, jak i jej licznej rodziny, sprawiał, że nie zamierzała się jej dalej narażać. Musiała załagodzić tę sytuację, zanim będzie za późno.
Odeszła z ciągnącym się po ziemi ogonem, wzrokiem błądząc raczej po ściółce. Nie wiedziała zbyt wiele o Mordor. Była nieznanym jej kotem co żył w tym samym obozowisku co ona. Poinsecja kazała jej nie zadawać z innymi - nie spoufalać z tymi pełnymi zła kotami. Lecz Wrotycz, w przerażeniu do czego może posunąć zwiadowczyni w swej niechęci do niej, musiała jakoś zapobiec narastaniu w niej wrogości do niej.
Nie zauważyła nawet, gdy przed nią znalazła się sylwetka matki kotki. Od razu spochmurniała. Nie spełniła rozkazu starszej od niej zwiadowczyni. Teraz dopiero mogły zacząć się jej kłopoty. Zacisnęła ślepia w oczekiwaniu na karę od srebrnej, lecz zamiast tego poczuła delikatne muśnięcie ogonem o swój grzbiet.
— Nie przejmuj się Mordor, ona… ma dość ciężki charakter.
Wrotycz niepewnie otworzyła ślepia i zerknęła na kotkę. Nie była zła?
— Ale przy bliższym poznaniu okazuje się fascynującym kotem. Naprawdę.
Wrotycz siedziała nieco sztywno, słuchając, jak kotka dalej opowiada jej o swojej córce. Nie wiedziała, do czego dążyła ta interakcja, oraz jakie motywy miała zwiadowczyni. By nie zaszkodzić sobie bardziej po niedopełnieniu rozkazu kotki, po prostu tam siedziała.
— To co, Wrotycz? — Wyrwana z lekkiego zamyślenia spojrzała niepewnie na starszą. — Może spróbujesz zaprzyjaźnić się z Mordor? Obie jesteście takie samotne, a nie ma nic gorszego niż samotność.
Uczennica ze zdziwionym spojrzeniem analizowała słowa zwiadowczyni. Nie brzmiało to jak rozkaz, lecz we Wrotycz było poczucie, że musi wynagrodzić Rohan wcześniejszy zawód, może teraz i uniknęła kary, lecz nie chciała ryzykować. Zawsze było lepiej nie ryzykować.
— Postaram się — miauknęła cicho.
Widząc na pysku zwiadowczyni lekki uśmiech, poczuła, że wybrała prawidłową opcję.
Teraz musiała jedynie martwić realizacją tej misji.

* * *

Może nie było widać tego po Wrotycz, lecz kotka nie posiadała zbyt rozległej wiedzy o przyjaźni i jak to dokładnie działało. Znała oczywiście ten termin, jednakże wychowana w “specyficznej” społeczności nie miała zbyt wielu okazji obserwować tego zjawiska. Dopiero życie w Owocowym Lesie sprawiło, że mogła zacząć badać ten termin. Teraz los wymagał od niej podjęcia tego typu aktywności. Spoglądała na bawiące się ze sobą kocięta, myśląc jakie dalsze kroki będą odpowiednie.
Obserwowała też dużo Mordor. Jej rutynę dnia. Posiłki. Jak układa się futro na jej ogonie. Zdarzało się jej podążać za kotką, póki nie została pogoniona przez niezbyt przyjazne słowa.
Musiała podjąć inne kroki, jeśli nie chciała skazać się na gniew Rohan. Koty podarowały sobie prezenty. Widziała to kątem oka nie raz. Były to różne przedmioty, lecz każdy miał w sobie to coś. Coś, co sprawiało, że był wyjątkowy.
Wrotycz muskała poduszkami łap gładki ciemny kamień. Był w niej pewien lęk przed kolejnym odrzuceniem. Tym razem większy niż kiedykolwiek. Długo szukała przedmiotu, który posiadałby w sobie to “coś”. Coś, co mogło sprawić, że i Mordor doceniła ten przedmiot.
Wstała i rozpoczęła poszukiwanie charakterystycznego futra kotki. Nie było to łatwe. Nie przybywała w miejscach, gdzie większość kotów spędzała czas w obozowisku. Nieco zrezygnowana po dłuższym czasie wypatrywania zwiadowczyni zerknęła na drzewo z legowiska mi zwiadowców. Może włożenie podarunku tam będzie lepsze? Nie ryzykowała bezpośrednią interakcją z kotką. Z bezpośrednim możliwym odrzuceniem. Zaczęła zmierzać ku celowi.
Moment, w którym stanęła pysk w pysk z Mordor, sprawił, że wstrzymała oddech. Plan rozpadł się na strzępy. Nie była przygotowana na to teraz.
— Znowu ty. — Usłyszała pomruk kotki.
Wrotycz w panice szukała w głowie jakiegoś schematu odpowiedniego na to. Im dłużej to robiła, tym bardziej czuła, że nie wiedziała co robić. Musiała odważyć się, chociaż na jeden ruch.
— Dla ciebie. — Coś pomiędzy piskiem a szeptem wydobyło się z niej.
Gładki kamień wylądował pomiędzy łapami Mordor.


<Mordor?>
[671 słów]

Od Kaczorka

Przed usłyszeniem plotki o swoim pochodzeniu.
_________

Chmury mnożyły się i troiły, a nawet zamieniały się powoli w te ciężkie, czarne, gotowe na deszcz. Natomiast grzmotów nie można było jeszcze usłyszeć, chociaż zapewne była to tylko kwestia czasu, aż nadejdą. Najgorsze było to, iż to nie niebo tego dnia zasnuwały te elementy pogody, a przytłaczały one głowę Kaczorka. Dosłownie porównanie można odebrać jako zbieranie się do płaczu kociaka, które następowało w stopniowych oraz równomiernych fazach coraz bliżej bezpiecznej granicy. Jego oczy były już świecące… już zaszklone… jego mordka już drżała w napięciu… wtem do żłobka wróciła jego rodzicielka, niosąc obiecany przed wyjściem posiłek w pyszczku. Jego rodzeństwo śmiało się gdzieś w oddali, ale ona zauważyła go jako pierwszego. Zastanawiał się, czy doceniać to, czy nie.
Zacznijmy jednak od wytłumaczenia kontekstu przedstawionej sytuacji. Dlaczego maluch siedział sam, w ciemności jamy, praktycznie roniąc łzy? Otóż wszystko było w należytym porządku jeszcze niedawno. Postać rzeczy zmieniła się wraz ze zbyt długim przebywaniem samemu ze sobą. Preferował własne towarzystwo nad każdym innym, przynajmniej zazwyczaj, ale dziś wyjątkowo dotknął go stres, jaki odczuwał od czasu do czasu z powodu swoich słabych umiejętności socjalizowania. Nie chciał tam siedzieć bezczynnie; czuł potrzebę jakiegoś ruchu. A nadal tkwił przy rozklejaniu się, bo emocje były zbyt wielkie do zniesienia dla jego malutkiego ciałka. Chciał pomocy, o które nie potrafił poprosić i tak miało miejsce błędne koło.
Nie wiedział, kiedy przyszła. Jej obecność przypominała obecność niematerialnych istot - ducha, może zjawy. Początek jej towarzystwa obok był nie do określenia. Taką właśnie była jego mama; Morświnowa Płetwa miała w sobie tę czułość i nieśmiałe usposobienie, pozwalające na zaskakiwanie. Niemniej uśmiechem rozjaśniała całą przestrzeń, w której się znalazła. A kiedy nie szczerzyła zębów, oferowała bijące od siebie ciepło matczynej miłości. Kocurek nie mógł powstrzymać się od wtulenia w bok wojowniczki, siadającej zaraz obok. Już usadzona, schyliła się, aby móc rozmawiać z nim na poziomie. To doskonale ilustruje empatyczność, z jaką się obchodzi.
— Co cię trapi? — zapytała ciepło, głos może o oktawę za piskliwy dla uszu młodziaka. Zostało to po prostu wybaczone od razu, ze względu na potrzebę odezwania się na bardziej istotny temat.
— Nikt mnie tu nie lubi… — załkał, wbrew chęci zduszenia tego okropnego odgłosu. Łzy zaczęły powoli znajdować drogę w dół po jego policzkach. Zatrzymywały się na jego brodzie, następnie skapywały na gniazdo i znikały pod spodem gałęzi połączonych razem z mchem. Niby nie pozostawiały wiele śladu oraz nie były wielce ważne, aczkolwiek on dalej odczuwał ich skutki.
Na szczęście, miał obok rodzicielkę. Przyłożyła ona swój nosek do jego zmoczonego boku głowy, nie zważając na mokre ślady. — Ja cię lubię! — mruknęła pogodnie, prosto w jego futerko. Kaczorek jednak zapłakał tylko ponownie, nie odczuwając żadnej ulgi. Czuł wręcz wstyd za to, iż mama powtarza mu takie słowa.
— Nie płaczemy… — Przycisnęła się do niego mocniej. Owinęła go swoim ciałem, wykorzystując dobrze stary znany sposób na zaradzenie smutkowi. Mam przez to na myśli, że poderwała go z ziemi i zaczęła kręcić się z nim łagodnie, żeby wywołać chichot. On zawsze nadchodził w takiej zabawie. Tutaj także nadszedł. Po osiągnięciu sukcesu złożyła go z powrotem w legowisku. Spojrzawszy mu głęboko w oczy, dopiero zaczęła mówić: — Ja też nie jestem duszą towarzystwa lubianą przez każdego. Mamy wady. Trzeba znaleźć sposób na rozładowanie złych uczuć i ruszyć naprzód — wytłumaczyła. Wówczas odchyliła się od niego w celu rozejrzenia się po żłobku, widocznie czegoś szukając.
Kociak w konsternacji przyglądał się zabieganym oczom, dokąd zlokalizowała potrzebny przedmiot. Zdziwił się niemiłosiernie, bowiem okazał się nim wyjęty z utkanego posłania patyk. Wygramolił się z niego, coby podążyć za wędrującą kawałek dalej łaciatą. Zatrzymała się na kawałku większego odstępu między miejscami do snu. Wtedy ponownie skłoniła głowę, tym razem, aby zacząć ryć elementem trzymanym w pysku w ziemi. Minuta za minutą mijały, aż finalnie pokazała dzieło, nad którym pracowała w milczeniu, pod uważnym wzrokiem syna. Okazało się to być piękną myszką wyrytą w gruncie. Ponadto rzeczywiście przypominała myszkę, nie tylko starała się nią nieudolnie imitować!
— Jeju… ty potrafisz rysować! — wyraził zdumienie rudawy. Spotkał się z reakcją tego dużego uśmiechu.
— To jest mój sposób na relaks. Długo nad tym pracowałam. — wyjaśniła, pół-szeptem, niby tajemnica. W rzeczywistości chciała udobruchać malca jakimś przesunięciem uwagi. Skończyła motywując go i robiąc coś, co nie zdarzyło jej się od dawna. Sama spojrzała na pracę z sentymentem przebijającym się na zewnątrz, prosto spomiędzy chroniących go żeber. — Przynajmniej dawniej nim był. 
Młody pręgusek zabrał się do rysowania samodzielnie. Poprosił o narzędzie mamy i zaczął dorabiać zwierzakowi scenerię. Nie był dobrym twórcom artystycznym, ale wystarczyła mu zabawa z tworzenia. Kiedyś odnajdzie w czymś szczęście, natomiast na dzisiaj miał mamę oraz rodzeństwo, które dołączyło do zabawy za moment.
Śmiechy i chichy nie miały końca! W takim czasie rozumiał ciągłe wspominanie matki o Klanie, miłości do niego, oddaniu… taka społeczność była warta nawet śmierci, jeśli dzięki temu inni mogliby przeżyć podobne opowieści w rodzinnym gronie pobratymców. Samotność musi być czymś strasznym. Cieszył się, iż nigdy nie musi jej doświadczać, gdyż miał tutejsze koty.

Od Borowika CD. Psianki


Zauważyłem, że tego wieczoru Psianka położyła się wcześniej, niż zwykle - by być gotową przed naszą wielką wyprawą. Ja zasnąłem mniej więcej w tym samym czasie co kotka - z tą różnicą, że ja o tej porze zasypiam codziennie. Na co mam do późna siedzieć?

***

Rano obudził mnie naglący szept.
— Borowiku! — usłyszałem głos Psianki, trącającej mnie pyskiem. — Poranny patrol wychodzi! — ostrzegła mnie, po czym, przemykając między posłaniami, dotarła do miejsca, gdzie gałęzie spoza obozu stykały się z gałęziami naszego legowiska. Odwróciła się, aby sprawdzić, czy podążam za nią.
Leżałem chwilę w bezruchu, dryfując gdzieś między jawą a snem, wpatrując się w nią zmrużonymi oczkami… aż nagle dotarł do mnie sens jej słów. Stanąłem na równe nogi, zdezorientowany. Zjeżyło mi się futerko. Ugh…
— A... Racja... Tajny plan… hmmm… — mruknąłem, otrzepując się.
Podążyłem za nią, wlokąc ciężkimi łapkami po ziemi i zerkając smętnie w stronę mojego jeszcze ciepłego legowiska.

***

— Uh. A zrobimy tam przerwę na spanie? Bo ja to bym pospał jeszcze...
Wskoczyła na niższą gałąź, przemieszczając się zgrabnie z jednej na drugą, trzymając się w bezpiecznej odległości od potencjalnego miejsca pobytu patrolu.
— Jeśli nam się uda w miarę szybko przekroczyć granicę z Klanem Burzy, to zrobimy krótką przerwę — odparła, nie obracając się do mnie, skupiona na zadaniu. Jeśli wydamy podejrzany dźwięk, to koty z naszej społeczności mogą nas zauważyć, a tłumaczenie się z naszego wymknięcia może być dla nas obojga niekorzystne.

***

Podążałem za Psianką, zwinnie przeskakując z drzewa na drzewo, niemal bezszelestnie. Księżyce treningu się opłaciły.
Dotarliśmy w końcu do miejsca, gdzie kończyło się pasmo drzew - przy rzece. Za nią rozciągał się fioletowy pas wrzosów i droga grzmotu - faktyczna granica naszego terytorium.
— Hm. Ładnie, ładnie. Muszę tu wrócić — mruknąłem, już układając plan mojej samotnej, następnej wyprawy… Może nawet w towarzystwie Świergotka? — Znaczy, że... uh. Ty... umiesz pływać? — spytałem, marszcząc brwi i zerkając z nieufnością w stronę wodnej tafli.
— Szczerze? Tak średnio. Ale ponoć jest w tym miejscu dość płytko — mruknęła, z wyraźnie podobnym stosunkiem do tej przeprawy co ja. Nie lubiła pływać, to wiem, a bycie mokrym w porę nagich liści groziło poważną chorobą... Ale jeśli szybko zdołamy się ogrzać, nie powinno być większego problemu…
— Jeśli nie chcesz ze mną iść, to… to ostatnia chwila, aby się wycofać. — Odwróciła się do mnie z powagą.
— Hmm... — mruknąłem i kiwnąłem głową na znak, że rozumiałem powagę sytuacji. To znaczy, nie, żebym rozumiał w stu procentach, w stu procentach za to starałem się zrozumieć i ufałem ocenie Psianki.
Zeskoczyłem z drzewa w ślad za kotką i razem weszliśmy do rzeki. Faktycznie, woda w tym miejscu była płytka, aczkolwiek odruchowo skrzywiłem się, gdy znalazłem się niemal po barki w chłodnej, ciemnej cieczy. Bezpiecznie dotarliśmy na drugą stronę, na Wrzosową Polanę. Fioletowe kwiatki z łatwością przylepiały się do mokrego futerka.
— Dziwne, dziwne... — rozejrzałem się dookoła ze zmarszczonymi brwiami. — Nigdy nie byłem tutaj. Mimo że ja to już zwiadowcą jestem długo... Ale no, z reguły chodzę w te same miejsca. Hm. Ale… ty to wiesz jak iść, co nie...? Bo ja to nie, nie.
— W teorii… rozrysowałam kiedyś z Rohan mapę terytorium. Jeśli dobrze pamiętam, to gdy zobaczymy upadłą gwiazdę drugi raz, oznaczać to będzie, że idziemy w dobrą stronę — mruknęła, gdy już przedarliśmy się na drugi brzeg rzeki. Otrzepała się z wody, po czym energicznymi ruchami języka próbowała wysuszyć futro. Ja pozostałem przy strząśnięciu wody. I tak przy tej temperaturze nie pomogłoby to za bardzo… Wciąż było nam strasznie zimno, ale przynajmniej nie było śniegu na ziemi. Ruszyliśmy przed siebie, a pyszczek Psianki przepełniony był powagą i lekkim niepokojem. Musieliśmy się skupić na drodze, inaczej się zgubimy i nie będzie dobrze… Nie chcielibyśmy się zgubić, oj nie…
— Borowiku, jak ci idzie na… drodze miłosnej? — zapytała z uśmiechem na pysku, starając się jakoś zacząć rozmowę.
Przechyliłem lekko głowę na bok, ostrożnie stawiając kroki między niskimi roślinami.
— Uh. Na drodze... jakiej? — spytałem, próbując zrozumieć sens użycia tego konkretnego słowa w tym konkretnym kontekście. — Ah. W sensie... no wiesz, to tak, jakby się szło po drodze dość... wyboistej, w dodatku po ciemku i... i po wytarzaniu się w mule, przez co nie czuć też niczego nosem, ale... hm. No, w sumie nie ma "ale". Dokładnie tak jest i tyle — mruknąłem, marszcząc brwi, zerkając na kotkę kątem oka - widziałem, że słuchała mnie uważnie. — Mimo to... myślę, że będzie dobrze. Potrzeba tylko... czasu. Zawsze potrzeba czasu i co by drugi kot nie poddał się pierwszy. Wiesz, Psianko? Tak sobie myślę... mhm...
Wtem naszym oczom ukazała się druga część upadłej gwiazdy, tuż za drogą grzmotu, do której się zbliżaliśmy.
— Rozumiem cię Borowiku, taka droga często bywa kręta i wyboista, często też jest ciężka do przejścia. Jednak gdy znajdziesz jej koniec, może okazać się, że warto było się trudzić — uśmiechnęła się do mnie, spoglądając jednocześnie na drogę. — Przyznam ci, że kiedyś myślałam, że moja droga prowadziła do ciebie.
Oh.
— Po krótkim czasie uświadomiłam sobie, że to mózg płata mi figle, Wszechmatka nie pisała nam życia razem, Gończyk mi o tym powiedział. — Przycupnęła przed drogą grzmotu, uważając czy nie jedzie żaden potwór. Usadowiłem się na ziemi tuż przy niej, próbując jednocześnie przetrawić jej wyznanie. Kiedy ryk bestii rozległ się z naszej lewej strony, odskoczyła do tyłu i spojrzała na mnie. — Jak powiem trzy, to biegnij, ile sił w łapach! — krzyknęła, aby przekrzyczeć ryk potwora. — Raz, dwa, TRZY! — rzuciła się na drugą stronę drogi, przebiegając ją najszybciej, jak potrafiła.
Nieco się zagapiłem, ale szybko udało mi się dogonić Psiankę, tym samym bezpiecznie przekraczając Drogę Grzmotu. Zobaczyłem, jak wzdryga się i próbuje złapać oddech. Potrzebowaliśmy chwilki, by nieco się uspokoić. Potem - ruszyliśmy dalej.
— Oh. To... to ciekawe, co mówisz... hm... Uh. - rozejrzałem się niepewnie na boki, wracając do tematu. — No... no, dobra... Ale... jak już poznasz tego, kogo wyznaczyła ci Wszechmatka, to na pewno będzie ktoś... hm, akceptowalny, chyba... Ale jakbyś... wiesz, potrzebowała kiedyś, to ja mogę zawsze temu komuś wyjaśnić parę rzeczy, w razie, gdyby... coś nie tego...
Byliśmy coraz bliżej granicy z klanem wilka, mogłem już niemal wyczuć, jak dwa obce zapachy mieszają się ze sobą.
— Dziękuję ci Borowiku, naprawdę to doceniam — odparła z uśmiechem. — Teraz musimy iść na granicę z Klanem Wilka, myślisz że złapie nas ich patrol? Chociaż… może lepiej nie… — odrzuciła od siebie tą myśl. Dokładnie zacierała nasze ślady i wybierała drogę, która wyglądała na nieuczęszczaną. Oprócz tego śnieg maskował lekko nasze zapachy. Minęliśmy więc upadłego potwora i zmierzaliśmy w stronę iglastego lasu. Jedyne, co mogłem zrobić, to za nią podążać i w razie zagrożenia wykorzystać moje zwiadowcze umiejętności.
Bezpiecznie przekroczyliśmy pierwszą, jak i drugą granicę, przemierzając iglasty las, niczym cienie skacząc po gałęziach. Nawet gdyby ktoś wyczuł nasz zapach, nie byłby w stanie zlokalizować jego źródła z takiej wysokości. Bez większych przeszkód po drodze, zbliżaliśmy do ostatnich dwóch przeszkód na naszej trasie - rzeki i drogi grzmotu tuż za nią.

***

— Ojoj... — mruknąłem, patrząc w niebo. — Późno się zrobiło. O jakiej porze właściwie zamierzamy... wrócić...? I... uh... chwila... Rozejrzałem się niepewnie, gdy stanęliśmy na granicy linii drzew. Nigdzie nie było widać rzeki.
Psianka również stanęła obok mnie. Tak się zagadaliśmy, że nie zauważyliśmy aż do tego momentu, że mogliśmy po drodze zboczyć z kursu…
— Oh… — rozejrzała się dookoła, po czym zaczęła wspinać się wyżej po gałęziach. Zdaje się, że ostrzegła coś w oddali, ale wnioskując po wyrazie jej pyska, nie była w stanie zidentyfikować czy to to, czego szukamy.
— Chodź Borowiku! Coś znalazłam!
Tak, to była rzeka. Dostrzegłem ją wyraźnie, ale musieliśmy się nieco cofnąć, by to się stało. Nie zgubiliśmy się aż tak, jedynie nieco rozjechaliśmy się z obranym kierunkiem. Błąd prosty do naprawienia.

***

— Hm. Trochę taka... szeroka ta rzeka — mruknąłem, szacując nasze szanse na przetrwanie tej przeprawy, biorąc pod uwagę moje umiejętności pływackie. — No dobra... — zanurzyłem ostrożnie jedną łapę w wodzie i poczułem, jak prąd wody ciągnie mnie w przeciwną stronę. Tak mnie to zaskoczyło, że straciłem równowagę i wleciałem do rzeki. Po kilku uderzeniach ptasich skrzydeł, podczas których zdążyłem odtworzyć w pamięci najważniejsze wspomnienia mojego życia i pożegnać się ze światem, bliskimi i moim już pewnie zimnym legowiskiem, znalazłem się bezpiecznie po drugiej stronie.
— Choć, Psianko. Albo... albo lepiej… płyń — powiedziałem, trzęsąc się z zimna, próbując wysuszyć moje biedne futerko, zamoczone po raz drugi tego dnia i zapewne nie ostatni…
Psianka przekroczyła wodną toń z wyraźnie większą gracją (a przynajmniej bez wyraźniej konieczności żegnania się z życiem), ale też nie wyglądała na bardzo szczęśliwą z zaistniałej konieczności. Wyczyściła swoje futro do sucha, lecz, mimo tego, dalej dygotała. Podeszła niepewnie do drogi grzmotu, która była tuż przed nami.
— Damy radę, jak przejdziemy przez nią, będzie już z górki! — uśmiechnęła się do mnie pogodnie, jednak jej oczy wyjawiały, że jest trochę zestresowana… Siedlisko dwunożnych było pełne… dwunożnych, którzy mogli być niebezpieczni...

***

— Chodź! — zawołała, po czym bezpiecznie przebiegła na drugą stronę. Jej ogon drżał z widocznych emocji, niecierpliwości, strachu i podniecenia jednocześnie. Wiedziałem, jak ważne jest dla niej marzenie o spotkaniu dwunożnych i, choć nie podzielałem jej ekscytacji, miałem nadzieję, że nie pożałuje i że sprawi jej to radość.
— Jeśli coś się stanie… przekaz Gończykowi i matce, że ich kocham, dobrze? — mruknęła cicho, patrząc w oczy buremu, z pełną powagą.
Wzdrygnąłem się na nagłą zmianę emocji w jej tonie.
— Oh, Wszechmatko... Chwila. Jak to..? Co ma się stać..? Znaczy... okej... — zacząłem, nieco zdezorientowany. — Kiedy miałbym wiedzieć, że coś się stało..? Jak... uh... jak to stwierdzić..? — zmarszczyłem brwi, próbując odzyskać choć część mojej logiki. — Poza tym... raczej... chyba wrócisz... najpewniej, więc ja tu sobie zaczekam po prostu... hm.
Podrapałem nerwowo ziemię łapką.
Nie odrywała wzroku ode mnie, mogłem zobaczyć, że nad ekscytacją nieco wziął górę strach. Ale skoro już byliśmy tak blisko… to już się chyba nie wycofa.
— Uh… no nie wiem Borowiku… Będę krzyczeć. Jeśli chcesz to… możesz mnie obserwować z tego drzewa — wskazała ogonem, po czym zbliżyła się do kocura. — Dziękuję Ci, że przyszedłeś ze mną aż tutaj. To wiele dla mnie znaczy. — Przycisnęła pysk do boku mojej szyi w przyjacielskim geście, a następnie odwróciła się i stanęła przed ścianą gniazda dwunożnych. Była zbudowana z dziwnie prostych drzew, które wyglądały na bardzo cienkie. Aż zmarszczyłem brwi. Dziwne istoty… Na co im płaskie drzewa? Ani na nie nie wejdą, ani w nich wiewiórki nie zamieszkają… Wycofałem się nieco i wspiąłem się na najbliższe drzewo, uważnie obserwując kotkę. Znowu złapałem się na tym, że zastanawiam się, jak ona szybko dorosła…
Powoli wdrapała się na szczyt ściany, obserwując jedno z gniazd, znajdujących się naprzeciwko. Z otworu w gnieździe wydobywało się brzydkie światło, drażniące oczy, a w środku, ledwo dostrzec można było… dwunożnego. Gdzieś w oddali ujadało psisko. Wzdrygnąłem się na ten dźwięk, a moje futerko się napuszyło. Ona za to zafascynowana wpatrywała się w ten otwór. Obejrzała się po raz ostatni w moją stronę, po czym zeskoczyła na trawę po drugiej stronie. I właśnie wtedy, gdy już zdążyłem przekonać się, że może ta wyprawa skończy się obiektywnie pozytywnie… zjawił się on. Dwunożny złapał kotkę swymi łapskami po bokach jej ciała, a zaraz po tym unieruchomił ją, chwytając ją za kark. Ja siedziałem na gałęzi w bezruchu, obserwując w panice otoczenie, próbując znaleźć jakieś inne wejście do gniazda, jakiś słaby punkt, coś, co można by wykorzystać, by oswobodzić Psiankę…
— Borowiku! Borowiku pomocy! — zawyła, próbując się wyszarpać, jednak wyglądało na to… że to na nic. Przemieszczała się razem z bestią, wrzeszcząc i plując, starając się wykorzystać jakiekolwiek techniki bitewne, których nauczyła ją Rohan, nic jednak to nie dało. Psianka zniknęła razem z dwunożnym wewnątrz gniazda, którego wejście zostało od razu zabarykadowane.
Nie byłem w stanie się ruszyć. Nawet oddychać.

<Psianko?>

Od Pszczelego Lilaku CD. Migoczącej Łapie (Migoczącemu Nieboskłonowi)

Dawno, dawno temu (gdy Migoczący Nieboskłon był uczniem)

— Niczym pisklę do rozbicia swojej skorupki! — wymruczała z wymuszonym uśmiechem.
Kotka nie chciała tego robić, wiedziała jednak, że nie wypada odmawiać koledze.
Kocur nic nie odpowiedział, po prostu wszedł w krzaki. Kotka stała tam jeszcze parę bić serca, po czym poszła w przeciwną stronę. Obiecując sobie przy tym, że postara się przegrać, nie chciała go denerwować… W końcu kto chciałby pokazać kogoś, kto robi mu taką łaskę? Nikt.

***

Minął dłuższy czas, a słońce już powoli tonęło za horyzontem. Kotka siedziała w miejscu, posłusznie czekając na Migoczącą Łapę. Szczerze? Zaczęła się trochę nudzić. Gdy ten wyłonił się z krzaków, natychmiast wstała i uśmiechnęła się szeroko od ucha do ucha. Kocur w pysku niósł aż dwa wróble! Kocur odłożył je na ziemię, po czym powiedział:
— Wygrałem kupo futra, wygrałem! — W jego głosie było coś w rodzaju małej satysfakcji.
— A ja przegrałam… W każdym razie dobra robota! — rzekła, dodając po chwili — Wracajmy Migocząca Łapo… Zaraz noc.
Kocur nic nie odpowiedział, tylko poszedł przed siebie. Pszczeli Lilak, znudzona po prostu poszła za nim, biorąc wcześniej zwierzynę w pysk. Dwójka szybko dotarła bez obozu bez żadnych rozmów.

***
Przed śmiercią Przepiórczej Wichury

Słońce było wysoko zawieszone nad terenami Klanu Klifu, a nawet chylące się już delikatnie ku dalekiemu horyzontowi. Nie zakrywała go ani jedna chmura. Niebo było krystalicznie czyste i przypominające wodę w pobliskim wodospadzie. Powietrze i rośliny były dosyć suche, a temperatura dosyć ciepła. Cisza była tylko od czasu do czasu przerywana śpiewem ptaków czy szumem drzew tańczących wręcz na wietrze. Tańczyło tak i liliowe futro Pszczelego Lilaku. Kotka siedziała niedaleko wejścia do obozu, widocznie czekając na kogoś. Choć dzień był spokojny, było to w jej oczach jak cisza po burzy. Serce biło pod jej kupą futra, pod jej piersią dosyć intensywnie. Kotka czuła się nieco jakby świat był drzewem, któremu zamiast gałązek zaczęły rosnąć korzenie, a zamiast korzeni gałązki. Czuła się nieco wystraszona, zdziwiona oraz wręcz zagubiona. A to wszystko wina plotki, w którą uwierzyła. Kotka początkowo myślała, że to tylko plotka jak każda inna, w końcu Lśniąca Gwiazda zdradzający swój klan, ze samotniczką? I to była zastępczyni, która tak zraniła jego synów? Niemożliwe! Prawda..? Jednak gdy kotka tylko spojrzała na Kaczorka i Żołędzia, to definitywnie się zmieniło. Rude plamy Kaczorka były podobne do rudego futra Lśniącej Gwiazdy, Żołądź, który definitywnie miał jego oczy tylko innego koloru… Jej zdanie definitywnie się zmieniło. Pszczeli Lilak, miała pojęcia, jak tego wcześniej nie zauważyła. Fakt jedno z kociąt, Komosa, był niepodobny, ale czy to skreśliło inne dowody? Nie! Pszczeli Lilak, czuła się głupio, jak lider Klanu Klifu, ich własny lider, zrobiłby im coś takiego? Nie wiedziała co robić, wiedziała tylko, że jak najszybciej musi przekazać te wieści Migoczącemu Nieboskłonowi! Czuła się odpowiedzialna za przekazanie mu tych złych wieści. Dodatkowo była ciekawa jego reakcji. No cóż, kto inny chciałby to zrobić jak nie ona? Liliowa czekała na niego zniecierpliwiona jak pies na swojego dwunożnego. W końcu po dłuższej chwili doczekała się go. Point wracał z myszą w pysku, a za nim, niemalże w szeregu Cicha Łapa, Krabowa Łapa i Focza Fala. Wstała i jak najszybciej skierowała się w jego stronę. Nie Zważając na innych wracających z patrolu rzekła:
— Witam Migoczący Nieboskłonie! Wiedziałeś, co zrobił na drogie gwiazdy twój ojciec? Zdradził nasz przepiękny niczym nocne niebo klan! Te kocięta, które przyniósł to podobno twoje rodzeństwo! I to nawet nie przyrodnie! Nie wątpię w to, są zbyt podobni do niego! Żołądź definitywnie ma po nim ślepia! — rzekła szybko, po czym dodała, nie czekając na jego reakcje — Straszne to czasy Migoczący Nieboskłonie… Biedni ty i twoje rodzeństwo, zwłaszcza te najmłodsze… Maluchy mają samotniczką krew po tej głupiej kotce! Mam nadzieje, że gdy ty zostaniesz zastępcą i w końcu przywódcą nie będzie w tym klanie takiego bałaganu! Prawda? Możesz mi to obiecać?

<Migotku? Twój ojciec to zdrajca>

Od Ulewnego Szkwała Do Kokoszki

Przeszłość, wspomnienia z ataku wydr z 12.09.2026r.

Ulewny Szkwał śnił, jak jego córki zostają namiestnikami, a Kokoszka krzyczy.
— Tato! Tato! — Szkwał płakał z radości, chcąc powiedzieć, "tak córeczko, widzę cię", ale nagle wołanie zaczęło brzmieć tak rzeczywiście, że Szkwała wybudziło. Ten krzyk był intensywny, może za bardzo przeżywał ten sen? Że wydawało mu się to realne? Niebieski fińczyk wyszedł z legowiska wojowników, widząc Kokoszkę, od razu dobiegł do niej.
— Córeczko, czemu nie jesteś u boku swojej matki, Świteziankowego Jeziora? Coś się stało? — spytał liliową córeczkę.
Malutka koteczka podbiegła i przytuliła jego wielką łapę. Po chwili jednak oderwała się, uszy jej się ruszyły, następnie odsunęła się i wskazała fińczykowi źródło szelestu.
—Tam ktoś był — miauknęła.
— Obserwowali nas! — dodała liliowa kotka — Myślałam, że to ty... — mruknęła ciszej do niego.
Zaraz po tym obróciła się w kierunku wyjścia. Coś ją zaniepokoiło i szybko zbliżyła się do niego bardziej niż przedtem.
— Nie martw się kochanie, ja to ogarnę, a ty wracaj do żłobka — spuścił chwilę z niej wzrok i zauważył cztery pary łap.
— Niezwłocznie — powiedział już stanowczo, jeżąc się w stronę czegoś nieznanego.
Coś, co chodziło na czterech łapach, ruszyło w ich stronę, trudno było na początku stwierdzić co to, bo był sam środek nocy, gdzie ciemność ogarniała cały obóz i ledwo co było widoczne. Następnie zrobił się w kilka bić serc chaos, bo okazało się, że to była jedna wydra i jeszcze jakimś cudem słyszał z tyłu, że doszła druga a może i trzecia?
Kocur był zdezorientowany, było zbyt dużo drapieżników, dwaj weszły do żłobka, a jeden był na środku obozu. Kokoszka gryzła wydrę, która popchnęła Lulkowe Ziele, był wkurzony tym, jak jego córka jest lekko myślna i wgryzł się w wydrę. Chciał, tylko żeby jego córka puściła te zwierze i zwiewało do żłobka. Większa wydra wrzasnęła z bólem, czując zęby niebieskiego kocura na sobie, drapieżnik, otrząsając się chwilowo, spostrzegł kocie, które chwilę wcześniej próbowało ją zaatakować. Ryknęła, chwytając za delikatne ciałko. Przy pierwszym pociągnięciu rozbrzmiał dźwięk pękających tkanek. Podrzucona kotka uderzyła w ziemię, a wydra ponownie chwyciła ja w swoje kły, tym razem za ogon. Niestety, chwyt był za mocny. Kość pękła, a maluch sturlał się w głąb żłobka. Mniejsza wydra wykorzystała, że Szkwał był skupiony na większej wydrze, to skaleczyła jego bark.
Atakował osobnika mimo tego, chciał, żeby Kokoszka to wykorzystała, żeby uciec. Niestety nie zrobiła tego i był świadkiem, jak jego mała córeczka zostaje kaleką, Szkwał doznał szoku dlaczego? Próbował mniejszą wydrę, która siedziała na jego braku tak skrzywdzić, że więcej świata nie ujrzy. Syczał gniewnie, a jego instynkt rodzicielski przejął nad nim panowanie.

***
Przyszłość, po ataku wydr

Sytuacja się uspokoiła, choć tego dnia stracili Kijankowe Moczary, dodatkowo jeszcze jakaś banda samotników wdarła im się do obozu. Jeden nazywający się Dryfująca Bulwa, po złożeniu zeznań, odszedł z ich terenu, a ten kremowy umarł, odbierając przy tym jedno życie Mandarynkowej Gwieździe. Chciał się udać do żłobka, bo już Kokoszka wróciła z lecznicy, miała na sobie pełno opatrunków, najwięcej na ogonie i w miejscu, gdzie nie miała jednej łapy. Stąpał niepewnie w jej kierunku, lecz chwilę się zatrzymał, przypominając sobie, jak wydra z łatwością wyrwała jej kluczowe kończyny do funkcjonowania, a krew z tych miejsc sączyła się jak szalona. Niby miał nadzieję, że gdy zabierze kociaki od Liliowej Pieśni, zaznają lepszego życia z innymi kotami, że zdobędą nowe znajomości wśród nieczekoladowych kociąt, sam nie umiał poprzedniego dnia tego zrealizować do końca, gdyby Liliowa Pieśń wyszła z wyspy więźniów i to zobaczyła, udusiłaby go na środku obozu. Otrząsnął się z tego i wszedł do żłobka, większość kociaków bawiła się ze sobą, a Liliowe ciałko leżało skulone przy Świteziankowym Jeziorze.
— Czy Kokoszka śpi? — spytał, podchodząc do królowej, Świtezianka spoglądała na kocię, nie utrzymując z nim kontaktu wzrokowego.
— Nie śpi, tylko jest wstrząśnięta po poprzedniej nocy — królowa polizała kocięce plecy i zabrała ogon od Kokoszki, którym wcześniej ją okrywała, by ojciec kocięcia widział ją lepiej. Ulewny Szkwał przełknął ślinę i zrobił parę kroków do kociaka, pochylając głowę, by lepiej widzieć jej opatrunki.
— Jak się czujesz córeczko? — szepnął do liliowej koteczki, która była obrócona w stronę brzucha Świteziankowego Jeziora.

[Kokoszko, jak się czujesz po stracie kończyn?]

Od Odety


Wielu zadziwię opowieścią o pierwszym dniu treningów, który przydarzył się Odecie. Przepełniony był mieszanymi uczuciami – ekscytacją i stresem, zarówno jak rozczarowaniem i pocieszeniem – oraz nauczył ją więcej, niż samą wiedzę wojowniczą. Najwięcej nauczy się o funkcjonowaniu w społeczności podczas codzienności i rutyny, jaka zaczyna władać jej życiem, jednak to historia bardziej specjalna; nudniejsze sprawy obowiązków każdego ucznia czy kota Owocowego Lasu to opowieść, która nie potrzebuje oddzielnego opowiedzenia, pomimo ekscytowania samej koteczki. Natomiast pozwólcie, że zacznę od początku dnia wartego przedstawienia, a może nawet wysłuchania.
Na samym początku tradycyjne role już zostały odmienione, gdyż mentorka młodszej jeszcze spała sobie słodko, gdy nagle rozległ się okrzyk zaraz nad jej uchem:
— Dzień dobry! — rozbrzmiał głos. Któż to mógł być? Nikt inny niż była pieszczoszka, budząca całe legowisko wojowników i zwiadowców. Spotkała się z cichym marudzeniem paru kotów, nawet z paroma morderczymi spojrzeniami, ale tylko nauczycielka przemówiła do niej bezpośrednio. Wówczas wstała i położyła ciężką przez sen łapę na jej ramieniu.
— Która to godzina, aby budzić cały las? — wymamrotała, wyraźnie pół-śpiąca. Niemniej mordkę jej uczennicy rozświetlał uśmiech równie jasny, jak wschodzące nad terytoriami słońce. Nie mogła uwierzyć, gdzie obecnie przebywała! Prawdziwy las zaoferował jej swoje wnętrze zaraz za krzewami osłaniającymi centrum.
— Już świta — wyjaśniła nieco ciszej, łapiąc tylko część oczywistej potrzeby wyciszenia głosu. Nie kontrolowała ekscytacji podsycającej jej słowa o dodatkowy poziom wydźwięku. Inni i tak obrócili się plecami do odmieńca, żeby ukryć się pod ogonami czy łapami po te parę dodatkowych minut drzemania.
Całunka westchnęła. — Odeto, poczekaj na mnie przed legowiskiem. — Popatrzyła na nią z rozbawieniem równym błaganiu słyszalnemu w tonie jej wypowiedzi.
— Jasne — odparła była pieszczoszka, odwracając się. Przy tym zupełnie – przez roztargnienie i rozpęd, jakiego użyła przy obrocie – przypadkiem depcząc czyjś ogon. Odpowiedzią był syk i późniejsze wstawanie kota oraz gramolenie się w dół drzewa służącego jako punkt spoczynku. To nie była dobra pierwsza impresja na pobratymcach. — Ups… — skrzywiła się.
— Cicho i spokojnie do wyjścia, już. Prędko! — Brunatna zakryła łapami głowę, śmiejąc się do siebie. Chyba zdała sobie sprawę z charakteru swojej uczennicy; młodsza budząca mentora. A to ci dopiero zabawa…
Na szczęście biednych, obudzonych istot na tamtym drzewie, młoda wreszcie udała się pod jego konary i zaczęła kręcić się w tamtej okolicy, wiedziona zażenowaniem. Zanim wyszła, wymamrotała pod nosem przeprosiny, aczkolwiek powątpiewam w ich znaczenie dla reszty odpoczywających. Mogła rozegrać to lepiej. Prawdą było jednak, iż spanie w jej legowisku zakończyło się nawet chwile przed nastaniem brzasku. Wstrzymała się z przyjściem do wojowniczki, zważając na godzinę. Niefortunnie i tak źle wymierzyła czas. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Może rozpoczną wcześniej trening?
Jej myślenie trwało pogodnie, ponieważ kierowała je w ten sposób; futro było proste, jak miała to w zwyczaju przed wstrząsającymi wydarzeniami, bo zadbała o to szczególnie, chociaż rzadko tego dokonywała; na jej pysk wróciła charakterystyczna lekkość; nic z tego nie zmieniało faktu, że wstała za wcześnie nawet jak na swoją naturę rannego ptaszka. Powodem pojawienia się poza miejscem spoczynku wciąż pozostawała zwyczajna niemożliwość wytrzymania sama ze sobą na tamtym drzewie. Niby otaczały ją koty, lecz szybko przekonała się o swoim niepasującym wieku. Rozpoczyna szkolenie w wieku jedenastu miesięcy, podczas gdy inni w tym wieku mogli nawet kończyć swoje treningi. Czuła się nieswojo, siedząc pomiędzy nimi, zwłaszcza dalej pochłoniętymi przez sen. Nawet różne kolory umaszczeń nie pomagały jej w uspokojeniu. Nie mogła pozwolić, aby przemyślenia zniszczyły jej dzień! Kroczyła dookoła drzewa w oczekiwaniu, nie poddając się im usilnie. To będzie dobry dzień, wywalczy to, jeśli musi!

_______________

Po upływie chwili dłuższej, niż chciałaby tego Odeta, na dół zeszła wyczekana Całunka. Zmęczenie zniknęło z niej wyjątkowo bez śladu. Widząc kocice obserwator nie byłby w stanie poznać, iż została siłą obudzona dziesięć minut temu. Jej podopieczna patrzyła z zaintrygowaniem. Wodziła wzrokiem za wesoło depczącą ku niej sylwetką, przyglądała się ruchom, zastanawiając się nad sposobem funkcjonowania czegoś takiego. Widziała w niej wiele z siebie, aczkolwiek lepiej ułożonego i nieco bardziej ograniczonego, niedramatycznego. Nie mogła oderwać oczu, bojąc się, że coś straci.
— No, no! Komu w drogę, temu czas. — W głosie miała niezliczone pokłady optymizmu, jakoby to ona właśnie budziła niesforne kocie dane jej pod opiekę. Nie było to przewidziane przez liliową… trafiła najwyraźniej na bardzo wyróżniającą się wojowniczkę. Ich wspólnie spędzone księżyce mogą być nietypowe. — Następnym razem nie budź wszystkich, jeśli miłe ci dogodne życie w naszych stronach. — dodała z przekąsem.
— No dobrzeee… zapamiętam to sobie. Teraz prowadź — odparła Odeta nie tracąc czasu i podążając żwawym krokiem za nią. Uwagę zbyła. — Co dziś robimy? Walka czy polowanie? A może wspinanie się na drzewa? — kwestionowała od razu po poprzednio wypowiedzianej kwestii, jednocześnie brnąc przed siebie.
Czekoladowa zachichotała. — Masz duże marzenia, lubię to. — Ton nie sugerował żadnej niechęci, a szczere rozbawienie. — Jednak warto zacząć od czegoś bardziej przyziemnego. Obchód terenu? Rozmowa o zasadach? Może trochę o reszcie Klanów? — rzucała możliwościami bez większego zastanowienia, nie widząc, jak przesuwają one koteczkę coraz bardziej na skraj. Tyle rzeczy do odkrycia, o których nie pomyślałaby nigdy przed trafieniem do Owocowego Lasu.
— Tak! Tak, proszę! — powiedziała uczennica, wcinając się lekkomyślnie w ostatnią część wypowiedzi. Zrównała także krok z tamtą. Szły teraz łeb w łeb, obydwie z niepotrzebnym pośpiechem, aż doszły do wyjścia z obozu. Całunka obdarowała ją dłuższym, serdecznym spojrzeniem. Następnie skinęła krótko głową.
— Zrobię co w mojej mocy, aby spełnić twoje pragnienia. Najpierw jednak muszę z tobą krótko pomówić — odrzekła, na co była pieszczoszka mimowolnie przechyliła głowę w niemym pytaniu.
Zanim opuściły obóz, odbyły dyskusje na temat zasad ogólnych, nie tylko konkretnie tej społeczności. Ważne było napomknięcie szacunku oraz ogólnych wartości potrzebnych w miejscu bez wygód domostwa. Odeta czuła się nieco zawstydzona, słuchając o ostrożności i odpowiedzialności, chociaż utrzymywany był wesoły sposób mówienia. Odbiega dość mocno od takich standardów… Podczas słuchania, dopadło ją zmieszanie. Finalnie po wydostaniu się spomiędzy krzewów ku mniej okrytym terenom, tempo zwolniło z perspektywy młodszej. W rzeczywistości nie uległo żadnej zmianie. Wszystko przez to, iż szła z głową daleko poza realiami, a myśli zawiesiły się na jednym zdaniu – inaczej nie poradzisz sobie w tym miejscu.
Nie zrozumcie mnie źle, ponieważ miała ona dużo zapału do pracy – zarówno nad sobą, jak i swoimi umiejętnościami. Jednak może różniła się od mentorki bardziej, niż sobie to wyobrażała. Przecież brak jej było takiej uwagi i wyrozumiałości dla innego kota, nie miała rozwagi w swoim zachowaniu. Napełniały ją wątpliwości.
Jeśli jesteście wrażliwi zupełnie jak ona, pewnie rozumiecie ten dziwny rodzaj dotknięcia czym, co w sumie nie jest tak przemyślane. Gdyby miała zostać wyrzucona drugiego dnia, nie przyjęliby jej do gromady; była tego doskonale świadoma. No, lecz posiadając tę wiedzę, nie umykały jej niepasujące fragmenty, jakie w sobie nosiła. Nie chciała się zmieniać. Nie zmieniło ją pozostawienie w dzikim lesie, co było dla niej wspaniałe. Nie chciała musieć dokonywać tej zmiany samemu. Lubiła paplać i lubiła przesadzać i lubiła kwiatki zamiast drzewek i w sumie lubiła też swój dawny dom, ale teraz go już nie było, tęskni silniej niż sobie to wyobrażała i…
— Hej… — Wojowniczka zatrzymała się, chociaż liliowa udała się parę lisich ogonów w przód. Zdawało się, że mówiła coś wcześniej. Ona nie dosłyszała tej wypowiedzi. Chciała przeprosić i zapytać o powtórzenie, gdy zamiast tego usłyszała inne słowa. — Wiesz, kiedy byłam młodsza, byłam bardzo podobna do ciebie — zaczęła Całunka. Wtedy Odeta też przystanęła. Odwróciła się przez ramię i wbiła w nią ślepia, powstrzymując łzy wzbierające się w jej oczach. Uświadamiała sobie wraz z tym jakim okropnym płaczkiem była. Natomiast tamta zbliżyła się i otuliła ją swoim długim, puszystym ogonem przez szerokość grzbietu.
— Nie masz o co się martwić. Każdy tutaj jest wyjątkowy na swój sposób. — jej uprzejmy ton rozklejał podopieczną. W końcu musiała odwrócić łebek w celu otarcia paru zagubionych na policzkach kropel. — Niektórzy docenią entuzjastyczną duszę w obozie. Ty dla własnego bezpieczeństwa musisz opanować inne umiejętności, nieróżniące się wiele od nauki wspinaczki czy tropienia. — Uczennica pociągnęła nosem jeszcze raz i wzięła głębszy oddech dla uspokojenia.
— Tylko tak mówisz, żeby mnie pocieszyć? — zwątpiła, pół pytając. To była oczywista próba szukania komfortu, którego mocno potrzebowała.
— To święta prawda — przyrzekła Całunka, jak potrzebowała tego Odeta. Na zakończenie poczochrała ją po plecach i kontynuowała wędrówkę przed siebie jak gdyby nigdy nic. Przywołało jej to na myśl dawne pocieszanie siostry i od płaczu uratowała ją tylko zmiana tematu. — Teraz pospiesz się, bo masz dużo do zobaczenia! — Była bardziej niż wdzięczna za otrzymane zrozumienie. Obydwie znów poruszały się żwawo przed siebie, z nową energią. Czy kocica zapomni kiedyś o swojej przeszłości? W sumie to nawet tego nie chce. Jednak chciałaby nauczyć się żyć tu i teraz z przeszłością schowaną w sercu.
Uważnie słuchała, kiedy kazano jej słuchać. Dowiedziała się o sąsiadach oraz tych, którzy nie mieli granic z ich terenami. Poznała wartość tego podziału oraz to, że walki można wszczynać, ale warto trzymać się swojej rodzimej ziemi. Wyszukiwała zapachy na prośbę o tropienie. Tę woń wilgoci biegnącą od strony podmokłych iglic Klanu Wilka; wiatr rozwiewający świeżość prosto z terenów Klanu burzy do jej nozdrzy. Postarała się jak tylko mogła zapamiętać ważne punkty orientacyjne, charakterystyczne zapachy i wszystkie podawane jej informacje na temat pięciu grup. Było tego bardzo dużo, aczkolwiek dobrze czuła się poznając więcej rzeczy na temat jej nowego domu. Dawało jej to nadzieję na odnalezienie się w nowym miejscu. Nie może przecież różnić się tak mocno od tutejszej zwariowanej ferajny.
— Chodź, popatrz! — zachęciła Całunka, stając u skraju drogi grzmotu. Tutaj wrzosy robiły się marniejsze na rzecz asfaltu i innego rodzaju spalin unoszących się tutaj z odorem. Odeta postawiła na zainteresowanie, zbliżając się pomimo delikatnego lęku zaciskającego jej żebra. Nie czekała dłużej niż dwie sekundy, a potwór przemknął ulicą. Młodsza aż podskoczyła! Dorosła jednak śmiała się, gdy powiew rozwiewał jej bujną sierść. — Jesteśmy chronieni przez ten ruchliwy kawałek, chociaż niewielu go lubi — przyznała brunatna, cofając się głębiej w pole fioletowych kwiatków do wystraszonej uczennicy.
— Ja raczej też nie przepadam za tym ruchem… — wyjąkała. Futro stało jej na wszystkie strony świata przez przestraszenie. Na nieszczęście liliowej, było strasznie sztywne i szmat czasu zajęło, zanim samoistnie opadło gładko dookoła. Nie narzekała jednak, gdyż czuła się straszniejsza tak napuszona. Była kotem obiektywnie sporym, aczkolwiek chuderlawym, tak więc pozwoliła osłonie powiększyć swoje gabaryty. Mentora mogła nie wiedzieć, że w tym momencie stawiała czoła historii.
Przyjęła ją jak najłagodniej, starając się być wyrozumiała, zupełnie jak robiła to dla niej kotka. Łatwiej było pomyśleć o tym w delikatny sposób - przecież gdyby nie pozostawienie w lesie, nie pozwalałby tych pięknych zakamarków. Nie widziałby wrzosów, które tak podobne do kocimiętki, lecz nigdy nie przestają pachnieć oraz kwitnąć. Dom już dawno nie był domem, rozpamiętywanie nie jest w stanie nic zmienić.
— Robi się późno — powiedziała Odeta i wdała się w przyjemną pogawędkę ze swoją nauczycielką.

_______________

Dzień minął w okamgnieniu. Zanim towarzyszki zdążyłyby się obejrzeć, południe wkroczyło w akcję, zaraz ciągnąć za sobą godziny, które zazwyczaj wykorzystuję się na posiłki. U nich nie było żadnego posiłku. Dalej bowiem szły, pomimo nasilającego się bólu łap. Odeta została przekonana do powrotu, tylko aby zaspokoić głód, którego nie mogła dłużej odmawiać. Mimo tego nie była pozytywnie nastawiona nawet odrobinę. Szczerze poszłaby na drzemkę albo usłyszałby opowieść o czymś ciekawym. Natomiast miała niepokojące myśli o posiłku.
— Ale żeby tak pożerać żywą mysz? — rozpaczała głośno. Wlokła ogonem za sobą, zarówno ze zmęczenia, jak i oburzenia kwestia zjedzenia gryzonia, którzy wiódł swój spokojny żywot jeszcze niedawno.
— Przyzwyczajaj się, młoda — odparła jej mentorka. — Niektórzy jedzą nawet ptaki! — straszyła. Na to była pieszczoszka wytrzeszczyła oczy. Nawet ptaszki nie są bezpieczne… choć na gołębie chciałaby potrafić polować. No wiecie – tak dla własnego bezpieczeństwa.
W jej brzuchu jednak burczało na tyle mocno, iż nie mogła powstrzymać ślinki napływającej jej do pyska wraz z ideą czegokolwiek do przeżucia. Męczyła ją myśl o zjedzeniu czegoś takiego, lecz doskwierało jej takie pragnienie… nie zdziwiła się, umierając tu i teraz z powodu braku pożywienia! Burknęła pod nosem przeciągle, wyrażając słabe samopoczucie i spowolniła ruchy. Oczywiście, była dramatyczna jak zawsze. Zresztą nie zamierzała tego zmieniać w najbliższym czasie. A marsz trwał w najlepsze, bo od obozu dzielił je jeszcze kawałek trasy. Pierwszy raz od dawna Odeta czuła się spokojna; nawet jeśli głodna, nawet jeśli zmęczona. Dotykało ją prawdziwe uczucie równowagi. Polubiła ten cały Owocowy Las, teraz tylko zostało zmusić go, do polubienia jej osoby nawzajem.

[2006 słów/obchód terytorium]

Od Odety Do Mordoru

Odeta nie miała problemu ze wdrożeniem się w rutynę. A przynajmniej myślała, że jeśli powtórzy to sobie wystarczająco dużo razy, to jej podświadomość uzna to za prawdę. W rzeczywistości sprawy miały się nieco inaczej… Wstawanie było jedyną częścią, w której naprawdę się odnajdywała, ale naprawdę nie mogła nawet spać nawet wystarczająco, aby nie czuć zmęczenia następnego dnia. Budziła się długo przed wschodem słońca i wyłącznie po paru dniach takiego biegu zdarzeń, zdecydowała się nie próbować budzić swojej mentorki, ani zajmować się obowiązkami. Po prostu leżała wpatrzona w gałęzie drzewa płaczące się ze sobą aż po sam czubek. Z czasem potrafiła odtworzyć ten obraz w głowie, kiedy tylko doskwierała jej nuda.
Niemniej, w Owocowym Lesie trudno o nudę. Szybko przekonała się o wymaganiach bycia uczennicą. Musiała dbać o słabszych od siebie, poprzez chociażby przynoszenie zwierzyny karmicielką i starszym; jej obowiązkiem było dbanie o oferowanie pomocy w razie jej potrzeby; rzecz jasna, zajmowała się także treningami. Wszystko to nie było do końca tylko jej zadaniem, ponieważ w grupie istnieli Strażnicy i inni uczniowie, aczkolwiek starała się wywiązywać z tego, co mogła. Pomoc była przyjemna. Nie zmieniało to jednak faktu, iż nazbyt często gubiła się w tym, co musiała zrobić i finalnie była spóźniona na trening lub zagubiona bez żadnej rzeczy do roboty, przez zbyt duży oraz niepotrzebny pośpiech w wykonywaniu reszty zadań.
Owocowe drzewka podobały jej się. Lubiła wychodzić poza obóz, słuchać innych, krzątać się tu i ówdzie. Tylko nie znalazła jeszcze konkretnego planu działania, który mógłby ułatwić jej życie. Natłok wszystkiego mącił jej w głowie… poza tym dochodziły do tego jeszcze nowe nauki, które pojmowała każdego dnia. Ile minie, zanim nauczy się wszystkich zasad? Pozycja łowiecka była skomplikowana, a jeszcze nie zaczęła uczyć się walki! Czasem ujmowało ją wrażenie, że kręci się jej w głowie przez to wszystko. Jednocześnie brak czasu na rozpamiętywanie przeszłości pozwolił jej dosyć prędko przeżyć trudniejszy psychicznie okres. Teraz wystarczyło fizycznie przyzwyczaić się do tego sposobu bycia.
Żeby umilić sobie czas spędzany na kłopotliwych zajęciach albo też pomiędzy nimi, gdy nikt nie chciał z nią pomówić, wróciła do dawnego ukochanego zajęcia. Wielu może uznać je za głupkowate czy irytujące - zaczęła znowu nucić i śpiewać swoje piosenki.

_____________

Było południe, choć słońcu już bliżej było do rozpoczynania drogi powrotnej za horyzont. Ona miała wyznaczone proste zadanie: doczekać późniejszego popołudnia, aby udać się na patrol graniczny z Całunką. Tego samego poranka przyszła ona do niej, bo liliowa za długo zasiedziała się w legowisku. Pierwszy raz zdarzyło jej się to w nowym miejscu. Nie spała jednak wyjątkowo długo, co poskutkowało natężonym myśleniem.
— Nie wiem, czy to rola odpowiednia dla mnie. — zwierzyła się koteczka nauczycielce. Dręczyło ją to od początku prób nauki polowania, jakie przechodziła teraz. Wiedziała, że zwiadowcy też polują, aczkolwiek tu nie chodziło o to. Brak było jej siły, którą widziała u brunatnej. Ona mogła być tylko szybka, nigdy nawet zwinna. Patrzyła na umięśnionych wojowników i porównywała siebie z nimi - wychudzona przez małą ilość zjadanej zwierzyny, naturalnie nie codziennie wysoka, ze strasznie długim futrem wchodzącym w oczy. Wówczas spotkała ciepłe, miodowe oczy, uspakajające ją mimowolnie. Nie musiała nawet wpatrywać się w nie.
— Jesteśmy takie podobne! Myślałam zupełnie tak samo. Sama wiesz, jak wyglądam — powiedziała czekoladowa. Pochyliła się blisko nad byłą pieszczoszką. — jakbym była zbudowana do bycia zwiadowcą, nie? — przewróciła oczyma, przez co Odeta nie mogła powstrzymać chichotu. Dorosła kocica, a taka niepoważna. Tak mocno rozumiejąca podopieczną…
— Kiedy usłyszałam drogę szkolenia, byłam załamana. A potem przeżyłam pierwsze treningi - i dalej byłam załamana! Każdy dzień pokazuje ci jednak nowe rzeczy. — kontynuowała, po czym wyprostowała się ponownie. — Nie jesteśmy stworzeni do obrony i karmienia. Jesteśmy podstawowymi jednostkami Klanu. Tworzymy ważną część systemu, jak i zwiadowcy ze strażnikami i wszystkimi innymi. — dodała, po czym skierowała się do wyjścia bez czekania na odpowiedź. Przez ramię rzuciła jedynie pożegnanie, nie wiedząc, z jaką łatwością rozpaliła motywację młodszej kotki.

_____________

Wracając do tego czasu górującego słońca, zasiadła na skraju centrum obozu, następnie zaczynając z wigorem swoją higienę przed wyjściem. Dziś wyjątkowo kierowały nią szczere chęci, objawiające się długimi liźnięciami, które wykonywała na długości swojej sierści. Nie była staranna, ale jaka zachęcona i szybka! Bezmyślnie, zaczęła pod nosem nucić znajomą melodię… a nim się obejrzała, przerodziła się ona w całą piosenkę. W sumie Polana była dosyć pusta, z powodu pory sprzyjającej zadaniom. Dlatego na początku nie zauważyła swojego rosnącego w donośność głosu, gdyż nikt nie zwrócił jej na to uwagi. Zwyczajnie rósł on w siłę z każdą minutą.
Piosenka była mało zrozumiała, zapewne coś słyszalnego w dzieciństwie z przekręconymi słowami. Natomiast wczuła się wystarczająco, żeby przerodziła się w coś niczym koncert. Zapomniawszy o myciu się, kiwała się wraz z rytmem utworu, z przymkniętymi oczyma. Obudziło ją odchrząknięcie słyszane z boku. Odeta podskoczyła przestraszona, gdy je usłyszała!
Kot tak kaszlący miał oczywisty cel zwrócenia jej uwagi, a chyba próbował dokonać tego już parokrotnie, albowiem odgłos przebił się aż przez jej piosenkę. Wytrzeszczonymi ślepiami, pobratymiec został obdarzony długim, zaskoczonym spojrzeniem. Nie widziała go tam wcześniej… ups! A ten kot wcale nie wydawał się zadowolony, nawet w najmniejszym calu. Pomimo ładniutkiego, szylkretowego umaszczenia z ciekawym rozmieszczeniem bieli; mimo puszystego futerka i niskiego wzrostu; uczennica poczuła lęk. Grymas, jaki widniał na mordce nieznajomej, był niepokojący bardziej, niż wskazuje na to jej nie specjalnie groźny wygląd.
Ich spojrzenia spotkały się w momencie, w którym liliowa rzuciła: — Przepraszam! Nie wiedziałam, że tam jesteś! — Jej głos można byłoby porównać bardziej do pisku niż do słów. Zwłaszcza jeśli dorzucić fakt, iż dreptała w miejscu z powodu narastających nerwów. Zrobiła z siebie takiego głupka… miała ochotę jednocześnie śmiać się i uciec przed tym znudzonym wzrokiem w jej kierunku.
— Zgubiłam się w chwili! Gdybym wiedziała, że ktoś tutaj siedzi, na pewno uważałabym bardziej, aby trzymać swoje podśpiewywanie ciche. Musiałam wyjść na dziwną… ale staram się zachowywać normalnie na co dzień, obiecuję! — wdała się w wywód ledwie zrozumiały przez tempo. — Okropne pierwsze wrażenie… wiem — zaczęła mówić, gdy zostało to ucięte.
— To główna polana. Trudno tu o brak towarzystwa. — odrzekła Mordor - ni to miło, ni to nie miło. Może była odrobinę zirytowana? Śpiewaczka speszyła się momentalnie, pomimo niejasnych intencji, a zwiadowczyni odwróciła oczy. Odecie zabrakło słów, przez co przestrzeń wypełniła się milczeniem, które okropnie jej doskwierało. Zbliżyła się bezmyślnie. Tak właśnie skończyły bardzo blisko siebie, przez brak poczucia przestrzeni osobistej z jej perspektywy.

[1052 słowa]
<Pręgusko?>

Od Odety

Obóz był oczywistym sercem całego “Owocowego Lasu” czy czegokolwiek, czym nazywała się ta właśnie społeczność. W istocie ważnym było tylko, iż z każdej strony w pysk wykrzykiwane było Odecie to rodzinne ciepło. Co prawda spotkała się z paroma nieprzychylnymi spojrzeniami, ale nie pozwoliła im zaprzątać jej głowy podczas stanu takiej ekstazy. Była ona złudna – rzecz jasna – niemniej wszechobecna. Pozostawała piękna. Spotkanie ze światem po takim czasie było niezwykłe; oczekiwane już od długiego czasu. Jednak nie była w stanie wymarzyć sobie tego w tak szczególny sposób. Nigdy nie mogłaby sobie wymyślić czegoś na podobieństwo tego, czego miała szczęście doświadczyć przez niefortunny zbieg zdarzeń.
Najłatwiejszym sposobem na tłamszenie budzących się do życia emocji związanych z okolicznościami zajścia, było zajmowanie się czymś innym. Łzy spłynęły po jej policzkach słonymi strumieniami, a teraz kroczyła już przed siebie z suchym pyszczkiem. W tym przypadku pomogło jej oddanie się nowemu miejscu całą sobą. Przyprowadzenie przez Wronę okazało się dopiero startem nowości, jakie miały ją dzisiaj spotkać. Szybko zrozumiała, jak inaczej wyobrażała sobie opowieści o grupach kotów z lasu. Oglądając się dookoła, nie wiedziała, na czym zatrzymać wzrok. Wszystko było o wiele bardziej intrygujące. Pomyślała o opowiedzeniu o tym swojej mamie, natomiast myśl umarła szybko.
Wrona, pewnie z uprzejmości albo poczucia potrzeby, zaprowadziła swoją chwilową podopieczną do potrzebnego miejsca. Potem sytuacja została objaśniona. Ona natomiast spotkała się z potrzebą szybkiego wyjaśnienia zaistniałych realiów. Słowa z trudem przechodziły jej przez gardło, jeszcze świeże i raniące. Niechęć pomogła jej szybko uwinąć się z wytłumaczeniem. Wtedy to ona dostała nieco potrzebnej wiedzy powszechnej. Niby nie był to prosty Klan, chociaż łączył z nim różne cechy. Różnorodne rangi kotów, hierarchia, względem której postępowali, zasady… skłamałaby, mówiąc, że była pieszczoszka zrozumiała co było do niej powiedziane. Zyskała wyłącznie podstawową wiedzę, dzięki której nie wyszłaby na zupełnie niedoinformowanego głupka, udającego się do środka domu innych, którzy są dla niego zupełnie obcy. No, lecz może jest w tym więcej prawdy, niż chciałaby przyznać… w końcu podążyła za dymną bez pytań.
Teoretycznie ferajna miała być dużą rodziną, nawet jeśli każdy był inny, niekoniecznie podobny do siebie, jak było to w Klanach. Tak przynajmniej wytłumaczyła to sobie przybyła. Dlatego też starała się strząsnąć z siebie stres, chowając się między owocowymi drzewkami. Tak czy inaczej, widząc tyle różnych pysków, straciła głowę do zamartwiania się. Nie miała wystarczająco czasu na zagadanie, chociaż bardzo tego chciała. Została popędzona prosto do lidera o śmiesznie brzmiącym imieniu, którego za żadne skarby tego świata nie mogła przywołać później. Natomiast zaraz po tym została zawołana także szamanka, której nazwę zapamiętała dokładnie. Najwyższy z grupy i Purchawka – siedzieli ramię w ramię, przyglądając się nowej mordce oraz wymieniając okazjonalne spojrzenie porozumiewawcze.
— Przybyłaś tu z daleka. — Próba była podjęta przez kocura, aczkolwiek zakończyła się fiaskiem. Nikt nie potrafił podjąć rozmowy. Wrona zniknęła gdzieś z tyłu. Pozostawiona samej sobie Odeta czuła niezręczność narastającą w powietrzu. Tamci chyba widzieli jej załzawione oczy i nieułożone futro, którego nie miała jeszcze szansy wyczyścić z wszelkich brudów po spędzeniu takiego czasu w niezasiedlonym lesie, gdyż litość rosła w ich rysach. Tutaj wszystko wyglądało czysto, podczas gdy ona siedziała samotna i wyjątkowo szpetna... Starała się nadrobić miłym uśmiechem, lecz nie trafiła w punkt. Obydwoje dalej trwali w takim dziwnym stanie milczenia, nie do odczytania dla zdezorientowanego gościa.
Jakaś rada została zwołana… chyba? Mało było mówione do niej wprost, a jedynie słuchała wymiany krótkich, niepełnych pomruków. Dany był jej przynajmniej czas, aby odrobinę poprawić swoją aparycję. Została pozostawiona na skraju Polany, zaraz przy miejscu spoczynku lidera. Tam oddała się higienie, pomimo korcącego obozu otwierającego się przed nią. Nie myślcie, że jest taka mądra, iż sama zdecydowała się na taki ruch. Zostało jej to polecone, a ona nie chciała sprzeciwiać się pierwszego dnia. Wówczas zaczęła ze zrezygnowaniem i dopadającym ją zmęczeniem wylizywać okropnie smakujące ziemią okrycie, razem z wyjmowaniem pojedynczych gałęzi czy listków. Przynajmniej rozgrzała się przy tym! Inaczej mogłoby być ciężko przesiedzieć spory szmat czasu w jednym miejscu z zapadającym dookoła chłodem.
Zastanawiała się po raz któryś z kolei czy przypadkiem nie zamieniła się w cień. Koty mijały ją bez większych spojrzeń, im więcej czasu mijało. Życie trwało w swoim tempie naokoło zupełnie niewzruszone czymkolwiek. Ona tylko liźnięcie po liźnięciu usuwała zabrudzenia pomiędzy lśniącymi kolorami i wilgocią drzew. Niby coś słodkiego unosiło się w powietrzu, ale to jakiś taki nieprzyjemnie zmieszany ze zgnilizną aromat. Liście jaśniały wszelkimi odcieniami lub spadaniem doprowadzały do opustoszenia gałązek drzew. To byłoby przyjemne do oglądania, gdyby nie to, że od tych wszystkich barw kręciło jej się w głowie. Jejusiu!
Jej pojęcie o zgrupowaniu nie było pełne; nowa w gronie urodzonych na tutejszych ziemiach. Nie wiedziała, czy ma się czuć przyjęta, czy odrzucona. Na pewno nie pozwoliła sobie na za długie myślenie na ten temat. Gdy tylko zobaczyła łapę wyłaniającą się z miejsca, gdzie zniknęli jej sędziowie, poderwała się momentalnie. Ruch umniejszał przemyśleniom. W pół umyta sierść nie miała najmniejszego znaczenia. Gdy tamci kroczyli powoli, ona truchtem podbiegła do gromadki. Trzeba jej przyznać pochwałę – ugryzła się w język, zanim odezwała się jako pierwsza. Zdecydowanie odpowiedzialniejszym było czekanie w milczeniu, choć rwała się do gadania. Takie czekanie to była nowo nabyta dla niej umiejętność.
— Nie musisz się martwić — rzuciła Purchawka na widok zdesperowanej miny Odety. Ona poczuła sympatię i wdzięczność do niej, lecz wzrok miała utkwiony w ostatecznym decyzyjnym, a chociaż takowym w logice zapadania wyborów kotki. Kocur trzymał głowę wysoko i prosto, nie patrząc jej do końca w oczy. Przesunęła się wprost przed niego z chęcią złapania konkretnego kontaktu wzrokowego, mimo tego nie było jej to dane. Ich ślepia mijały się znacząco.
— Przygotuj się na zebranie — powiedział Czereśnia neutralnie. Nie był niemiły, kiwając głową na odchodne, jednak liliowa poczuła niedosyt czegoś w wypowiedzianych przez niego słowach. Stała w miejscu dłużej niż zamierzała, aby nie zacząć przygody w nowym środowisku uznana za histeryczkę. Musiała przyznać, że bez mamy trudniej było jej odnaleźć się w swoich uczuciach. Musiała sama radzić sobie ze wszystkim, co w niej siedziało, co nie było przyjemne.
_______________

Cienie zaczynały być przerażająco długie, kiedy na najniższej gałęzi topoli pojawił się przewodniczący Owocowym Lasem. Odeta spożytkowała czas pomiędzy odejściem a ponownym spotkaniem na dokończenie higieny, jednak drzemka sama porwała ją w uścisk. Otwierając oczy, już słyszała roznoszący się echem po obozie okrzyk wcześniej wspomnianego.
— Proszę o zwrócenie się do mnie wszystkich obecnych! — padło z jego pyska. Młodzina pierwszy raz była świadkiem takiego widowiska wypełniania się polany kotami z odleglejszych miejsc obozu. Zaparło jej to dech w piersi. Różne umaszczenia nie zlewały się ze sobą, a mieniły się względem siebie. Kociaki opuściły żłobek, uczniowie wychylili się z legowisk, a nawet najstarsi z grupy udali się kawałek przed pieniek. Wszystko przez wezwanie pojedynczego kota. Na co dzień można przywyknąć do takich rzeczy, ale takie nowe spojrzenie na podobną scenę wprost ujmuje. Ówczesne towarzystwo jedynie siebie nasila to jeszcze bardziej.
— Odeto, wystąp. — Wywołanie jej imienia niby było już wcześniej zapowiedziane, a w tej chwili sprawiło, iż wyszczerzyła oczy. Drżała na całym ciele, postępując do przodu zgodnie z poleceniem. Pomimo zbliżenia się, wciąż stała wyraźnie za daleko, była jednak na tyle oniemiała, że nawet o tym nie pomyślała. Zamiast tego zadarła głowę i nastawiła uszu, aby na pewno usłyszeć wszystko. Mruczała pod nosem z ogromnej dumy, chociaż przystawiła do pyska ogon, starając się uciszyć nieco przesadne brzmienie.
— Razem z radnymi zdecydowaliśmy się na danie ci szansy w naszej leśnej społeczności — kontynuował kocur, jego głos rozbrzmiewał dumnie i porywał adresatkę. Nie istniało nic poza nią, a wypowiadanymi słowami. Żadnej przykrej przeszłości ani strat, tylko otwierające się możliwości. — Od dzisiaj będziesz szkoliła się na wojowniczkę pod okiem Całunki. — wraz z tymi słowami, z prawej strony drgnęła jakaś ciemna postać. Najważniejszy pozostawał lider.
— Czy przysięgasz dołożyć wszelkich starań, aby wdrożyć się w tutejsze życie? — zapytał poważnie. Byłej pieszczoszce zabrało słów! Powoli opuściła ogon sprzed pyska, czując na sobie spojrzenia innych.
Miała poczucie wyróżnienia, jednak do jej oczu napłynęły łzy. Mrugała szybko, żeby je przegonić, aczkolwiek były tam bez dwóch zdań. Co to za uczucie ściskające jej serce? Czy tak właśnie odczuwa się nostalgię za tym, co było? Czy to może żałoba? Mogły być to równie i dobrze obydwa razem albo coś zupełnie innego. Nie miała miejsca na takie rozważania teraz. Cisza trwała już o parę uderzeń serca za długo, by być normalną. Finalnie wydusiła:
— Przysięgam.

[1365 słów]

Od Poziomkowej Łapy (Rosochatej Poziomki)

Poziomkowa Łapa czuła chłód pod poduszeczkami, gdy wchodziły w kontakt z topiącym się śniegiem. Był niezwykle zimny oraz mokry, chodzenie po takim nie było niczym przyjemnym. Czasami myślała sobie, że lepiej jej było, gdy był zbity i tylko lodowaty, a nie też taki, co pozbawiał jej czucia w łapach. Zamrugała parokrotnie, gdy przed nią pojawiły się mury dawnego obozu. Miała wrażenie, że Śniący Obserwator lubił tu przychodzić. Może ją sprawdzał w ten sposób? Patrzył, jak reagowała na ruiny oraz na dawne miejsce, w którym wychowywało się tak wielu Burzaków? Poruszyła nieznacznie wąsami, spoglądając na dziko pręgowanego. Wyglądał na zmęczonego. Nie była pewna, czy w ogóle spał dzisiaj. Ona za to wierciła się w legowisku całą noc i zanim się obejrzała, słońce zaczęło wschodzić, chociaż nie mogła poczuć jego bladych promieni na sobie, ponieważ zamieszkiwali tunele. Wiedziała o świcie głównie z powodu zgiełku panującego w obozie. W końcu ktoś musiał iść na patrole.
— Śniący Obserwatorze? Myślisz, że dużo rzeczy jeszcze mogło tu zostać? — zapytała, rozmyślając nad tym, ile jeszcze razy będzie jej dane tutaj przyjść. Czuła dyskomfort, gdy przebywała na wrzosowiskach. Był szczególnie silny w momencie, w którym nie wychodziła na nie jakiś dłuższy czas, zaszywając się sprawnie w ziemistych odnogach. Przewodnik pokręcił głową.
— Jestem zdziwiony, że znajdujemy cokolwiek. Nasi pobratymcy z pewnością przeszukali to miejsce bardzo dokładnie. Jednak może znalazłyby się jakieś resztki. Teraz, Porą Nagich Drzew każda z nich się przyda. Do legowisk, do leczenia chorych, jeśli się nam poszczęści i znajdziemy zioła, jak to zrobiłaś ostatnio — miauknął, powstrzymując ziewnięcie. Koteczka pokiwała głową, z determinacją rozglądając się po dawnym legowisku z wyburzonym dachem. Jej oczka zatrzymały się na Kamiennej Wieży, a potem na błękitnookim, jakby pytała go, czy mogła tam wejść. Mentor, zauważywszy ten gest, zawahał się chwilę, jednak po paru uderzeniach serca pokiwał wreszcie głową.
— Obiecuję, że będę ostrożna. Płomienie nie mogły pochłonąć Wieży tak bardzo, jak roślinność, tak myślę — powiedziała, nie będąc pewna czy chciała zapewnić starszego o tym, iż nic jej się nie stanie, czy raczej siebie, że to nie był pomysł godny mysiego móżdżka.
Zajrzała do zniszczonego, dawnego legowiska medyków. Zaczęła węszyć i rozglądać się po kątach, gdzieś za sobą słysząc krzątanie się śnieżnobiałego. Gdy nie wychwyciła niczego, co było warte jej czasu, postanowiła podążyć tunelem prowadzącym do środka Wieży. Jej łapki zetknęły się z chłodną posadzką. Upewniła się, że było na tyle bezpiecznie, żeby mogła wznowić swoje poszukiwanie skarbów.
W pewnym momencie w kącikach jej oczu zamigotało jej coś charakterystycznego; bardzo miękkiego w dotyku. Parę rozrzuconych, sójczych piór z wątłym zapachem Wędrującego Nieba na sobie. Zbliżyła się do nich z błyskiem w oczach, ujmując je jak najdelikatniej w łapki i przyglądając im się przez parę uderzeń serca. Powinna je zwrócić pointowi. Mogła przy okazji wykorzystać tę szansę na zamienienie z nim słowa. Musiał pozostawić je tutaj dawno, skoro zapach ledwo co się unosił. Gdyby miała go, chociaż odrobinę gorszego, pewnie nie miałaby pojęcia czyje to i uznała, że jakaś para ptaków musiała się tutaj zagnieździć pod nieobecność Burzaków.
Z satysfakcją wycofała się ostrożnie, a liczne pierze powtykała sobie w gęste kłosy. Dzięki temu miała pewność, że pozostaną wraz z nią i nie pogubi ich przy pierwszej lepszej okazji. Była z siebie dumna, miała oko do skarbów. Pochwaliła się znaleziskiem mentorowi.
— Znalazłam je w Kamiennej Wieży. Pachną Wędrującym Niebem, ale bardzo delikatnie — mruknęła, łapą muskając lekko jedno z nich. Kocur popatrzył na nią przez parę uderzeń serca, wreszcie kiwając głową.
— W porządku. Nic więcej nie znalazłaś? — zapytał, a Burzaczka pokręciła głową, po czym odchrząknęła. Bała się zapuszczać dalej, w dodatku nic nawet nie podsunęło jej choćby jednej myśli o możliwych kolejnych łupach. Łapki zaczęły świerzbić ją do tego, żeby tam wrócić i pomyszkować jeszcze, ale w tej chwili pręgus ruchem ogona nakazał jej ruszyć za sobą. Całe szczęście! Kotka powoli zaczynała odczuwać pozostałości Pory Nagich Drzew. Uszy ją szczypały, a z pyszczka wydobywała się mała chmurka, gdy kroczyła u boku starszego przez wrzosowiska. Wyglądały dość urokliwie… szkoda, że czyhało tutaj tak wiele niebezpieczeństw. Miała wrażenie, że w tunelach dużo mniej istot chciało ją skrzywdzić.
Zanurzyła się do jednego z tuneli z ulgą, gdy do jej nozdrzy doleciał znajomy, ziemisty zapach. Z czasem światło zaczęło tonąć w ciemności, zmuszając ją do pełnego polegania na własnych zmysłach. Jednak tymi drogami od swojego mianowania na uczennicę podążała tak wiele razy, że znała je na pamięć. Ponadto wyrobiła sobie konkretny sposób radzenia, w razie, gdyby się zgubiła. Wreszcie, odnoga zaczęła się poszerzać, a ona sama znalazła się w centrum azylu.
Śniący Obserwator ruchem ogona nakazał jej podążyć za sobą. Kotka ze zdziwieniem poruszyła uszami, idąc za nim posłusznie. Myślała, że na dzisiaj będzie to już koniec jej treningu, myliła się jednak. Stanęli nad mizerną stertą zwierzyny.
— Poziomkowa Łapo, wybierz sobie coś ze sterty tak, żeby się najeść. Gdy skończysz posiłek, to przyjdź do legowiska medyków — nakazał jej, a potem odwrócił się na pięcie i kotka ostatnim, co zobaczyła, to jego znikająca końcówka kity w wejściu do nory.
Spojrzała na malutki stosik przed swoimi łapami. Żołądek ścisnął ją nieprzyjemnie. Nie chciała wyjadać pobratymcom, jednak skoro mentor sam jej kazał coś sobie wybrać oraz zjeść, to nie powinna robić inaczej, niż nakazywał, prawda? Nie bez powodu tak jej powiedział.
Schyliła się i pochwyciła w zęby kreta. Nie mogła się doczekać, aż ponownie takiego upoluje. Chciała pochwalić się siostrzyczkom swoją techniką łowienia ich! Wydawało jej się, że do tej pory widział to jedynie Śniący Obserwator.
Odeszła na bok, a gdy tylko oderwała kawałek mięsa, przyjemny posmak rozpłynął jej się po podniebieniu. Łapczywie sięgała po następne kawałki, aż w końcu została z dokładnie wyczyszczonym szkieletem. Nie była pewna, ile dokładnie jej to zajęło, aczkolwiek na tyle długo, żeby zaczęła się zastanawiać, za ile Porzeczka wróci z patrolu, a Malinka z treningu. Dzielna Łapa również przebywał w tej chwili poza obozem, Lodówkowy Cios dbała o jego doszkolenie. Szylkretka westchnęła, dźwignęła się na łapy i ruszyła w stronę wgłębienia.
Zajrzała do środka z zaciekawieniem, prędko spostrzegając Wierzbę, a także jej dwa maluszki. Jej oczka powiększyły się, a w sercu pojawiło niezwykle miłe uczucie. Jak to było być matką? Czy było jej ciężko? Czy Wdzięczna Firletka nie gniewała się za to, że przyprowadzona do ich obozu ciężarna kotka nadal przebywała w jednym z jej legowisk? Musiała w końcu znosić również tę mniej przyjemną stronę rodzynków; piski, harce, wywracanie wszystkiego z powodu znudzenia. Chociaż nie miała pojęcia, czy Jabłonka lub Jętka były wystarczająco silne albo duże na takie zabawy, jedynie zgadywała, bazując na własnych wspomnieniach z dzieciństwa.
Pochyliła głowę przed szylkretką, spojrzenie przekierowując na mentora. Kocur podniósł się ze swojego łoża, oddając łaciate kocię z powrotem ich matce. Podszedł do medyczki, a potem pobrał od niej zawiniątko ziół. Zerknął na Poziomkową Łapę.
— Zjedz te zioła, są na drogę. — Łapą przysunął parę wysuszonych liści, a niebieskooka przekręciła łebek na bok ze skonfundowaniem. “Na drogę”? Popatrzyła na łodyżki. Z pewnością były gorzkie! Szkoda, że Wdzięczna Firletka nie miała miodu… W paru sprawnych gryzach przemieliła podane jej medykamenty, a potem przełknęła, krzywiąc pyszczek. Miała rację, wcale nie były dobre! Jednak skoro były na odporność, to jej nie powinno nic z tego zaszkodzić.
— Śniący Obserwatorze, a w jaką drogę wyruszamy? Czy idziemy teraz, skoro miałam się najeść? — zapytała go nieśmiało, przestępując z łapy na łapę. Głupio jej było, że pytała dopiero teraz, aczkolwiek jeszcze nie wyruszyli, dlatego może nie było wcale za późno na to.
Dziko pręgowany poruszył uszami.
— Porozmawiasz z paroma ważnymi kotami. Myślę, że jesteś już gotowa — oznajmił, a potem ruszył w kierunku wyjścia. Poziomkowa Łapa stała tam jeszcze przez parę uderzeń serca, niczym wryta, przeskakując spojrzeniem to na medyczkę, to na samotniczkę, jakby nie mogła sama uwierzyć własnym uszom. Była gotowa? Ale na co? Odpowiedź była bardziej oczywista, niż jej się wydawało, jednak ani jej się śniło ją dopuścić do siebie tak łatwo. Gdy zrównała z nim kroku, nagle ją olśniło:
— Czy jak wrócimy, to będę mogła zwrócić Wędrującemu Niebu pióra? — W jej ślepiach zatańczyły iskierki nadziei. Początkowo nie wiedziała, że zadała nieświadomie pytanie retoryczne. Śniący Obserwator kiwnął jednokrotnie głową, dlatego przynajmniej część zmartwień zeszła z koteczki. Westchnęła z wyraźną ulgą.

***

Droga zajęła im przynajmniej pół dnia. Słońce chyliło się już ku zachodowi, na niebie malując przepiękną plejadę barw, poprzecinaną paroma chmurkami. Koteczka napuszyła sierść, żeby lepiej chronić się przed chłodem. Czas podróży był spowodowany chwilami przerwy, które musieli sobie robić, a także przez niezbyt sprzyjające warunki związane z pogodą. Szylkretka była niezwykle wdzięczna kocurowi za to, iż kazał jej wtedy coś zjeść; prawdopodobnie, gdyby tego nie zrobiła, rozmyślałaby teraz nad tym, czy śnieg zapełniłby chociaż trochę jej pusty żołądek. Oczywiście, powoli robiła się głodna, aczkolwiek potrafiła to jeszcze znieść. Poczuła ostre oznaczenia zapachowe Klanu Klifu, a potem do jej uszu doleciał klangor mew. Mimo to, nad głową nie krążył jej żaden ptak, co nieco ją zdziwiło. Jak daleko niosły się dźwięki znad plaży? Nieopodal niej malował się zarys Kamiennych Strażników. Śniący Obserwator przekroczył sprawnie granicę, ruchem ogona nakazując jej podążać za sobą. Burzaczka z zawahaniem podążyła jego śladami, przechodząc przez oznaczenia i rozglądając się w poszukiwaniu patrolu. Dziko pręgowany na to jednak nie czekał, tylko ruszył prosto w zwykłym tempie. Niebieskooka obawiała się, że w każdej chwili zza któregoś ze źdźbeł trawy mogli wyskoczyć wojownicy sąsiedniego klanu.
Wysoko pnący się kamień wyrósł przed jej oczami z ziemi. Zbliżyła się do niego, a potem, zauważywszy, iż mentor stoi przed jakąś dziurą, w paru susach dotarła do kocura.
— Co to za miejsce? — zapytała, zastanawiając się, czy będzie zmuszona pójść przodem. Na szczęście nie. Śniący Obserwator wszedł do wgłębienia, a ona tuż za nim.
— To tunel, którym dotrzemy do celu — odparł, idąc pewnie przez podziemne odnogi. Koteczka poczuła ulgę, gdy z każdej strony otaczały ją ziemiste, chłodne tunele. Teraz również istniało ryzyko, że zostaną nakryci, aczkolwiek czuła się tutaj dużo bardziej komfortowo, nawet jeśli szła tędy pierwszy raz. Pomiędzy dwójką zawitała grobowa wręcz cisza, przerywana jedynie przez dźwięk ocierania się o ścianki lub szuranie pod łapami.

***

Młódka nie była pewna, jak długo szła. W pewnym momencie poczuła, jakby pokrętne przejście miało nieskończenie wiele odnóg i prowadziło bardzo, bardzo daleko. Łapki powoli zaczynały ją boleć, a do uszu docierało ciche burczenie brzucha. Wreszcie, niczym na zawołanie, przed jej oczkami pojawiło się blade światło. Z zaciekawieniem próbowała zajrzeć przez ramię dziko pręgowanemu, aczkolwiek było to niezwykle trudne. Musiała być cierpliwa.
Pomieszczenie powiększyło się znacznie. Śniący Obserwator przysiadł przy wodzie, wlepiając spojrzenie w swoją podopieczną. Szylkretka dużymi oczkami badała teren, z zachwytem przyglądając się licznym malunkom. Przypominały koty, chociaż nie była pewna. Opowiadały pewną historię. Miała ochotę zapytać o nią mentora, gdy jej oczy zatrzymały się na sadzawce.
Tafla obijała się lekko o brzeg, mocząc jej poduszki łap. Wzdrygnęła się, gdy zimno poniosło się sprawnie po jej całym ciele, aż najeżyła sierść na ogromnym ogonie. Śniący Obserwator zaś nic nie mówił, czekając prawdopodobnie, aż Poziomkowa Łapa się uspokoi. Nie mogła się napatrzeć na niezwykłe zwierciadło przed nią. Miała teraz również możliwość przypatrzeć się sobie dokładniej. Do tej pory nie miała zbyt wielu okazji, zdążyła wręcz zapomnieć, jak dokładnie wyglądała. Jak układały się jej fikuśne łatki, jak piękne oczy miała…
— Gdy będziesz gotowa, połóż się i napij parę łyków wody.
Kiwnęła posłusznie głową. Czy była gotowa?
— A… po czym mogę poznać, że to już czas? — mruknęła, spoglądając na niego nieśmiało. Przewodnik poruszył nieznacznie gęstym ogonem.
— Wtedy, kiedy poczujesz, że to już. Wsłuchaj się w siebie.
Poziomkowa Łapa zamknęła oczy, wyobrażając sobie… nic. Widziała ciemność, a w umyśle zapanował nagle spokój. Przysiadła więc przy wodzie, a potem, patrząc na nią po raz ostatni, nabrała paru łyków mroźnej wody. Nagle zrobiła się senna i nim się obejrzała, odpłynęła w objęcia snu.
Otworzyła oczy. Przed nią rozciągała się nieskończona czerń, a ona sama czuła się tak, jakby łapki ginęły jej w mroku. Rozejrzała się w poszukiwaniu kogokolwiek, jednak na początku nie mogła odnaleźć zupełnie nikogo. Z zaniepokojeniem położyła po sobie uszy, nie rozumiejąc, gdzie się znalazła. Nagle, dotarł do niej cichy szmer, a potem w kącikach oczu zalśniła jasna sylwetka. Zdawało się, że prowadziły ją same gwiazdy, bowiem pod łapami ulatywał jej jasny dym, a w futrze powtykane miała liczne, jaskrawe punkty. Uczennica otworzyła oczy szerzej, spoglądając na nieznajomego. Kocur był postawny i wysoki, dużo większy od niej. Widziała go po raz pierwszy. Oprócz wysokości mięśnie malowały się pod jego okrywą. Intensywnie pomarańczowe ślepia wpatrywały się w nią z chłodem, a sama koteczka miała ochotę zapytać go o coś, chociaż poczuła, że nie powinna. Nie rozumiała dlaczego. Skinęła mu głową na przywitanie, tak wypadało.
— Poziomkowa Łapo, nazywam się Bobrzy Siekacz. Stąpałem po ziemi za czasów, kiedy ty jeszcze się nie urodziłaś. Obserwowałem cię jednak ciebie oraz cały twój postęp w nauce, od twoich narodzin — powiedział, poruszając lekko ogonem. — Mimo wszystkich trudów, jakie zesłało na ciebie życie, nie poddałaś się. Zarażasz każdego uśmiechem i wiesz, kiedy powinnaś zachować się w określony sposób. Masz dobre serce, zawsze myślisz o innych, nierzadko poświęcając mało czasu na siebie.
Koteczka w tej chwili dostrzegła poruszenie niedaleko przodka. Ognistoruda, wysoka, acz smukła kocica z licznymi pręgami przecinającymi jej boki, również z masą gwiazd towarzyszących jej, przysiadła nieopodal, owijając ogon wokół swoich łap. Szpiczaste uszy miała postawione, a długie pędzelki poruszały się nieznacznie, jakby muskane wiatrem. Uśmiechała się do Poziomki szeroko, tak, jakby znały się całe życie. Jej ciemnozielone ślepia wypełnione były ciepłem. Przytaknęła kocurowi.
— Mimo samotniczego pochodzenia, twoja lojalność pozostawała zawsze Klanowi Burzy — mruknęła. — Poziomkowa Łapo, nazywam się Koniczynowa Łąka i najpierw przejdziesz przez moją próbę. Zanim to się jednak stanie… Słoneczny Fragmencie?
— Już myślałem, że mnie nie zawołasz, Koniczynowa Łąko — wybrzmiało pogodne miauknięcie. Ruda przewróciła oczami z uśmieszkiem.
— Jeszcze byś się na mnie obraził, jakże bym mogła!
Spomiędzy dwójki wyłonił się postawny, kremowy kocur o niebieskim spojrzeniu. Uszy miał wywinięte do środka, zupełnie tak, jak Rudzikowe Skrzydełko czy Połyskliwy Kogut. Sierść na jego kryzie przypominała tą lwią, kręcącą się na końcach. Szylkretka poruszyła ogonem nieznacznie. Czuła się tak, jakby to był najbardziej istotny moment w całym jej życiu. Zanim została odnaleziona przez patrol Klanu Burzy, wraz z siostrzyczkami, wydawało jej się, że niekiedy słyszała to imię, chociaż zupełnie nic jej nie mówiło.
— Dobrze. Zaczynaj.
Zbliżyła się do kotki sprawnie, a gdy tylko dotknęła nosem jej ramienia, Poziomkowa Łapa znalazła się w innym miejscu. Dookoła niej były tunele, które nie wydzielały charakterystycznego zapachu, mimo że pod łapami czuła ziemię. Rozejrzała się dookoła, gdy nagle jej uszy postawiły się na sztorc. Gdzieś nieopodal kwiliło kocię głucho. Zaczęła zmierzać do źródła dźwięku, czując, że musiała mu pomóc. Wreszcie, odnalazła małą, czarną dymną koteczkę, która się do niej uśmiechnęła.
— Pomożesz mi stąd wyjść, Poziomkowa Łapo? Bardzo chciałabym zobaczyć krowę, a tutaj żadnej nie ma! Proszę? — zapytała, robiąc duże oczka. Lśniły intensywną żółcią. Młódka również miała masę gwiazd wpiętych w futro. Szylkretka zniżyła się do niej.
— Chcesz, żeby cię ponieść? — Gdy ta pokręciła głową, uczennica poruszyła spokojnie wąsami. — Ale powiedz, gdy rozbolą cię łapki. — Burzaczka nie była pewna, czym były krowy, aczkolwiek wiedziała, że nie mogła tutaj zostawić koteczki. W końcu jej rodzice z pewnością się o nią martwili, prawda?
Czuła muskanie w bok od jednej ze ścian. Krówka stąpała obok niej z uniesioną wysoko główką, z podekscytowaniem unosząc wysoko łapki. Wyglądała na najbardziej energicznego i szczęśliwego kociaka, jaki istniał. Na samą myśl niebieskooka uśmiechnęła się nieznacznie. Czy tak samo czuła się ich mama, gdy je doglądała? Pokręciła głową. Nie było sensu się nad tym zastanawiać teraz. Przed dwójką pojawiły się trzy różne odnogi.
— Który wybierzesz? Tylko jeden jest właściwy.
Uczennica zastanowiła się chwilę. Przechodziła tędy pierwszy raz, a mimo wszystko coś wołało ją do jednego z nich. Zawęszyła. Tylko ten, o którym myślała, pachniał inaczej, dlatego postanowiła, że ruszy właśnie nim i zaufa sobie. Zachęciła ruchem ogona Krówkę do tego, żeby ruszyła za nią.
Gdy szły tak w ciszy, dymna koteczka nie pozwalała na to, żeby uśmiech zszedł jej z pyszczka. Nim się obejrzały, szylkretce udało się je wyprowadzić z ciemnych korytarzy. Odetchnęła z ulgą, chcąc wymruczeć coś do Krówki, jednak kocię, zdawało się, zniknęło. Skonfundowana Poziomka rozejrzała się za młódką, jednak nigdzie jej nie było. Z ciemności wyłonił się Bobrzy Siekacz, patrząc na nią z dumą.
— Z tymi słowami, ja, Bobrzy Siekacz, dawny przewodnik Klanu Burzy, spoglądam na tę uczennicę Śniącego Obserwatora z aprobatą.
Pochylił się, a następnie zetknęli się nosami. Poziomkowa Łapa spojrzała na niego nieśmiało.
— Pamiętaj, że czasami musisz wybrać także siebie. Ufaj sobie, nie trać nigdy nadziei i zostań najlepszą przewodniczką Klanu Burzy. Taką, która każdemu będzie przykładem i o której nie zapomną szybko. Nie rezygnuj nigdy ze swojej dobroci.
Koteczka uśmiechnęła się, czując, że robi jej się cieplej na sercu. Chciała zrobić co w jej mocy, żeby cały Klan Burzy, a także przodkowie byli z niej dumni. Żeby wszyscy myśleli o niej dobrze, ufali jej w razie potrzeby.
— Nie zrezygnuję nigdy, to nieodłączna część mnie, żeby nieść pomoc potrzebującym — obiecała, a futro na jej boku delikatnie zafalowało z podekscytowania.
Wraz z tymi słowami postawna sylwetka czekoladowego zniknęła w mroku, pozostawiając za sobą ostatnie, gwiezdne pyłki. Zamiast niego przyszedł Słoneczny Fragment. Kocur podszedł do niej i gdy zetknęli się nosami, powiedział:
— Z tymi słowami, ja, Słoneczny Fragment, dawny przewodnik Klanu Burzy, spoglądam na tę uczennicę Śniącego Obserwatora z aprobatą.
Koteczka miała wrażenie, jakby z każdą kolejną aprobatą przybywało jej pewnego nowego uczucia, którego nie mogła zrozumieć za dobrze. To tak, jakby przeżywała swoje mianowanie za każdym razem od nowa, mimo że jeszcze nadal była przecież uczennicą. Zamrugała, a potem przyszedł czas na ognistorudą przewodniczkę. Kotka uśmiechnęła się do niej szeroko i poruszyła uszami.
— Z tymi słowami, ja, Koniczynowa Łąka, dawny przewodnik Klanu Burzy, spoglądam na tę uczennicę Śniącego Obserwatora z aprobatą.
Kotka znalazła się z powrotem w jamie. Czuła się tak, jakby wyrwano ją z transu. Spojrzała na mentora spokojnie, gdy obraz przed jej oczami stawał się coraz bardziej wyraźny. Dziko pręgowany nie spał, wyglądał na zmęczonego.
— Jestem gotowa — mruknęła ochryple, po czym odchrząknęła, uśmiechając się szeroko.

***

— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego przewodnika. Poziomkowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika, użyczać swojej wiedzy reszcie kotów i w ciężkich czasach przeprowadzić bezpiecznie klan przez niebezpieczne ścieżki? — donośny głos przywódcy poniósł się echem po Grocie Pamięci.
— Przysięgam — miauknęła, a końcówka jej ogona podrygiwała z podekscytowania. Miała wrażenie, że zaraz pęknie z dumy! Parokrotnie przejechała językiem po piersi, a potem wlepiła z powrotem wzrok w dymnego kocura. Musiała, chociaż troszkę się uspokoić, w końcu stała przed całym Klanem Burzy. Kocur zamruczał, patrząc na nią.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię przewodnika. Poziomkowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Rosochata Poziomka. Klan Gwiazdy ceni twój optymizm i wspaniałomyślność oraz wita cię jako nowego przewodnika Klanu Burzy.
Koteczka zbliżyła się do barwników i zanurzyła łapę w tej rdzawej, przydzielonej przewodnikom, kronikarzom oraz wojownikom. Następnie odcisnęła łapę na właściwym miejscu, nieopodal wielu innych, należących do poprzednich przewodników. Jedna z nich z pewnością musiała należeć do Połyskliwego Koguta, inna do Śniącego Obserwatora. Ciekawe, które były Bobrzego Siekacza, Słonecznego Fragmentu i Koniczynowej Łąki?
W ten sposób upamiętniła swoje istnienie. Uśmiechnęła się, a po jej ciele rozpłynęło się ciepło.
— Rosochata Poziomka! Rosochata Poziomka! — docierał donośny wiwat pobratymców do jej uszu. Szylkretka odszukała w tłumie swoje siostry i popędziła do nich ile sił w łapach. Znalazłszy się już przy Malince, wtuliła głowę w jej pierś, a Chyża Porzeczka szturchnęła ją lekko w bark. Rosochata Poziomka, jakie piękne imię! Odchrząknęła. Miała ochotę skakać z radości.
— Rosochata Poziomka! To przyszła pora już teraz tylko na Malinkę — miauknęła czarna, spoglądając na buraskę.

***

Jednak nie był to jeszcze koniec dnia. Musiała odszukać Wędrujące Niebo i oddać mu zgubę. Obejrzała się na siebie i zauważywszy, iż piórka nadal się jej dobrze trzymały, odetchnęła z ulgą. Nie złamała żadnego, wręcz zatopiły się głębiej w jej kłosy, więc były bezpieczne. Nieboskłonna Łapa była w obozie, dlatego też Poziomka podejrzewała, iż jej mentor również, a przynajmniej taką miała nadzieję.
Niebieski point właśnie szedł w stronę sterty zwierzyny. Gdy wybrał sobie z niej kąsek, koteczka podeszła do niego pospiesznie.
— Wędrujące Niebo, znalazłam to w starym obozie Klanu Burzy. Myślę, że należą do ciebie — powiedziała, wyjmując po kolei każde z piór. Postawiła je ostrożnie przed kronikarzem, a gdy wreszcie przyszedł czas na ostatnie z nich, kiwnęła do niego głową.
— Dziękuję ci, Rosochata Poziomko. Zastanawiałem się ostatnio, gdzie mogłem je podziać — powiedział spokojnie, gdy odłożył piszczkę, a pióra ujął aksamitnie w łapy. Szylkretka uśmiechnęła się szczerze. Cieszyło ją to, że zguba wróciła do właściciela i że może dzięki temu poprawiła humor niebieskiemu.

[Event w Klanie Burzy: oddanie właścicielom ich zguby]

Od Tojadowej Łapy (Tojadowego Pazura)

Chmury na niebie nakładały się na siebie niczym zdobyta zwierzyna na stercie, krótko mówiąc było ich mnóstwo. Ten dzień był wyjątkowy dla Burzaka Tojadowej Łapy, ponieważ właśnie dzisiaj miał odbyć się jego test, który decydował o tym, czy w końcu stanie się pełnoprawnym wojownikiem klanu, czy też nie.
Tojad nie stresował się ani trochę. Był pewny siebie, ponieważ od dawna trenował zarówno ze swoją mentorką, jak i samodzielnie. Rudy chciał już móc samemu opuszczać obóz, a także uczestniczyć w zgromadzeniach.
„Przecież podobny egzamin zaliczałem już w Klanie Nocy. Ten nie będzie trudniejszy” — pomyślał Tojad.
Rudzielec wyłonił się z legowiska uczniów, przybierając pewną siebie postawę. Promienie słoneczne sprawiały, że czyszczona przez niego kryza błyszczała, a jego rude futro wyglądało, jakby płonęło. Idąc przed siebie, rudy zastanawiał się nad swoim nowym imieniem, które miał wkrótce otrzymać. Ucznia ciekawiło tylko jaką nazwę dostanie. Początkowo Tojad zamierzał poprosić lidera klanu o konkretne imię, by uczcić pamięć swojej zmarłej córki, Korzonka, poprzez wybór imienia wojownika nawiązującego do jej imienia. Wciąż pamiętał, jak przez jej kolor sierści nie było jej dane otrzymać miana, na które zasługiwała. Obwiniał za to Nocniaków i ich dyskryminujące poglądy, które odebrały jego córce szansę na coś, co dla innych kotów było naturalną koleją rzeczy.
Przez pewien czas rozważał imię Korzeniowy Żar. Wydawało mu się odpowiednie, gdyż żar miał symbolizować płomień, który mimo upływu czasu wciąż tlił się w jego sercu, przypominając mu o córce i niesprawiedliwości, jaka ją spotkała. Jednak im dłużej nad tym myślał, tym bardziej zaczynał wątpić w swoją decyzję. Czy naprawdę chciał, by jego własne imię stało się symbolem jej śmierci? Czy właśnie w ten sposób powinien ją upamiętnić?
W końcu zrozumiał, że nie chciał, by Korzonek była kojarzona wyłącznie z przedwczesnym odejściem i krzywdą, której doznała. Pragnął pamiętać ją taką, jaka była za życia, a nie sprowadzać jej istnienie do bólu, który po sobie pozostawiła. Nie potrzebował nosić jej imienia, by zachować ją w sercu. Dlatego ostatecznie porzucił pomysł przyjęcia miana Korzeniowego Żaru. Nie oznaczało to, że przestał o niej pamiętać, po prostu zrozumiał, że jej pamięć zasługiwała na coś więcej niż imię przypominające o stracie.

Wieczorem

Test przeprowadzony Tojadowej Łapie przez innych Burzaków był męczący, ale to nie znaczy, że go nie zaliczył, wręcz przeciwnie. Tego samego dnia Tojad miał mieć mianowanie, co sprawiało, że uczeń nie mógł usiedzieć na miejscu. Po paru sekundach jednak zielonooki w końcu stanął w miejscu, gdyż doszedł do wniosku, że jego futro nie mogło tak wyglądać, gdy stanie przed liderem klanu.
Tojad kończył osobistą pielęgnację, gdy usłyszał, jak się zaczynała jego ceremonia. Podekscytowany rudowłosy ruszył więc przed siebie. Widząc gromadzące się koty, Tojadowi po głowie krążyła przygniatająca myśl, iż ile by dał, by tu było jego rodzeństwo, przy nim lub jego matka. Uczeń starał się po sobie nie pokazywać jego nagłej fali smutku. Miał jedynie nadzieję, że uda mu się z nimi porozmawiać na najbliższym zgromadzeniu.
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika.
— Tojadowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Tojadowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Tojadowy Pazur. Klan Gwiazdy ceni twoją odwagę i zapał oraz wita cię jako pełnoprawnego wojownika Klanu Burzy.
Wokół Tojadowego Pazura rozchodziły się wiwatujące okrzyki klanu.
— Tojadowy Pazur!