— Nasza rodzina… Moja córka… — sapała z trudem. Starszy chciał ją nieco pocieszyć, dlatego położył na jej chłodnym barku swój ogon. Poczuł na nim dreszcze kotki, które odbijały się echem po jego skórze.
— Jastrzębi Zewie, ja dalej wierzę w-
Kotka rozjuszyła się jeżąc futro, które stanęło jej dęba.
— W co wierzysz?! Wierzysz, że dalej jesteśmy rodziną? Miedziany Kieł… Jerzykowa Werwa… Wszyscy zginęli! — jęknęła, upadając na ziemię. — Nigdy nie byłeś jego częścią! Odkąd pozostawiłeś mojego ojca na śmierć! Na polu bitwy! Jak możesz nazywać się wojownikiem, skoro nie potrafiłeś obronić kota w potrzebie! — wysyczała przez zęby.
Mniszek przełknął ślinę i odwrócił wzrok.
— Ta śmierć nie była konieczna, ale tylko to mogłem zrobić, żeby ocalić klan — wymruczał. Odwrócił łeb w stronę siostry, chcąc pomóc jej wstać. Ta odepchnęła jego łapę, zakrywając ogonem pysk.
— Jesteś nie empatyczny, zadufany w sobie i żałosny, nie obchodziła cię nawet śmierć naszej własnej siostry, kiedy wróciłeś… — jęczała. Otarła łzy o łapę i wskazała na rudego lidera, który rozmawiał z Kukułczym Wdziękiem.
— Spójrz na siebie! Może i Lśniąca Gwiazda i Źródlana Łuna mieszają się z błotem, ale wiedzą co to znaczy rodzina! — warknęła. W napięciu starszy odwrócił się od Jastrzębiej, wracając do jednego z ciemniejszych kątów, jakie mógł znaleźć. Liliowy oparł się o ścianę, próbując uspokoić oddech.
“To znowu się dzieje… Zawsze czuję, jak przychodzi z tyłu, zawsze się za to obwiniam…” — pomyślał. Kocur ugiął się w łuk, krzywiąc się z bólu, zakrył łapą pysk, jednak po chwili zwymiotował krwią. Przed jego oczami wirował kalejdoskop zdarzeń, gdzie do jego nozdrzy dostawała się krew, a on panicznie się bał. Został porwany przez jastrzębia jako kocię i cudem udało mu się przeżyć. Zabił Eter oraz kilku innych samotników. Widział, jak umierał jego własny ojciec, ale po co? Po co było mu się żalić, skoro wojownicy tego nie robią? Mniszkowy Nektar przestał okazywać uczucia oraz dbać o relacje, stał się apatyczny, żeby nie okazywać więcej uczuć. Nigdy więcej nie wracać do takich sytuacji jak ta. Starszy otarł krew na łapie o kamienną ścianę, po czym położył się na ziemi. Wolał już nie żyć i nie przeżywać tego dzień w dzień, czując, jak ptasie szpony wbijają mu się w żebra, czy krew, którą wypluwał raz za razem, każdego dnia z poczucia winy.
***
Liliowy kocur z obrzydzeniem patrzył w kierunku pozostałej starszyzny, jak ci zajadali się zwierzyną. Nie zapracowali na odpoczynek, żaden z nich nie pracował tak jak on. Nie poświęcili się dla dobra klanu tak jak on! To żałosne, jak nowy lider ustanawiał tutaj prawo, a raczej pełną swobodę. To on mógł być przywódcą… Gdyby nie Judaszowcowa Gwiazda, aghrrr… Ten zawsze miał pecha do zastępców, bo musiał wybierać kocice. Mniejsza, dobrze, że już dawno siedział tam wysoko, w Klanie Gwiazdy. Pomocny Wróbelek? Według Mniszka miał schizofrenie i paranoje, a te jego sztuczne łzy? Ba, tylko on się na nie nie nabierał. Wyglądał na umierającego, więc więcej spokoju w legowisku dla niego. Rozświetlona Skóra – dostał się do starszyzny, pod pretekstem “łapka mnie boli… Och nie mogę już służyć klanowi z godnością!”. Brednie, pewnie tylko zmyślał, by nie ruszać swojego leniwego dupska z ciepłego gniazdka. Mniszkowy Nektar strzepnął z siebie kurz, który osiadł na jego futrze przez noc. Rozciągnął się, czując, jak gdzieś w środku strzykają mu kości. Starszy oblizał sobie wargi, mając ochotę na wiewiórkę. W końcu wyłonił się zza legowiska, próbując przyzwyczaić swoje oczy do światła, które przebijało się przez wodospad. W Klanie Klifu nie działo się zbyt dużo, zwłaszcza że nadeszła Pora Nagich Drzew. Niestety ten rudy pchlarz, który zwie się naszym przywódcą, przyjmuję do klanu coraz to więcej kotów, a zwłaszcza karmicielek. Małych pogardliwych, pyzatych pysków jest więcej do wykarmienia, a przy takiej pogodzie braknie nam zwierzyny. Przez te śnieżyce, wojownicy zostają w obozie, nie zdobywając zwierzyny, a nawet małej, chorowitej myszki. Sama warstwa śniegu przerastała nawet ogromnego starszego, co niezbyt go zadowalało. Kocur nie mógł spokojnie wyjść z obozu i podziać się tam, gdzie nie każdy zwracał na niego uwagę. Liliowy chciał odwiedzić także grób jego rodziców – Jerzykowej Werwy i Miedzianego Kła. Od wojny z Klanem Wilka dalej trzymał do nich urazę i czystą nienawiść. Gdyby byli prowadzeni przez lepszego przywódcę, na pewno by wygrali. A teraz? Czarne gniazda podzielone były na pół, a to właśnie tam uczył Kukułczy Wdzięk. Starszego przepełniała nostalgia, a jego bezsenność dawała we znaki. Mniszek nie potrafił zasnąć w nowym legowisku, bo śmierdziało tam stęchlizną i padliną. Uczniowie za karę mieli czyścić mu posłanie i wyciągać mu kleszcze, czego ten szczerze nie znosił. Stronił kły przed wypierdkami, którzy próbowali dotknąć jego gładkiego futra. A legowisko? Pftt, przecież wojownik mógł zrobić to sam. Mniszkowy Nektar próbował dalej odgrywać swą rolę wojownika, ale z przepracowania często lądował w legowisku medyka. Lśniąca Gwiazda z czasem podsuwał mu propozycję, a pod jego łapy przysyłał protektorów. Po co miał iść do starszyzny? Ciągle zadawał sobie to pytanie w głowie i odtwarzał je każdego następnego dnia, aż padło mu w głowie “dlaczego chciał być jeszcze wojownikiem?”. Odpowiedź była mu dobrze znana – Modliszkowa Cisza. Liliowy znosił dla niego wszystkie cierpienia, by tylko raz na księżyc spotkać się z nim na granicy, wymienić kilka słów, czy spędzić wspólnie czas. Tak samo było na zgromadzeniach, kiedy odnajdywał go wzrokiem, gdzieś w szeregach kotów z Klanu Burzy.
Mniszek przysiadł na półce skalnej, próbując złapać oddech. Wypluł rude futro z pyska i zaczął z wielkim apetytem zajadać wiewiórkę. Była jednak bardzo drobna i chuda, bo zimno doskwierało także zwierzynie. Do nozdrzy wojownika dostawało się bardzo dużo nowych zapachów. Kilku uczniów wybiegło w tej chwili z legowiska, a patrol łowiecki właśnie wrócił z polowania. Mniszkowy Nektar chętnie by z kimś zamienił kilka słów, ale nigdy nie mógł znaleźć wspólnego języka z pobliskimi kotami. Ich umysły wydawały się strasznie puste i kolorowe… Koty z jego klanu miały bardzo denne w dodatku płytkie myślenie, bo większość z nich nie potrafiła wyobrazić sobie innego życia, niż tego w dostatku. Po skończeniu śniadania, Mniszek wstał ze skały, strzepując z siebie zbędny kurz. Dziś miał w planach własnoręcznie upolować jakąś dobrą zdobycz i pokazać tym niedowiarkom, że coś na tych terenach jeszcze było. Liliowy ugiął się w łuk, po czym zszedł z półki, wychodząc na środek obozu. Gdzieś powiewało chłodem albo lodem, a gdzieś smrodem, który unosił się z innych legowisk. Liliowy z obrzydzeniem spoglądał się w chmurę dymu, która unosiła się z legowiska. Czyżby wilgoć w niej fermentowała? Kocur przechylił łeb w raz lewą raz w prawą stronę. Po czym przesunął się bliżej wyjścia. Musiał być niezauważony… Kot stawał na piętach, by nie wydać żadnego dźwięku, bo na jego nieszczęście, te upierdliwe dzieciaki, zawsze kazały mu zostać w obozie.
— “Poza obozem jest bardzo zimno! Przeziębisz się albo zginiesz!” — stękał rozgniewany, naśladując pobratymców. Misja kocura prawie dobiegła końca, jednak coś albo ktoś złapał go za ogon. Ten gniewnie mruknął, próbując iść dalej, niestety piskliwy głosik przywołał go do porządku. Mniszek obrócił zdezorientowany łeb, widząc małego, szylkretowego kociaka, który trzymał go za końcówkę ogona. Wojownik warknął, mając na celu odstraszenie małego pchlarza, ale ten ani rusz. Tylko zmarszczył czoło, po czym zaczął wyrywać mu futro z ogona. Emerytowany wojownik próbował nie kopnąć malucha, ale to było jakieś odruchowe… Kiedy ten zgiął łapę, chcąc odepchnąć go najdalej, jak się dało, powstrzymał go czyjś głos.
— Mysikróliku! Miałaś nie wychodzić z legowiska, tak jak Ci kazałam!
“Mysikrólik? Kto skrzywdził go tak tym szpetnym imieniem…” — pomyślał liliowy. Mała koteczka wciąż ciągnęła kocura za ogon, a ten musiał odreagować. Przełknął ślinę i z całej siły kopnął kociaka w brzuch. Kot musiał to zobaczyć, dlatego odwrócił łeb i zobaczył, jak szylkretka z wielką prędkością toczy się do mamy. Mniszkowy Nektar podniósł pysk do góry, czując się jak najśmielsza księżniczka Klanu Nocy, fuknął, udając obrażonego, po czym skierował się w stronę swego “tronu” legowiska. Przymrużając delikatnie oczy, mógł zobaczyć, jak dzieciak ślini i łka do mamy z bólu. Te bachory trzeba było lepiej trenować, jaskinie są wciąż wolne, to niezła izolatka.
— Hej, uch… Wracaj tu! — krzyknęła z daleka zdenerwowana matka. Ten jednak się nie obrócił, a usiadł na legowisku, czując ogromny smród padliny. Na szczęście był legowisku sam, bo pozostała dwójka przeklętego rodzeństwa gdzieś się zapodziała. Kocur wydawał się niewzruszony całą sytuacją, bo nie lubił kociąt. Trzeba było jej lepiej pilnować, a nie oczekiwać, że Klan Gwiazdy zrobi to za ciebie! Mniszkowy Nektar zwinął się w kłębek, mrucząc z zadowolenia. Przyjemnie zimny wiatr, który dostawał się do legowiska, mierzwił jego grube i lśniące futro, dając mu trochę ulgi, bo nie ukrywał, że trochę się przegrzał. Chociaż było mu wstyd, bo kiedyś w swojej formie świetności, nikt nie miał z nim szans, teraz męczył się po pokonaniu jednego metra. Nagle do jego legowiska zajrzał ciemny łeb. Niebieskie i przenikliwie oczy jakby czegoś szukały. Kiedy źrenice znalazły śpiącego wojownika, zwężyły się.
<Nieznajoma?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz