Tragedia, która ostatnio dotknęła Klan Burzy, była równie niespodziewana i nieprzewidywalna, co dalsze losy spiskowców oraz samych klanowiczów. Wszystko się działo tuż przed porą nagich drzew, która jak się okazało, nie miała zamiaru okazywać jakiejkolwiek litości dla kotów, których dotychczasowy dom obrócił się w zwęglone zgliszcza. Niedawno mianowany Zew nie zdążył się nawet dobrze związać z nowym legowiskiem i posłaniem, kiedy to wszyscy w popłochu, dusząc się dymem, uciekali poza zasięg jęzorów ognia.
W pożarze każdy kogoś lub coś stracił. Niektórzy też tracili również po nim, kiedy to niemal nic się nie ostało po dawnym azylu. Milknąca Łapa nigdy nie zdołał poznać dziadka ani nie był blisko z ojcem — przynajmniej porównując relacje z kocurem do zażyłości, jaka występowała pomiędzy nim a Purchawką. Mimo to zdawał się dostrzegać tęsknotę, żałobę czy smutek na pysku Zawodzącej Gwiazdy, które minimalnie przebijały się przez maskę, jaką na co dzień nosił nowy lider. Nie chcąc mu dokładać problemów, obrał sobie za cel bycie idealnym uczniem, synem, reprezentantem klanu, symbolem sojuszu. Nałożył na siebie niewidzialną presję oraz ponadprzeciętne wymagania — wszystko, by tylko nie zawieść nikogo. Przez to też zmieniło się jego nastawienie do siostry, która z przyjemnością zawsze raczyła go niewygodnymi przytykami. Powoli z każdą rozmową zaczynał coraz mocniej stawiać się jej słowom, ukazując pewną wyższość nad swą rozmówczynią. W końcu to ona z ich dwójki łaknęła atencji innych za wszelką cenę, lecz w porównaniu do niej, on nie starał się o to, a i tak otrzymywał to, na czym tak młódce zależało. Za każdym razem, kiedy to jakiś Burzak poświęcał mu uwagę na oczach jego jakże kochanej siostry, czuł w pysku smak zwycięstwa, wyższości.
Z tego też powodu dymny pomagał przy odbudowie obozu, jak umiał. Nie każde zadanie mógł wykonać ze względu na swój wiek, lecz kiedy kogoś pytał o kolejną pracę, otrzymywał takowy przydział. Jego mentor na to nie narzekał, gdyż wtedy miał nieco wolnego czasu dla siebie i też co jakiś czas przyłożyć łapę do powstającego azylu.
Milknąca Łapa starał się, jak mógł, by być idealnym, sumiennym, zaangażowanym uczniem. Kimś, kto samym swym pojawieniem ściąga uwagę innych na siebie, nie musząc się o nią dopraszać czy ubiegać. Chciał w tym temacie być lepszy od siostry, uważając, że wystarczająco długo ta traktowała go nie jako rodzonego brata, a popychadło, które czasem udzielało swej uwagi w zastępstwie za innych. Może i miał kiepski start w tej kwestii, gdyż szkolił się na wojownika, kota, którego ranga nie będzie się wyróżniać na tle innych, lecz to go nie powstrzyma przed pięciem się w górę wraz z wiekiem. Może nawet uda mu się kiedyś zostać przywódcą klanu niczym ojciec.
Ciche pomruki wybudzających się uczniów skutecznie zwróciły uwagę dymnego kocura, który odkąd tylko się obudził, rozmyślał nad swoim obecnym życiem w klanie, tym, jak tęsknota za matką, Owocowym Lasem powoli przemijała, milkła, ustępując miejsca ważniejszym kwestiom. Niebieskie ślepia uważnie obserwowały ruch po drugiej stronie jaskini, gdzie swoje miejsce zajmowała para kotów z Klanu Nocy. Śnieżnobiałe futro wyraźnie odznaczało się na tle szarej skały oraz rudej cętkowanej szaty kocura, który leżał tuż obok Kameliowej Łapy. Po chwili jednak młodszy skierował swoje spojrzenie w innym kierunku, nie chcąc wyjść na jakiegoś obsesyjnego obserwatora innych.
Po cichy zazdrościł innym takiej zażyłości, szczególnie rodzeństwom, u których już na pierwszy rzut oka było widać wsparcie, którego nie miał, którego pragnął skosztować, zobaczyć, jak to jest, gdy Łzawa Łapa zamiast rzucanych docinek w jego stronę, okazuje troskę, zainteresowanie samopoczuciem, a słowa są przepełnione ciepłem. Było to jedno z niewielu marzeń, jakie kocurek obecnie posiadał. Jednak czy prosił o tak dużo? Chciał jedynie zobaczyć, jak to jest, a nie tylko obserwować to z boku i wyobrażać sobie coś tak niemożliwego, nierealnego.
Trzepnął swym krótkim ogonem, kiedy jego pysk opuszczało ciężkie westchnienie. Marzenia były dobre, o ile nie odciągały od obranych celów oraz się w nie zbytnio nie wierzyło. Po chwili w końcu postanowił podnieść się z dotychczasowego miejsca, by następnie skierować się do wyjścia z legowiska, mając na uwadze to, że część uczniów nadal spokojnie spała i nie powinien ich budzić swymi krokami. Najciszej jak umiał, przemknął pomiędzy leżącymi Burzakami aż do tunelu, gdzie już nie musiał uważać na każde postawienie łapy na kamiennej posadzce.
Po drodze do Groty Pamięci minął jaskinię wojowników, do której przelotnie zerknął. Większość z nich już posiadało własne posłania, w tym srebrna zastępczyni Zawodzącej Gwiazdy, choć dymny kojarzył, że do niedawna starsza co noc sypiała na ziemi. Przez to, że legowisko mieściło się obok tego należącego do terminatorów, to czasem można było usłyszeć niosące się rozmowy. Milknąca Łapa kiedyś usłyszał jedną, w czasie której Skrzydlata Płomykówka komuś odmawiała przyjęcia posłania. Nawet nie zauważył, kiedy przystanął na dłuższą chwilę idealnie na wysokości wyjścia z jaskini.
— Co tu robisz? — Niski, zmęczony głos rozbrzmiał za jego plecami. Niebieskie ślepia od razu zostały skierowane na Burzaka, który niespodziewanie pojawił się za uczniem. Pierwszym co kocur ujrzał to czarna, matowa sierść, a następnie zielone oczy, które wpadały w oliwkowy odcień. Poczciwy Szakłak bez emocji przyglądał się młodzikowi.
— Czekam na Cyklonowe Oko — odparł Zew.
— Spoglądając na Skrzydlatą Płomykówkę? — mruknął, nieznacznie unosząc jedną brew.
— Zastanawiało mnie, od kiedy posiada już własne posłanie. Słyszałem niedawno rozmowę, jak komuś odmawiała przyjęcia go wcześniej niż reszta — przyznał.
— To posłanie wykonała Krokusowa Kruchość i jest podarkiem.
— Szakłaczku! — Niespodziewanie obok nich rozbrzmiał zaskakująco radosny głos cętkowanej kocicy, o której toczyła się między nimi rozmowa.
— Skrzydlata Płomykówko, mówiłem coś o tym zdrobnieniu… — zauważył wołany, spoglądając na młodszą znudzonym wzrokiem.
— Ostatnio jesteś bardziej przybity niż zwykle, stało się coś? — spytała zastępczyni, wykazując zainteresowanie samopoczuciem pobratymców i to nie pierwszy raz.
— Gorzej sypiam i tyle. Ty lepiej idź już do Groty Pamięci, niedługo wszyscy wstaną. — Po tych słowach kocur skierował swoje kroki w stronę przeciwną do tej, o której mówił. Srebrna na to coś rzuciła pod nosem i ruszyła do wspomnianej groty.
Temu wszystkiego w małym osłupieniu przyglądał się Milknąca Łapa, zastanawiając się przez chwilę, jaka relacja łączy tę dwójkę. Już na pierwszy rzut oka było widać, że ich relacja to coś więcej niż znajomy z klanu, legowiska. Uczeń kojarzył, że ci czasem odwiedzali żłobek, szczególnie kiedy przebywała w nim jeszcze Rudzikowe Skrzydełko. Nie chcąc wyjść na kogoś zbyt ciekawskiego, machnął swym krótkim ogonem i ruszył śladami zastępczyni, niedługo przed tym, jak z legowiska wojowników oraz uczniów powoli zaczynały się wyłaniać kolejne koty.
— Pracę nad nowym obozem postępują i zostały ostatnie zadania, które trzeba wykonać. — Głos cętkowanej niósł się po całej Grocie Pamięci i zapewne nie tylko po niej, gdy jak co rano przemawiała do zgromadzonego klanu. W pierwszych dniach, kiedy kotka zapoczątkowała tę rutynę, wśród zebranych dymny uczeń mógł usłyszeć szepty niezadowolenia i krytyki w stronę zastępczyni, lecz dopóki sam Zawodząca Gwiazda nie miał nic przeciwko temu, to innym pozostawało jedynie kręcić nosem i pod nim snuć swe wywody. — Śpiewający Raniuszek, Mała Bazia i Krokusowa Kruchość udadzą się na patrol graniczny. Natomiast Ostatni Pożar, Złota Wydma i Dzwonkowy Świst na polowanie.
Kolejne słowa niebiesookiej nie były już tak interesujące dla kocurka, więc postanowił je po części zignorować i wzrokiem odszukać swojego mentora, by dowiedzieć się, jaki on zaplanował na dziś trening. Kremowy siedział w pobliżu swojej siostry, Śnieżycowej Chmury i, pomimo że byli rodzeństwem, to Zew czasem nadal w to nie dowierzał, głównie ze względu na to, że ich dwójka była kompletnymi przeciwieństwami. Cyklonowe Oko był istną oazą spokoju, podczas gdy zielonooka była wulkanem energii i często pysk jej się nie zamykał. W sumie jakby dłużej pomyśleć to podobnie było w przypadku Skrzydlatej Płomykówki, Oskrzydlonego Ognika i Rudzikowego Skrzydełka — pierwsza dwójka była zdecydowanie spokojniejsza od obecnej więźniarki. Milknąca Łapa również był przeciwieństwem Łzawej Łapy, choć obecnie było to mniej dostrzegalne niż dawniej, lecz pewne różnice nadal ich dzieliły.
— To wszystko. — W końcu tak wyczekiwane słowa zastępczyni rozbrzmiały, a pośród zgromadzonych od razu rozpoczął się szum rozmów.
— Cyklonowe Oko — zaczął dymny, przedzierając się przez tłum wojowników. — Co na dziś zaplanowałeś — spytał, kiedy tylko udało mu się dotrzeć przed oblicze mentora. Kremowy bez pośpiechu skierowała swoje brązowe ślepia na ucznia, jakby oceniając go, czy może wystawić go na większy wysiłek fizyczny, czy lepiej będzie pozostać w tunelach.
— Skrzydlata Płomykówka mówiła, że trzeba jeszcze uwić parę posłań — odparł wojownik, wskazując ruchem głowy na sterty materiałów do budowy legowisk, których ilość widocznie zmalała w ostatnich dniach.
Dymny jedynie skinął głowę i ruszył do miejsca, gdzie ostatnio najczęściej przesiadywała Krokusowa Kruchość ze Skrzydlatą Płomykówką. Milknąca Łapa nie miał jeszcze okazji wić jakiekolwiek legowiska, więc nieco skonfundowany wziął mech i trawę, próbując jakoś je połączyć. Nie chciał nikogo obciążać pytaniami o to, jak to faktycznie wykonać i wolał w milczeniu samemu się pomęczyć z tym zadaniem, choć szkoda, by było, aby cenne materiały zostały przez niego zmarnowane.
— Potrzebujesz pomocy? — Pogrążony we własnych myślach nie usłyszał nawet, jak za nim pojawia się zastępczyni klanu we własnej osobie.
— Nie jesteś zajęta czymś innym, Skrzydlata Płomykówko? — spytał, nie chcąc zabierać jej cennego czasu.
— Skąd. I tak chciałam uwić jakieś posłanie lub dwa — przyznała, zajmując miejsce obok młodzika. Nie czekając na nic więcej, wzięła potrzebne materiały i zaczęła pokazywać Milknącej Łapie, jak powoli krok po kroku stworzyć posłanie. Kocurek był jej wyjątkowo wdzięczny za tę pomoc, dlatego też, kiedy pierwsze legowisko wyszło spod jego łap i wyglądało przyzwoicie, postanowił, że namówi Cyklonowe Oko na polowanie i w ramach podziękowań przyniesie kotce jakąś świeżą piszczkę.
«★»
Kiedy tylko stosy traw, puchu i mchu ponownie widocznie zmalały, dymny podniósł się z dotychczasowego miejsca i przepraszając zastępczynię, ruszył na poszukiwania swojego mentora. Zew nie miał nic przeciwko dalszemu wiciu posłań, lecz nie mógł się doczekać kolejnego treningu z kremowym kocurem. Uczeń chciał od razu wszystkiego się nauczyć, poznać tajniki walki oraz polowania na szaraki, by pokazać każdemu, szczególnie siostrze, że nadaje się na wojownika, potomka lidera i przedstawiciela miotu sojuszniczego.
Niestety jego poszukiwania szybko spełzły na niczym, gdyż w tunelach nie znalazł Cyklonowego Oka ani Śnieżycowej Chmury, która mogłaby wiedzieć, gdzie obecnie przebywa jej brat. Nieco przybity wrócił do Skrzydlatej Płomykówki. Kocica przez ten czas nadal wiła posłania, z czego jedno gotowe było odłożone nieco z boku, jakby specjalnie przyszykowane dla danego kota. Słysząc kroki niebieskookiego, przeniosła na niego swoje jasne ślepia, by z uwagą obserwując jego mozolne ruchy.
— Nie znalazłeś Cyklonowego Oka? — spytała, wracając do przerwanego zajęcia.
— Nie, podobnie w przypadku Śnieżycowej Chmury…
— Skoro tak, to mam dla ciebie zadanie. Część uczniów i wojowników co dzień przeszukuje stary obóz, może dołączysz do nich? Każda para łap się przyda, a nuż coś znajdziesz, co się przyda — zaproponowała, spoglądając na dymnego kątem oka. Ten od razu skinął głową i ruszył do tunelu prowadzącego do miejsca, które kiedyś mogli śmiało nazywać domem, azylem, lecz teraz po nim zostały jedynie zgliszcza i wspomnienia wśród Burzaków.
Nim Milknąca Łapa opuścił podziemia, już mógł poczuć na swym dymnym pysku podmuch mroźnego powietrza, które niczym drapieżnik po cichu zakradało się do tunelu oraz dalszej części nowego obozu. Kocurek mimowolnie się wzdrygnął, a jego sierść minimalnie uniosła, szczególnie ta występująca wokół szyi, przypominające niewielką grzywę, która powoli z każdym księżycem dodawała mu coraz większej elegancji i dumy z wyglądu.
Pierwszy kontakt poduszek łap z białym puchem w starym obozie był istnym dreszczem szoku, który przeszywał od kończyn do samego szpiku kości. Każdy oddech kocura powodował pojawienie się siwych obłoków też przed pyskiem kocura, świadczących o mało przyjemnej temperaturze, jaka obecnie panowała. Machnął swym krótkim ogonem, by następnie powoli ruszyć przed siebie w głąb dawnego azylu, w którym żył raptem parę księżyców, nim straszliwy pożar obrócił go w zgliszcza, po których obecnie stąpał. Nie wiedział dokładnie czego szukać, lecz postanowił swoje poszukiwania rozpocząć w miejscu, gdzie niedane było mu choć przez chwilę być, przebywać. Skruszone Drzewo górowało nad obozem, dumnie wznosząc się ku chmurom, choć teraz było pokryte ciemną sadzą, która dodawała wieku tej budowli.
Starając się nie potknąć o nic skrytego pod śniegiem, podążał niewielkim wzniesieniem, które prowadziło bezpośrednio do legowiska medyka, mieszczące się tuż pod tym, które dawniej należało do lidera klanu, Króliczej Gwiazdy. Ciekawiło go w jakimś stopniu, jak wygląda miejsce, gdzie głowa klanu potrafi spędzać całe dnie, lecz ze względu na szacunek do zmarłego, nawet nie podejmował próby dotarcia do tej kondygnacji wieży, zamiast tego skupił się na miejscu, które już od samego wejścia było przesiąknięte zapachem wszelakich ziół. Dla innych mogłby być przytłaczającą mieszanką jednak dla Milknącej Łapy stanowiły bodziec, przez który poczuł nagły smutek i tęsknotę. W jego głowie od razu pojawił się obraz, jak z resztą rodzeństwa leży ściśnięty przy brzuchu Purchawki, a jej futro intensywnie pachnie medykamentami, które znajdowały się w dziupli uzdrowicieli, gdzie sama kotka do niedawna sypiała. Przynajmniej dopóki nie przeniosła się do żłobka, by urodzić swoje i Zawodzącej Gwiazdy dzieci.
Ciężko westchnął, starając się zapanować nad łzami, które tak usilnie teraz chciały ukazać się światu i stanowić dowód słabości ucznia. Szybkim ruchem łapy, starł słone krople, sunące po jego dymnych policzkach. To nie był ani czas, ani miejsce na jego żale, przybył tutaj w poszukiwaniu czegoś, co mogło się ostać w czasie pożaru. Kiedy tylko wziął się w garść, przystąpił do węszenie po całym legowisku, starając się zbadać każdy kąt, zakamarek, gdzie mogły zostać ukryte zioła. Tym razem mu się poszczęściło, gdyż niespodziewanie do jego nosa dotarł wyjątkowo kuszący i smakowity zapach. Podążając tropem, dotarł do pęczku kocimiętki, od której aż czuł, jak mu w pysku gromadzi się ślina, stanowiąc naturalną reakcję na woń zioła. Pęczek został przez niego delikatnie pochwycony i by mieć pewność, że roślina w całości dotrwa do nowego legowiska medyków, ruszył truchtem do tunelu. Oczywiście w tym pośpiechu potknął się o jakiś niewielki kamień, przez co jego zęby mocniej zacisnęły się na kocimiętce.
Dumny niczym paw wkroczył do jaskini, gdzie obecnie przebywała Wdzięczna Firletka wraz ze swoją czarno białą uczennicą, będącą również siostrą dymnego kocura. Jej niebieskie ślepia od razu padły na brata, jakby samym spojrzeniem chciała go przepłoszyć z legowiska. Niestety dziś to nie był jej dzień i kocur, udając, że nie widzi Łzawej Łapy, podszedł do starszej szylkretki, by następnie tuż przed jej łapami odłożyć zioło na kamienną posadzkę.
— Wdzięczna Firletko, znalazłem je w twoim starym legowisku — oznajmił, minimalnie się prostując, czekając na pochwałę ze strony medyczki.
— Dziękuje Ci Milknąca Łapo, każdy pęczek kocimiętki się przyda w porze nagich drzew — wymruczała zielonooka. To wystarczyło, by w pysku kocura pojawił się smak zwycięstwa, który stłumił wcześniejszy posmak przyniesionego zioła. Kątem oka zerknął na Łzę, lecz po chwili trwającej uderzenie serca, ostentacyjnie odwrócił wzrok, pokazując swoją wyższość nad młódką. Skinął głową na słowa liliowej, a następnie opuścił ich legowisko.
2378 słów
[48%]
Event Klanu Burzy:
Poszukiwania - zioła z legowiska medyków
Uwicie nowych posłań z zapasów traw, puchu i mchów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz