BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

30 marca 2026

Od Flaminga

Kocurek poczuł nagły chłód spowodowany zimną, kolorową Porą Opadających Liści, który sprawił, że nabrał do swoich małych płuc tyle powietrza, ile tylko był w stanie. Wydobył z siebie głośne, cieniutkie niezadowolone miauknięcie, podczas którego zatrząsł się i przednimi łapkami próbował unieść ku górze, rozdziawiając mordkę szeroko. Jego okrzyk poniósł się echem po kociarni, odbijając się wręcz od ścian. Oczka miał jeszcze zamknięte, a futro nadal dziwnie wilgotne. Poczłapał instynktownie w stronę postawnej, dużej szylkretowej kotki, do swojej mamy. Wtulił się w jej puchaty bok, czując, jak kocica otula go gęstym, ciemnym ogonem. Malutkimi pazurkami plątał się pomiędzy jej kłosami, aczkolwiek najważniejsze było, że udało mu się dotrzeć do brzucha kocicy. Wczepił się niczym mała pijawka, po czym zaczął pić. Na jego podniebieniu rozpłynął się przyjemny posmak mleka. Wężynowy Kieł zamruczała, układając się wygodnie w legowisku.
— Będziesz najlepszy. Najlepszym kotem z całego Klanu Nocy. Pokażesz im wszystkim, mój mały książę, co to znaczy być wzorem do naśladowania — miauknęła nisko, przypatrując się jaśniutkiej kuleczce. Każdego dnia do kociarni przychodziły określone koty, które zielonooka starannie i wybrednie dobierała. W końcu nie wpuściłaby do swojego synka byle kogo! Flaming jeszcze był zbyt malutki, żeby przejmowało go cokolwiek z tego, aczkolwiek malował na pyskach kotów radość, uśmiechy, ponieważ był silny i zdrowy. Był nadzieją, nie był nawet świadom, jak wielkie oczekiwania pokładała w nim jego kochana mamusia. Nie miał pojęcia, jak bardzo przyjdzie mu się starać o własne miejsce w szeregach rybojadów. Ponadto… czekała go ceremonia na członka rodu, bo w końcu był synem samego Błękitnej Laguny! Kocurek ugniatał brzuch karmicielki, domagając się stale więcej i więcej mleka. Jakby jego głód był nieskończony i nie do poskromienia.
Nie zawiedź mamusi, mały Flamingu. Tańcz tylko tak, jak ci ona zagra.

Od Przypalonej Łapy CD. Pierzastej Łapy

Przepiękny krajobraz Pory Opadających Liści malował się przed pyszczkiem Przypalonej Łapy, który wybrał się na trening razem ze Zmierzchającą Falą. Wiatr owiewał jego boki, mierzwiąc nieregularnie rozłożone ciemne, dymne futro. Wybrał się nad granicę z Klanem Burzy w celu odnowienia oznaczeń zapachowych. Zawsze zastanawiało go, jak to było, że sąsiedzi zachowywali się tak odmiennie od Nocniaków. Co prawda nie znał żadnego Burzaka, jednak tak mu się wydawało – że każdy zachowywał się po prostu inaczej. Nie spotka się Burzaka, którego wypadałoby nazwać typowym Nocniakiem i vice versa.
W oddali ujrzał malutkie drzewa. Z jego perspektywy wyglądały niczym mrówki. Obejrzał się przez ramię i prędko zauważył, że nie ma nigdzie jego mentora. Serce burasa się zapadło, gdy gorączkowo zaczął węszyć i nasłuchiwać za kocurem. Nigdzie nie mógł go znaleźć! Czy powinien wrócić się do obozu? Może źle zrobił, że w ogóle się rozkojarzył? Powinien był trzymać się tego, co działo się wokół niego i tylko niego, a nie wszystkiego wokół… ach!
Nagle dojrzał blisko siebie rudo-białego kocura o niebieskich, wpadających w zieleń oczach. Nieznajomy miał długą, ostro zakończoną grzywkę, która przysłaniała mu oko. Nie było mu tak niewygodnie? Widział wyraźnie? Przypalona Łapa zjeżył się, czując od niego obcy zapach. To musiał być Burzak! Spokojnie… spokojnie, Kasztanku… przecież nie przekroczył granicy, więc nie powinien być problematyczny, prawda…? Dopóki nie zamierzał go skrzywdzić, dopóki nie kradł im zwierzyny, dopóki trzymał się własnej strony terenów, to powinno być wszystko w porządku. Czasem zdarzało się, że patrole dwóch sąsiednich klanów na siebie wpadały, takie interakcje nierzadko kończyły się dość neutralnie i bez większych kłopotów. Po prostu się mijali bez większych zastrzeżeń.
Brązowooki nie miał pojęcia, kim był ten cały “Bąbel” jednak nie wiedział nawet, co mogło to oznaczać. Czy to było jakieś przezwisko na koty jego pokroju? Już wolałby chyba szczur, te by przynajmniej zrozumiał i jasno wymalowałby obraz w głowie tego, jak postrzegał go nieznajomy i o dziwo… młodszy od niego uczeń. Oczy burasa zogromniały, gdy przyglądał się dalszym poczynaniom nieznajomego. Wsłuchiwał się w każde jego słowo.
Pierzasta Łapa… Przypalona Łapa się nie mylił, więc był z Klanu Burzy. Woń królików oraz wrzosowisk unosiła się ze szczupłego ciała sąsiada, jego futro było zadbane i śliskie, a łapy długie. Był wręcz stworzony do klanu, z którego pochodził.
Przypalona Łapa zamyślił się na chwilę. Oczywiście, że znał Szkwalną Łapę. Był to jego kolega… a może przyjaciel? Pokiwał głową.
— Tak… czy coś się z nim stało? Znasz go? — zapytał z lekkim niepokojem Pierzastą Łapę, co było dość lekkomyślne, przecież to buras przebywał z nim w jednym obozie, a nie biało-rudy. Może poznali się na zgromadzeniu? Wtedy, kiedy łaciaty popadł w panikę i nic więcej nie liczyło się dla niego, oprócz kojącego zapachu Urodziwej Łapy?
— To mój ziomek! Jeśli jest gdzieś blisko, to zawołaj go może, co? Chciałbym z nim porozmawiać — point próbował go zachęcić.
— Nie… nie ma go, jestem tylko ja i mój mentor. Mogę mu przekazać, jeśli chcesz mu coś powiedzieć — silił się na spokojny ton. Pierzasta Łapa machnął parokrotnie łapą, jakby chciał w ten sposób przekazać; “ach, to nieważne!”.
— Czyli jednak chcesz rozmawiać. Wspaniale! Polowałeś już na króliki? Nie, pewnie u was w Klanie Nocy jecie tylko ryby… — parokrotnie przesunął łapą po swojej gęstej, długiej grzywce, jakby próbował ją wystylizować. Przypalona Łapa siedział tak jak wryty, patrząc na nieznajomego. — No, powiedz coś, przecież nie będę tylko ja gadał! Skoro jesteśmy sąsiadami, to powinniśmy się poznać, nie sądzisz? — rudy poruszył ogonem, posyłając szeroki uśmiech buremu.
Przypalona Łapa odrobinę się zmieszał, spuszczając wzrok na parę uderzeń serca. Łapą przesunął po gruncie pod sobą, zataczając nim kółeczka w ziemi.
— Aach, ja nie jestem wcale ciekawym kotem. Ostatnio nauczyłem się łowić ryby i jako tako pływać, ale nie jestem w tym jakiś idealny… — powiedział niezbyt wylewnie, czując się dziwnie odsłonięty. Gdyby był łysy, byłby prawdopodobnie cały czerwony z powodu nerwów oraz stresu, jaki go w obecnej chwili zżerał.
— Jestem pewien, że Klan Burzy poluje na króliki lepiej, niż wy wszyscy na te swoje ryby — zaśmiał się, nagle zmieniając ton rozmowy, w jakim zmierzała do tej pory. Nocniak spojrzał na kocura ze skonfundowaniem. To było dość odważne i szczerze… nietypowe stwierdzenie, bo niby dlaczego miał tak mówić, po co? I skąd miał tę dziwną pewność, skoro raczej nigdy nie widział, jak polowali, najprawdopodobniej?
— Tak myślisz o też Szkwalnej Łapie…? — wymsknęło się buremu z pyszczka. Skrzywił się, czując frustrację tym, że nie potrafił trzymać języka za zębami. To była jedna z tych sytuacji, kiedy powinien, a jednak… nie potrafił zrozumieć, dlaczego rudy nagle stał się taki może… niezbyt przyjemny? Przed oczami dymnego pojawiły się mroczki, zrobiło mu się nagle słabo. Bał się, że rozmówca zaraz na niego skoczy i go rozszarpie.
— Szkwalna Łapa to wyjątek, oczywiście! W końcu to mój ziomek, ja się nie zadaję z frajerami — powiedział dumnie Pierzasta Łapa, unosząc pysk ku górze i kładąc łapę na wypiętej, puchatej piersi. Po chwili się wyprostował ponownie, przybliżając do Przypalonej Łapy, kładąc mu łapę na ramieniu i parokrotnie stukając go lekko po barku i chichocząc, jakby nie powiedział tego śmiertelnie poważnie. Łaciaty zachichotał z nim nerwowo, chociaż czuł, że jego niepokój się zwiększał z każdym kolejnym słowem Burzaka. Po chwili zielonooki otarł łapę o futro starszego, jakby bał się, że się czymś zarazi, jakby była brudna i potrzebował ją otrzepać z nadmiaru brudu. Futro Przypalonej Łapy w tamtym miejscu uniosło się odrobinę. Czuł wszystko. Był obrzydliwy? Brzydził się go?
— No… dobrze, prawda, prawda… — przyznał mu w końcu rację, choć niechętnie. Tak było po prostu łatwiej i może uniknąłby ewentualnych nieprzyjemności.

<Pierzasta Łapo, może ty lepiej mów>

Sesja zakończona

Od Pierzastej Łapy do Spalonej Łapy

Do nosa uczniów wdarł się soczysty zapach dojrzałej zwierzyny.
— Cyklonowe Oko mówił ci już, jak się zagania króliki, co nie?
— No… chyba, coś mówił o nich… a może o Króliczej Gwieździe? Bąbeeeel, ale ty przecież umiesz! Przypomnisz mi, co nie?
— Aha… przypomnę.
Zaczaili się na dużego królika. Czekoladowy miał zaprowadzić zwierzynę prosto w łapy Pierzastej Łapy, który wykończy go swoimi ładnymi kłami.
Wszystko się powiodło.

***

Szli w ciszy tylko dlatego, że rozgadany kot miał w pysku zwierzynę.
— Wiesz, z kim dzisiaj rozmawiałem? — zapytał Bąbel, idąc z nim krok w krok. Rudy podskakiwał, nie mogąc ustać w miejscu. Na inicjację ciekawej rozmowy upuścił królika.
— Z kim? Mów! — zażądał.
— Eee… — uczeń nieco się zmieszał, zapominając jak Pierze miał w zwyczaju się do niego odzywać, ale przełknął to i potrząsnął głowę. Na jego pysku zagościł niewinny uśmiech. — Śpiewająca Łapa ze mną rozmawiała! Ma taki ładny głos i w ogóle…
— Bąbel, ale ona jest psychiczna! — wtrącił się mu braciszek sfrustrowany. — Ona chce cię tylko wykorzystać! Mówiła, że jesteśmy zepsuci! — dodał zdenerwowany, gromiąc młodszego wzrokiem.
— Ale… ale…
— Nie ma żadnego “ale”! Ona nas obgaduje z tą jej psychiczną matką! — warknął. — Jak z nią rozmawiałem… to… to ona miała pod ogonem własnego syna! Czaisz ty to?! — mówił roztrzęsiony. — Nasza mama byłaby bardzo smutna, gdyby nam się coś stało… i oberwalibyśmy po uszach… a ta kocica bez serca nawet się nie przejęła jego śmiercią! Tak samo, jak ta Śpiewająca Pokraka!
Bąbel patrzył na niego z szeroko otwartymi oczyma, dowiadując się o obrzydliwej prawdzie. Głośno przełknął ślinę, usiadł i uciekł wzrokiem na swoje łapy.
— Se… serio? — wymamrotał.
Pierzasta Łapa przytaknął mu głową. Wzrok Bąbla uciekł w bok, wyraźnie zawstydzony, że dał się Śpiewającej Łapie.
— Trzymajmy się razem, a nic ci się nie stanie. Obiecuję! — dodał Pierze z ciepłym uśmiechem. Własnym masywnym łapskiem uniósł delikatnie podbródek ucznia. Ich szmaragdowe oczy zalśniły, gdy podobne spojrzenia się spotkały. Czekoladowy odetchnął z ulgą i oparł się o wyższego braciszka. Rudy wziął długą zwierzynę do pyska. Zamknęli oczy, pozwalając ciepłemu wiatrowi zmierzwić ich długie kosmyki futra. Pierze westchnął lekko.
Śpiewająca Łapa właśnie trafiła na listę niegrzecznych kotów. A Chomik…
… Chomik stała się fascynującym, godnym pożałowania obiektem dla Pierzastej Łapy.

***

Cyklonowe Oko znowu spuścił młodzieńca z oczu, który kolejny raz śmiał przejść się przy granicy z Klanem Nocy. Jego myśli wędrowały od tematu Szkwalnej Łapy do… Rybkowej Łapy.
— Nosz… czemu ona nie chce mi wyjść z głowy?! — miauknął bezradnie do siebie. Kopnął pobliski kamień i warknął. Miał już dosyć tego wszystkiego. Śpiewającej Pokraki, Chomiczej Łapy, Króliczego Bobka i Zawodzącego Monstrum…
— K… k-kim jesteś!?
Pierzasta Łapa wstrzymał oddech i powoli odwrócił się do biało-czarnego kocurka. Zmierzył go sądzącym wzrokiem od stóp do głów. Dmuchnął w swoją długą, gęstą grzywkę i się skrzywił.
— Nie gadaj, że kolejny sobowtór Bąbla… — wymamrotał do siebie. Na jego pysku zagościł chytry, hipnotyzujący uśmieszek. — Jestem Pierzasta Łapa, uczeń Klanu Burzy! — odparł spokojnie i podszedł bliżej, na co starszy się cofnął. Pierze przechylił łeb na bok. — Nieskory do rozmowy, co? No dobra… ej, a znasz takiego ziomeczka jak Szkwalna Łapa? — zapytał w końcu, zalewając Nocniaka falą słów.

[506 słów – umiejętność polowania na króliki]

<Bekso?>

[10% + 5%]

Od Ćmiego Mżenia

Kotka siedziała nad dziurą z jakąś breją w obozie.
— Poszarpane, zmielone liście... woda... — wymieniała. — Teraz tylko to przykryć...
Wzięła jakiś kawałek kory i przykryła dziurę. Wzięła leżącą obok niej rybę i zaczęła wybierać z niej samo mięso. Zdziwiony Szept, najwyraźniej jako jedyny w obozie to zauważył i podszedł do wojowniczki.
— Ciemko... co robisz?
— Jak to co? Złożoną piszczkę... taką lepszą... z dodatkami... NADPISZCZKĘ!
— Co to znaczy... — odsunął pokrywkę. — To są liście i woda...?
— I płoć! — dodała rybę do mieszaniny.
Nagle podeszła do nich Wężynowy Splot.
— Ćmie Mżenie, wisisz mi 15 piszczek, pamiętasz?
Kotka, zdezorientowana, nagle obudziła się w swoim legowisku. Klanie Gwiazdy... co to był za sen? To było zbyt absurdalne nawet jak na mnie...
Koty nadal odpoczywały. Był środek nocy. Postanowiła więc, że przejdzie się na spacer. Ostatnio zastanawiała się, kogo właściwie lubiła, jakie koty. Widziała to jako coś poważnego, mimo iż związki homoseksualne były powszechnie akceptowalne zarówno w klanie, jak i poza nim. Brakowało jej każdego z jej dzieciństwa, do kogo mogła pójść po radę. Z Trzcinką... Trzcinowym Szmerem dawno w sumie nie rozmawiały, to byłoby dziwne, gdyby nagle podeszła. Tak samo Wężynowy Splot. Jej matki nie żyły, a Różyczka...
Nadal rozpamiętywała śmierć Różyczki. Swoich mam oczywiście też, ale jej kocięca przyjaciółka zmarła jak była dopiero co mianowanym uczniem. Oczywistym było, że jej śmierć bardziej na nią wpłynęła.
Idąc tak przez obóz, rozmyślając, a raczej użalając się nad sobą, dostrzegła Szept – jej przyjaciela.
Podeszła delikatnie do kocura i przysiadła obok niego. Lubiła to, jak wyglądał. Nie wiedziała w sumie czemu. Tak samo zawsze podziwiała wygląd Wężynowego Splotu. Kocur nie wyglądał jak inni męscy członkowie klanu, miał delikatniejsze rysy pyska. Zdawało się, jakby Ćma dopiero ostatnio to zauważyła. Dotknęła delikatnie ogonem boku Szeptu, aby go nie wystraszyć.
— Cześć, Szept! — miauknęła cicho, ale entuzjastycznie.
— Ach! — ciche zaskoczenie wyrwało się z jego pyska. Obrócił głowę, aby zobaczyć, kto to był. — Wystraszyłaś mnie, Ciemko — szepnął z delikatnym uśmiechem, wtulając się w klatkę piersiową kotki z cichym pomrukiem zadowolenia. Po chwili jednak gwałtownie się odsunął. — P-przepraszam… Chyba nie powinienem tak robić… — spuścił swoją głowę i wbił wzrok w swoje łapy.
— Jest w porządku, lubię się przytulać! — przesunęła się w kierunku Szeptu. Kocur przez chwilę zamilkł, ale po chwili się przysunął z powrotem. Kotka cieszyła się, że mogła tak bez słów porozumieć się z kocurem i tym, że nie czuła się z nim tak niezręcznie, jak podczas rozmowy z innymi kotami.
— Szepcie... mogę ci się z czegoś zwierzyć? Znaczy... To trochę głupie, bo to nie jest jakoś bardzo nieakceptowalne czy coś... ale chcę o tym komuś powiedzieć... — przerwała i spojrzała w księżyc, który lśnił na niebie. — No bo... ja chyba lubię kotki. Jakby tylko kotki — zerknęła na Szept, który, przynajmniej według niej, nie wydawał się jakoś bardziej wzruszony. — To strasznie głupie, dosłownie byłam wychowywana przez parę kotek — zaśmiała się i zarzuciła swój puszysty ogon na łapy. — Dobra… to było głupie, wybacz.
Kocur na nią spojrzał i uśmiechnął się. Najpierw tak, jakby chciał powiedzieć, “wiem o tym, głuptasie”, ale po chwili zmienił się na nieco łagodniejszy.
— Bardzo się cieszę, że postanowiłaś mi się zwierzyć. Jeśli miałbym być szczery, od kiedy jesteśmy bliżej, jestem w stanie to zauważyć. Myślisz, że nie zauważyłem, jakim wzrokiem patrzyłaś na Wężynowy Splot? Czasem to aż sam się dziwiłem, że ona tego nie dostrzegała…
— Oh... tak, ma to sens... Klanie Gwiazdy! — kotka dopiero teraz zdała sobie z tego faktu sprawę. — Czemu ty jesteś taki spostrzegawczy? — szturchnęła go żartobliwie, na co on zachichotał.
Point spojrzał w taflę wody, która spokojnie biegła gdzieś dalej, gdzie jego wzrok z tego miejsca już nie sięgał. Kotka spojrzała tam, gdzie on. Woda tej nocy była piękna, delikatny blask księżyca odbijał się od delikatnych fal, które poruszały cieczą.
— Wiesz, że możesz mi powiedzieć absolutnie wszystko? Nie zacznę cię nagle nienawidzić, nie po tym wszystkim... — powiedziała to nieco dramatycznie, choć w jej głowie nie miało to tak zabrzmieć.
— Chciałbym, żeby było tak, jak mówisz… — nagle posmutniał, najwyraźniej nie zwracając na przesadną dramaturgię kotki.
— Możemy wyjść z obozu, jeśli nie chcesz mówić o tym tutaj — uśmiechnęła się do niego.
— Bardzo chętnie! — szepnął, jednak nie ruszył się ani o mysi wąs. Wpatrywał się chwilę w oczy przyjaciółki w całkowitej ciszy. — Wiesz, masz bardzo ładne oczy... Ich kolor przywodzi mi na myśl wczesne liście Pory Opadających Liści i bursztyny lśniące od ciepłych promieni słonecznych, które dosięgają ich nawet pod otchłanią wody… — nagle zamilkł, jakby nagle zdał sobie sprawę, że to powiedział na głos i zrobiło mu się głupio. — U-uh przepraszam, t-to nie miało sensu... Nie, ja.... Znaczy, nie uważam, że twoje oczy są brzydkie, bo są ładne, są bardzo ładne, ale nie mówię tego tak, że… że cię jakoś lubię czy coś — słowa z jego pyska niemal się wylewały, niczym powódź. — Po prostu… — przerwał, aby wziąć oddech i pospiesznie dodał. — To znaczy… lubię cię i to bardzo, bo to nie tak, że cię nie lubię, ale po prostu nie chcę nic sugerować- C-czy coś... Ugh, czemu nie mogę się normalnie wypowiedzieć! Przepraszam… — schował pysk w łapach, jakby chciał tym sposobem siebie uciszyć. Ćma spojrzała na niego pogodnie, jakby mógł zrobić najbardziej głupią rzecz na świecie i nadal by to nie wpłynęło na to, jak go postrzegała.
— Liście Pory Opadających Liści są piękne! Lubię ich kolor... Twoje oczy wyglądają jak czysta woda lśniąca na słońcu... pasują do koloru twoich pręg... o ile ma to sens — zachichotała i przysunęła się bliżej.
Delikatnie wysunął swój pysk spomiędzy łap, czując, jak wojowniczka się przybliża.
— Dziękuję, Ciemko... — wymruczał, przymykając oczy podczas wtulania się w jej mięciutkie, liliowe futro. — Dla mnie każde słowo wypowiedziane przez ciebie ma sens... — dodał, kiedy kotka owinęła go swoim długim ogonem.
Przez czas dłuższy czas siedzieli tak razem w przyjemnej ciszy. Wojowniczka rozejrzała się po obozie. Liście na krzewach nadal były zielonkawe. Pora Opadających Liści dopiero się zaczęła. Lubiła ją, ale wolała tę środkową część, kiedy liście zmieniały kolor. Cieszyła się, że Szept porównał jej oczy do krajobrazu Pory Opadających Liści, poczuła się wtedy piękna.
— Co powiemy kotu, który pilnuje tej nocy obozu? — spytał ogrodnik, przerywając ciszę.
— Powiedzmy po prostu, że chcemy wyjść na spacer. Dzisiaj na warcie stoi... Kropiatkowa Skórka? O ile dobrze pamiętam. Nie powinna mieć problemu.
Chwilę jeszcze siedzieli, zanim wstali. Nie spieszyli się. Jakby oboje ustalili, że chcą jeszcze chwilkę nacieszyć się momentem. W końcu wstali. Obóz był cichy. Ćma dawno nie chodziła po obozie nocą, nie była przyzwyczajona do takiego widoku, jak żywego za dnia obozu. Szeptowi zdawało się częściej to zdarzać. Było przyjemnie zimno.
Gdy tak szli, obok bramy obozu Ćma dostrzegła długie futro otulające pysk wartownika, co od razu zdradziło, że była to Kropiatkowa Skórka. Kotka wydawała się na początku zaskoczona, że ktoś podchodzi, ale widząc Szept, od razu uśmiechnęła się lekko. Spojrzała lekko zaskoczona na szylkretkę.
— Cześć, Szepcząca Hipnozo, cześć, Ćmie Mżenie — przywitała się. — Gdzie idziecie?
— Idziemy na spacer — odpowiedziała liliowa kotka. — Możemy iść?
— Jasne, tylko wróćcie szybko, dobrze?
Oboje kiwnęli głową i wyszli z obozu. Wojowniczka zastanowiła się chwilę, gdzie mogą iść.
— Możemy pójść nad brzeg morza albo gdzieś gdzie nie jest tak chłodno. Gdzie chcesz iść? — zapytała Szept.
— Pójście nad morze byłoby fajne, ale trochę boję się tych mew... Przecież jedna z nich zaatakowała medyczkę Klanu Klifu... Biedna... Współczuję Nocniakom, które ją znalazły. Czy w tym patrolu nie uczestniczyła przypadkiem Mżący Przelot?
— Pewnie tak, ale nie myślmy o tym...
— Może przeszlibyśmy się na jakąś łąkę? Znasz jakąś dobrą miejscówkę? — zaproponował.
Kotka zastanowiła się chwilę. W sumie to nie znała żadnego. Po prostu lubiła tam przebywać, w każdym jej skrawku.
— Nie, ale gdziekolwiek pójdziemy, będzie dobrze! — spojrzała na pointa, który najwyraźniej nadal myślał.
— Wiem! — miauknął w końcu. — Chodź za mną.
Dotarli na miejsce na łące, gdzie jeszcze ostały się kwiaty. Wśród tych wszystkich kwiatów, szczególnie rzuciły jej się w oczy fiołki, które miały piękny, fioletowy kolor.
— Oh, spójrz, jakie piękne fiołki! Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że do nas pasują... nie uważasz? Musimy je sobie kiedyś wpleść w futro!
Szept się uśmiechnął, ale wydawał się trochę spięty tym, co chciał wyznać Ćmie.
— Tak, też uważam, że są śliczne... Moglibyśmy zrobić to nawet teraz! J-jeśli tylko — zająknął się. — Byś chciała. A-ale to zaraz, bo... No, mam dwie rzeczy, które chciałbym z tobą omówić. Tą lepszą i tą... Gorszą... Tak więc... J-ja nie wiem... Nie wiem, od czego zacząć…
— Hm... Może zacznij od tej gorszej, to później będziesz miał z górki! — miauknęła, zrywając fiołki, aby je przygotować do wplecenia. — Wiesz, nie ma dobrych i złych wiadomości, są tylko bardziej i mniej emocjonalne, wiesz?
— Co masz na myśli? — spytał nieco zdziwiony kocur.
— No wiesz, nasze szczęście może być dla kogoś nieszczęściem i odwrotnie. Każda emocja może być negatywna albo pozytywna, tak samo jest z dobrem czy złem. Zabijanie jest złe, ale sami zabijamy zwierzynę, aby mieć co jeść — przerwała, aby skontrolować fiołka. — Co nie znaczy oczywiście, że nagle zacznę zabijać każdego, kogo zobaczę. Po prostu nie warto wszystkiego widzieć jedynie w czerni i bieli — zamilkła na chwilę. — W mojej perspektywie zawsze będziesz dobry, tak samo twoje słowa i zachowania — zamruczała.
— Dzi-dziękuje, Ciemko... Tw-twoje słowa... One bardzo wiele dla mnie znaczą — szepnął. — Wiesz, Ciemko... Jesteś najbliższą mi kotką albo nie, najbliższym kotem, jakiego kiedykolwiek miałem. Mam nadzieję, że tak pozostanie już zawsze — uśmiechnął się, ale po chwili uśmiech osłabł. — N-no dobrze… no bo wiesz… ostatnio zacząłem się trochę czuć nieswojo, kiedy mówię o sobie…
— To znaczy?
— No bo... Wiesz, czasem mnie mylono z kotką i… — nie dokończył.
— Oh, czy to zawsze sprawiało, że czułeś się nieswój?
Szept wbił wzrok w swoje łapy. Po chwili ciszy, w końcu zebrał się, aby odpowiedzieć.
— W-wręcz przeciwnie… wiesz, zastanawiałem się, czy to tak nie powinno być...? Czy to przypadkiem nie pasuje do mnie…? Czy nie jestem może… — zamilknął.
— Jesteś może? — zachęciła go.
— …kotką… — wyszeptał ledwo słyszalnie.
— Kotką? — zapytała się, aby się upewnić.
— Tak… mam nadzieję… że nadal chcesz ze mną rozmawiać…
— Oh, rzeczywiście… zawsze czułeś… czułaś...? Się nieswojo, kiedy o tobie mówiłam jako o kocurze… przepraszam cię… — wtuliła się w kocura… właściwie kotkę.
— Ja… nic się nie stało… — zamruczała na wtulenie się kotki.
— Mam pytanie.
— T-tak...? — wyszeptała.
— Czy mogę na ciebie nadal mówić Szept…?
Ogrodniczka na chwilę zamilkła.
— Myślę... Myślę, że lepiej będzie do mnie pasować “Hipnozka”... co o tym sądzisz?
— Oh... to piękne imię! Znaczy... Zdrobnienie… ale wiesz… — biała kotka kiwnęła na znak porozumienia.
Siedziały chwilę w ciszy. Hipnozka najwyraźniej jeszcze zbierała się po całym stresie, który ją kosztował, aby to wyznać. Ćma za to wpatrywała się w przyjaciółkę, powtarzając sobie w głowie przykładowe konwersacje, aby na pewno nie pomylić formy, w jakiej się do niej zwróci w przyszłości.
— Czym… czym była ta druga rzecz…? — przerwała ciszę lilijka.
— Oh…
— Wiesz, po tym, co udało ci się mi wyznać, na pewno dasz sobie radę! — w odpowiedzi druga kotka wzięła głęboki wdech.
— Wiesz… bo ja cię bardzo lubię…
— Ja też cię lubię!
— Ale... tak bardziej… wiesz... jakby… — spojrzała na szylkretkę w nadziei, że zrozumie, co ma na myśli, ale ta zamiast tego wpatrywała się w nią, czekając na odpowiedź. Sama bała się zgadnąć, co ma na myśli, bo bała się, że palnie coś głupiego. — Silne… emocje… pozytywne... wiesz…
— … Miłość…? — spytała niepewnie wojowniczka.
Hipnozka na nią spojrzała, jakby to oznaczało "tak", ale trudno było jej się przyznać do tego.
Ćma nagle poczuła, że jej poliki robiły się dziwnie ciepłe.
— Oh… ja.. Ja chyba też to czuję… znaczy… — przerwała i wzięła oddech. — Też cię kocham. Miałam na myśli, że chyba już wcześniej to czułam, ale po prostu to ignorowałam… jeśli ma to sens…
— Oczywiście, że ma!
— Chcesz wpleść te fiołki?
— …Tak — szepnęła.
Szylkretka ją liznęła po uchu, na co ta zamruczała.

Od Borowika

A sytuacja wyglądała tak.
Moja zbyt ciężka do uniesienia główka utrzymywała resztę mojego ciała w miejscu, na miękkim legowisku. A nawet gdyby była nieco lżejsza i tak nie byłbym w stanie jej podnieść. Przy każdym poruszeniu legowisko wydawało raniący moje uszka, nieprzyjemny dźwięk szeleszczenia.
Moje oczka były zlepione i nie chciały się otworzyć. Ogarniała mnie więc nieustanna ciemność, a ciemność ta była mętna i gęsta. Ale to nie było takie złe. Raz na chwilkę udało mi się je otworzyć i nagle cała ta mętna rzeka rozstąpiła się na boki, a ja prawie umarłem.
Zamknąłem oczka niemal od razu. Nie podobało mi się to całe światło.
Potrząsnąłem główką i zacząłem wycierać jej obie strony w posłanie, by do reszty usunąć wspomnienie oślepiającego doświadczenia.
Mój bok przyciśnięty był do czegoś miękkiego i ciepłego, zapach był bardzo podobny do mojego i całe „to” było do mnie podobne. Tylko większe. Tajemniczy obiekt nie ruszał się raczej, poza miarowym oddychaniem zsynchronizowanym z moim.
Wszystko było zupełnie inne od tego, co znałem. „Znanego” jednak nie byłem w stanie opisać ani zidentyfikować. Co było wcześniej? Na pewno nie to, co teraz. Nie zimno. Nie światło. Nie hałas.
Nagle poczułem coś nowego. Do tych dwóch elementów doszedł trzeci, ciężki do określenia. Coś ciepłego z odczuwalnym naciskiem przesunęło się po moim grzbiecie. Za akcją tą stała – jak się zdaje – zagadkowa postać leżąca przy mnie.
Poczułem absolutne zdezorientowanie i przerażenie, nie wiedziałem, co się dzieje, co to znaczy. Poczułem adrenalinę. Ona dodała mi siły na kilka sekund i udało mi się podnieść główkę… która jednak od razu z powrotem opadła na ziemię, pyszczkiem w dół. Zapiszczałem cicho, ale posłanie stłumiło większość dźwięków.
Co tu się dzieje? Co to ma być?
Dopiero po chwilce uspokoiłem się. Chyba nie umarłem. Nic mi się nie stało… nie fizycznie. To nawet… całkiem w porządku.
Hm.
Już wiem, czym było to, czego tak brakuje mi teraz, a co musiało być wcześniej. To podobne uczucie do tego, które poczułem teraz.
Ciepło.
Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że w tym świecie nie ma ciepła. Nie ma go wystarczająco.

Od Chudej Łapy CD. Kalinowej Łapy (Kalinowego Powiewu)

Jeszcze, gdy Chudy był uczniem woja

Bury kocur zerknął na nią przelotnie, bo zajęty był akurat wybieraniem igiełek sosny z ogona. Wpadł w usypany kopiec podczas treningu i tak wyszło, że wyglądał jak jeż. Kalinka wspomniała coś o wujku i rzucaniu jedzeniem? Zmarszczył nos, przeszukując pamięć. Kilka wschodów słońca temu był u starszych i faktycznie dawał im piszczki, a z jednego się naśmiewał, z tego niewidomego. Czy to on był tym "wujkiem"?
— Nie rzuciłem w niego tylko jemu — burknął. — Czemu się aż tak tym przejmujesz? Nie zrobiłem mu nic złego przecież.
— Chciałbyś, żeby to w ciebie kiedyś tak rzucono zwierzyną, jak będziesz już odpoczywać po tylu księżycach pracy dla klanu? Żeby z ciebie drwili jak z najsłabszego kota? Nie wiesz, jak to jest być starszyzną. Przesiadują tam całymi dniami, wyjdą okazyjnie do śmietniska czy po to, żeby skorzystać z promieni słońca. Niektórych nie odwiedza już nawet rodzina, bo albo nie żyją, albo nie mają czasu — powiedziała, mrużąc oczy. — Większość ich interakcji ogranicza się do uczniów. Nie wiesz, czy się nie zamartwiają taką rzuconą w nich zwierzyną. Na pewno, gdyby mogli, to sami by sobie po nią poszli, a ty nie robisz im łaski, że im przyniesiesz! Tego wymaga od ciebie kodeks wojownika — powiedziała chłodno Kalinowa Łapa.
Chuda Łapa poczuł się wręcz przytłoczony wywodem, jaki dostał. Czuł się znowu, jakby był w żłobku na wykładzie Ognistej Słoty o Mrocznej Puszczy. Aż go przeszły dreszcze od uszu po koniuszek ogona.
Wziął zrezygnowany wdech. Nie dość, że mu dupę truła, to jeszcze wyskoczyła z tym kodeksem... Eh te samice... takie problematyczne. One mają pamięć do takich drobiazgów.
Podrapał się po boku, a drobinki jego skóry pofrunęły w przestworza. Przewrócił oczami, nim się odezwał.
— Kiedy ja nie miałem w planach rzucić w niego! Mówiłem Ci już! — podniósł głos.
— Twoje zachowanie jest nieakceptowalne. Musisz patrzeć, jak rzucasz, mogłeś też jakoś inaczej to zrobić — miauknęła pogniewana, patrząc na Chudą Łapę. — Dało się przykładowo podejść bliżej, wtedy nie musiałbyś rzucać i tym samym nie ryzykowałbyś sytuacji takiej jak ta — dorzuciła.
— Nienawidzę myszy! Są ohydne i obślizgłe a jest ich najwięcej na stosie i musiałem ją wziąć, bo nie było nic innego! Czemu nikt nie próbuje mnie zrozumieć? POZA TYM!
— Popracuj z Nadciągającym Pomrokiem nad swoimi sposobami podawania zwierzyny — miauknęła Kalinowa Łapa, poruszając ogonem na boki. — Spójrz na to z innej strony. Jeśli się nauczysz, może przyda Ci się to w walce — podniosła podbródek, chociaż nie brzmiała już na tak samo zdenerwowana, jak chwilę temu.
Wziął wdech i zbliżył się do kotki, żeby na pewno dobrze słyszała.
— Skoro tyle księżyców służył klanowi, to nie powinien bać się małej myszki! Mało tego, martwej! Ja się starością nie martwię, bo pewnie nawet nie dożyję, więc co mnie to obchodzi! Mam złego cela i trafiła ta mysz obrzydła w tego starego. No co ja ci mogę poradzić? To wina wiatru!
Gdy dotarł do niej sens słów burego, zjeżyła sierść na nowo.
— Ty niesforny kocie! W dziurach nie ma takiego przepływu wiatru jak tutaj, jak mogło to wpłynąć na zwierzynę? Nie próbuj mnie nawet okłamywać! — odparła oburzona. — Wiecznie mówisz tylko o sobie! Ja i ja, tylko ty — wtrąciła. — Ty egoisto! Koty na starość się zmieniają.
Chudą Łapę... zatkało. I to poważnie. Rzadko kiedy brakło mu języka w gębie, a Kalinowa Łapa właśnie wytknęła mu wszystko. Dosłownie wszyściutko, jakby znała go na wylot, mimo że raczej nie rozmawiają często. Bury stał w osłupieniu i pozwalał się pouczać, a w jego głowie pojawiały się różne myśli. Kiedy jasna kotka skończyła, zwieńczając swój monolog wrzaskiem, położył po sobie uszy i się w sobie skulił. Oczy zaszły mu łzami, ale nie chciał pozwolić im wypłynąć. Zacisnął mocno zęby i odwrócił łeb, by Kalinowa Łapa nie dostrzegła jego chwili słabości. Co jak co, ale przed nią nie chciał wyjść na mięczaka. Kotka miała dobry kontakt z Ognistą Słotą i mogłoby się to dla Chudego skończyć w różny sposób. W końcu Słota była przerażająca. Gdy przełknął wielką gulę w gardle, jego łapy zaczęły drżeć. Trzęsły się jak galareta, a on nie potrafił ich opanować.
— Z... Zostaw mnie w spokoju! — krzyknął do niej, odwracając się gwałtownie, a kilka łez poleciało w przestworza.
Zaczął uciekać od kotki, potykając się o własne łapy. Musiał znaleźć kryjówkę... gdzieś daleko i głęboko od niej, od jej przenikliwych oczu i spostrzegawczego umysłu. Nie chciał, by dalej na głos mówiła jego wady... zwłaszcza że miała rację w każdym swoim słowie. Tak, był egoistą, nie baczył na innych, tylko na swoich braci. Hipokryta, w dodatku nieszczęśliwy i marudny, unieszczęśliwiający innych. Przecież mógł podać mu tę głupią mysz inaczej! Dlaczego tego nie zrobił? Bo jego komfort był ważniejszy, od odpowiedniej postawy wobec niewidomego, bezbronnego starszego? Żałosne. Chudy cały był żałosny. Nie zasługiwał na żadne pochwały czy ciepłe spojrzenia. Kalinowa Łapa bardzo trafnie wszystko ujęła w słowa.
Znalazł ciasny kąt pod jednym z krzaków, wpełzając tam niemal od razu. Skulił się w kłębek i zaczął drżeć, szepcząc do siebie.

~*~

Minęło trochę czasu od ostatniej sprzeczki z Kalinką. W tym czasie Chuda Łapa zmienił ścieżkę szkolenia, a kotka przepędziła psa, zdając tym samym test na wojowniczkę. Chudy skłamałby, gdyby powiedział, że to nie robiło wrażenia. Wiedział też, iż jasna kotka miała jakieś rany, ale nie był jeszcze wtedy uczniem Koperku, by się nimi zajmować. Teraz, jednak gdy nim został, był wszędzie wysyłany. Dosłownie jak służący. Przynieś, podaj, pozamiataj. Chuda Łapa każdego wieczora padał na ryjek ze zmęczenia, jednak nigdy wcześniej nie czuł się tak dobrze. W końcu coś mu wychodziło, odpowiadał dobrze na zadawane pytania, nawet nakładał już pierwsze opatrunki!
Od niedługiego czasu bury zaczął zauważać u siebie większe problemy z oddychaniem niż zazwyczaj. Dosłownie, męczył się dwa razy szybciej (nawet jeśli nieco się zahartował), kasłał i miał trudności przy złapaniu wdechu. Nie mówił o tym Koperkowi. Wydawało mu się, że to po prostu znowu jego organizm zachowuje się w dziwny sposób, który nie wymaga leczenia. Być może była to kwestia intensywnych treningów?
Któregoś dnia, gdy szedł przez obóz z mordką pełną ziół, ledwo dychając, Koperek zostawił go na chwilę samego. Kot odszedł, a Chudy dostrzegł nieopodal siedzącą Kalinowy Powiew. Imię jej było delikatne, słodkie niczym zapach jagód, ale bury doskonale wiedział jaki charakterek kryje się pod tą warstwą puchu. Kotka czyściła swój długi piękny ogon, kiedy Chuda Łapa postanowił podejść, z własnej i nieprzymuszonej woli. Odłożył zioła przy swoich łapkach. Nie rozmawiał z wojowniczką od kilku wschodów słońca.
— Jak Twoje rany się goją? — zapytał bez większych emocji, a jego głos brzmiał inaczej, niż zwykle, głównie przez suchość gardła i problemy w łapaniu wdechów.

<Kalinowy Powiewie?>

[1075 słów, trening medyczny Chudej Łapy]

[22%]

Od Przypalonej Łapy CD. Urodziwej Łapy

Od ostatniego zgromadzenia zdążyło minąć już parę wschodów słońca. Pora zdecydowanie ochłodziła się i przyniosła ze sobą wielokolorowe liście, sypiące się z drzew niczym masa śnieżynek z nieba. Przypalona Łapa pogodził się ze Szkwalną Łapą, czując swego rodzaju ulgę. Cieszyło go, że fińczyk poszedł po rozum do głowy i pomyślał, że warto byłoby wyjaśnić tę sytuację. Dymny czuł frustrację swoim zachowaniem – jeśli chciał, żeby postrzegano go jako poważnego, zwyczajnego kocura, nie wolno było mu tak panikować z byle powodu! Tak nie zachowywali się Nocniacy. Przyniósł Mandarynkowej Gwieździe, całemu Klanowi Nocy wstyd! Po jego piersi rozlało się nieprzyjemne ukłucie. Nabrał parę oddechów, próbując uspokoić swój pędzący umysł. Jednak… mimo tego, ile wiedział, jak bardzo świadomy by nie był własnych poczynań i reakcji, to rozumiał, że nie potrafił tego niekiedy kontrolować. Nie mógł sobie wybierać, kiedy się boi, kiedy panikuje, a kiedy zachowuje się spokojnie, jak przeciętny kocur. Tak, jak przystało. W momencie, gdy był przytłoczony tak bardzo, jak był wtedy, a nie mógł nigdzie nawet się odstresować, nie pozostawało mu nic innego, jak po prostu wybuchnąć. Obserwować, jak wszystko się wali niczym budowla nadgryziona zębem czasu. Potrzebował zawsze kącika dla siebie, żeby móc w nim odpocząć i się uspokoić. Wyspowiadać ze swoich żali i smutków, nieprzyjemnych myśli, wątpliwości. Na zgromadzeniu nie było takiego miejsca. Nawet jeśli nikt na niego nie spoglądał, raczej, to i tak czuł się, jakby był w centrum uwagi. Jakby każdy się z niego śmiał, obgadywał go i wyzywał od szczurów. Szczególnie po tamtej sytuacji! Chyba już nigdy więcej nie pójdzie na zebranie wszystkich klanów! Po jego plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Miał wrażenie, jakby miejsca, w których wyrwał włosy były dużo bardziej wrażliwe. Czuł każdą zmianę temperatury, miał też wrażenie, że nowo rosnące pojedyncze kłosy drapały go w łysą skórę na drobnych plamach pozbawionych włosia. Zmarszczył nos, mrużąc oczy. Gdyby go ktoś nazwał szczurem, to by się nawet nie pomylił. Może i przypominał takiego obrzydliwego szczura. Był zepsuty.
Przypomniał sobie, że przecież obok niego leżała Urodziwa Łapa, Szafirka. Spojrzał na nią lekko niepewnie. Był taki wdzięczny, że chociaż ona nie opuszczała jego boku. Z jakiegoś powodu zawsze spędzała z nim sporo czasu. Może rozumiała, że jest nieco inny od reszty. W końcu Fląderkę także broniła tak zaciekle, mimo że prawdopodobnie nawet nie znały się najlepiej…
Na pytanie, czy nikt mu nie dokuczał, otworzył oczka nieco szerzej. Szylkretka ułożyła mu futro na grzbiecie, za co był jej wdzięczny.
— Nie… z Nocniaków nikt, tylko ja sam sobie — odparł całkowicie szczerze. Jego dzisiejszy dzień minął dość przyjemnie. Zmierzchająca Fala był dobrym kotem. Dbał o to, żeby Przypalona Łapa wyrósł na porządnego wojownika. Gdyby nie on, prawdopodobnie na zawsze tkwiłby w żłobku albo wykonywał karne prace tak, jak Fląderka, która zawiniła jedynie innym kolorem futra, a nawet sobie go nie wybrała.
Wysłuchał do końca słów niebieskookiej, zapatrując się w jeden punkt przed nimi. Mały robak kierował się w stronę ściany, skrzydła miał złożone, a sam zlewał się ciut z tłem dookoła przez swoje ciemne ubarwienie. Czy gdyby Nocniacy zobaczyli jego, to by go zabili albo zmusili do pracy na nich tylko dlatego, że wyglądał inaczej? Uczennica przylgnęła bliżej niego, a on pozwolił jej na to. Prawdopodobnie, gdyby był to inny kot, odskoczyłby jak poparzony, jednak ze strony pręguski zdążył przywyknąć już do takich bliskości. Może wcale nie były takie złe, jak mogłoby się wydawać? Pokiwał głową, mając nadzieję, że powie coś jeszcze. Nie był wcale dobry w prowadzeniu konwersacji, a dobrze mu się jej słuchało. Całkowicie zapomniał, że skierowała w jego stronę pytanie, więc była jego kolej na opowiedzenie czegoś o sobie. Uczennica obejrzała się. Może spodziewała się kogoś? Może przyszła do niego jedynie na chwilę, dla zabicia czasu, a tak naprawdę zaplanowała spotkanie z innym Nocniakiem?
— Masz ulubioną, eeee… rybę? — zapytał niepewnie, gdy ich łapy zetknęły się przypadkowo. Patrzył na nie, nie wiedząc, czy powinien ją zabrać, bo może Urodziwą Łapę brzydził dotyk z jego strony, czy może zostawić to tak, jak było. Oblał go zimny pot, a futro wzdłuż kręgosłupa podniosło się z zaniepokojenia. Jego serce przyspieszyło. Bał się, co zrobi dalej niebieskooka. Nawet jeśli z pewnością nie byłoby to nic złego. Nic, czego powinien się tak bardzo obawiać.
— Wiesz, Kasztanku, ja tak naprawdę nie mogę jeść ryb. Mam na nie uczulenie i gdybym je spożyła, skończyłoby się to dla mnie bardzo źle — wyjaśniła spokojnie, kładąc swoją łapę na jego, delikatnie.
— Ach… — zapowietrzył się z obawą, że powiedział właśnie najgłupszą rzecz na świecie. Zniechęcił ją do siebie? Może uznała jego pytanie za głupie? Po co on w ogóle pytał… po co w ogóle się odzywał… przeszkadzała mu cisza? Źle mu było, gdy to Urodziwa Łapa rozmawiała, a nie on? Poruszył niespokojnie kikutem.
— Próbowałeś kiedyś coś narysować pazurem w ziemi? Można wiele miłych rysunków stworzyć w taki sposób! Uwiecznić twoją wizję twórczą — uśmiechnęła się, sprawnie zmieniając temat, jakby chciała w ten sposób przekierować uwagę dymnego na inny, przyjemniejszy. I tak naprawdę to wychodziło jej, bo brązowooki momentalnie zaczął zastanawiać się, co najkorzystniej byłoby odpowiedzieć w takiej sytuacji.
— Nie… nigdy — powiedział niezbyt wylewnie, czując przypływ ulgi, że tym razem, chyba, nie zepsuł tego.
— Moglibyśmy siebie narysować! Zobacz, ja spróbuję cię, a ty mnie. Co ty na to? — zaproponowała, poruszając ogonem spokojnie. Po chwili wysunęła pazur u palca i zanurzyła go w podłożu pod nimi. Narysowała pewien kształt, wzrok miała skupiony na malowidle. Przypalona Łapa patrzył na jej pyszczek z szeroko otwartymi oczami, nie czując nawet, że może jego zachowanie było w tym momencie dziwne. Gdy była blisko ukończenia własnego dzieła, szybko przekierował ślepia na obrazek. — I jak mi wyszło? — zapytała jeszcze, mrużąc oczy z zadowoleniem. Była z siebie widocznie dumna… i słusznie!
Pręgowany kocurek poczuł, że ponownie robi mu się odrobinę słabo. Co powinien odpowiedzieć, żeby jej nie zranić ani nie zasmucić? Nie mógł pozwolić na to, żeby go przestała lubić z powodu tak błahej sytuacji! Z kim by spędzał czas jak nie z nią?
— B-bardzo ładnie — wyjąkał, mając szczerą nadzieję, że te słowa wystarczyły. Poczuł przypływ frustracji, która spowodowana była przez jego własne niezdecydowanie i brak pewności siebie.

[997 słów]
<Urodziwa Łapo, przepięknie ci wyszło>

[20%]

Od Przypalonej Łapy CD. Szkwalnej Łapy

Urodziwa Łapa wyruszyła na trening wraz z Kropiatkową Skórką, żegnając się uprzednio z Przypaloną Łapą. Uczeń ostatnio bardzo dużo trenował i starał się tak, jak tylko był w stanie, na ile pozwalał mu umysł, a także łapy, przysługiwać się klanowi. Zależało mu na tym, by postrzegano go niczym zwyczajnego, przyjaznego, a najlepiej – opanowanego, spokojnego kocura. Członka Klanu Nocy. Z jakiegoś powodu, pochłonięty przez myśli, zupełnie nie zauważył Szkwalnej Łapy, który także nie wyruszył na poranny trening. Brązowooki martwił się ostatnim zgromadzeniem. Martwił się, co sobie pomyślą oraz pomyślały o nim te wszystkie koty. Mandarynkowa Gwiazda go nigdy więcej nie puści na zgromadzenie! Nie… może raczej… raczej on sam siebie więcej nie puści, jeśli zgromadzenia miały wyglądać w ten sposób. Było to dość świeże wydarzenie i naturalne było, że dymny nie potrafił się go tak łatwo wyzbyć z umysłu. Umysłu przeciążonego wiecznym zamartwianiem się i dywagowaniem, czy słowa “możesz dzisiaj odpocząć, dobrze się spisałeś” oznaczały dokładnie tak, jak brzmiały, czy nie były przypadkiem sarkazmem albo jego kolejnym testem sprawdzającym, czy aby na pewno się nie rozleniwił za bardzo w obozie. Czy był gotowy w każdej chwili rzucić się w wir codziennych treningów i dawać z siebie wszystko. Szukał wzrokiem swojego mentora, aczkolwiek nie mógł go nigdzie znaleźć. Chciał dopytać się go, czy aby na pewno mógł odpocząć, jednak… coś go powstrzymywało. Nawet już nie fakt, że wcale go nie mógł znaleźć, a to, że uznał szybko swoje zachowanie za głupie. Naprawdę głupie i niepotrzebne. A mimo to, jego mięśnie spięły się nieprzyjemnie, ze stresu, a uszy same ułożyły po głowie. Zastrzygł wąsami. Musiał wyglądać teraz naprawdę żałośnie…! Wyprostował się pospiesznie, rozglądając gorączkowo, czy aby na pewno nikt go nie dostrzegł w takim stanie. Jego pysk przybrał neutralną mimikę, a serce wewnątrz szalało, pompując krew szybciej, niż by tego potrzebował.
Niósł właśnie mech. Zupełnie o nim zapomniał, mimo że trzymał go w pysku! No… no tak, no przecież. Przecież dostał za zadanie czyścić legowiska. Czyli dobrze, że nie zapytał mentora o ten cały “czas wolny”. Musiał się przesłyszeć, źle zrozumieć albo sobie uroić.
Nagle zaczepił go jeden z uczniów. Poczuł, jak kulka leci mu z pyska. Zdenerwował się na siebie w myślach, po jego klatce piersiowej przeszedł zimny dreszcz zażenowania sobą. Czy on naprawdę musiał taki być? Mało brakowało, a by się znowu zaczął bać własnego cienia. Na samą myśl zrobiło mu się niedobrze. Do jego uszu doleciały wyjaśnienia, dlaczego fińczyk go w ogóle zaczepił.
Na jego mordce wymalowała się ulga. Zamartwiał się, że nie dało się tego już naprawić, że nigdy już się nie pogodzą i że stracił właśnie istotnego członka kotów, które znał i z którymi miał nawet pozytywne stosunki. Popatrzył na niebieskiego raz jeszcze i zamrugał parokrotnie, jakby nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Szkwalna Łapa naprawdę go przeprosił?
— Nie, Szkwalna Łapo, j-ja… nie gniewam się, oczywiście, że nie… ty też pewnie działałeś w emocjach. Naprawdę nie szkodzi. Wybaczam ci i ja sam też przepraszam — zaczął pospiesznie mówić, a jego oczy stały się okrągłe, jakby zwątpił we własne słowa, chociaż nie dlatego, że nie miał tego na myśli, a dlatego, że nie miał pewności, czy sobie i tego nie zmyślił. Czy uczeń go rzeczywiście właśnie przeprosił. Zależało mu na tym, by mieli pozytywne stosunki, mimo że Przypalona Łapa był… naprawdę dziwny? Zachowywał się, jakby był nie z tej planety?
— Ekstra! To może chciałbyś przejść się ze mną nad plażę? Moglibyśmy wspólnie zapolować na jakieś skorupiaki albo… mewy! Moglibyśmy wspólnie taką upolować. Największą! — zachęcał Szkwalna Łapa, na jego mordce wymalowana była, szczególna ulga. A może tylko się tak wydawało pręgusowi?
— Na mewy…? — zamyślił się na parę uderzeń serca. Mewy były straszne! W sumie… to nigdy ich nie widział, ale z opowieści wywnioskował, że gdyby jakąś zobaczył, to byłaby pewnie ostatnim, co by widział w swoim całym życiu. — W porządku! — odpowiedział jednak, siląc się, żeby brzmieć pewnie.
— Jeśli nie jesteś pewien co do mew, to możemy się też potopić w morzu — zachęcał fińczyk, poruszając ogonem na boki z ekscytacją.
Przypalona Łapa spojrzał na mech, który miał dostarczyć. Czy Zmierzchająca Fala go obserwował? Oby nie…! Mógłby uznać, że jego pożal się, Klanie Gwiazdy, uczeń się obija i opóźnić jego ceremonię na wojownika. Kiwnął głową niebieskiemu.
— Dobrze… — wymruczał w stronę Nocniaka, po czym schylił się po własne zawiniątko.

[707 słów]
<Szkwalna Łapo, lubisz się topić? Może wolisz zacząć unosić się na wodzie albo pływać?>

[14%]

Od Śpiewającej Łapy do Żywicy


Znowu w tej norze, ale tym razem nie miała jeszcze wyrobionej opinii o nowych jej lokatorach, chociaż miała co do Pożarowej Łapy... miała nadzieję jednak, że nowe kiełki okażą się być bardziej zaopatrzone w mózg, niż ich poprzednicy. Ale kto wie, może uda się na nich jakoś wpłynąć i wychować na porządnych obywateli? Co prawda była to robota odgórnie narzucona na rodziców, jednak była w stanie się poświęcić i użyczyć trochę swojego czasu, by młode wyrosły na odpowiednie koty. Wślizgnęła się do żłobka z nową porcją mchu, rozglądając się za posłaniem Pożar, która spała zwinięta wraz z jednym z kociąt. Drugie natomiast... było całkiem żywe, nie śpiące i wlepiało w nią swoje wielkie, zielone ślepia. Można było pomyśleć, że kotka to dosłownie skurczony Dzwonkowy Świst. 
— Dzień dobry~ — przybrała swój milutki ton, puszczając mech na ziemię — Nie możesz zasnąć?
Uszy kociaka drgnęły nieznacznie, a spojrzenie na moment uciekło w bok ku matce i ku śpiącemu rodzeństwu. Czyżby była nieśmiała? W końcu większość kociąt jest znana ze swojej nieśmiałości, nic w tym dziwnego! 
— Nie… — odezwała się cicho. — A ty… — urwała na moment, marszcząc lekko nos, jakby analizowała coś ważnego. — Jesteś nowa? To znaczy, czy będziesz tu teraz mieszkać? — zapytała z pewną podejrzliwością, choć wciąż brzmiała na niepewną.
— Ależ skąd, jestem uczniem, moja droga, śpię w innym miejscu — wyjaśniła ciocinym głosem — Ty również będziesz spać gdzie indziej, jak tylko dostaniesz swoje uczniowskie imię, wraz z innymi uczniami. — powrót do żłobka w tym wieku dla Śpiewki był równoznaczny z karą i poniżeniem, oraz wzrokiem całego klanu spoczywającym na plecach. Nie miałaby nic przeciwko, co prawda, gdyby wzrok na niej lądujący był pełen podziwu, ale to... ah, aż ciężko sobie wyobrazić i gdy tylko przechodziło jej to przez myśl, zbierało się jej na wymioty. 
— Gdzie indziej? — powtórzyła młodsza w międzyczasie, bardziej do siebie niż do niej, otwierając przy tym szerzej oczy. Sprawnie wycofała się o krok, depcząc sobie po przykrótkim ogonie. — Przyszłaś... Czy ty przyszłaś mnie tam zabrać? J-ja nie chcę, jeszcze nie jestem gotowa  — wymamrotała speszona.
— Ależ nie, jeszcze jesteście za mali — Śpiewka uśmiechnęła się, przysiadając nieco bliżej. I tak nic nie zmieni z mchu, jak Pożar będzie leżeć uwalona na posłaniu, a mała, ruda kotka zdawała się być zwyczajnym, naiwnym kociakiem, czyli czymś, czego Śpiewka pożądała. Młodą glinkę zawsze można ukształtować tak, jak się chce! Dlatego odgrywanie cioci, czy też cool starszej siostry albo koleżanki było dla niej jak świetna zabawa, z dodatkowymi korzyściami. — Kocięta zostają mianowane w wieku sześciu księżyców, by rozpocząć szkolenie na wojownika. No, przynajmniej większość z nas, na przykład ja. Są jeszcze medycy, kronikarze oraz przewodnicy. Z tego co wiem, w innych klanach mogą znaleźć się nieco inne role...
Młodsza koteczka przebrała łapkami,  chyląc głowę i spoglądając na uczennice spod byka, na co ta się tylko uśmiechnęła szerzej.  
— Sześć księżycy... To chyba jeszcze mam trochę czasu, prawda? — wymamrotała. — A te wszystkie role, to... to się samemu wybiera, czy ktoś o tym decyduje?
— Można samemu coś zaproponować, albo ktoś może zaproponować, na przykład medyk. Możesz wtedy oczywiście odmówić, albo mogą odmówić tobie... i wtedy idziesz na wojownika. To taka pewna droga, ale nie masz się jeszcze o co martwić skarbie, sześć księżyców do naprawdę sporo czasu~ — zagderała słodziutko, myśląc, że zaczynają ją boleć policzki. Nie miała okazji jeszcze tak długo się uśmiechać i brak wyrobionych mięśni dawał o sobie znać. 
— Medyk? To jak ciocia... — zauważyła, znowu wbijając wzrok we własne kończyny. — Ja... Ja chyba bym chciała być wojownikiem, jak tata. Ale nie wiem, czy się nadaję. — Zabrzmiała momentalnie na niezwykle zmartwioną, kuląc się.
— Oczywiście, że się nadajesz! — rzekła pewnie Śpiewka — Masz wszystkie łapy sprawne, widzisz, słyszysz, czujesz, czego więc ci brakuje? Jestem pewna, że twój tata powiedziałby ci to samo. Poza tym, wyglądasz całkowicie jak on, więc pewnie będziesz tak samo dobrym wojownikiem — dodała jeszcze pewniej, w dumnej postawie, tym razem sprawiając, że szeroko otwarte oczy kociaka, połyskujące radosnymi iskierkami, utkwiły w dymnej na dobre. Przez dłuższą chwilę nawet nie mrugnęła, w milczeniu wpatrując się w dymną, co w pewnym momencie mogło wydawać się wręcz niepokojące. 
— N-naprawdę? — odezwała się w końcu, jakby dopiero teraz odzyskała głos. — J-jeśli to tak działa... To chyba nie muszę się aż tak martwić. — na jej pyszczku pojawił się nieśmiały uśmiech. — A ty będziesz dobrą wojowniczką? — zapytała, przechylając lekko głowę, z szczerą, dziecięcą ciekawością.
— Oczywiście! By być pożytecznym dla klanu wystarczy się praktycznie urodzić sprawnym — chociaż nie była to do końca prawda. Można było być na przykład sprawnym i głupim, jak w przypadku Pierza i Aminka oraz Rudzik. Czy jednak to się liczy jako bycie ,,całkowicie sprawnym"? W końcu sprawność umysłowa też się do tego wlicza... 
— A jaaa... hm, oczywiście, będę najlepszą wojowniczką — dodała, dumnie się pusząc i unosząc głowę w górę — Już teraz jestem wspaniałą uczennicą, a wszystko dlatego, że trzymam się odpowiedniej dyscypliny i kieruję się kodeksem wojownika, który określa wszystkie prawa które powinnaś wiedzieć.
— Powinnam wiedzieć? — wykrztusiła. — Ale że już teraz? Ja nic nie wiem... To znaczy coś wiem, ale to raczej za mało — wymamrotała, a szczęka jej lekko zadrżała.
— Jeszcze nikt cię nie będzie sądził z nieznajomości kodeksu wojownika, tego nauczysz się na szkoleniu. Oczywiście możesz się uczyć już teraz, jak ja, kiedy byłam w two-... no, może byłam odrobinkę starsza niż ty, ale wciąż byłam w żłobku. Dzięki temu było później o wiele mniej do zapamiętania. — pochwaliła się swoim myśleniem przyszłościowym, dając młodej tipy jak przetrwać w tym całym wojowniczym świecie. Im szybciej zacznie tym lepiej, a kotka podczas szkolenia już teraz młodej, czuła się o wiele ważniejsza niż była w rzeczywistości. Tymczasem młodsza co rusz oglądała się na śpiącą część rodziny, jakby z nadzieją, że wybudzą się lada moment i wyciągną ją z tego żywego koszmaru. Stety-niestety, sen mieli twardy, a to całe oglądanie się nie umknęło uwadze Raniuszek. 
— O rety... — wzięła głębszy wdech, bardzo ostrożnie wstając. — Czyli sugerujesz, że powinnam się już zacząć... uczyć? A gdzie ja znajdę tego... mentora, tak już na teraz? Są jacyś awaryjni? Pewnie mogłabym spytać taty, ale nie chciałabym go męczyć... — zamartwiała się na głos, podrygując co rusz nerwowo.
— Oh nie, wystarczy, że podpytasz mamy albo taty i na pewno ci wszystko powiedzą — Śpiewka pokiwała głową na potwierdzenie swoich słów — I nie martw się nic, nie zmęczysz go, a na pewno będzie szczęśliwy, że już teraz jesteś ciekawa szlachetnego kodeksu wojownika. A jeśli nie, to ja cię zawsze chętnie pouczę.
— Mogłabyś? — Żywica zabrzmiała na szczerze zdziwioną. Przez chwilę z wyraźną bezmyślnością wpatrywała się w losowy punkt żłobka. — To znaczy... Proszę... Jeśli to dla ciebie nie problem i masz czas, to... To chciałabym wiedzieć więcej. Mogłabym wtedy zaskoczyć tatę wiedzą. — śmiechnęła się lekko, bardziej sama do siebie, niż do kotki.
— Oczywiście. Jeśli tylko się będziesz mnie trzymać to na pewno nie zginiesz, a ja postaram się przekazać ci całą potrzebną wiedzę — tak, była pewna, że się z kotką polubią, a przynajmniej jak na razie, Śpiewka lubiła Żywicę.  — Jak tylko będę mieć odrobinę czasu to cię odwiedzę~
— A teraz... Nie masz? — zapytała, oglądając się raz po raz za siebie. — Bo wiesz, rzadko się zdarza, by mój brat spał, a przy nim... Przy nim ciężko się czegokolwiek nauczyć. To znaczy, jest super, ale... Bywa głośny i ciężko się wtedy skupić — westchnęła.
— Rozumiem! — szepnęła głośno, szerzej otwierając oczy przy klaśnięciu w obie łapy — Cóż, niby bym mogła... przysłano mnie tu, żebym wymieniła mech w legowiskach, ale skoro legowisko jest zajęte... hmm, ale czy mogę? Pewnie przydzieliliby mnie do jeszcze jednego patrolu z Dziewanną... i legowiska starszyzny równiez wymagają uporządkowania...  Pomyślmy, pomyślmy... chyba mogę poświęcić ci odrobinę czasu — miauknęła końcowo, robiąc wrażenie na całkiem zapracowaną.
Kocię uchyliło pyszczek z wrażenia, mrugając powoli, jakby dopiero co przetwarzała każde słowo. 
— N-naprawdę? Byłabyś gotowa poświęcić swoje poważne obowiązki, by zająć się przez chwilę kimś takim... Kimś takim jak ja? — wypaliła, będąc w szoku. — J-ja nie wiem co powiedzieć... Ja serio bardzo dziękuję! Jestem... Jestem wdzięczna, że mi ciebie tu zesłano! To... to cud, tak cud! — skwitowała, wyjątkowo zbyt bardzo entuzjastycznie, choć język zdawał jej się plątać przy każdym słowie i nie brzmiało ono wyraźnie.
Na pyszczku Śpiewającej Łapy pojawił się wyraz zrozumienia i skromnej chęci do pomocy, podczas, gdy jej wnętrze właśnie tańczyło w deszczu śpiewając w niebo z niebowzięcia. Tak! Właśnie takiego uwielbienia i pochwał potrzebowała! Widać było, że udało jej się już zaskarbić młodszą kotkę i nie miała zamiaru odpuszczać, a zostało jej jedynie pielęgnować dalej tą... hm, relację? Czy tak to było można nazwać? Na pewno jakaś to relacja była, ale bardziej dla osobistej korzyści, niż przez wzgląd na sympatię. Chociaż, kto wie? 
— Oczywiście~ Chwilka mnie nie zbawi, a zależy mi na tym, by nowe pokolenia były jak najlepiej wykształcone — zaświergotała — Od czego chciałabyś zacząć? Co mam ci powiedzieć?
— Wszystko — wypaliła Żywica bez chwili zawahania, a potem dopiero zdawała się być tknięta faktem, że taka bezpośredniość mogła nie być najlepszym  rozwiązaniem. — Znaczy, od tego kodeksu mogłybyśmy zacząć, proszę. Już... już bym chyba wolała wiedzieć co jest najważniejsze, może... zaskoczę tym w przyszłości swojego mentora wiedzą... — zamyśliła się.
— Oczywiście, świetny wybór, jeśli dalej będziesz chcieć chłonąć wiedzę, to na pewno wyrośniesz na wspaniałego wojownika — mruknęła chwaląco — Więc dobrze, kodeks wojownika ma całe 12 punktów których trzeba przestrzegać, z małymi odstępstwami w wyjątkowych sytuacjach o których ci powiem później. Istnieje również kodeks medyka ale tym zajmują się medycy. Nie zwalnia cię to jednak z nieznajomości go, pamiętaj, gdyż nieznajomość praw szkodzi. A więc, gotowa? Pierwsza zasada brzmi: ,,Broń wszystkich klanów, nawet kosztem własnego życia. Twoja pierwsza lojalność jest wobec klanu, ale wszystkie koty, które przestrzegają kodeksu wojownika, są twoimi sojusznikami. Każdy klan musi zapewnić, że żaden inny klan nie upadnie." 

<Żywica?>
[1585 słów]

[32%]

Od Klekoczącej Łapy (Klekoczącego Bociana) CD. Czyhającej Mureny

Poczuł, jak futerko nieco staje mu dęba na karku. Kiedy pierwszy raz usłyszał głos matki, przebywając w składziku, zastanawiał się, czy zwyczajnie tam nie zostać i nie poczekać, aż ta wyjdzie. Nie miał za bardzo ochoty na towarzyskie kontakty, zwłaszcza że wiedział, że ta na pewno będzie się go pytać, czy podoba mu się jego nowy sposób życia. Nie był pewny, czy będzie w stanie to znieść. Niestety nie miał też za dużo wyboru; został wysłany do zielarni po rzeczy, których potrzebowała Różana Woń, i o ile z Gąbczastą Perłą nie miał problemu się sprzeczać, tak do starszej medyczki miał trochę więcej szacunku. No i też była ostatnia kwestia. Chociaż nie przyznawał się do tego przed sobą, stęsknił się za rodzicielką. Kiedy był jeszcze uczniem Algowej Strugi, często kończyli razem na patrolach łowieckich lub granicznych. Mógł jej wtedy wszystko poopowiadać, pochwalić się nowymi umiejętnościami, pokazać, że faktycznie robi postępy. Jego mentorka zawsze była wtedy obok, żeby potwierdzić, że maluch nie koloryzuje, chociaż Klekotek nie miał we krwi bycia kłamczuchem. 
Na pytanie matki skrzywił się. Nie wiedział, co powinien jej powiedzieć. Czy ma mówić prawdę? Czy właśnie teraz powinien podkolorować, przedstawić swoje nowe życie w barwach o wiele jaśniejszych i weselszych? Czy miał martwić i smucić kotkę? Nie chciał wywoływać w niej wyrzutów sumienia; w końcu ona też była tej pamiętnej nocy w legowisku Mandarynkowej Gwiazdy... Nie chciał, żeby źle się czuła z powodu tego, że nie opowiedziała się przeciwko zmianie ścieżki przez kocurka. W końcu zdecydował, że zwyczajnie zatai te najbardziej depresyjne i smutne elementy.
— Jest... inaczej — mruknął, podchodząc bliżej. Matka uśmiechnęła się pod nosem i dotknęła go ogonem po grzbiecie. Pozwoliła mu jeszcze odłożyć zioło, które przyniósł dla medyczki, a następnie kontynuowała. 
— No tak, to na pewno. Umiem sobie wyobrazić, że to duży szok z taką wielką zmianą. To pewnie coś kompletnie innego uczyć się o ziołach, a mknąć za uklejami w chłodnej rzece — zauważyła. Na moment odwróciła się od niego i zwróciła do Róży, pytając: — Różana Wonio, czy mogłabym na moment ukraść Klekoczącą Łape? 
— Byle tylko na moment. Książe czy nie, tutaj nie ma specjalnego traktowania; musi mi później pomóc — rzuciła starsza, nie odwracając wzroku od swojej perły i kupki ziół. 
— Oczywiście, będziemy zaraz przed legowiskiem. — Na to już nie odpowiedziała. Pomachała im łapą, jakby ich pośpieszała; najwidoczniej cokolwiek widziała, potrzebowała mieć ciszę i spokój. Wojowniczka zaprowadziła syna na zewnątrz. Obóz był żywy i pełen kotów, które akurat wracały z patroli i treningów. Czasami całymi dniami nie wyściubiał nosa zza plecionej ściany; smutek go wypełnił. 
— No, opowiedz mi więcej. Jestem bardzo ciekawa; nigdy nie miałam żadnego doświadczenia z treningiem medyka — zachęciła go Murena, siadając przy wejściu, nieco na boku. 
— Jest nieco... nudny... — zaczął niechętnie. Matka zmarszczyła brwi. W oczach zobaczył u niej przemykające zwątpienie i smutek. — Na pewno w porównaniu z treningiem na wojownika. 
— No cóż... Muszę ci przyznać, że faktycznie nie potrafiłabym sobie wyobrazić, że lawenda i aksamitka mogą zastąpić woń świeżej zwierzyny w zaroślach czy uczucia chłodnej wody na skórze.
— Tak... Nie mogą — mruknął. Głowę miał nieco zwieszoną, uszy położone. Miał nadzieję, że matka to zobaczy i wyciągnie go z tej żałosnej sytuacji. 
"Dopóki nie skończę treningu, jest szansa na ocalenie" — wmawiał sobie codziennie. 
— Ale to zapewne jedynie kwestia przyzwyczajenia — próbowała go pocieszyć. Opiekuńczym gestem owinęła końcówkę ogona wokół jego łapki. — Może zwyczajnie twoje ciało się jeszcze nie przwyczaiło do takiej... mniej fizycznej pracy. 
— A co jeśli nigdy tego nie zrobi — zapytał. Szczerze bał się takiej wizji, że do końca życia będzie już nieszczęśliwy i niespełniony. 
"Miałem być wojownikiem" — zakpił. 
— Nie bądź takim pesymistą. Wszystko na pewno się ułoży, mój drogi synu. — Polizała go za uchem. Słyszał, jak mruczy. Nieco pochylił się w jej kierunku, aby dotyk szorstkiego języka trwał nieco dłużej. — Jesteś taki mądry i zdolny. Algowa Struga tak cię zawsze chwaliła i mówiła o tobie same najlepsze rzeczy. Taki utalentowany młody kocur jak ty jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim. 
Zagryzł zęby. Musiał skupić się z całej siły na tym, aby łzy nie spłynęły mu po policzku. Tak... Algowa Struga zawsze go chwaliła. Uwielbiał ją. Uwielbiał z nią trenować. No i wiedział, że ona bardzo lubiła go. Świetnie się dogadywali. Za to jego relacja z jej córką była kompletnym przeciwieństwem. Nie chciał nawet myśleć o Gąbczastej Perle. Zapanowała cisza. Nieco niezręczna, nieco nieprzyjemna. Klekocząca Łapa czuł ciepło, którym emanowała kocica. 
"Tęsknie za byciem kociakiem..." — zdał sobie sprawę. Pochylił się jeszcze bardziej, aż jego policzek oparł się na karku matki. Znów zamruczała. W końcu przerwała im Róża, która wyłoniła się zza ściany. 
— Wracamy do pracy, Klekocząca Łapo. Koniec tych przytulasków — oznajmiła i od razu wróciła do środka. Murena posłała mu jeszcze pełne miłości i dumy spojrzenie. On go nie odwzajemnił. 

* * * 
Niedoszła ceremonia Flaminga

Siedział pod legowiskiem medyków. Wyprostowany niczym żuraw, dumniejszy z każdą chwilą. Oczy miał wpółprzymknięte, a uszy postawione pionowo. Różana Woń znudziła się czekaniem jako pierwsza. Mówiąc, że ktoś ma po nią pójść, jeśli faktycznie do ceremonii doszło, odwróciła się i zniknęła w ciemnej lecznicy. Gąbczasta Perła w pewnym momencie odeszła do innych kotów, aby może dowiedzieć się więcej o tym przedziwnym, długim okresie czekania. Klekoczący Bocian widział nawet, jak rozmawia ze swoją matką. Algowa Struga jednak nie zdawała się być jakkolwiek bardziej doinformowana na ten temat. 
W końcu zobaczył Mandarynkową Gwiazdę i na moment zamarł w strachu. Tak bardzo nie chciał, aby ten dzieciak dostał to, czego on nigdy nie uzyskał. Nie chciał, aby był szczęśliwy, kiedy Klekotek z każdym dniem męczył się i cierpiał na stanowisku, którego nienawidził. Przywódczyni jednak nie weszła na mównicę, nie podeszła do Błękitnej Laguny ani do Wężynowego Kła. Do tej drugiej nie musiała, gdyż szylretka od razu pomknęła za nią i obie rozmawiały ze sobą krótką chwilę. W końcu skończyły, a liderka wróciła do swojego legowiska niesamowicie zadowolona. Karmicielka wyglądała za to, jakby ktoś wyrwał jej język z pyska. Bocian przyglądał się temu z ogromnym zaciekawieniem. Klan Nocy za to szeptał niczym oszalały. Kiedy matka Flaminga wróciła, nieźle zdenerwowana, do kociarni medyk zaczął się rozglądać. Chciał znaleźć kogoś, kto może wiedzieć coś więcej. Jego oczy spotkały ślepia jego matki. Wstał i skierował się w jej kierunku. Dawno nie rozmawiali, a czy nie ma lepszej okazji do tego niż plotki i rodzinne zawiłości? 
— Raczej niespotykana sytuacja, prawda? — zaczął siadając obok wojowniczki. — Ruch ryzykowny, patrząc na to, że w gronie młodszych członków rodu jestem wciąż jedynym… — zauważył. 

<Mama?>