Był okropnym ojcem — temu nie sposób zaprzeczyć. Jedynym spoiwem trzymającym ich rodzinę była troskliwość Gąsiorkowej Łaty. Ponadto kocur był w takim wieku, że „wieczny odpoczynek” zdawał się czymś nieuniknionym. Nawet jeśli wcześniejsze podszepty na temat rządów ówczesnego lidera mogły dawać wiele do myślenia, Bijąca Północ zupełnie odrzuciła możliwość zaangażowania się w tę sprawę emocjonalnie.
Natomiast serce krajało się jej, gdy słyszała szloch matki — tej samej, która najszczerzej w całym klanie opłakiwała śmierć Srokosza. Choć trójka dzieci na zmianę zapewniała jej swoje towarzystwo i wspólnie odwiedzali miejsce pochówku, nie dało się nie zauważyć gasnącego blasku w ślepiach starszej. I wiek, i rozpacz dopchnęły ją do takiego stanu, że rozłąka z ukochanym mogła nie potrwać długo.
Co do tego jednak, czy spotkali się ponownie po śmierci, pewności mieć nie mogła. Bo czy przodkowie posłali by ich obu w to samo miejsce?
W wyniku tych wszystkich zdarzeń, a także przez jej nieodłączną nienawiść do samotności — pomimo codziennego ubiegania się o towarzystwo współklanowiczów — poczęła czuć się naprawdę osamotniona. Zniknięcie Niedźwiedziego Miodu miało w tym swój udział. Jej przyjaciel do plotek, polowań i — w jej wykonaniu akurat rzadszego — leniuchowania, przepadł jak kamień w wodę. Zupełnie jak wiele księżyców temu jej siostra.
W obu przypadkach tkwiła w niej ta sama myśl. Wierzyła, że oboje są żywi i wiodą teraz znacznie szczęśliwsze życia. Nie zmieniało to faktu, że w jej duszy wciąż tkwiła pustka. Bo choć rodzina w pewnym stopniu zawsze odchodziła i zajmowała się swoimi sprawami, ona nadal czuła brak. I nie był to brak ogólny. W myślach krążył jej bardzo konkretny przypadek.
W Porze Nagich Drzew zawsze mrużyła oczy, doszukując się jasnego futra, którego kilka ciemniejszych plam miało pomóc zlokalizować jej kotkę. Obraz Karasiowej Ławicy dalej był wyraźny w jej głowie. Nawet zgromadzenia, na które Bijąca coraz rzadziej uczęszczała, okazywały się nieskuteczną próbą odnalezienia znajomej.
Codziennie, przepełniona nadzieją, stawiała żwawe kroki blisko granicy z Klanem Nocy. Nie interesowała jej sytuacja wewnętrzna tego miejsca, chociaż przyjaciółka zdołała opowiedzieć jej o wielu nieprzyjemnościach, jakie ją tam spotkały.
Na moment ogarnął ją lęk. Co, jeśli Karaś powiedziała jej za dużo, a to się wydało? Bezradność dobijała ją najbardziej. Nie mogła włamać się na tereny Klanu Nocy i podpytać o koleżankę. I jej by to narobiło problemów i całemu klanowi. Choć akurat nie martwiła się tak o opinię Klifiaków. Gdyby miała się nią przejmować, bycie córką Srokoszowej Gwiazdy już dawno by ją wyniszczyło.
***
Księżyce mijały szybciej, niż opadające z drzew liście, na których tak właściwie teraz skupiała swoją całą uwagę. Każdy szmer rozpraszał ją, przywoływał ku sobie jej wzrok, a i nieraz stawiała ku źródłu nowych dźwięków parę kroków. Zachowywała resztki zdrowego rozsądku, powtarzając sobie, że za którymś razem zamiast na drżącego wróbelka może trafić na rozwścieczonego samotnika.
Gdy tego dnia umknęła na samotny spacer, znowu wyłapała nową woń. Tym razem zapach wydawał się... obco-znajomy. Nietutejszy, ale podobny do czegoś, co nieraz czuła. Jej wiara w spotkanie z bliską była niemalże silniejsza niż wiara co poniektórych Klifiaków w Klan Gwiazdy.
Coś zaszeleściło. Dźwięk nagle ucichł. Oddalał się. Rzuciła się do biegu, nie bacząc na kierunek ani teren. To już z pewnością nie były ziemie Klifu — ale możliwa wojna nie była jej największym zmartwieniem. Mrużyła oczy, wiatr chłostał jej pysk. Coś zachwiało monotonię krajobrazu.
Zahamowała, a jej łapa zderzyła się z rudawą plamą.
To była zwykła wiewiórka.
Napatoczyła się zbyt blisko terenów Klanu Wilka i dała się zmylić byle gryzoniowi.
Nawet jej nie złapała. To nie miało sensu. Nadzieja jej nie opuszczała, ale po przyjaciółce nie było ani śladu. Czy chciała wracać? Nie bardzo. Przeciwnie — miała ochotę iść dalej. Poza wszystkie znane jej dotychczas granice. Pomyślała o siostrze. Rozczarowany Pysk na pewno gdzieś żyła. Musiała istnieć szansa, by ją znaleźć.
Obejrzała się za siebie. Terenu Klifu zdawały się jej nagle obce. Bez ukochanej matki, bez większości rodzeństwa, bez bliskich, takich jak Niedźwiedzi Miód czy chociażby Siewka, którą Gwiezdni zbyt wcześnie przytulili do siebie.
Nie chciała tu być. Chciała znaleźć tych, na których zależało jej najbardziej. Nawet jeśli miałaby to być pogoń za widmem.
Ale nie była bez serca. Nie mogła wyruszyć, nie rozmawiając wcześniej z rodzeństwem.
Po raz ostatni zawróciła w głąb Klanu Klifu.
***
Złapanie momentu, w którym zarówno Zagubiony Obuwik, jak i Pomocny Wróbelek byliby sami, było niemal niemożliwe. Ilekroć próbowała ich złapać za ogon, już mieli nowe towarzystwo. Nawet ona — tak pozornie bezwstydna i bez ani grama wstydu — nie miała odwagi mówić o planach opuszczenia klanu przy świadkach.
Czuła się związana z tym miejscem, mimo że niosło więcej bólu niż szczęścia. Ale pożegnanie nabierało tempa.
Znała brata i siostrę. Gdy przyszedł czas rozmowy, próbowali przemówić jej do rozsądku, ale ostatecznie uszanowali jej wolę. Powiedziała im tylko, żeby jeśli ktoś o nią zapyta, po prostu odpowiedzieli zgodnie z częściową prawdą — że odeszła szukać zaginionej siostry.
Odwiedziła Jastrzębi Zew, swoją byłą uczennicę. Życzyła jej wszystkiego najlepszego, choć ta tylko patrzyła zdezorientowana na tak niespodziewane wyzwania. Dymna zdążyła uśmiechnąć się do Pchełki, zapewniając, że będzie z niej świetna wojowniczka.
Potem wyszła.
Opuściła żłobek. Opuściła obóz. Opuściła cały klan.
Gdy słońce znalazło się w centrum nieba, ona przekraczała po raz ostatni granicę Klanu Klifu.
***
Z dala od klanów było dziwnie. Nie potrafiła wyłapać żadnego znajomego zapachu. Cisza była przytłaczająca, tak samo jak ciemność. Bała się każdego szmeru, każdego krzewu. Bała się psów, złych kotów, wszystkiego.
Lękała się, ilekroć słyszała nowy dźwięk. Obawiała się natknąć na coś, czego nawet nie widywała w najgorszych koszmarach.
Łapy bolały ją, a więc przystanęła, kryjąc się pod jednym z bardziej rozłożystych krzewów. Czy żałowała swojej decyzji? Powoli— tak.
Wpatrywała się ze zmęczeniem w pożółkłą trawę, gdy do jej uszu znowu doszedł niespodziewany dźwięk. Wzdrygnęła się, unosząc wzrok ku górze, przerażona wizją zerwania się do nagłej ucieczki — i zamarła.
To, co się stało, zdawało się tak niemożliwe, a jednak było rzeczywistością. Jej zguba stała tuż przed nią.
— Karaś? — Jej własny głos zdawał się brzmieć tak żałośnie słabo, że był wręcz obcy dla niej. — O Klanie Gwiazdy, wysłuchałeś moje modły! To naprawdę ty? — wyszczebiotała, a do tej pory przyspieszone przez stres bicie serca zdawało się zmienić powód swojego tempa. Zerwała się z miejsca, czując przypływ nowej siły.
— Modliłaś się o mnie?
Ten głos. Pamiętała go. Wszystko było takie, jak zapamiętała. A jednak spoważniała.
— A w życiu! Ale może się trochę martwiłam… — wyznała z niechęcią. — Jeju, gdzie cię tyle nie było? Nie przychodziłaś na granice, nie widywałam cię na zgromadzeniach... Bawiliśmy się w chowanego i mi nie powiedziałaś? — palnęła, czując nagłą obawę, że może z jakiegoś powodu Karasiowa Ławica nie chciała jej więcej nigdy widzieć. To by wyjaśniało, dlaczego zapewniła Bijącej Północy taki maraton na drugi koniec lasu.
Szylkretka zdawała się nerwowo przebierać łapami w miejscu..
— Tak właściwie, to nie bardzo miałam jak. Od dłuższego czasu jestem samotniczką — przyznała, zerkając na nią z wyczekiwaniem. Dymna natomiast rozdziawiła pysk w zadumie.
— Słucham? Ale dlaczego? Wygnali cię? To jeszcze sprawka tej Sroczej Gwiazdy, tak? Wiedziałam, że jej źle z oczu patrzy po tym jak odrzuciła Niedźwiedzia…
Przerwał jej krótki śmiech, który momentalnie uspokoił kołątająće do tej pory w jej piersi serce.
— Oh, nic z tych rzeczy. Sama odeszłam. Miałam… dosyć tego wszystkiego, jeśli pamiętasz, o czym ci opowiadałam.
Przytaknęła głową, nie będąc w stanie uzbierać w tym temacie jakkolwiek sensownie brzmiących słów. W jej głowie nadal to wszystko wyglądało na zbyt dobry sen. To stało się tak nagle, a jednocześnie tak późno, że gdzieś w głębi poczęła tracić nadzieję.
— Lepszym pytaniem jest chyba, co ty tu robisz? — mruknęła nagle Karaś. — To nie są nawet tereny bliskie Klanu Klifu…
— Ja też odeszłam — palnęła bez pomyślunku. — Postanowiłam odnaleźć kogoś…
— Że mnie? — wyjąkała wręcz.
Bijąca poczuła nagłe zawstydzenie.
— Moją siostrę… Poznałaś ją kiedyś. Rozczarowany Pysk. Czar. Zniknęła księżyce temu, ale wierzę, że gdzieś żyje. — westchnęła.. — No dobra… Może miałam dwa cele do odszukania, a jeden sam się do mnie przypałętał…
Nastała cisza. Bardzo uciążliwa, a jednak dalej zdawała się słyszeć bicie własnego serca.
— A co teraz z tobą będzie? — zagadnęła, próbując przerwać niezręczną ciszę. — Jeny Karaś, dla ciebie bym zawróciła do klanu, zabrała cię ze sobą, byś zaznała tam spokoju, ale ostatnio… Trochę się u nas namieszało. Chciałabym, żebyś była szczęśliwa, ale nie sądze że w Klifie zaznasz choć odrobiny radości… — wymknęło jej się zbyt gładko, by mogła w ogóle to zauważyć.
Szylkretka zerknęła na nią zaskoczona.
— Chciałabyś mojego szczęścia? — spytała z podejrzliwym uśmiechem.
Północ ugryzła się w język, czując, że to podchwytliwe pytanie. Może powiedziała za dużo? Co tak naprawdę chciałaby jej przekazać?
— Chciałabym swojego szczęścia — odparła ostrożnie i powoli, dając jej chwilę do namysłu. — A moim szczęściem byłoby widzieć cię uśmiechnięta. Nie sądzę, że zniosę kolejną rozłąkę z tobą, ale po namyślę, to nie nie ma sensu się wracać — westchnęła, wzdrygając się. — Nawet, jeśli otaczam się tam masą kotów, które lubię, bez ciebie czuje się, jakbym była kompletnie sama. Nie wiem, czy czymś ci zawiniłam, ale nie każ mnie proszę samotnością. Gdziekolwiek chcesz iść, pozwól… pozwól mi pójść ze sobą.
To był czysty chaos. Ostatnie czasy, jej uczucia, jej myśli i słowa. Widok Karasiowej Ławicy był niczym wystąpienia światełka w ciemnych mrokach życia. Nie mogła pozwolić, aby blask, który prowadził ją przed siebie, zgasł.
— Nie odgoniłabym ciebie. Przez cały swój żywot poza klanem myślałam o tym, czy będę w stanie cię jeszcze kiedykolwiek spotkać — oświadczyła, zupełnie wybijając ją z rytmu. — Nie sądze jednak, by tutejsze tereny były czymś ciekawym dla ciebie.
— To pójdziemy w świat — wypaliła. — Wspólnie poszukamy mojej siostry.
Kochała klan, swoje rodzeństwo i niektórych współklanowiczów. Jednak jeszcze bardziej uwielbiała czuć adrenalinę, a wizja przygody wydawała się spełnieniem kocięcych marzeń, czymś, o czym opowiadała jej mama w żłobku na dobranoc. Łapy nagle zaczęły rwać ją do przodu.
— W takim razie zbieraj się, bo mam ci tyle do powiedzenia, że chyba mi nawet nie uwierzysz — stwierdziła szylkretka, posyłając jej po raz kolejny ciepły uśmiech.
Pomimo długiej rozłąki, rozmowa kleiła się, jakby już od dawna spędzały ze sobą każdy dzień, każdą chwilę, a przy tym dzieliły wszystkie myśli, bez wypowiedzenia ani jednego słowa.
Gdy nastał nowy dzień, a słońce świeciło już w pełni, co po niektórzy wojownicy Klanu Klifu coraz wyraźniej zgłaszali między sobą jej brak. Ona była już dawno poza terenami wszystkich klanów. Towarzyszył jej stres zmieszany z nadzieją, ale najważniejsza dla niej w tym momencie była obecność Karasiowej Ławicy. Kiedy po raz kolejny Bijąca Północ zerknęła w stronę przyjaciółki, ta wydawała się dużo szczęśliwsza niż kiedykolwiek za czasów, gdy przynależała do Klanu Nocy i spotykały się tylko na granicy i zgromadzeniach.
W akompaniamencie śmiechów, miłych wspomnień jak i bardziej dramatycznych historii z ich żyć, wspólnie podążały w nikomu nieznanym kierunku.
♥♥♥
OdpowiedzUsuńchodzcie do ol tam lubia gejow i prybledy
OdpowiedzUsuń