[Przeszłość, przed ceremonią na wojownika]
Mimo że Motylka nie była już uczennicą medyka, nadal z zapałem zbierała dla nich zioła. Nie robiła tego tylko z poczucia obowiązku – chciała spędzić choć krótką chwilę z Wdzięczną Firletką i znów poczuć znajomą woń leczniczych roślin. Zapach mięty, kocimiętki, rumianku i liści babki był dla niej jak wspomnienie bezpiecznych dni nauki i spokoju, którego tak bardzo teraz brakowało. Gdy weszła do legowiska medyków, w powietrzu unosił się subtelny zapach wysuszonych ziół i ziemi. Od razu zauważyła Zawilcową Łapę – nowego ucznia – oraz Świerszczowy Skok, swojego brata. Od razu też dostrzegła, że coś jest nie tak. Futro wojownika było przyklapnięte, wzrok wbity w ziemię, a ogon leżał bezwładnie. Było widać, że źle się czuje – choć niekoniecznie fizycznie. Ostatnio zmarła Mysia Łapa – ich siostra. Cały klan odczuwał jej stratę. Motylka wciąż słyszała echo jej głosu, czuła ciepło jej futra przy wspólnym śnie. Tęsknota rozgościła się w sercach wszystkich, ale życie w klanie nie pozwalało się zatrzymać. Trzeba było iść dalej – nawet z raną w sercu.
— O nie! Świerszczowy Skoku, co się dzieje? Umierasz?! — zapytała z prawdziwym przejęciem, nie dostrzegając ironii w słowach Zawilcowej Łapy.
— Nie, nic mi nie jest. Pójdę już — mruknął wojownik ponuro, po czym, ze zwieszonym ogonem, opuścił legowisko.
Motylka zmarszczyła brwi.
— Coś mu jest? Czy to kaszel? — zapytała, choć w rzeczywistości nie wyczuła w jego zapachu żadnej choroby. Tylko smutek. I ciężki, lepki żal.
— Nie — odparł chłodno Zawilec. — Ale jak dalej będzie mnie męczył o mak, to mi nerwy nie wytrzymają — dodał z nutą frustracji, mając nadzieję, że tym razem kotka zrozumie jego aluzję. I że w końcu odpowie na jego pytania, zamiast uciekać w myśli.
— A, rozumiem! — zamruczała Motylka z opóźnionym zrozumieniem, siadając i wpatrując się w kocura. Mrugała często, a jej zielone oczy błądziły niespokojnie po wnętrzu legowiska, jakby szukały czegoś, co nada rozmowie właściwy ton.
— Więc co tu robisz? — zapytał Zawilec, wbijając w nią spojrzenie pełne oczekiwania.
— A no tak! — ocknęła się. — Przynoszę zioła, bo wiem, że wam ich brakuje, a miałam wolną chwilę, więc… no wiesz. Może i nie jestem już uczennicą medyka, ale nadal chętnie pomagam Wdzięcznej Firletce! — wyjaśniła z entuzjazmem.
— Ale nie potrzebujemy pomocy… — mruknął kocur chłodno, wyraźnie zrezygnowany.
— I tak będę wam przynosić zioła! — odpowiedziała z uporem, zerkając na niego z figlarnym uśmiechem. — Zawsze się przydadzą! Pora Nagich Drzew tuż za rogiem – a wtedy na kaszel dobrze coś mieć pod łapą — zamruczała pogodnie, nie dostrzegając nic złego w swoich wizytach ani w tym, że próbowała pomagać na własną łapę.
<Zawilcowa Łapo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz