Przeszłość, końcówka pory zielonych liści
Minęło raptem parę wschodów słońca od momentu, gdy Smuga został uczniem, a jego mentorem został jeden ze starszych wojowników, jakim był Żagnica, niebieski van o żółtych oczach, jak te należące do jego kolejnego podopiecznego. Czekoladowy bicolor musiał się nieco przyzwyczaić do specyficznego charakteru, jaki ów Owocniak posiadał, lecz młodszy niemal od razu poczuł, że rzucane w jego stronę uwagi i sarkastyczne odpowiedzi nie są niczym groźnym dla niego — wręcz przeciwnie, dawało mu to pewną namiastkę osobowości Figi, która chętnie przychodziła do żłobka, aby po docinać Szafran. Dzięki temu bicolor był w stanie podłapać niektóre zwroty, które zaczął próbować wobec niektórych kotów — głównie padało na Żagnice, który szybko odbijał piłeczkę, przez co Smuga musiał zacząć samemu wymyślać riposty.
Starszy ostatnie dni poświęcił na zapoznanie ucznia z terenami Owocowego Lasu oraz sprawdzenia możliwości syna zwiadowcy. Pewnym od początku było, że ten nie będzie w stanie walczyć dokładnie tak samo, jak inni wojownicy, gdyż po prostu jego genetyczna budowa mu na to nie pozwoli. Choć pomimo tego Żagnica nie miał zamiaru odpuszczać młodszemu treningów opierających się na pracy fizycznej, głównie związanej z siłą. Dość szybko Smuga przekonał się, iż jego mentor nie będzie zbytnio pobłażliwy w czasie jego szkolenia.
Z samego rana, zaraz po porannym patrolu zwiadowców, wyruszyli do Dębowej Ostoi, gdzie van miał upatrzone idealne miejsce do ćwiczeń. Pomiędzy drzewami czekoladowy mógł dostrzec parę gałęzi, kamieni, a nawet zasypanych dołów. Ten widok wyrwał z jego piersi ciężkie westchnienie, gdyż już wiedział, co mentor na dzisiaj dla niego przygotował. Widząc kątem oka reakcję czekoladowego, przebiegły uśmiech wkradł się na biały pysk wojownika, co nie uszło uwadze młodszemu, który domyślał się, że Żagnica będzie czerpać niezaprzeczalną satysfakcję z jego męczarni.
— Sądząc po twojej minie, doskonale wiesz, co dziś przygotowałem — zaczął starszy.
— O zgrozo, niestety tak — mruknął.
— Jeszcze mi za to podziękujesz, a teraz bierzemy się do pracy. Zaczniemy od kopania dołów, by te twoje łapki to raczej nigdy jeszcze nie widziały wysiłku — rzucił kąśliwie, podchodząc bliżej kawałka terenu, gdzie były widoczne ślady po poprzednich dziurach w ziemi.
— Bo kopanie dołów jest jakże potrzebne — prychnął, przewracając oczami.
— Ataki naszych wojowników opierają się na sile i wytrzymałości. Przy twojej dość wątłej, jeszcze, budowanie wytrzymałość będzie mieć kluczową rolę, także rusz ten leniwy zad i kop — wyjaśnił, choć jego wypowiedź zakończyła się nieco poirytowanym fuknięciem. Jednak mimo tego Smuga nadal odmawiał przystąpienia do ćwiczenia. — Rusz tym mysim móżdżkiem. Nie masz szans bycia wojownikiem…
— Pocieszające.
— Nie skończyłem jeszcze — syknął. — A więc nie masz szans bycia wojownikiem, który będzie się wpisywać w nasz schemat. Przekuj słabość na swoją korzyść. Twoja budowa jest idealna do szybkich, zwinnych, gwałtownych ruchów, jak przystało na zwiadowcę przemieszczającego się wysoko nad ziemią. Jednak poszedłeś na przekór temu, dlatego wykorzystaj, to co odziedziczyłeś po Czerwcu i ćwicz wytrzymałość. Zwiększysz szanse, że prędzej przeciwnik padnie z wysiłku niż od ofensywy z twojej strony — wyjaśnił, z każdym zdaniem kierując się do Smugi, by końcowo stanąć tuż nad nim, spoglądając z góry na młodszego. — Ćwicz łapy, wytrzymałość i oczywiście siłę, by mieć z czego zadać ostateczne ciosy, a teraz jazda!
***
Wysokie słońce już minęło, a czekoladowy ledwo stał na łapach, włócząc nimi, kiedy starał się dotrzymać kroku Żagnicy. Starszy dumny z siebie szedł pierwszy, jakby wypad do Dębowej Ostoi był zwykłym spacerkiem — cóż, faktycznie tak było, ale tylko dla wojownika. Smuga coś mruknął pod nosem, zapewne do swoich wyimaginowanych przyjaciół, wkraczając do obozu, by akurat usłyszeć, jak van oznajmia, iż bliżej zachodu słońca będą iść jeszcze na polowanie.
Gdyby wzrok mógł zabijać, to żółtooki kocur już dawno leżałby martwy po drodze z treningu. Bicolor ledwo czuł swoje kończyny, które zdecydowanie na dziś zaprzestały współpracy. Pochłonięty posyłaniem nienawistnego spojrzenia w kierunku, w którym zniknął Żagnica, młodszy nie zauważył, gdy wpadł na leżącego ucznia. Nawet nie miał siły utrzymać pionu, poddając się grawitacji, która zafundowała mu bliskie spotkanie z ziemią.
— Czy. — Usłyszał tuż obok słaby głos. — Wszystko czy dobrze? — Po dłuższej chwili dziwnie brzmiące zdanie opuściło pysk rudej kotki, o którą się potknął.
Z widocznym zmęczeniem podniósł się na proste łapy, by móc ujrzeć uczennice. Kojarzył ją ze żłobka, kiedy to przylegała blisko swojej szylkretowej matki, kiedy pewna wredna zwiadowczyni zjawiała się w legowisku. Nie rozumiał nieco postępowania cioci Figi, lecz nigdy w to nie ingerował, woląc wszystko z boku obserwować.
— Dziwnie mówisz — powiedział wprost, co miało być jedynie stwierdzenie zauważonej rzeczy niż przytykiem. — Inaczej niż inni — dodał, przyglądając się nieco starszej od niego koteczce. — Fajnie.
Widząc nieco zdziwiony i zaskoczony wyraz pyska uczennicy, cicho zachichotał.
— Smuga jestem i to raczej ja powinienem pytać, czy wszystko dobrze — oznajmił z lekkim uśmiechem, licząc, że wygląda przyjaźnie, jednak gest wyglądał na nieco sarkastyczny, co nie było umyślne. — Jesteś uczniem stróża? Widywałem Cię czasem w obecności Gąski — wyjaśnił, siadając po chwili, jakby miał zamiar porozmawiać trochę z żółtooką.
<Kasztanko? Jak coś to on tylko tak wrednie wygląda>
[789 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz