— Nie stracisz mnie, bo nie zamierzam nic sobie zrobić. Jestem przy was wszystkich, troszczę się o Świetliki tak, jak tylko mogę. Kiedy tylko wyzdrowiejesz, to możesz być pewien, że z chęcią będę z tobą polował oraz bez zastanowienia przyjmę twoją pomoc w każdej postaci. Jednak teraz… Nie jest to czas na takie przepychanki i wodzenie nosem. Świetliki również potrzebują cię, więc dbaj o swoją złamaną łapę.
Zapomniana Koniczyna posłał mu zawiedzione spojrzenie. Pewnie liczył na ciągnięcie tego drażliwego tematu, który nie był w ogóle priorytetem.
— Jak tam chcesz… — prychnął gorzko łaciaty i odsunął się od niego.
“Czyżby się na mnie obraził? Ech… No trudno…” — pokręcił głową, milcząc.
Odszedł od łaciatego i skierował się do lasu. Musiał się uspokoić i zająć ważniejszymi sprawami. Podczas polowania mógł sobie wszystko na spokojnie ułożyć w głowie oraz złapać coś na ząb dla pozostałych. Mieli i tak mało kotów, które były w pełni sprawne, dlatego wojownicy harowali, kiedy tylko mogli. Czarny wojownik jednak podczas polowania był aż za bardzo pochłonięty w swoich myślach i nie zdołał złapać zbyt wiele. Wrócił do Świetlików z małą myszką w pyszczku.
Siedział na polanie i czyścił swoje ubłocone łapy, dokładnie wylizując brud spomiędzy pazurów. Jako nieliczny mógł czynić honory i wraz z Miodową Korą oraz Jarzębinowym Żarem pochowali białą samotniczkę na obrzeżach lasku, gdzie nie tak dawno zaczęli swoją przygodę. Świetliki mieli właśnie pierwszego przodka, który reprezentował ich w Klanie Gwiazdy.
— Mówiłeś, że nie pozwolisz nikomu umrzeć, Mglisty Śnie. — Odwrócił się w stronę Zapomnianej Koniczyny, który właśnie podszedł do niego. Łaciaty patrzył się uważnie na jego poplamione błotem futro. — Mogę pomóc ci się wyczyścić, za bardzo się uflogałeś.
Westchnął i skinął krótko głową na znak zgody. Zapomniana Koniczyna zamruczał cicho i wygodnie usiadł obok niego, zaczynając również czyścić jego czarne futro. Czas mijał, a na niebie zaczęli pojawiać się pierwsi przodkowie.
— Jak myślisz, czy Amorphina jest tam na Srebrnej Skórze? Skoro nie jesteśmy klanem, czy jak umrzemy, trafimy do Klanu Gwiazdy? Czy skończymy jak zapomniani samotnicy?
Mglistemu Snu nie spodobały się te pytania.
— Wszyscy trafimy do Klanu Gwiazdy. Nikt z nas nie zrobił niczego, za co przodkowie mogliby nas ukarać — zapewnił swojego przyjaciela, na co tamten lekko się wzdrygnął. — Coś się stało?
— Nie, po prostu przeszły mnie dreszcze…
Zmrużył swoje złotawe oczy i uważnie przyjrzał się Zapomnianej Koniczynie. Jednakże teraz tamten kocur udawał, że nie zauważył jego spojrzenia i starannie kończył pielęgnacje jego futerka.
— Gotowe! Teraz nie będę musiał spać obok flei w legowisku — zamruczał rozbawiony łaciaty oriental.
Mglisty Sen również zamruczał, jednak myślami wrócił do pierwszego zdania, jakie jego przyjaciel do niego skierował. “Mówiłeś, że nie pozwolisz nikomu umrzeć, Mglisty Śnie”, rozbrzmiewało w jego umyśle, niczym echo w jaskini. Czy on był aż tak tragicznym przywódcą Świetlików? Bardzo możliwe, że się nie nadawał, nie był w ogóle doświadczonym kotem. Był stosunkowo młody i po kryjomu aż nadto ambitny. Tylko, jak tu można powiedzieć o sobie, że jest się ambitnym, jak nie wykazuje się chęci do przejęcia inicjatywy? Czy on w ogóle kiedykolwiek zostanie przywódcą?
Zapomniana Koniczyna posłał mu zawiedzione spojrzenie. Pewnie liczył na ciągnięcie tego drażliwego tematu, który nie był w ogóle priorytetem.
— Jak tam chcesz… — prychnął gorzko łaciaty i odsunął się od niego.
“Czyżby się na mnie obraził? Ech… No trudno…” — pokręcił głową, milcząc.
Odszedł od łaciatego i skierował się do lasu. Musiał się uspokoić i zająć ważniejszymi sprawami. Podczas polowania mógł sobie wszystko na spokojnie ułożyć w głowie oraz złapać coś na ząb dla pozostałych. Mieli i tak mało kotów, które były w pełni sprawne, dlatego wojownicy harowali, kiedy tylko mogli. Czarny wojownik jednak podczas polowania był aż za bardzo pochłonięty w swoich myślach i nie zdołał złapać zbyt wiele. Wrócił do Świetlików z małą myszką w pyszczku.
***
Po pochowaniu Amorphiny, zmierzch
Siedział na polanie i czyścił swoje ubłocone łapy, dokładnie wylizując brud spomiędzy pazurów. Jako nieliczny mógł czynić honory i wraz z Miodową Korą oraz Jarzębinowym Żarem pochowali białą samotniczkę na obrzeżach lasku, gdzie nie tak dawno zaczęli swoją przygodę. Świetliki mieli właśnie pierwszego przodka, który reprezentował ich w Klanie Gwiazdy.
— Mówiłeś, że nie pozwolisz nikomu umrzeć, Mglisty Śnie. — Odwrócił się w stronę Zapomnianej Koniczyny, który właśnie podszedł do niego. Łaciaty patrzył się uważnie na jego poplamione błotem futro. — Mogę pomóc ci się wyczyścić, za bardzo się uflogałeś.
Westchnął i skinął krótko głową na znak zgody. Zapomniana Koniczyna zamruczał cicho i wygodnie usiadł obok niego, zaczynając również czyścić jego czarne futro. Czas mijał, a na niebie zaczęli pojawiać się pierwsi przodkowie.
— Jak myślisz, czy Amorphina jest tam na Srebrnej Skórze? Skoro nie jesteśmy klanem, czy jak umrzemy, trafimy do Klanu Gwiazdy? Czy skończymy jak zapomniani samotnicy?
Mglistemu Snu nie spodobały się te pytania.
— Wszyscy trafimy do Klanu Gwiazdy. Nikt z nas nie zrobił niczego, za co przodkowie mogliby nas ukarać — zapewnił swojego przyjaciela, na co tamten lekko się wzdrygnął. — Coś się stało?
— Nie, po prostu przeszły mnie dreszcze…
Zmrużył swoje złotawe oczy i uważnie przyjrzał się Zapomnianej Koniczynie. Jednakże teraz tamten kocur udawał, że nie zauważył jego spojrzenia i starannie kończył pielęgnacje jego futerka.
— Gotowe! Teraz nie będę musiał spać obok flei w legowisku — zamruczał rozbawiony łaciaty oriental.
Mglisty Sen również zamruczał, jednak myślami wrócił do pierwszego zdania, jakie jego przyjaciel do niego skierował. “Mówiłeś, że nie pozwolisz nikomu umrzeć, Mglisty Śnie”, rozbrzmiewało w jego umyśle, niczym echo w jaskini. Czy on był aż tak tragicznym przywódcą Świetlików? Bardzo możliwe, że się nie nadawał, nie był w ogóle doświadczonym kotem. Był stosunkowo młody i po kryjomu aż nadto ambitny. Tylko, jak tu można powiedzieć o sobie, że jest się ambitnym, jak nie wykazuje się chęci do przejęcia inicjatywy? Czy on w ogóle kiedykolwiek zostanie przywódcą?
***
Teraźniejszość
Wojownicy, których zawołał z polany, podbiegli do niego. Grupa była raczej zgrana oprócz Miodowej Kory i Kosaćcowej Grzywy, którzy piorunowali się wzrokiem.
— Ruszajmy, nie mamy czasu do stracenia. Mam nadzieję, że wszyscy, chociaż znaleźliście chwilę, żeby zjeść. — Kocury przytaknęły krótko głową. — Chodźmy w takim razie.
Patrol wyszedł z prowizorycznego obozu i ruszyli w głąb lasu. Mglisty Sen cieszył się skromnym roztopem oraz kilkoma dniami słońca. Musieli to wykorzystać, żeby chociaż trochę ruszyć budowę obozu. Wszyscy nie odzywali się podczas podróży. Dopiero kiedy dotarli na miejsce docelowe, odezwał się Miodowa Kora:
— Zatem, jak się dzielimy?
— Proponowałbym, aby trzy koty poszły do poszerzania lecznicy, a dwa do kopania nory dla legowiska lidera — zauważył Szczawiowe Serce. — Lecznica, jest już prawie skończona. Troje wojowników w zupełności starczy, żeby ją dzisiaj skończyć. Trzeba jedynie wynieść gruzy oraz lekko ją poszerzyć.
Kosaćcowa Grzywa, który dotąd siedział cicho, przepchał się do przodu.
— Ja mogę czynić honory i zacząć kopać norę dla przyszłego przywódcy Świetlików, czyli dla mnie — zaśmiał się i od razu ruszył do ściany obok lecznicy. Między korzeniami znajdowało się podwyższenie z usypanych kamieni, które wojownik musiał sobie upatrzyć. Kocur swoimi łapami sprawdził ziemię i krzyknął do nich:
— Łatwo będzie się kopało tę norę! Ziemia jest równie miękka, co w lecznicy!
— Kto idzie pomóc Kosaćcowej Grzywie? Miodowa Koro? — spytał liliowego, który krótko pokręcił przecząco głową. — Szczawiowe Serce?
Ów wojownik posłał krótkie spojrzenie jemu, a potem Zapomnianej Koniczynie, któremu końcówka lekko drgała.
— No dobrze.
Szczawiowe Serce dołączył szybko do Kosaćcowej Grzywy, który intensywnie zaczął kopać norę dla lidera. Natomiast ich trójka ruszyła do lecznicy, w której rzeczywiście nie było zbyt wiele do zrobienia. Miodowa Kora zabrał się za poszerzanie ścian, natomiast on wraz z Zapomnianą Koniczyną wynosili gruzy. Praca szła sprawnie, a błoto, które powstało przez roztopy, chlupotało pod ich poduszkami łap. Zanim się obejrzeli, zaczęło zmierzchać.
— Lecznica jest już gotowa — oznajmił Miodowa Kora, wychodząc z legowiska zrobionego dla Jarzębinowego Żaru.
— Na dzisiaj starczy mi już kopania — mruknął Kosaćcowa grzywa, który zeskoczył z kamiennego podwyższenia. — I tak nie widzę, co tam robię.
— To prawda — zawtórował mu Szczawiowe Serce. — Nie widzę już własnych łap w tej norze…
Mglisty Sen rozejrzał się po nich i skinął głową. Wszyscy byli zmęczeni, brudni, głodni i wychłodzeni. Sam czuł, jak jego futerko go przestało grzać.
— W takim razie wracajmy — podjął. — Postarajmy się jeszcze coś złapać podczas powrotu i dopiero wtedy będziemy mogli odpocząć.
Miny wojowników lekko zrzedły, pewnie myśleli, że to już koniec obowiązków na dzisiaj. Jednak żadne z nich nie protestowało. Każdy wiedział, że jeśli się nie upoluje niczego, to nikt nie będzie miał czego jeść w ciepłym posłaniu. Wyszli z nowego obozowiska po korzeniach starego drzewa i ruszyli w kierunku, gdzie obecnie przebywały Świetliki.
***
— Mglisty Śnie, nie przeszkodzi ci, jeśli cię ogrzeje?
Podniósł wzrok na Zapomnianą Koniczynę, który wziął ze stosu dwie myszy i grzecznie stał przed nim, czekając, aż mu odpowie.
— Jasne, nie musisz się nawet pytać. Każdy jest z nas wychłodzony-
— Oj nie rób z siebie teraz takiego bohatera, który dba o wszystkich.
Łaciaty przysunął się do niego i oddał swoje ciepło. Mglisty Sen zamruczał pod nosem. Doceniał gest swojego przyjaciela.
— Jak wrażenia po dniu ciężkiej pracy w obozie? Odpadają łapy, nieprawdaż?
<Zapomniana Koniczyno?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz