[Przeszłość, przed odnalezieniem kociąt]
Wojowniczka właśnie wróciła z patrolu. W pysku niosła wiewiórkę, mysz oraz nornika. Polowanie było udane – łupy solidne, a zdobycie ich wymagało czasu i wysiłku. Zmęczenie dawało się we znaki, lecz Pietruszkowa Błyskawica była zadowolona. Wiedziała, że Pora Nagich Drzew zbliża się nieubłaganie – chłód już wisiał w powietrzu, a poranne mgły snuły się między drzewami niczym duchy. Las szarzał z dnia na dzień, cichł i zamierał w oczekiwaniu na zimę. Właśnie dlatego wojowniczka postanowiła działać. Pracowała niemal bez wytchnienia – zgłaszała się do każdego patrolu, nawet jeśli Judaszowcowy Pocałunek próbował ją powstrzymać. Gdy odmawiano jej udziału, wychodziła sama. Zbierała zioła, patrolowała tereny, śledziła ślady intruzów. Czasami spotykała się z przyjaciółmi z innych klanów, wymieniając z nimi kilka słów na granicy. Rozmowy były krótkie – zazwyczaj ograniczały się do życzeń spokojnego dnia i łagodnej zimy. Pietruszka miała już skierować się do legowiska medyków, by zapytać Zaćmę, czy może dołączyć do patrolu zbierającego zioła – chciała pomóc choćby w ich noszeniu. Wtem przypomniała sobie, że dawno nie odwiedzała żłobka. Serce zadrżało jej w piersi, gdy uświadomiła sobie, że jeden z kociąt – Szakłak – został już oddany do Klanu Burzy, zgodnie z wcześniejszym ustaleniem. Wojowniczka nie potrafiła zaakceptować takich układów. Samo łączenie się w pary tylko po to, by spłodzić potomstwo, które później miało zostać rozdzielone między dwa klany i prawdopodobnie już nigdy się nie spotkać – wydawało jej się okrutne. Okrutne wobec kociąt i wobec ich rodziców. Szybko chwyciła jeszcze ciepłą mysz i wiewiórkę, po czym kłusem ruszyła w stronę żłobka. Przy wejściu zastała Jastrzębi Zew. Cicho, niemal ceremonialnie, położyła przed nią rudą wiewiórkę. Następnie podeszła do Pchełki i ostrożnie ułożyła przed nią myszkę. Sama również przysiadła obok młodej koteczki. Mała skulona była w kącie, przyciskając do piersi bocianie pióro – prezent od Pietruszki. Jej futerko było zmierzwione, oczy błyszczały od łez. Kotka wyglądała na bardzo smutną, wręcz zdruzgotaną.
— Pietruszka! Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę… — zapiszczała żałośnie. — Zabrali Szakłaka…
Pietruszka pochyliła się i delikatnie liznęła Pchełkę po głowie, próbując dodać jej otuchy.
— Wiem, na pewno ci przykro — mruknęła z troską i smutkiem w głosie.
— Dlaczego musieli go zabrać? Teraz… teraz jestem sama… — zaszlochała, zakrywając pyszczek łapkami.
— Niestety, tak miało być od samego początku — westchnęła wojowniczka, otulając małą ogonem. — Jedno z was miało zostać tutaj, a drugie przenieść się do Klanu Burzy, do waszego ojca.
Zawahała się na moment, po czym dodała łagodnie:
— Znam go. Jest dobrym kotem.
Pietruszka mogła sobie jedynie wyobrazić, jak wielki żal przepełniał teraz maleńkie serce szylkretki. Żadne słowa nie mogły ukoić tego bólu. Jednak była tam – obecna, cicha, ciepła. Czasem tylko to wystarczyło.
<Pchełko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz