Dawno temu, kiedy Kurczak był małym uroczym kurczaczkiem i nie spaliło nam obozu
Tak było i tym razem. Zapadła już ciemna noc, która Porą Zielonych Liści przychodziła dużo później, aniżeli Porą Nagich Drzew. Przez to albinos rzadziej mógł wychodzić na powierzchnię, gdyż zwiększało się ryzyko poparzenia jego skóry, którego zresztą już raz doświadczył i nie było to nic przyjemnego.
Ruszył tunelem ku powierzchni, czując parne powietrze z zewnątrz. Kiedy już miał wyściubiać nos na dwór, spotkał się pysk w pysk z jakimś kociakiem.
Sam musiał przyznać, że go nie kojarzył. Spędzając całe dnie odizolowany, nie miał czasu ani chęci na socjalizację z innymi; zwłaszcza kiedy był w takim stanie jak aktualnie. Zeskanował młodego wzrokiem, nieco zszokowany. Odchrząknął.
— Kim jesteś i czemu nie śpisz?
Rudy nie odpowiedział. Dalej piorunował go kobaltowymi oczami, nie odrywając wzroku. W ciemności albinos nie był pewien czy w ogóle kociak mrugał. Mały Burzak przechylił główkę na bok pytająco. Usiadł przed nim i go obserwował dokładnie.
Biały nie wiedział, co ma zrobić. Kociak po prostu usiadł i wlepił w niego gały, co nie było niczym nowym. Jako albinos najczęściej spotykał się z takim zachowaniem, ale teraz... ten dzieciak powinien wrócić do żłobka.
— Wracaj do rodziców — mruknął do niego, wychodząc z tunelu. Wyminął kociaka i obrzucił go poganiającym spojrzeniem. — No już, ruchy.
Maluch pokręcił głową. Nie ruszył się z miejsca, a przez ramię spojrzał na odchodzącego albinosa ze smutną minką. Biały zerknął na niego z poirytowaniem.
— Nie weźmiesz mnie na ten szczenięcy pyszczek — miauknął. — Czemu nie chcesz wrócić? Chociaż zresztą, to nie moja sprawa.
A z drugiej strony nie powinien zostawiać małego dziecka samego w nocy. Niby obóz uchodził za bezpieczny, a jednak mógł dostać się tutaj wąż lub inny drapieżnik i zrobić krzywdę temu kocięciu. Biały czekał na odpowiedź, o ile w ogóle takową miał otrzymać.
Kociak wstał i obrócił się ciałem w jego stronę. Podreptał do jego łap, bez słowa za nim podążając. Najwidoczniej niemowa zmieniła zdanie. Albinos zmarszczył nos. Dlaczego on do niego podszedł?
Biały podniósł łapę i zrobił dwa kroki, by zobaczyć, jak rudy tupta w ślad za nim. Machnął długim ogonem z poirytowaniem. Był zmęczony, a tu jeszcze trafiła mu się taka mała gąska... co miał robić? Może podrzuci go do żłobka?
— Świetnie. Idziemy — zarządził w związku ze zmianą nastawienia malucha.
Szli w ciszy. Malec starał się nadążać za tempem przewodnika, próbując go nie zgubić. Kiedy Biały Strumień pomyślał, że miał do czynienia z niemową jak zmarłym Cichą Łapą, usłyszał za sobą spokojne, ciche miauknięcie.
— Gdzie te dziury prowadzą? — wyrwało się z nieśmiałego malca, który kurczowo trzymał się białych łap przewodnika.
Biały postawił uszy w sztorc, gdy z gardła młodego wydobył się głos. Obejrzał się za siebie, a po chwili wziął wdech.
— W różne miejsca — odpowiedział ze spokojem. — Część jest ślepa, przeznaczona dla więźniów, a część prowadzi pod granice z innymi klanami lub do różnych lokacji na terenie Klanu Burzy.
— Łooo... — wymamrotał zafascynowany. — Czy wrócimy? — zapytał, widocznie się wybudzając z trybu niemowy.
— Gdzie chcesz wracać? Idziesz do żłobka spać.
Kociak się zatrzymał, widocznie stawiając opór. Zastanowił się przez chwilę, po czym pokręcił głową.
— Nigdzie się nie ruszam! — oznajmił, unosząc podbródek do góry. Widać, że malec był w dosyć bojowym nastroju.
Albinos zmarszczył brwi i położył po sobie uszy. Nie potrafił obchodzić się z dziećmi, toteż nie wiedział jak pedagogicznie rozegrać tę sytuację. Zwyczajnie nachylił się nad rudym buntownikiem.
— A właśnie, że się ruszasz — złapał go za sierść i zaczął ciągnąć do żłobka.
Kurczak zaczął się wierzgać i wyginać jak dzikie zwierzę, próbując wyrwać się z uścisku Białego Strumienia. Przewodnik się nieco bardziej wkurzył. Wypuścił wierzgającego malucha.
— Uspokój się — syknął. — Zaraz wszystkich obudzisz.
Kociak prychnął i strzelił widocznego focha.
— Ja nigdzie nie idę! — powtórzył.
Biały bardzo ciężko westchnął. Co za utrapienie...
— Do widzenia w takim razie — miauknął.
Miał tylko nadzieję, że kociak nie zamarznie. Jeśli nie wróci do żłobka w ciągu dłuższej chwili, Biały pewnie ponownie podejmie próbę zawleczenia go do ciepła.
— Do widzenia! — odpowiedział rudzielec i zaczął maszerować w stronę, gdzie Biały Strumień go pierwszy raz zobaczył.
Przewodnik powiódł za nim wzrokiem i zrezygnowany opuścił głowę. Co za mały wredny bachor! Nie mógł zrozumieć, że albinos chciał mu pomóc nie umrzeć?
Biały patrzył, jak rudy kuper tupta w stronę tuneli i już wiedział, że łatwo nie będzie. Przewrócił oczami, a po chwili poszedł do stosu ze zwierzyną po coś na ząb.
Minęło trochę czasu od jego spotkania z kociakiem. Biały zjadł posiłek i mógł wrócić do tuneli, więc przy okazji zobaczy, czy rudy nie zamarzł tam na kość. Poszedł w kierunku tego wyjścia, do którego poszedł młodziak, by zerknąć. Gdy dotarł, nie zauważył srebrno-rudego futra. Zmarszczył nos. Pewnie ten dzieciak się potknął i poturlał w dół, a teraz on musiał go szukać. Cóż, o tyle dobrze, że tunele były jak jego druga skóra.
Wszedł do nich i od razu złapał trop, idąc w dół, szukając małego uciekiniera.
Znalazł rudzielca jak stał odwrócony tyłem do przewodnika. Patrzył w mrok, w głąb tunelu.
— Tam coś było! — drżący głos kociaka był skierowany do Białego Strumienia, ale malec nie raczył spojrzeć na albinosa. Zamiast tego gapił się w to samo miejsce z wytrzeszczonymi, przerażonymi oczami.
Poruszył wąsami, jednak nie panikował. Powęszył w tunelowym powietrzu, a następnie spojrzał na rudzielca.
— Tak, na pewno było — mruknął. — Ale już zniknęło, więc wracaj do żłobka albo zaciągnę Cię tam za ogon.
Odwrócił się do niego zmartwiony. Kociak zmarszczył brwi.
— Ale tam coś było! — miauknął przejęty. — Naprawdę!
Albinos przewrócił oczami i tym razem, zachowując się mało pedagogicznie, zaciągnął go po prostu za fraki do żłobka. Wrzucił kulkę futra pod krzak i wrócił do tunelu, by pójść na spoczynek.
~ Jeszcze przed pożarem ~
Po mianowaniu Kurza Łapa znowu przykleił się do jego łapy. Normalnie jakby był cieniem Białego, o który nie prosił. Albinos nachylił się nad młodziakiem.
— Jestem wymagający — uprzedził, a jego czerwone spojrzenie świdrowało świeżo upieczonego ucznia. — Lepiej byś sprostał moim wymaganiom i nie przyniósł wstydu klanowi.
<Kurczaczku?>
[Liczba słów: 1067, trening Kurzej Łapy]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz