BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 stycznia 2026

Od Pacynki (Niedźwiedziówki)

Pacynka krzątała się po terenach zupełnie obcego jej klanu, nie znając nawet jego nazwy. A co, jeśli to w ogóle nie był klan? Co, jeśli natrafiła na ziemie obce? Samotnicze? A może wciąż jeszcze znajdowała się na terytorium Klanu Burzy? Trudno było to stwierdzić, gdy wszystko wyglądało niemal tak samo. Co prawda wydawało jej się, że mijała gdzieś oznaczenie zapachowe, zwane też granicą, ale nie mogła być niczego pewna. Może z jakiegoś innego powodu nagromadził się tam silny zapach… Może nie miało to nic wspólnego z granicami.
Buraska postanowiła skryć się pod jednym z nielicznych drzew w tej okolicy. Właściwie nie podobało jej się, że tak duża część terenu była tu pod otwartym niebem. Zdecydowanie wolała gęste lasy, gdzie mogła zniknąć między krzewami i zakamuflować się. Nie bez powodu miała w końcu takie piękne, brązowe futerko! Na tych polanach czuła się… odkryta. A ona, jako istota lubiąca atakować z zaskoczenia, nie znosiła tego uczucia.
Czas mijał, a kotka wciąż siedziała pod pniem. Miała przymrużone oczy i właściwie nadal nie wiedziała, po co dokładnie tu przyszła. Może to jej umysł podświadomie czegoś szukał? Tylko czego mogła się spodziewać na tych terenach? Gdy w końcu otworzyła ślepia, w oddali dostrzegła migoczące pośród traw sylwetki. A konkretniej – były to trzy koty. Z tej odległości nie widziała wielu detali, lecz wydawały się dosyć młode. Nie były ani zbyt wysokie, ani masywne czy umięśnione. Może się zgubiły? A może Pacynka naprawdę natrafiła na kolejny klan?
Postanowiła wyjść im naprzeciw. Bez wahania opuściła kryjówkę i żwawo podeszła do obcych. W końcu nie mogli jej nic zrobić, prawda? Tym bardziej, jeśli rzeczywiście należeli do któregoś z klanów. Burzowe Chmury opowiadał jej przecież, że te klanowe kleszcze mają obowiązek przyjmować ciężarne oraz samotniczki z kociętami. Co za pech, że akurat jej nie przyjęto do Klanu Burzy… Zdrajcy. Czy przywódca Burzaków byłby zadowolony, gdyby dowiedział się, że jedna z jego poddanych tak bezcześci ich święte prawa?
W pewnym momencie dostrzegła, że trójka kotów zatrzymuje się w miejscu. Jeden z nich wysunął się naprzód i zaczął coś mówić do pozostałej dwójki. Pacynka delikatnie przywarła brzuchem do ziemi, kryjąc się wśród zieleni. Powoli zaczęła zmierzać w stronę obcych, zastanawiając się, o czym tak rozmawiają. Czyżby ją wyczuli? Czy to ona wywołała między nimi oburzenie?
Zajęci rozmową nawet nie zauważyli burej, która czaiła się niedaleko. Pacynka poruszyła powoli wibrysami, rozbawiona tą sytuacją. Klanowe koty – niby takie silne, zgrane, a jednocześnie tak… nieuważne. Gdyby tylko chciała, mogłaby rozciąć im gardła, a żaden z nich nawet by się nie zorientował. Postawiła uszy do góry, próbując podsłuchać ich rozmowy.
— Konwalio, twoje wypowiedzi są często redundantne. Zaprzestań swoich działań.
Redu… co?
Pacynka zmrużyła powieki i subtelnie wysunęła głowę w stronę obcych, próbując wyłapać sens tego dziwacznego słowa. Co ono w ogóle miało znaczyć? Czy klanowe koty porozumiewały się jakimś sekretnym kodem? A może to po prostu jeden z tych nadętych terminów, którymi lubili się popisywać.
Nagle jeden z nich uniósł głowę i spojrzał prosto na burą.
— Ten kot pachnie Klanem Burzy… i czymś jeszcze…
Pacynka wyprostowała się na równe łapy i podeszła do trójki zgromadzonych, widząc, że ci nie zamierzają ruszyć się w jej stronę. Wydawali się skłóceni, może nawet odrobinę przerażeni. Świetnie. Lepiej nie mogła trafić. Czy takie młodziki w ogóle ją zrozumieją? Czy dadzą radę zaprowadzić ją do klanu? Bo właśnie tego chciała, prawda…? Chciała dołączyć do jakiegoś klanu.
— Witajcie, nieznajomi… — mruknęła, przenosząc wzrok na własne łapy. — Ja… — urwała na moment, po czym uniosła jedną z nich i przyłożyła ją do skroni — …potrzebuję waszej pomocy!
— Nieźle — odezwała się jedna z nich. Brązowooka podniosła wzrok, spoglądając na pozostałych. Kolejna posłała jej szczery, lecz nerwowy uśmiech i mruknęła:
— Dzień dobry... W czym potrzebujesz naszej pomocy? I powiesz nam, czemu pachniesz Klanem Burzy? Jesteś Burzaczką?
Trzeci kocur natomiast zachował milczenie.
Pacynka odłożyła łapę na ziemię, a w jej oczach mignęło zirytowanie. Czemu te koty patrzyły na nią jak na idiotę? Przecież jeszcze nie zrobiła nic złego! Nie zamierzała ich nawet skrzywdzić. Głupie klanowe szczury. Nie szło się z nimi dogadać.
— Gdybym była Burzaczką, siedziałabym teraz zamknięta w czterech ścianach kociarni — rzuciła w stronę czarnej szylkretki, delikatnie szczerząc kły. — Więc… czy możecie, proszę, trochę się rozluźnić? Nie szukam zwady, szukam tylko miejsca, w którym mogłabym wychować swoje kocięta! — wyjaśniła, niemal nie mając odruchu wymiotnego na słowo “kocięta”.
— Och, jesteś w ciąży! W sumie mogłam się domyślić, wystarczyłoby spojrzeć na twój rysujący się śliczny brzuch i delikatną woń mleka... Pewnie nie wyczułam jej przez aromat Burzaków. Cóż... Według kodeksu wojownika powinniśmy zabrać cię do obozu, aby Mandarynkowa Gwiazda zdecydowała czy cię przyjąć. Co nie? — mruknęła nagle czarna szylkretka.
“Śliczny brzuch? Czy ona mi sugeruje, że zgrubłam?” – pomyślała Pacynka, gdzieś w myślach wywracając oczami. Oczywiście w rzeczywistości tego nie zrobiła, ale gdyby mogła, pewnie… tak by się wydarzyło. Obawiała się jednak – choć obawa to słowo zbyt przesadzone – że taki gest zepsułby jej przedstawienie.
— Przepraszam, a... jak cię zwą? Ja nazywam się Słodka Łapa! — dodała jeszcze.
Druga kotka zaraz zgromiła ją wzrokiem, dorzucając:
— Właśnie, jak cię zwą i skąd jesteś?
Bura zmrużyła na moment oczy, by zaraz zastrzyc subtelnie uchem. A co to było, jakieś przesłuchanie? Kąciki jej ust drgnęły w ledwie zauważalnym uśmiechu, zanim zdążyła powiedzieć:
— Nazywam się… Niedźwiedź… ówka — wymamrotała, by zaraz później wziąć głębszy wdech. — Niedźwiedziówka — powtórzyła wyraźniej, a jej ogon zadrżał na wietrze.
Istniało w ogóle coś takiego? Pacynka nie wiedziała, ale brzmiało fajnie. A skoro te klanowe kotki chcą bawić się w prywatność, to ona też może. Dlaczego ma się im przedstawiać oficjalnym imieniem, skoro one nie potrafią?
— Niedźwiedziówka... Nigdy nie słyszałam tego imienia, jest bardzo unikatowe! — skwitowała Słodka Łapa, przenosząc następnie spojrzenie na jedynego kocura w tym towarzystwie. 
— Nie patrz tak na mnie — liliowy rzucił w stronę siostry. — Imię me tajemnicą pozostanie — dodał, po czym zwrócił się do samotniczki:
— A skąd przybywasz, Niedźwiedziówko? — spytał, a raczej powtórzył pytanie jasnej szylkretki.
No proszę, kto by się spodziewał, że ten kocur potrafi mówić. Od samego początku siedział cicho jak mysz pod miotłą. Pacynka jedynie rozejrzała się wokół, niemal beztrosko, po czym wróciła wzrokiem do trójki kotów. Gdy chciała już otwierać pysk, nagle przerwał jej dźwięk głosu Słodkiej Łapy:
— Tja, tja… Nie bądź już taki tajemniczy! Nazywa się Konwaliowa Mielizna — oznajmiła.
Pacynka tylko skinęła na to głową. Mało ją to interesowało. Westchnęła i zaczęła mówić:
— Cóż, nie powiem, że przybywam z konkretnego miejsca. Szwendam się tu i ówdzie, ale czy to źle? Nigdy w życiu nie przyszło mi znaleźć stałego miejsca zamieszkania; gdzieś jednak w końcu muszę zarzucić kotwicę, czyż nie? — mruknęła łagodnie, niby trochę melancholijnie. Pozwoliła, by do jej głosu wtargnęła się nutka zmęczenia. Jakby naprawdę zależało jej na miejscu, w którym wreszcie mogłaby osiąść, jak kurz na płaskiej powierzchni.
Słodka Łapa pokiwała ze zrozumieniem.
— Mhm... Pewnie ciężko jest tak latać po świecie bez swojego własnego kąta niczym wolny duch na wietrze... — Po tych słowach zwróciła głowę ku liliowemu. — Braci-, to znaczy, Konwaliowa Mielizno, myślę, że powinniśmy zabrać ją do obozu... Co o tym sądzisz?
Ten cały Konwalia nie wyglądał na przekonanego, co nieco podsyciło irytację Pacynki. Jeśli do kolejnego klanu jej nie wezmą, tym razem ze względu na jakiegoś małego kozaczka, to nie daruje. Zanim stąd odejdzie, zaatakuje go. Bez litości.
— Zabranie jej do obozu równa się przeprawa przez wodę. I tak to ryzykowne posunięcie, brać obcego kota do samego centrum, naszej bezpiecznej ostoi — odparł.
— No to w takim razie co robimy? Idziemy po drugą część patrolu? Nie... Są na drugim końcu terytorium...
— Na drugą część patrolu poczekajmy tam, gdzie ustaliliśmy — zaproponował.
Słodka Łapa na chwilę umilkła, zastanawiając się nad słowami Konwalii. Wkrótce ogłosiła:
— Dobry pomysł! W takim razie chodźmy!
Pacynka ruszyła za trójką kotów, która najprawdopodobniej zmierzała w to całe “ustalone” miejsce, gdziekolwiek by się ono znajdowało. Bura miała nadzieję, że udało jej się podbić serca tych młodzików – szczególnie przekonana o jej prawości zdawała się Słodka Łapa, która gdyby tylko nie jej sztywni towarzysze, pewnie zaprowadziłaby brązowooką pod sam próg obozu, a potem jeszcze oddała swoje życie, próbując wytłumaczyć komukolwiek, kto rządzi tym ich klanem, że Pacynka jest tylko bezbronną samotniczką, potrzebującą pomocy.
Właśnie dlatego pręgowana postanowiła do niej podejść, mimowolnie oddalając się nieco od Konwaliowej Mielizny i tej trzeciej kotki.
— Nie mogę uwierzyć, że w końcu udało mi się znaleźć jakąś przystań! O ile, rzecz jasna, nieco wyżej postawione koty pozwolą mi u was zostać… Ty, Słodka Łapo, jak mniemam, w razie problemów mi pomożesz, czyż nie? Wytłumaczysz im, proszę, że tylko szukam pomocy i poprzesz moje słowa? — mruknęła, patrząc na szylkretkę z błyskiem nadziei w oku. — Bardzo mi zależy na tym, by u was zamieszkać i wychować kocięta. W zamian za pomoc wasz klan zyska kilkoro sprawnych wojowników! Czy nie tego potrzebujecie? — zwróciła się do reszty, już nieco głośniej.
Wtedy jednak Słodka Łapa odparła:
— Rozumiem, że zależy ci na jakiejś stałej przystani, ale nie wiem, czy będę w stanie ci pomóc…

Od Grubego CD. Ognikowej Słoty

Rozłożysty krzew robiący za wylęgarnie latorośli Klanu Wilka był bardzo skuteczną ochroną przed zewnętrznymi warunkami. Gęsto splecione gałęzie otoczone liśćmi rosnącymi w dość ciasnych rządkach stanowiły barierę, która była nie lada wyzwaniem dla wiatru, śniegu i innych humorów pogody. W całej tej konstrukcji rzucał się na pierwszy rzut oka jeden feler - w żłobku szybko robiło się duszno, a cztery harcujące kociaki i ich opiekunka rzucająca na nie od czasu do czasu okiem tylko przyspieszały ten proces. Po paru minutach zabawy, kociarnię stopniowo zaczęły wypełniać charki, posapywania i głośne dyszenie, noszące na myśl niedużą lokomotywę toczącą się do stacji.
— Noc, ja… — Gruby odepchnął brata, gdy ten próbował kolejny raz zaatakować jego ucho. Czarny kocurek rzucił mu zdziwione spojrzenie, na co Gruby ciężko usiadł i wziął parę głębszych wdechów. — Zmęczyłem się. Przerwa.
— Juuuż? — jęknął zawiedziony Noc. — Przecież przerwa była chwilę temuuu…
— To nie moja wina, że tak się męczę! — zakwilił, kładąc po sobie uszy. — Idź sobie popatrz na tego robaka tam w kącie, ja zaraz przyjdę — burknął jeszcze, pozwalając, by łapki pod jego cielskiem się rozjechały, kładąc się na mchu. Każdy ruch wymagał od niego tyle wysiłku. Jakim cudem Noc albo Kalinka byli w stanie tyle czasu biegać i skakać, gdy on miał wrażenie, że wypluje płuca po paru miernych minutach? W dodatku nawet teraz, gdy już przestał sapać, Gąsiorkowy Trzepot obrzucała go spojrzeniem, które ściskało mu żołądek. Tak samo koty, które przychodziły w odwiedziny albo by zmienić na chwilę Gąsiorek. Ten sam wyraz pyska gonił go, gdziekolwiek by nie poszedł. Był aż tak żałosny, żeby ciągle tak na niego patrzeć?
Westchnął, dźwignął się na łapy i podszedł do wyjścia. Może świeże powietrze lepiej mu zrobi? Obrócił delikatnie łeb, sprawdzając, czy karmicielka nie patrzy. Na jego szczęście była zbyt zajęta Kalinką, by zauważyć podejrzane zachowanie nieswojego dzieciaka. Gruby wykorzystał okazję i wyszedł niezauważony na zewnątrz. Zdążył przejść przez pół obozu, nacieszyć się przyjemnym wiatrem, poobserwować chwilę garstkę Wilczaków, którzy akurat zostali w obozie, aż nie trafił pod kamień, z którego niczym grom z jasnego nieba spadła Ognikowa Słota. Gruby kojarzył kotkę. Już nie raz była w żłobku, acz otwierała pysk jedynie do Gąsiorka, Kalinki i Nocy. Temu ostatniemu szeptała coś nad uszami, chociaż jeszcze nie udało mu się wyłapać co. Na Grubego i Chudego patrzyła, jakby na obiad ktoś podarował jej mysią skórkę i kosteczki. Rudzielec dokładnie zmierzył kotkę, od łapek po końcówki uszu. Podrygujący ogon, zdegustowany wyraz pyska, napięty grzbiet, ściągnięte w tył uszy i poddenerwowane ogniki w oczach… nawet jakby chciał się z nią dogadać, tak jak chociażby z Kalinką, to nie byłoby sensu. Tak więc żałośnie wykwilił, że wyszedł bo był głodny, bo nie wiedział, że nie może i nie chciał tak daleko iść. Myślał, że za złamanie takich zasad mocniej mu się oberwie, a tu - miła niespodzianka. Słota tylko prychnęła, pomarudziła pod nosem, podniosła go i zabrała z powrotem do kociarni. Od matki Kalinki dostał szorstką reprymendę, ale co ona mu może zrobić? Samej Gąsiorek niespecjalnie zależało na wychowywaniu trzech gagatków, skupiała się tylko na swojej córeczce. Gruby po wysłuchaniu marudzenia karmicielki znów zbliżył się w stronę wyjścia. Głupim by było wychodzić akurat teraz, gdy go przyłapano, ale ciekawiło go, ile takich wyjść da radę zrobić, zanim konsekwencje wykroczą poza obszar “fuj, nieładnie, wstydź się”. Nie będzie się wstydził przecież, za chęć odetchnięcia od żłobkowej duchoty. A pani Słota mogła sobie gadać ile chce, a go nie przestraszy. Bo co mu zrobi? Skrzywi się bardziej? Wszyscy patrzyli na niego dziwnie, co jedno gorsze spojrzenie zmieni? 

***

Przez następne dni robiło się coraz chłodniej. Szare chmury coraz częściej pokrywały niebo, liście żółkły, a wiatr robił się z dnia na dzień nieprzyjemniejszy. Dzieciakom nie przeszkadzało to jednak w zabawach. Jedyne co, to Chudy częściej marudził, że mu zimno, czego rudzielec nie bardzo rozumiał. Dziwne, że mu było ciepło, a jego brat trząsł się jak liść na wietrze. Starał się trzymać blisko Chudego, robiąc za przenośny grzejnik. Dzisiaj jednak chudzielcowi towarzyszył Noc, a Gruby bacznie wyglądał na zewnątrz. Przyzwyczaił się, że Ognikowa Słota do nich wpadała od czasu do czasu, a że minęło trochę czasu od jej poprzedniego przybycia, Gruby zaczął jej wypatrywać. Nie podobało mu się, że tyle uwagi poświęca samemu Nocy i ewentualnie Kalince. Jeszcze nagada im brzydkich durnot i Noc zacznie krzywo patrzeć na resztę rodzeństwa.Tak jak wykręcone mordy innych kotów go nie obchodziły, tak nie chciał, żeby rodzonemu bratu ktoś poprzewracał w łebku.
I tak jak się spodziewał, Słota przyszła tego dnia. Nim zdążyła wbić się głębiej żłobka, stanął jej na drodze i zmierzył wzrokiem. Kotka zmarszczyła delikatnie nos, patrząc na kociaka o łzawych ślepiach. Żadne z nich najwidoczniej nie chciało robić pierwszego ruchu. Gruby bacznie się jej przyglądał, w między czasie obmyślając, co powiedzieć by tym razem w miarę dotrzeć do kotki. Z jakiegoś powodu zależało jej na Nocy. Może to mógł jakoś wykorzystać?
— Czego chcesz? — westchnęła Słota po chwili niezręcznej ciszy.
— Jeśli będzie Pani niemiła dla mojego brata, to mu powiem jak się Pani wobec mnie zachowuje. Wtedy nie będzie już taki skory do słuchania Pani opowiastek — burknął, kładąc po sobie uszy. 

<Ognikowa Słoto?>

Od Pacynki CD. Słonecznego Fragmentu

— Jeśli chcesz, mogę przysłać do ciebie medyka, aby cię zbadał i upewnił się, czy ciąża przebiega prawidłowo. W końcu zostałaś sama i oprócz mnie, czy Burzowych Chmur nie masz nikogo... — mruknął.
Dobre sobie. To, że była sama, nie oznaczało jeszcze, że była słaba i niedołężna. Słoneczny Fragment najwyraźniej nie doceniał jej zdolności, jej chytrości i… różnych innych umiejętności. Nie lubiła, gdy ją w ten sposób oceniano. Gdy przedstawiano ją w takim świetle, jakby była jedynie słabeuszem, myszą we mgle. Jasne, gdyby czasem potrzebowała tego, by wyciągnąć z sytuacji jakieś korzyści, byłaby w stanie udawać nawet ślepą. Ale teraz, gdy przed nią stał tylko kremowy przewodnik, wolała wyglądać na silną. Na niezależną. Na taką, która budzi grozę i respekt.
Prychnęła.
— Ależ ty łaskawy! — rzuciła, przewracając oczami.
Niebieskooki drgnął, jakby chciał powiedzieć: “Przecież to nie tak!”, jednak w porę zamilkł.
— Daruj sobie. Nawet gdybym była sama, choć nie jestem, i tak nie miałbyś ze mną szans! — dodała, starając się brzmieć żartobliwie. Zachichotała cicho pod nosem, po czym zrobiła krok w stronę granicy. Jej ogon falował leniwie, jakby próbowała nim zahipnotyzować kremowego.
Gdy odchodziła, spojrzała na niego po raz ostatni i puściła mu oczko.
— Będę tu za dwa dni, o tej samej porze. Zabierz tego medyka ze sobą, tylko się nie spóźnij! — krzyknęła, znikając między wrzosami.
Usłyszała jeszcze za sobą jakiś głośniejszy dźwięk, lecz nie zwróciła na niego uwagi. Jej uszy nawet nie drgnęły; nie wiedziała, czy był to głos Słonecznego Fragmentu, czy może skrzek jakiegoś ptaka. Nie skupiała się na tym – jej wzrok był już utkwiony w drodze malującej się przed oczami.
Kilka uderzeń serca później rzuciła się biegiem przez Drogę Grzmotu, z lekkim oporem przebiegając przez to dziwne wzniesienie, pod którym płynęła rzeka. Kierowała się w stronę swojej nory, by zaszyć się w niej i przemyśleć swoje następne ruchy. Ten dzień przerwy od Słonecznego Fragmentu może okazać się… kluczowy.

* * *

Dzień później

Następnego ranka Pacynka postanowiła wybrać się na spacer dla “oczyszczenia umysłu”. A nuż pod łapy wskoczy jej jakiś nieuważny Burzak, na którym mogłaby się wyżyć! O niczym innym tak właściwie nie marzyła. Była sfrustrowana, odkąd wydedukowała, że musi być w ciąży. Wszystko szło nie po jej myśli. Wcale nie chciała tych głupich kociąt, ale teraz nie było już żadnego wyjścia. Może wychowanie sobie kilku pachołków wcale nie okaże się takie złe? Może dzięki miotowi uda jej się zebrać armię bezmózgich żołnierzyków? A może tylko tak mówiła, by dodać sobie otuchy? Wszystkie opcje były równie możliwe, lecz na tym etapie Pacynka nie chciała żadnej z nich wybierać – ani nawet wiedzieć, która z nich była prawidłowa.
Szlajała się po terenach Klanu Burzy, jakby specjalnie próbując sprowokować jakąś bójkę. Dotarła w ten sposób do Upadłego Potwora i wtedy jej umysł zalały wspomnienia; w końcu to tu po raz pierwszy spotkała przewodnika w pokojowej atmosferze. To w tym miejscu wszyscy spotykali się w trójkę. Ona, Słoneczny Fragment, Burzowe Chmury… I pomyśleć, że nikt ich nigdy nie przyłapał!
Gdy miała już zawracać, stwierdzając, że nikogo godnego walki tu nie znajdzie, przed jej oczami pojawiła się sylwetka białego kota. Mrużył oczy i wyglądał na zaniepokojonego – ale chyba nie tylko obecnością Pacynki. Sprawiał wrażenie, jakby był w pośpiechu i zupełnie nie spodziewał się żadnego gościa w tych okolicach. To… dobrze. To znaczyło, że będzie łatwym celem. Przynajmniej taką miała nadzieję.
Ostatnio, gdy myślała, że Słońce też szybko się podda, ten wrzucił ją do tuneli i gdyby nie Burzowe Chmury, być może by w nich umarła. Mimo wszystko przewodnik nie był słaby, a ten tutaj osobnik wydawał się dość… wątły. Może był medykiem? A może jakimś młodym kotem, który dopiero co został mianowany na ucznia? Trudno. Szybko nauczy się pilnować poza obozem i mieć oczy dookoła głowy.
Gdy się do niego zbliżyła, okazało się, że była to kotka. Z całą pewnością młodsza od Pacynki, lecz jednocześnie nie tak młoda, jak bura początkowo zakładała. Miała fioletowe ślepia, co samotniczka uznała za dość ciekawy przypadek. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie widziała kota o oczach w takim kolorze – a może widziała? Wydawało jej się, że kiedyś przed oczami przemknął jej samotnik całkiem podobny do tej istoty, gdy jeszcze żyła w siedlisku. Może byli spokrewnieni? Pewnie nie, ale byłoby zabawnie, gdyby okazało się to prawdą.
— Co tak tkwisz w miejscu, jak kołek? — rzuciła do kotki, dyskretnie wysuwając pazury. Oblizała pysk, wpatrzona w oczy młodszej. Wyglądała jak puchata kuleczka – ciekawe, czy jej krew będzie słodsza od krwi pozostałych kotów. — Powinnaś już dawno uciekać! Wiesz, gdybyś się pospieszyła, może bym ci darowała. Ale powiedz mi, jak mam puścić wolno kota, który wręcz pcha mi się pod łapy? No jak? — kontynuowała, choć białofutra milczała, marszcząc brwi i kładąc po sobie uszy.
Gdy Pacynka wykonała gwałtowny ruch, obca drgnęła i zrobiła krok w tył. Jej ogon zadrżał.
— No co jest! Uciekaj albo się chociaż odezwij! Wysłali cię tu jako przynętę, czy co? Chcesz mnie czymś zająć, żeby potem wojownicy z twojego klanu się na mnie rzucili? — zapytała, podirytowana zachowaniem kotki.
W tej chwili fioletowooka w końcu rzuciła się do biegu; Pacynka nie zamierzała jednak tak łatwo dać jej zwiać. Ruszyła za nią pędem, niemal bijąc wszystkie rekordy prędkości. Na szczęście był to dopiero początek ciąży, a kocięta jeszcze nie ograniczały jej mobilności.
Dopadła młodszą bardzo szybko, wskakując na jej grzbiet. Biedna nawet nie potrafiła utrzymać samotniczki na swoich barkach; jej łapy załamały się niemal od razu. Pręgowana rozluźniła uścisk i upadła kilka długości wąsa od swojej ofiary. Podniosła się jednak znacznie szybciej i natychmiast przypadła do kotki, chwytając jej skórę na głowie w łapę. Uniosła ją w górę tak, że ciało albinoski spoczywało na ziemi, lecz jej łeb wisiał w powietrzu.
— Dopiero teraz zachciało się uciekać, co? — splunęła, marszcząc nos.
— Zostaw mnie! — wydukała wreszcie. — Zostaw mnie… proszę… — Jej głos złagodniał, a ta prośba tylko bardziej podsyciła nienawiść w Pacynce. Co za żałosny kot.
Samotniczka z całej siły przycisnęła łapą pysk białofutrej do ziemi, wciskając jej głowę w glebę. Jej pazury raniły delikatną skórę na tyle głowy kotki, lecz nie były to poważne obrażenia – przynajmniej nie na tyle, by nie dało się ich zakryć skrawkiem futra.
W końcu bura znów pociągnęła głowę Burzaczki w górę.
— Zostawić cię? Już? Ale tak fajnie się bawimy! — zaśmiała się szyderczo, po czym gwałtownym ruchem puściła albinoskę. — Masz szczęście, że mam dziś dobry dzień. W przeciwnym razie mogłoby się to zakończyć inaczej — prychnęła, po czym odwróciła się tyłem do fioletowookiej.
Właściwie nie miała pojęcia, dlaczego ją zaatakowała. Dlaczego nie przeorała jej pyska, karku… Dlaczego zdecydowała się na tak łagodną “karę”. Może to wyjątkowość tej kotki dziś ją uratowała.
Pacynka nie obejrzała się już więcej za siebie. Pozostawiła młodszą samej sobie, czmychając gdzieś w stronę wrzosowisk, zanim natknie się na jakiś patrol. Ciekawe, co ta młoda powie reszcie klanu – o ile w ogóle coś powie. Bura byłaby wniebowzięta, gdyby Burzacy wymyślili jej jakąś zacną ksywkę, a ona sama stałaby się swego rodzaju legendą. Mogłaby być… Zmorą Burzaków, Pogromczynią Futrzaków… czy czymś w tym stylu.

* * *

Dwa dni po spotkaniu ze Słonecznym Fragmentem

Idąc na spotkanie ze Słonecznym Fragmentem, zastanawiała się, kogo przewodnik tym razem jej przyprowadzi. Może Burzowe Chmury opowiadał jej kiedyś o medykach w Klanie Burzy, ale nawet jeśli, to już kompletnie o tym zapomniała. Mimo że deklarowała się jako partnerka dymnego, nie czuła do niego prawie niczego, a co za tym idzie – nie zależało jej ani na nim, ani na tym, co mówi. Czasem się nudziła, gdy ten się rozgadywał, i po prostu odcinała się od świata, by już nie słyszeć jego głosu. Na szczęście kocur wydawał się na tyle w nią zapatrzony, że często nawet nie zauważał, iż Pacynka kompletnie go nie słucha.
W końcu bura dotarła w okolice miejsca, w którym miała spotkać się z przewodnikiem. Skryła się wśród wrzosów, by najpierw zobaczyć, kogo kremowy ze sobą zabrał, zanim do niego podejdzie. W końcu – mimo że sama na to naciskała – nie musiała się stawiać na spotkaniu. W razie, gdyby Słońce zaczął zadawać pytania, mogłaby się łatwo wywinąć. “Och, źle się czułam, nie mogłam przyjść”, “Byłam już w drodze, ale zobaczyłam lisa i musiałam się schować!” – z kłamaniem nie miała zbyt dużych problemów.
Gdy wysunęła pysk spomiędzy roślin, dostrzegła kremowego kocura stojącego tyłem do niej, a zaraz obok niego białą kotkę…
Jej serce na moment zamarło. Zamrugała kilka razy, a jej głowę ogarnęła pustka. Nie… czy to naprawdę była ta sama kotka, którą wczoraj zaatakowała? To niemożliwe! Jakim trzeba być pechowcem, by doświadczyć czegoś takiego? Czy jeśli teraz wyjdzie im na spotkanie, albinoska piśnie coś na temat samotniczki? Jak na to zareaguje Słoneczny Fragment? Czy każe burej odejść? A może nie będzie chciał o tym rozmawiać i zmusi fioletowooką do załatwienia tego, co ma, i odejścia?
Pacynka prychnęła cicho pod nosem i wycofała się w głąb wrzosowiska. Końcówka jej ogona drżała nerwowo, a oczy miała zmrużone. Co powinna zrobić? Co powinna…
Nim zdążyła pomyśleć o tym drugi raz, podniosła się i rzuciła przed siebie, gnając do przodu niczym najprawdziwsza sarna. Musiała się spieszyć, nim przewodnikowi zachce się odwrócić. Wtedy mógłby ją dostrzec – wiedziałby, że specjalnie uciekła od spotkania.
Gdy przebiegała przez Drogę Grzmotu, obejrzała się za siebie. Sylwetki tej dwójki majaczyły gdzieś w oddali, lecz wciąż były ustawione w tę samą stronę. Nie widzieli jej. Nie mogli jej widzieć.

<Słoneczny Fragmencie? Jak się czujesz z faktem, że koleżanka cię wystawiła?>

Od Wąsatki do Chudego

Następnym w kolejce do pogadania był Chudy. Wąsatka porozmawiała już z jego bratem – Grubym – ale oczywiście nie zamierzała na tym kończyć. Im więcej znajomych, tym lepiej! Gdyby była teraz w norze… pewnie wciąż rozmawiałaby tylko z Kobczykiem. Tęskniła za nią – za nią i za mamą – ale jednocześnie cieszyła się, że wreszcie może poznać jakieś nowe koty. Poza tym jeszcze nie wszystko stracone. Gdy tylko pozwolą jej wyjść z obozu, będzie mogła znów spotkać się z Mewą i siostrą, które przecież żyją gdzieś niedaleko! Poprosi swojego tatę, by ją do nich zaniósł. Żaden problem, prawda? W końcu dlaczego Wilczy Skowyt miałby trzymać ją z dala od rodziny.
Wąsatka dostrzegła, że na obozowej polanie stoi czekoladowy kocur. Przez moment miała ochotę podbiec do niego, przywitać się i zapytać, czy kiedyś zaprowadzi ją do tamtej nory, lecz ostatecznie się powstrzymała – jej uwagę przykuły bowiem głosy młodych kocurków. Rozmawiali ze sobą, a przynajmniej Gruby i Noc. Chudy siedział niedaleko, ale milczał, co czarno-biała uznała za idealną okazję.
Szybko podeszła do burego kociaka i bez wahania się z nim przywitała:
— Chudy, mam rację? — zapytała, choć oczywiście doskonale wiedziała, jak kocur ma na imię. — Chcesz się ze mną pobawić? Powinnam mieć gdzieś u siebie kulkę mchu… albo może jakieś piórka. Chyba że ty masz jakiś pomysł! Możemy też zagrać w berka, jeśli ci to odpowiada — zaproponowała zadowolona. — Bardzo lubiłam grać w berka ze swoim bratem, wiesz? Będziesz musiał się postarać, żeby ze mną wygrać! — pochwaliła się, choć w rzeczywistości wiedziała, że bieganie nigdy nie szło jej najlepiej. Przez słaby wzrok niemal za każdym razem, gdy przyspieszała, wywracała się o własne łapy albo o jakąś przeszkodę na drodze.

<Chudy?>

Od Wąsatki do Grubego

Tak oto nastał ten dzień. Gdy tylko rankiem Wąsatka otworzyła oczy, ustanowiła sobie za cel podejście do trójki braci, by się z nimi przywitać. Miała dosyć tej nudy! Dosyć polegania na Pustułkowym Szponie! Wojownik zbyt rzadko zjawiał się w żłobku, by miała okazję się z nim pobawić i zająć czymś na dłużej. A gdyby udało jej się zdobyć nowych kolegów… mogłaby się z nimi ganiać i rzucać kulkami mchu przez całe dnie! Nie dość tego – mogłaby robić to nawet całymi nocami! Oczywiście pod warunkiem, że żadna wkurzona tutejsza kocica nie zirytowałaby się hałasem i tym, że rankiem nie będą mieli już energii…
Jak się okazało, czarno-biała wybudziła się w żłobku jako pierwsza, więc musiała odczekać dobrą godzinę, zanim Gruby, Chudy albo Noc w końcu się obudzą. Nie skłamałaby, gdyby powiedziała, że przez cały ten czas po prostu się w nich wpatrywała i zastanawiała, czy – jeśli coś im się śni – widzą w tych snach, że ktoś ich obserwuje.
Jako pierwszy poruszył się Gruby; drgnął lekko, a zaraz potem otworzył oczy. Rudy kocurek wyglądał w oczach Wąsatki bardzo zabawnie. Wydawało jej się, że ma zupełnie płaski pyszczek! W dodatku jego ślepia często łzawiły, a sam kociak zdawał się mieć problem z oddychaniem. Od razu po jego przebudzeniu wygramoliła się cicho z posłania i w kilku susach znalazła się tuż obok niego.
— Hej, cześć! — mruknęła półszeptem, starając się nie obudzić śpiących obok kotów. — Jestem Wąsatka, nie wiem, czy wiesz — przywitała się, siadając obok.
Gruby wpatrywał się w nią w milczeniu, więc Wąsatka uśmiechnęła się szeroko i dodała:
— A w ogóle… co ci się stało w pysk? Uderzyłeś w ścianę żłobka, jak byłeś mały…? — Przechyliła głowę. — I co z Chudym? On wygląda podobnie, prawda? Dlaczego tylko Noc ma normalną mordkę?

<Gruby?>

02 stycznia 2026

Od Ognikowej Słoty

Łapiąc oddech, Ognikowa Słota zatrzymała się przy jednym z drzew iglastych. Wiatr wdzierał jej się do uszu, szumiąc głośno. Próbował przegonić gęste, szare chmury, których skumulowało się nad lasem. Postawiła uszy czujnie, wyglądając za tropami mogącymi wskazywać na obecność zwierzyny. Należało uważać na każdy suchy liść, jakąkolwiek gałązkę, która mogłaby jej bardzo łatwo i szybko pokrzyżować plany, jeśli cokolwiek siedziałoby nieopodal. Zawęszyła w powietrzu, po czym zmarszczyła nos, gdy dopłynął do niej zapach Burzaków. Musiała więc zawędrować naprawdę niedaleko linii zapachowych, skoro odór docierał do niej z taką intensywnością. Zbliżyła się odrobinę, chowając w gęstych krzewach. Uszy Wilczaczki wykryły dźwięk, który od razu przykuł jej uwagę. Do jej ciemnych oczu napłynął widok drobnej sylwetki czarnobiałej kotki. Obserwowała nieznajomą, która blisko ich granicy zaczęła ile sił w łapach pędzić za wiewiórką. Posłała w powietrze kawałki ziemi, szeleściła przy każdym zetknięciu łapy z gruntem. Ognikowa Słota zjeżyła sierść na karku, zauważywszy tą scenkę. Pokręciła głową, jak oni uczyli ich tam polować? Spłoszyła zwierzyny pewnie aż do samego serca Klanu Wilka! Czy Burzacy rzeczywiście byli aż tacy kiepscy? Jakim cudem jeszcze nie pomarli z głodu?
Kruczofutra nadepnęła na gałązkę, która niemal wyprowadziła ją z równowagi. Zwiewny Mak goniąc za celem, przekroczyła bez zastanowienia granicę z Klanem Wilka, dumnie spozierając na własny łup, gdy wreszcie złapała rdzawą istotkę. Czy rozumiała, co najlepszego zrobiła? Miała świadomość przekroczenia ich granicy? Rudaska nie czekając ani chwili dłużej, wyłoniła się ze swojej kryjówki, jej źrenice zwężone były do szparek, wyglądały niczym cieniutkie igły upstrzone żywym ogniem. Wilczaczka ze złością odsłoniła pazury, kładąc uszy po sobie i sycząc na intruzkę.
— Czego tu chcesz? Kradniesz nam zwierzynę?! — zawarczała, zmniejszając między nimi dystans, prawie depcząc mniejszej po łapach. Nastroszyła sierść, która raptem nerwowo jej zafalowała. Budowa Zwiewnego Maku nie robiła na niej wrażenia, wyglądała na słabą, zarys mięśni pod futrem nieznajomej nie był aż tak wyraźny. Burzaczka zaczęła gorączkowo się wycofywać, kuląc ogon. Widząc to, uszy wojowniczki zadrżały. Wyczuwała zapach jej strachu. Był mocny i obrzydliwy. Zmarszczyła pysk, czując na własnej sierści kłujące kolce frustracji. Gorsza była chyba tylko Cykoriowa Łapa.
— Nie… ja… tylko chciałam… nie zauważyłam… — usiłowała się wytłumaczyć. Ognikowa Słota przecięła ogonem powietrze, obnażając wrogo kły, tym samym uniemożliwiając jej dalszej paplaniny.
Dobrze wiem czego chciałaś, chciałaś nas okraść ze zwierzyny! — pomyślała, gniewnie wymachując kitą na boki, niczym wściekły pies. Nie chciała dłużej słuchać tych żałosnych wytłumaczeń. Cała postawa nieznajomej budziła w niej jedynie pogardę. Uniosła łapę i machnąwszy nią, zadrapała złodziejkę po ramieniu. Niebieskooka wzdrygnęła się, upuszczając wiewiórkę. Pazury szylkretki przecięły delikatną skórę przeciwniczki, między łapami zostało jej trochę czarnego puchu. Zwiewny Mak otworzyła ślepia szeroko, kładąc uszy po sobie. Pisnęła, po czym przymknęła oczy i niezgrabnym ruchem próbowała się bronić, chociaż jedyne, co zrobiła, to wyrwała Wilczaczce kępkę futra.
Słota skoczyła na nią. Ciągnąc kocicę za futro, po jej pazurach spłynęła kropla krwi. Odepchnęła Zwiewny Mak bliżej granicy z Klanem Burzy, niemal przewracając ją. Broń się! — pomyślała, w jej oczach płonął żywy ogień, umysł ledwo przepuszczał jakiekolwiek sensowne myśli. Szpony Wilczaczki poorały jej pysk, z rany zaczęła wyciekać gęsto posoka, barwiąc suche liście czystym szkarłatem. W międzyczasie Słota także oberwała, gdy łaciata wymachiwała łapami na oślep. Poczuła piekący ból w okolicach policzka. Nie powstrzymał on jej przed dalszym bronieniem tego, co należało. Zmarszczyła nos, prawie podcinając łapy złodziejce.
Zwiewny Mak powoli słabła, musiała nie mieć doświadczenia w boju albo jej kondycja była bardziej przykra od jej wcale nie przemyślanego sposobu walki. Każdy następny atak intruzki był coraz gorszy i marniej wycelowany, miała kłopot, żeby nadążyć za prędkością oraz precyzyjnością Ognikowej Słoty, wycinającej coraz to nowsze wzorki na ciele złodziejki. Rudaska prychnęła z obrzydzeniem, gdy niebieskooka wyślizgnęła jej się wreszcie spod łap. Łaciata nie oglądała się już za siebie. Zaczęła uciekać ile sił w łapach, wspinając się pospiesznie slalomem na porośnięte krzewami wrzosowiska, zostawiając swoją cenną zdobycz. Ognikowa Słota spojrzała na wiewiórkę, chwytając ją za kitę. Kępka futra Zwiewnego Maku zaplątała się w delikatne kłosy rdzawej istotki, zwisającej teraz bezwładnie z pyska brązowookiej. Obejrzała się jeszcze przez ramię, widząc na horyzoncie uciekającą przeciwniczkę. Zostawiała za sobą drobniutkie ślady krwi, które zmywał wiatr i posyłał dalej, barwiąc trawę. Kierowała się chyba prosto do obozu. Wojowniczka podniosła brodę do góry, przysiadłszy. Dopóki nie zniknie jej z oczu, nie zamierzała stąd odchodzić. Należało się upewnić, że złodziejka więcej nie wtargnie na ich tereny.

***

Słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc nieboskłon najróżniejszymi, przyjemnymi dla oka kolorami. Od przepięknego, czystego szkarłatu, aż po intensywny pomarańcz, kończąc swoje dzieło białokremowymi chmurkami, lekko przysłaniającymi słońce. Rudaska czuła na pysku ciepłe uczucie, przypominało spływającą kroplę wody, która łaskotała ją po skórze przy kontakcie, zjeżdżając po policzku i skapując wreszcie z brody na zimne już łapy.
Strzepnęła uchem, gdy znalazła się u wejścia do centrum Klanu Wilka. Na kufie miała wymalowaną najprawdziwszą dumę.
Przechodząc przez tunel, nikt nie zwrócił na nią początkowo uwagi. Dopiero po wetknięciu łba do legowiska przywódcy zyskała liczną ilość gapiów. Odszukała wzrokiem burego kocura, próbując przyzwyczaić się do półmroku. Położyła wiewiórkę w wejściu, pochyliwszy przed nim głowę. Gdy już otwierała pysk, żeby powiedzieć, on ją wyprzedził.
— Ognikowa Słoto? Co tu robisz? — zapytał, patrząc na nią chłodno. Zerknął na zwierzynę u jej łap, mierząc i ją wzrokiem, domagając się wyjaśnień.
— Nikła Gwiazdo, przepraszam za najście. Wracam właśnie z patrolu, byłam przy granicy z Klanem Burzy i spotkałam tam kocicę. Nazywa się chyba Makowa Łapa. Wtargnęła na nasz teren, całkowicie ignorując linie zapachowe i zapolowała na tę wiewiórkę — łapą przysunęła gryzonia bliżej zielonookiego w ramach dowodu. Zapach, jaki się z niej unosił, nadal bardzo dawał po nosie. W dodatku nie zgubiła ciemnej kępki futra. — Wyrwałam ją jej z zębów — spojrzała na niego raz jeszcze, na jej policzku widniało zadrapanie, które prezentowało się wstrętnie, chociaż w porównaniu do tego, co zrobiła jej Słota, to był pikuś. Cała reszta wszelkich małych ranek nie rzucała się aż tak bardzo w oczy, Zwiewny Mak musiałaby popracować nad swoim stylem walki, jeśli chciałaby zmierzyć się ze Słotą.
Nikła Gwiazda zamyślił się na moment, jednak po chwili w jego oczach pojawiła się czysta złość wymieszana ze swego rodzaju obrzydzeniem. A może podziwem, że ktoś był na tyle odważny… albo głupi, że zadarł z Klanem Wilka? Kiwnął jej głową, wstając ze swojego miejsca i chwytając zdobycz w pysk, po czym przeszedł tuż obok rudaski, ruchem ogona polecając jej, żeby zrobiła to samo. Wdrapał się na mównicę. Ognikowa Słota przysiadła tuż przed nią.
— Niech wszystkie koty, na tyle dorosłe żeby polować zbiorą się pod mównicą! — zawołał i już po chwili z legowisk zaczęły wyglądać ciekawskie oczka. Nadciągający Pomrok usiadła tuż obok Słoty, posyłając jej lekko zdziwione spojrzenie. Rudaska poruszyła ogonem, spozierając z powrotem na przywódcę.
— Klanie Wilka! Od teraz każdy patrol zostanie wzmocniony. Mianowicie będzie miał przynajmniej jednego dodatkowego kota, dla bezpieczeństwa. Ta oto wojowniczka wykazała się dzisiaj odwagą godną najwybitniejszego kota oraz lojalnością taką, jaką chciałbym obserwować u każdego z was, względem naszego Klanu oraz mnie. Stoczyła zaciętą walkę ze złodziejką z Klanu Burzy, która próbowała ukraść nam zwierzynę, nie patrząc wcale na wyznaczone linie zapachowe. Ognikowa Słota wyrwała jej ją z zębów, nie bojąc się krzywdy, jaka mogła ją spotkać za bronienie tego, co należy do Klanu Wilka — wskazał ogonem na rudaskę, która napuszyła sierść na piersi z zadowoleniem tak wielkim, że czuła się, jakby miała za moment eksplodować ze szczęścia. Jej oczka zaświeciły szczęśliwie, a ogon poruszał się według własnego rytmu. Czuła spojrzenie pobratymców na karku. Zastanawiała się, czy byli z niej zadowoleni. Na pewno! W końcu Nikła Gwiazda nie chwalił kotów na co dzień. To było naprawdę wyjątkowe. Do jej uszu doleciały słówka aprobaty. Bury przywódca podniósł rdzawą istotkę za kark, pokazując ją wszystkim. Koty ze wściekłością wymachiwały ogonami, zauważywszy czarną kępkę na gryzoniu. Paru z nich nabrało powietrza ze świstem, wypuszczając go dopiero parę uderzeń serca później. Oczy niektórych Wilczaków rozszerzyły się znacznie, a pyski otworzyły, niektóre wykrzykując coś, inne jedynie nie mogąc w lepszy sposób wyrazić własnego niedowierzania czy niezadowolenia.
— Kto to zrobił?! Przerobię ją na mysi proch!
— Słabeusze! Słabi i bezwstydni!
— Łajnojady, mysie strawy! Sami złodzieje, nie szanujący granic!
— Myślą, że im wszystko wolno! Te zapchlone sierściuchy…
Wojownicy wykrzykiwali coraz to nowsze hasła, mające na celu wyładowanie ich frustracji. Nikła Gwiazda ruchem ogona uciszył ich wszystkich, spoglądając na tłum chłodnym spojrzeniem. Przesunął pazurami po wiekowej korze.
— Porozmawiam o tym z Króliczą Gwiazdą przy najbliższym zgromadzeniu. Jeśli spotkacie więcej intruzów, nie bójcie się ich zabić, jeśli będzie to konieczne. Klan Wilka nie toleruje i nigdy nie będzie tolerował złodziejstwa, ani deptania po rzeczach dla nas ważnych. To wszystko, możecie się rozejść — zeskoczył z pnia, mrugnąwszy do szylkretki. Po piersi brązowookiej rozpłynęło się przyjemne uczucie. Zaczęła głośno mruczeć.

Od Szałwiowego Serca CD. Kuniego Strumyczka

Gdzieś głęboko była w Szałwiowym Sercu chęć odpowiedzenia na to zwykłym, szczerym śmiechem. Bo przecież tak właśnie było, prawda? Los był jego najgorszym, najbardziej zgorzkniałym wrogiem, który nigdy nie odpuszczał. Całe jego życie to jedna wielka gonitwa, w której to on był ofiarą, a pech jego nieustępliwym łowcą. Jego ścieżka i kończący ją upadek były ironią losu.
I być może naprawdę by się zaśmiał, gdyby choć na moment mógł zapomnieć o własnej winie. Nie miał wpływu na kolor sierści, krzywą szczękę, bliskie spotkania ze śmiercią i blizny, które przez nie otrzymał, ale gdyby... Gdyby tylko był ostrożniejszy, gdyby nie okazywał swoich czułości na zgromadzeniach i gdyby zakończył tę relację w chwili, gdy już wiedział, że zaraz będzie za późno...
Wszystko byłoby tak, jak dawniej.
Nie ukrywałby się już przed wzrokiem współklanowców, którzy patrzyli na niego spod wilka. Byłby tak wolny, jak przedtem. Te wszystkie możliwości byłyby wciąż w zasięgu jego łapy! Och, Klanie Gwiazdy! Dlaczego mnie nie zatrzymałeś, gdy wiedziałeś, jak to się skończy! — rozpaczał w duszy. Czy uznali, że był już na straconej pozycji? Odwrócili się od niego całkowicie, przestając przyświecać jego drodze? Przecież on zawsze miał w nich wiarę, pokładał w przodków nadzieje na tak wiele i znajdywał pocieszenie w bladym blasku gwiazd. Potrzebował jednego jedynego znaku, by wrócić na dobre tory. Wystarczyłoby ostrzeżenie, jakiś cichy szept z tyłu głowy, który wybiłby się ponad obawy, które wcześniej zduszał. Mogłaby zalśnić inaczej jedna gwiazda, a on wiedziałby, co chcieli mu przekazać. Więc dlaczego nie zalśniła? Dlaczego przodkowie pozwolili mu zniszczyć całe swoje życie jednym durnym wyborem?
— Tja — wypuścił z siebie wraz z haustem powietrza, jakby słowo było jedynie dodatkiem do głębokiego westchnięcia. Nawet nie podnosił wzroku; trzymał go na swoich łapach. Czuł się dziwnie z tym że Kuni Strumyczek do niego podeszła. Byli dobrymi kolegami, lecz nigdy nie rozmawiali ze sobą tak dużo. To, że Kijankowe Moczary i Siwa Czapla wciąż utrzymywali z nim kontakt, nie było dla niego największym zaskoczeniem, lecz po niej się tego nie spodziewał. Mogła go odepchnąć w kąt, po prostu. Nie był jej do niczego potrzebny. Rozmawiając z nim, tylko robiła sobie krzywdę. Szałwiowe Serce był pewny, że oceniające spojrzenia spadały nie tylko na niego, ale i na każdego kota, który tylko się do niego zbliżył. — Gniew Mandarynkowej Gwiazdy to jedno. Wasz... Drugie — dodał po chwili smętnie. Przycisnął ogon do swojego ciała, garbiąc się jeszcze bardziej. Sama rozmowa o tym z innym kotem go zawstydzała.
— Nie wszyscy się na ciebie gniewają — odpowiedziała, powtarzając to, co Kijankowe Moczary mówił mu od księżyca. Zupełnie jakby miał rację albo przynajmniej więcej kotów wierzyło w te słowa... Szałwiowe Serce jednak wciąż nie był w stanie. — Kilka księżyców i to minie. Koty mają dobrą pamięć, lecz nie doskonałą. Jeszcze wrócisz do obowiązków i normalności — dodała z celem dodania mu tymi słowami otuchy. On jednak, gdy tylko wysłuchał jej do końca, westchnął ponownie. Ogon przetoczył się po ziemi, by objąć ciało z drugiej strony.
— Posłuchaj... Nie musisz się nade mną litować. Ja to wszystko rozumiem — powiedział, wciąż usilnie trzymając wzrok na ziemi, nie na swojej rozmówczyni. — Rozumiem ten gniew i karę, która mnie spotkała. Wiem, dlaczego Klan Nocy jest mną zawiedziony i nie mam naprawdę nikomu za złe, że zmienił do mnie podejście po tym wszystkim... Nie potrzebuję współczucia. Muszę ponieść konsekwencje swoich czynów i po prostu... Jakoś to przetrwać. Więc rzecz jasna, dziękuję, że wciąż widzisz we mnie przyjaciela, ale — urwał na chwilę — jest wiele nocniaków, którzy teraz zasługują na to miano znacznie bardziej niż ja. — Zakończył to wszystko pojedynczym ponurym śmiechem.

<Kuni Strumyczku?>

Od Ognikowej Słoty

Ognikowa Słota kiwnęła głową Gąsiorkowemu Trzepotowi, gdy nawiązały kontakt wzrokowy. Przemaszerowała przez kociarnie, spotykając się z kolejnymi podziękowaniami ze strony liliowej. Podobało jej się to.
Ruda poruszała spokojnie końcówką ogona, obserwując małego Noc, który bawił się teraz zaschniętą kulką mchu. Wetknął w nią drobne piórka, ustawiając je ostrożnie, jakby z obawą, że zaraz się połamią przez jego dotyk. Nie wyglądał tak, jakby mu przeszkadzała obecność starszej, wręcz przeciwnie. Pewnie to była kwestia czasu, aż do niej podejdzie i poprosi o jakąś kolejną historię. Gruby spał w legowisku, nieopodal szylkretki. Ciekawe, czy był na nią zły? Zmarszczyła nos. To nie powinno być dla niej istotne, nie powinna przywiązywać się do tych chorych kociąt, w końcu skąd miała wiedzieć, czy za niedługo nie umrą? Powinna skupić się na Kalince oraz Nocy… i może Wąsatce. Oni mieli największe szanse. Chudy mamrotał coś tam pod nosem, wrogo spozierając na brązowooką co jakiś czas. Wojowniczka strzepnęła uchem, ignorując go, chociaż co parę uderzeń serca zaglądała, czy nikt przypadkiem nie próbuje opuścić nory. Odbyła dzisiaj trening z Cykoriową Łapą, więc nie mając nic lepszego do roboty, przyszła do żłobka, ponownie umożliwiając Gąsiorce odpoczynek w postaci spaceru czy wyspania się w legowisku wojowników.
Kruczofutry kocurek spojrzał wojowniczce w oczy, gdy znudziła mu się wreszcie wymyślona przez niego zabawa. — Ognikowa Słoto! Opowiesz mi dzisiaj coś jeszcze, proszę? — zapytał, siadając tuż przed nią. Nakrył ogonem przednie łapy, pomrukując cichutko.
— Oczywiście — rudaska uśmiechnęła się do niego, łapą przesuwając nadmiar ściółki, jakby miała jej przeszkadzać w opowieści. Po chwili poczuła czyjś wzrok na sobie. Odwróciła się przez ramię, spoglądając na Kalinę. — Kalinko? Chciałabyś też posłuchać? — zapytała ciepło.
Kalina zbliżyła się odrobinę, robiąc duże oczka. Podreptała nieco bliżej, gdy Noc ją również zachęcił do przyłączenia się. Przysiadła niedaleko kocurka, będąc nadal wystarczająco blisko Wilczaczki. Szylkretka kiwnęła głową.
— Dobrze, to możemy zaczynać.
— Nie zaczekamy na Grubego i Chudego? Może Wąsatka też by chciała posłuchać? — zapytała żółtooka, spozierając na swoich kolegów z legowiska.
Wojowniczka pokręciła głową. — Nie, ta historia jest tylko dla was. Nie możecie nikomu o niej powiedzieć, dopóki wam nie pozwolę — odpowiedziała spokojnie Słota, obserwując reakcje malutkiej koteczki. Kalina pokiwała posłusznie głową, postawiwszy uszy, gotowa do dowiedzenia się czegoś nowego. Ciekawe czy Gąsiorkowy Trzepot jej cokolwiek opowiadała?
— Noco, pozwól, że powiem Kalince to, co ty już wiesz — mruknęła kocica, owijając ogon delikatnie wokół dwójki. Zniżyła się do ich poziomu, dbając przy tym o to, żeby nikt inny ich nie dosłyszał. Rzuciła ostatnie spojrzenie reszcie kociąt, które były zajęte sobą w tym czasie.
— Kalinko, na pewno słyszałaś o Klanie Gwiazdy i Mrocznej Puszczy, prawda? — zaczęła, czekając na odpowiedź kociaka.
Kalina pokiwała główką. Może jednak liliowa jej coś napomknęła? A może skłamała, żeby nie wyjść na taką, co nie wie, skoro Noc wiedział?
— W takim razie wiesz też, że jedno z nich chce dla nas źle — dodała Słota, uśmiechając się smutno. — Klan Gwiazdy dobrze to sobie rozplanował. Wiesz, do czego nawiązuję? Spójrz na Grubego oraz Chudego. Chudy wygląda jak sama skóra i kości, z kolei gruby jest okrągły jak piłka. Mimo tego obydwaj muszą na co dzień borykać się z problemami z oddychaniem. To niefajne, prawda? Słyszysz, jak chrapią w nocy i charczą? Jak szybko się męczą podczas wszelkich zabaw i jak ciężko jest im złapać oddech? Wiesz, kto im to zrobił? Gwiezdni przodkowie, którzy mają wpływ na takie rzeczy. To oni sprawili, że wasze rodzeństwo musi teraz cierpieć — wojowniczka machnęła pazurem, przecinając pojedynczy, suchy listek z szelestem.
— Kalinko, chodzi o to, że jedyna słuszna wiara, to ta w Mroczną Puszczę. Oni nie skrzywdziliby nigdy naszych braci, oni chcą dla nas tylko dobrze. Obserwują nas nawet teraz. Czy to nie jest ekstra? — czarny ogonek zafalował z emocji. Żółtooka wyglądała tak, jakby zamyśliła się na moment, kiwając główką co jakiś czas. Ciekawe czy rozumiała, co chcieli jej przekazać? Pręguska przytaknęła kocurkowi. Był taki mądry. Tak szybko się uczył! To ją aż rozczuliło.
— Otóż to! Nie pozwólcie nigdy, żeby wam ktokolwiek wygadywał głupoty o Mrocznej Puszczy. Niektóre niezbyt mądre koty straszą nią kocięta, chcąc sprawić, żeby odwróciły się od najsilniejszych oraz najlepszych kotów, jakie kiedykolwiek stąpały po tej ziemi. Oni nad nami czuwają i dają nam siłę, zresztą w Mrocznej Puszczy nie spotkacie niczego gorszego, niżeli tutaj, za życia. Spotkacie jeszcze wiele podłych i niegrzeszących inteligencją kotów, musicie na nich uważać. Uważajcie także na każdego, kto źle wypowiada się o naszych przodkach. Chcą zasiać wam w głowie niepewność. Według nich najlepiej, gdybyście byli głupi i wierzyli w ich nieprawdziwe bajeczki o tym, że niby Klan Gwiazdy nikogo nie krzywdzi. Ale nie bójcie się, bo póki jestem ja, nie pozwolę nikomu, żeby wam namieszali w główkach. Ja znam prawdę, którą mi opowiedziała moja mama, Zalotna Krasopani, gdy byłam w waszym wieku.
— Naprawdę mroczni przodkowie są dobrzy? W takim razie, dlaczego mówi się na nich “mroczni”, a gwiezdni, którzy raczej z nazwy kojarzyliby się jako ci dobrzy, są źli? — dopytała Kalina, spoglądając na rozmówczynię z powagą.
Ognikowa Słota uśmiechnęła się do niej. Była mądra. Dobrze, że o to pytała. — Te nazwy są mylne. Wymyśliły je koty, które czuły potrzebę nazywania wszystkiego albo złym, albo dobrym. Kierowali się bardzo ograniczonym sposobem myślenia, który sprawił, iż zadecydowali w tenże sposób. Jednak każdy, kto ma choć trochę oleju w głowie, wie, że to tak naprawdę to Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd jest słuszne. Największym zaszczytem dla każdego z nas, honorowego członka Klanu Wilka, jest żyć tak, żeby trafić w objęcia Mrocznej Puszczy po śmierci.
— Kalinko, tylko wiesz, że nie możesz nikomu powiedzieć o tej rozmowie, prawda? — upewnił się Noc, patrząc na nią z lekkim strachem. — Jeśli to zrobisz, przodkowie będą niezadowoleni. A nikt tego nie chce.
Wojowniczka pogłaskała go po główce w celu uspokojenia, jednak nie zaprzeczyła jego słowom, chcąc wierzyć, że w ten sposób zyskają kolejnego kociaka wartego uwagi Zalotnej Krasopanii, a może nawet i samego Nikłej Gwiazdy. Gdyby ich pochwalił… to byłby dopiero zaszczyt!
— Dlaczego będą na nas źli? Skoro nie chcą dla nas niczego co przykre, to czemu mieliby nam cokolwiek zrobić za rozprzestrzenianie informacji o nich? Chyba dobrze, gdyby koty wierzyły w tylko to, w co powinny, tak?
— I właśnie widzisz. Problem nie tkwi w przodkach, tylko w ograniczonych umysłach niektórych kotów, które z nami mieszkają. Nie każdy potrafi pojąć wspaniałość Mrocznej Puszczy. Dla nich to za wiele. Dopowiadają sobie nieprawdę, pogrążając się w kłamstwach stworzonych przez samych siebie, a potem karmią nimi swoje potomstwo, nastawiając je przeciwko sukcesowi — wyjaśniła. — I tutaj przychodzę ja. Starannie wybieram koty, które byłyby w stanie zrozumieć i im tłumaczę. Muszę robić to ostrożnie, w końcu nie wiem, czy nie rzuciliby się na mnie z pazurami, gdybym im spróbowała wyjaśnić na spokojnie, że to, co czczą zgubi ich w niedalekiej przyszłości. Klan Gwiazdy chce tylko ich zguby. Zguby wszystkich. Koty zmanipulowane rozprzestrzeniają o nich same dobre słowa, wciągając w ten przykry wir także inne niewinne duszyczki. Tanimi sztuczkami sobie przekupują członków na swoją stronę i cierpimy na tym my, którzy chcemy tylko żyć w spokoju i robić swoje.

Od Niebiańskiej Łapy

— Cześć, Niebiańska Łapo! — zaświergotała Przepiórcza Wichura głosem lekkim jak poranna bryza, w którym brzmiał entuzjazm niemal zbyt jasny jak na tak wczesną porę. — Dziś chciałabym pokazać ci, jak wspinać się na drzewa… a jeśli starczy nam czasu, być może pokażę ci nawet, jak otwierać kraby.
Obóz powoli budził się do życia. Koty zbierały się na patrole, a z legowiska starszych wydobywały się pierwsze, niepozbawione ospania ziewy. Niebiańska Łapa, skulona nad resztkami śniadania, delektowała się każdym kęsem wróbla z niemal pedantyczną uwagą — pióra były starannie odrzucone na bok, a samo mięso zjadane powoli, jakby rytuał ten miał ją uchronić przed nadmiarem bodźców, które niosło ze sobą nowe przedpołudnie.
— Podekscytowana? — zapytała mentorka, pochylając się nieco bliżej.
Uczennica przełknęła ostatni kawałek, czując jeszcze ciepły smak krwi na języku, po czym uniosła wzrok tylko na tyle, by spojrzeć na Przepiórczą Wichurę kątem oka. Szeroki, szczery uśmiech cynamonowej wojowniczki — ten sam, który zdawał się nie gasnąć nawet w najbardziej ponurych chwilach — był dla Niebiańskiej Łapy niemal najbardziej irytującą rzeczą, z jaką przyszło jej się mierzyć. A irytowało ją naprawdę wiele: zbyt głośne rozmowy, zbyt szybkie decyzje, zbyt łatwe zadowolenie, zbyt durne pytania…
— Tak… mhm. — wymruczała cicho, pozwalając sobie na ledwie zauważalne przewrócenie oczami. W jej piersi wezbrało znajome ukłucie zniecierpliwienia, ostre niczym cierń. Ile jeszcze księżyców? — przemknęło jej przez myśl. Ile jeszcze poranków spędzonych na słuchaniu entuzjastycznych zapowiedzi, ile ćwiczeń, które — w jej mniemaniu — już dawno powinna mieć opanowane? Kiedy Judaszowcowa Gwiazda w końcu uzna, że nadszedł właściwy moment na mianowanie?
Westchnęła krótko i przeciągnęła językiem po zmierzwionym futerku na piersi, wygładzając je z drobiazgową starannością. Nie rozumiała, dlaczego Przepiórcza Wichura w ostatnim czasie stała się taka… towarzyska. Mentorka coraz częściej próbowała nawiązać z nią cieplejszą, bardziej osobistą relację, jakby sama bliskość miała wypełnić dystans, który Niebiańska Łapa pielęgnowała w sobie z niemal artystyczną precyzją. Ostatnio Przepiórka przechodziła samą siebie — żartowała, zachęcała, mówiła o „radości nauki”, jakby to była rzecz oczywista.
— Więc… gotowa? — zamiauczała cynamonka, gdy tylko upewniła się, że uczennica skończyła posiłek. Jej ogon poruszał się energicznie, zdradzając niecierpliwe oczekiwanie. — Obiecuję ci, wspinaczka będzie najstraszniejszą rzeczą, jaka ci się przydarzy… ale też i najfajniejszą.
Niebiańska Łapa podniosła się powoli, prostując łapy z godnością, jakby każdy jej ruch był częścią starannie zaplanowanego obrazu. Szczerze? Wolałaby po prostu mieć ten dzień za sobą. Przejść przez kolejne, głupie szkolenie, nauczyć się kolejnej rzeczy i po prostu zanurzyć się w ciepłym poslaniu przez resztę dnia…
Przepiórcza Wichura ruszyła ku wyjściu z obozowiska lekkim, sprężystym krokiem, jakby ziemia sama uginała się pod jej łapami z uprzejmą gotowością. Co kilka chwil zerkała przez ramię na swoją uczennicę — nie badawczo, nie z zawodową czujnością mentorki, lecz z niemal dziecięcą radością, która zdawała się rozświetlać jej spojrzenie jaśniej niż poranne słońce. Ten widok działał na Niebiańską Łapę niczym drobny cierń wbity tuż pod skórę: niewielki, a jednak uporczywy.
Uczennica podążała za nią wolno, z uniesioną głową i starannie wyprostowaną sylwetką, jakby każdy krok był świadomym wyborem, a nie podążaniem za czyimś przewodnictwem. Jej ruchy miały w sobie chłodną powściągliwość, podszytą dumą, której nie zamierzała ani ukrywać, ani łagodzić. Wiedziała przecież, że była gwiazdą, celebrytką dla tych wszystkich szarych, zwyczajnych kotów…
Gdy tylko Przepiórka odwracała wzrok, Niebiańska Łapa posyłała jej krótkie, nieprzychylne spojrzenia — ostre, niemal oskarżycielskie, jakby samą myślą chciała przebić radosną aurę mentorki. Było w tym coś osobliwie satysfakcjonującego: świadomość, że Przepiórcza Wichura nie ma najmniejszego pojęcia o niechęci, a może nawet o zniesmaczeniu, jakim Niebo ją darzyła. Ta niewiedza była cichym triumfem, sekretem pielęgnowanym z niemal nabożną starannością.
Minęły tunel prowadzący ku wyjściu z obozowiska; echo porannych rozmów stopniowo milkło za ich plecami. Po drugiej stronie świat zdawał się oddychać pełniej. Łąki zdawały ciągnąć się, co jakiś czas ustępując drzewom oraz krzakom, a wiatr, delikatny, lecz odczuwalny i wszechobecny, poruszał trawami oraz drgał liśćmi.
Wkroczyły w bardziej zalesioną część terenów klanu, gdzie drzewa stały bliżej siebie, a światło słońca opadało na ziemię w porozrywanych smugach, tańczących między liśćmi. Powietrze było chłodniejsze, kłując Niebo w futro i przesiąkając pod opuszki łap.
Przepiórcza Wichura zwolniła, a następnie zaczęła krążyć między drzewami, unosząc głowę i badając pnie z widocznym namysłem. Zatrzymywała się co kilka kroków, oceniając ich wysokość, grubość, rozstaw gałęzi; jej spojrzenie ślizgało się po korze, jakby szukało odpowiedzi na pytanie, którego nie wypowiadała na głos. Zastanawiała się długo — czy drzewo będzie wystarczająco stabilne, by unieść ciężar dwóch kotów; czy gałęzie nie okażą się zdradliwie kruche; czy pień pozwoli na pewny chwyt łap. Niebiańska Łapa obserwowała ją z rosnącym zniecierpliwieniem, nie mogąc oprzeć się myśli, że cały ten namysł jest przesadny — ona sama już dawno dokonałaby wyboru.
W końcu Przepiórka zatrzymała się przy jednym ze starych dębów. Jego pień był masywny, popękany wiekiem, a nisko osadzone, solidne gałęzie rozpościerały się niczym zaproszenie — lub wyzwanie.
— No dobrze..! — zamiauczała mentorka, odwracając się w stronę uczennicy z ożywieniem, które ani na chwilę nie straciło swojej intensywności. — Słuchaj mnie uważnie, w porządku? To, co teraz powiem, będzie bardzo ważne, jeśli chcesz się wspinać na drzewa.
Niebiańska Łapa uniosła lekko podbródek i skierowała spojrzenie na dąb, a nie na Przepiórkę, jakby już sam widok drzewa był ważniejszy od słów, które miały paść. W jej wnętrzu poruszyła się jednak czujność — cicha, skupiona, gotowa wychwycić każdy szczegół. Jeśli miała się uczyć, zrobi to dokładnie. Jeśli miała słuchać, zapamięta każde słowo. A jeśli miała wspiąć się na najwyższą gałąź to… las jeszcze się przekona, jak wysoko potrafi sięgnąć Niebiańska Łapa.
— Pamiętaj, by pazury zatopić głęboko w korze, bo ta potrafi czasem… Po prostu odpaść. Zwykle zaczynamy od zatopienia przednich łap; sięgamy jak najdalej potrafimy, a potem dołączamy tylne łapy — zaczęła tłumaczyć Przepiórka. — Pamiętaj, by nie odrywać wszystkich łap na raz… Nawet nie wiesz, ile ta rada oszczędziłaby mi wstydu, gdy ja zaczynałam!
Niebo kiwnęła krótko głową, po czym przeniosła wzrok na mentorkę, tym razem uważnie przypatrując się jej, jak gdyby ta skrywała w swoich oczach klucz do najgłębszych sekretów.
— Z początku wszystko może ci iść powoli i uciążliwie. Jednak z odrobiną ćwiczeń zaczniesz wspinać się szybciej i szybciej. Chcesz spróbować?
Niebiańska Łapa nie odpowiedziała od razu. Przez krótką chwilę trwała w bezruchu, jakby rozważała nie samo pytanie, lecz wszystkie możliwości, które kryły się w jego cieniu. Jej spojrzenie powróciło do pnia dębu — chropowatego, pooranego bruzdami, noszącego ślady czasu i burz — a w jej piersi odezwało się znajome napięcie, nie tyle strach, co ambicja domagająca się ujścia. Skoro przyszło jej stanąć u stóp drzewa, nie zamierzała traktować tego jak zwykłego ćwiczenia.
— Oczywiście — odparła w końcu, spokojnie, niemal chłodno, choć w jej głosie pobrzmiewała nuta determinacji, której nie próbowała ukrywać.
Uniosła przednie łapy i przez ułamek chwili zawahała się — nie z niepewności, lecz z potrzeby precyzji. Dopiero gdy znalazła odpowiednie miejsce, zatopiła pazury głęboko w korze, pozwalając, by ich czubki wczepiły się w drewno z cichym, satysfakcjonującym trzaskiem. Chłód pnia przeszył jej opuszki, a szorstkość powierzchni zmusiła ją do skupienia się na każdym, nawet najmniejszym ruchu.
— Spokojnie… — mruknęła Przepiórka zza jej pleców, tonem łagodnym, lecz czujnym. — Daj drzewu poznać twój ciężar.
Niebiańska Łapa przesunęła jedną z tylnych łap, szukając stabilnego oparcia, a następnie drugą, uważając, by nie oderwać wszystkich naraz. Jej ciało napięło się w harmonijnym wysiłku, mięśnie pracowały równo, jakby od dawna czekały na taką próbę.
Pierwszy odcinek pnia okazał się trudniejszy, niż przewidywała. Kora miejscami kruszyła się pod naciskiem pazurów, zmuszając ją do szybkich poprawek, drobnych korekt, które wytrącały ją z rytmu. Zatrzymała się na moment, przyciskając pierś do drewna, by uspokoić oddech i zebrać myśli. Wstyd nie miał tu miejsca — był tylko cel. Perfekcja. Albo osiągnie szczyt, albo będzie wąchać glebę.
— Dobrze — odezwała się Przepiórka, w jej głosie zabrzmiała szczera aprobata. — Nie spiesz się. Poczuj, gdzie pień jest pewniejszy.
Niebiańska Łapa uniosła głowę. Z tej wysokości ziemia wydawała się już nieco dalsza, a świat — odrobinę mniejszy. Coś w niej drgnęło: cicha satysfakcja, szybka i ostra jak błysk światła między liśćmi. Ruszyła dalej, tym razem płynniej, pozwalając, by instynkt zaczął współpracować z wyuczonym ruchem. Jej pazury odnajdywały szczeliny niemal same, a ciało stopniowo przestawało drżeć, zamiast tego wykonując pewne ruchy.
Dotarła do pierwszej, grubej gałęzi i zawisła na niej przez moment, po czym sprawnie podciągnęła się, lądując na stabilnym konarze. Przystanęła, ogonem równoważąc ciężar, i spojrzała w dół.
Przepiórcza Wichura patrzyła na nią z dołu, z tym samym rozjaśnionym spojrzeniem, które Niebiańska Łapa tak uparcie ignorowała — lecz tym razem nie odwróciła wzroku. W jej oczach nie było już irytacji, a jedynie skupienie i coś jeszcze… poczucie, że odniosła sukces.
— No dobra… Nieźle! Szczerze? Gdy ja byłam uczennicą, szło mi to dużo dłużej! Dobra w to jesteś! — uśmiechnęła się Przepiórka. — Poczekaj. Dołączę do ciebie, a potem wspólnie wejdziemy jeszcze wyżej, gotowa?


***


Wieczór nadchodził powoli, z niemal demonstracyjną niechęcią, jakby dzień nie chciał jeszcze ustąpić miejsca nocy. Cienie wydłużały się niepostrzeżenie, osiadając na futrach kotów niczym chłodna, poranna mgiełka, która zamiast wilgoci niosła ze sobą ciszę i ukojenie. Nad linią drzew niebo przygasało, przechodząc od bladego błękitu w głębokie granaty, a pierwsze gwiazdy — nieśmiałe, lecz czujne — zaczynały wyłaniać się z mroku niczym rozsypane okruchy światła.
Księżyc unosił się wysoko, ogromny i jasny, przypominając wszechwidzące oko gwiezdnych przodków, zawieszone nad światem żywych w niemym czuwaniu. Jego blask był zimny, biały jak śnieg pory Nagich Drzew, a jednak łagodny — spływał na ziemię i na koty wszystkich klanów, otulając ich sylwetki srebrzystą poświatą, niby obietnicą opieki.
Niebiańska Łapa trwała w milczeniu, przypatrując się Przepiórczej Wichurze, która zbliżała się w jej stronę miękkim krokiem. Jej własne myśli krążyły spokojnie, ułożone w równych liniach, jakby zmęczenie dnia wygładziło ostre krawędzie emocji. Mentorka zatrzymała się tuż przed nią i spojrzała na liliową uczennicę ciepłym, niemal rozczulonym wzrokiem, w którym nie było ani krzty oceny — jedynie szczera radość. Uśmiechnęła się szeroko, od ucha do ucha, po czym skinęła głową z entuzjazmem, który zdawał się nie gasnąć nawet pod ciężarem zapadającej nocy.
— Więc… gotowa na otwieranie krabów? — zapytała głosem typowym dla siebie, lekkim i pełnym ekscytacji. — Nie mogę się już doczekać, aż w końcu ci to pokażę! Będzie super, obiecuję. Nawet jeśli rozłupywanie skorupiaków nie brzmi tak fajnie, jak myślisz.
Niebiańska Łapa nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego przejechała starannie językiem po zmierzwionym futerku na jednej z łap, wygładzając je z pedantyczną dokładnością, jakby ten drobny gest miał przywrócić jej wewnętrzny porządek. Westchnęła cicho, niemal niesłyszalnie. W jej oczach pojawiła się wyraźna niechęć, zmieszana z delikatnym, ledwie skrywanym obrzydzeniem — uczuciem, które skrzywiło jej pyszczek w subtelnym grymasie.
Wciągnęła powietrze nosem, ostrożnie, jakby spodziewała się, że już teraz dotrze do niej ciężki, słonawy smród krabów. Rozsądek podpowiadał jej jednak, że to niemożliwe; doskonale wiedziała, że los poskąpił jej zdolności węchu. A mimo to wyobraźnia, podsuwając obrazy pękających skorup i wilgotnego piasku, sprawiła, że poczuła na języku niemal wyimaginowany posmak morza.
— Czy… Będę musiała się przy tym brudzić..? — spytała. — Niedawno skończyłam pielęgnacje futra i…
— Zapewniam cię, brudne futro będzie tego warte! To będzie wyborna zabawa! — przerwała jej mentorka, po czym żywo machnęła ogonem. — No już, nie marudź! Chodź.
Westchnęła krótko. No tak. Jeśli miała się tego nauczyć, nauczy się. Nawet jeśli oznaczało to brudne łapy, pękające pancerze i doświadczenie, które z całą pewnością nie znajdzie się wysoko na liście jej ulubionych zajęć.


***


— Najważniejsze to cierpliwość — zaczęła mentorka, jakby wygłaszała prawdę równie starą co sam las. — Kraby są twarde. I z tego powodu nie zawsze są łatwe do rozbicia.
Niebiańska Łapa zmrużyła lekko oczy. Już sam widok skorupiaka wywoływał w niej nieprzyjemne napięcie — coś pomiędzy niechęcią a głębokim dyskomfortem. Jego pancerz połyskiwał chłodno, obco, a drobne odnóża poruszały się nerwowo, wydając ciche, irytujące dźwięki. “Nieeleganckie stworzenia” — pomyślała z przekąsem.
Przepiórka jednym, pewnym ruchem przycisnęła kraba łapą, a następnie uderzyła w pancerz ostrym kamieniem. Skorupa pękła z suchym trzaskiem, bez zbędnego hałasu czy zamieszania.
— Widzisz? — rzuciła wesoło. — Nie siła, a dokładność. Teraz ty.
Uczennica podeszła wolno, z wyraźnym namysłem. Jej kroki były ostrożne, niemal ceremonialne. Przez chwilę stała nieruchomo, wpatrując się w kraba, jakby próbowała zrozumieć dlaczego akurat ona musi teraz pochylać się nad jakimś durnym, martwym kawałkiem zwierzyny. Na moment zastanawiała się, jak właściwie powinna rozbić zwierzę, dokładnie analizując przy tym jego kształt oraz wygląd. Potem sięgnęła po kamień, obracając go w łapie, testując jego ciężar i krawędzie.
“Skup się. To tylko kolejna umiejętność. Nic więcej.” — powiedziała sobie w myślach.
Przycisnęła skorupiaka łapą, starając się nie dopuścić do drżenia mięśni. Pierwsze uderzenie było zbyt lekkie — kamień ześlizgnął się po pancerzu.
— Spokojnie — odezwała się Przepiórcza Wichura, łagodnie. — Znajdź miejsce, gdzie skorupa jest najsłabsza.
Niebiańska Łapa zacisnęła szczęki. Poprawiła ułożenie łapy, uniosła kamień wyżej i tym razem uderzyła z większą precyzją. Rozległ się cichy trzask — pancerz ustąpił, pękając wzdłuż cienkiej linii. Uczennica cofnęła się odruchowo o pół kroku, po czym ponownie nachyliła się nad zdobyczą.
W jej oczach nie było triumfu, lecz skupiona ulga. Udało się. Nie elegancko, nie idealnie — ale skutecznie.
— Widzisz? — Przepiórka uśmiechnęła się szeroko. — Każdy krab uczy czegoś nowego.
Niebiańska Łapa spojrzała na rozłupaną skorupę, potem na swoje łapy, pobrudzone piaskiem i wodą. Skrzywiła pyszczek, ale tym razem w geście bliższym rezygnacji niż obrzydzeniu.
— Nie powiem, że to… przyjemne — mruknęła cicho. — Ale rozumiem sens.

[2141 słów, otwieranie krabów + wspinaczka na drzewa]

[Przyznano 43% + 5% + 5%]

01 stycznia 2026

Od Miodowej Kory CD. Rysiego Tropu

Przeszłość

Siedział z Iskrzącą Nadzieją, spędzając wspaniale z nią czas, gdy jego siostra poinformowała go, że idą na patrol. Musiał wypełnić obowiązek wojownika. Podniósł się.
— Witaj, Rysi Tropie, możemy iść na ten patrol. — Podszedł do siostry. Iskrząca Nadzieja też się podniosła z ekscytacji, uśmiechając się.
— To na pewno będzie świetna okazja na przechadzkę — dodała jego partnerka, a Rysi Trop tylko przewróciła oczami.
— To możemy iść… — odparła szylkretowa wojowniczka, idąc pierwsza do wyjścia z obozu, podczas gdy za nią szedł on i Iskrząca Nadzieja.

***

Wyszli na patrol. Śmierć Plamistej Łapy wzmogła czujność we wszystkich w Klanie Wilka. Lis mógł czyhać gdzieś by zaatakować kolejnego kota, więc trzeba było uważać. Szli tak sobie, sprawdzając, czy lis nie zastawił za sobą śladu, czy jakiegoś tropu. Z jakiegoś powodu Iskrząca Nadzieja przyspieszyła i była z przodu, może coś zauważyła? Kocurowi było to obojętne, choć bał się o swoją partnerkę, czy coś jej nie zje.
— Czemu akurat ona? — Usłyszał obok siebie czyjś głos, oczywiście była to Rysi Trop. Miodowa Kora się zdziwił, co ją ugryzło?
— W jakim sensie? — spytał. Rysi Trop przewróciła oczami.
— A w takim sensie, że przed nami jest porażka życiowa. A ty się z nią umawiasz? — Kocur ze zdziwienia otworzył szerzej oczy. Dobrze, że Iskra tego nie słuchała.
— Jaka porażka życiowa? Gadasz to samo, co Lamentująca Toń! — fuknął, a wtedy napuszyło mu się futro. Iskrząca Nadzieja usłyszała coś i obróciła się do tyłu.
— Coś się stało, Miodku? — spytała go, patrząc też na Rysi Trop.
— A nic takiego! Możesz dalej iść… Nic się nie dzieje… — starał się jakoś uspokoić sytuację, by Iskrząca Nadzieja nie dowiedziała się jakie rzeczy o niej wygaduje Rysi Trop. Czekoladowa kotka na szczęście się obróciła i szła dalej. Ryś wtedy znowu się odezwała:
— No, nie dość, że jeszcze starsza od ciebie, to jeszcze za bardzo humorzasta. Nie mogłeś sobie znaleźć kogoś innego?
Miodowa Kora miał ochotę chyba zamordować swoim wzrokiem Ryś, gdyż jego wzrok w tym momencie wydawał się morderczy.
— A niby z kim miałem się spiknąć? Tu nie ma w tym klanie nikogo w naszym wieku, jak już to są starsze koty o ileś księżyców lub młodsze o ileś księżyców. Także twoje pretensje są bezpodstawne.

Niby Iskra była starsza, ale co z tego? Z Brukselką się nie widział, bo niby jak? Ona preferuje kotki, a po drugie to nie jego gust, a reszta to mu do oka nie wpadła.
— To chociaż byś wziął Jaskółcze Ziele lub Lodowatą Sałatę jak już lecisz na starsze… A wybrałeś już kota z najgorszego sortu — fuknęła na niego. Najgorszy jednak sort miała ona w głowie. Od kiedy ktoś przykładał łapę do tego, z kim chce być?
— Bredzisz! — powiedział, oddalając się od Rysiego Tropu. Był przecież pewny, że z Iskrą są dla siebie przeznaczeni, że są jak dwie krople wody. Byli nierozłączni, przecież nic by im nie stanęło na drodze, co nie?

***

Teraźniejszość

Uporządkowanie miejsca na wypoczynek dla nich nie było łatwym zadaniem. Zauważył zbędne gałęzie, wziął jedną z nich i przeciągnął ją gdzieś dalej, poza to wgłębienie by nie przeszkadzała. Może miał opatrunek na boku, ale ktoś musi wykonać jakieś czynności do przygotowania miejsca na nowe mieszkanie, co nie? Po przeciągnięciu pierwszej gałęzi zajął się drugą, by środek przestrzeni był czystszy. Ciągnął gałąź, gdy nagle coś go ominęło z wiewiórką w pysku. Wiedział już kto to.
— Witaj, Ryś! Widzę, że w końcu się ruszyłaś, co? — Rysi Trop odłożyła wiewiórkę, gdzieś tam, gdzie była płaska przestrzeń i wróciła do niego.
— Dobrze, że kuna ci języka nie odgryzła, wtedy nie mógłbyś gadać o takich bredniach. Przy okazji nie powinieneś jeszcze się leczyć? — Wskazała na jego bliznę okrytą pajęczynami i innymi ziołami.
— Siostro, trzeba uporządkować to miejsce. Chyba nie będziemy żyć w brudzie, co nie? A sprzątnięcie kilku niepotrzebnych zielsk nie zaszkodzi. — Po tym rzucił drugą gałąź gdzieś w dal, bo się zagadał za bardzo. Wziął następną gałąź i już wolał ją odnieść, bo nie chciał rzucić w kogoś przypadkowo kawałem badyla.
— Widzę, że jesteś optymistyczny jakoś od tej rozłąki z… — przerwała tu, na co Miodek odwrócił wzrok. Nie chciał przypominać sobie tego imienia. Ryś nie musiała nawet dokańczać, bo on wiedział, o kogo chodzi.
— Dobrze operujesz tymi gałęziami, ja też upolowałam coś na drzewach, od kiedy już mam zdrową łapę — Poruszyła łapą, która była wcześniej zwichnięta.
— Trzeba jakoś nas wyżywić w końcu. — Szylkretowa kotka też wzięła jakiś badyl i go odsunęła, tak by nie zawadzał. Miodowa Kora się jej przyglądał. Spojrzał na ziemię, a potem znów na nią.
— Ryś... a myślisz, że Cisowe Tchnienie będzie miała nam za złe, że ją opuściliśmy? — spytał ją, przypominając sobie, że nawet nie pożegnał się z kotką, która była dla niego jak matka. Ciekawe, jak się teraz czuła.

<Rysi Tropie?>