BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 listopada 2025

Od Rysiego Tropu CD. Miodowej Kory

Rysi Trop przeciągnęła się i ziewnęła szeroko, zanim opuściła legowisko. Obóz był jeszcze cichy. Kilka kotów drzemało przy krawędzi polany, a z legowiska starszyzny dobiegało ciche pochrapywanie. Powietrze pachniało świeżą rosą i liśćmi. Kotka wyszła na środek obozu, czując pod łapami chłodną ziemię. Był ranek, ale słońce dopiero zaczynało przebijać się przez korony drzew. Wpatrzyła się w wejście do obozu i przez chwilę zastanawiała się, czy ktoś już wrócił z porannego patrolu.
— Wstajesz wcześnie — mruknął za nią Piołunowy Dym, przeciągając się pod krzakiem paproci.
— I tak bym nie zasnęła — odpowiedziała, siadając obok niego. — Myślałam, że może pójdę sprawdzić granicę przy rzece, zanim zrobi się zimno.
— Dobry pomysł. — Kocur ziewnął i przetarł pysk łapą. — Ale nie idź sama. Wiesz, co stało się z Plamistą Łapą — dokończył, z nieco przygnębionym wyrazem pyska. Rysi Trop skinęła głową. Wiedziała, że to nie była rada do zignorowania. Po chwili dołączyła do niej Tropiąca Łapa, młoda uczennica, której wzrok lśnił z podekscytowania. Razem ruszyły w stronę wyjścia z obozu. Ścieżka prowadziła przez kręte zarośla i niskie paprocie. Rysi Trop szła pierwsza, uważnie stawiając kroki. Tropiąca Łapa starała się ją naśladować, choć co chwilę potykała się o korzeń lub gałąź. Kotka odwracała się co jakiś czas, by sprawdzić, czy uczennica nadąża.
— Nie śpiesz się — powiedziała spokojnie. — Lepiej zrobić dziesięć kroków powoli niż jeden w pośpiechu i hałaśliwie — mruknęła. Tropiąca Łapa skinęła głową i ostrożniej podniosła ogon. Kiedy dotarły do rzeki, woda była spokojna, a powierzchnia błyszczała w słońcu. Na brzegu widać było kilka śladów, ale żadne nie wyglądały świeżo. Rysi Trop pochyliła się i powąchała ziemię.
— Zeszłonocne — powiedziała. — Nic nowego. — Czekoladowa szylkretka przyglądała się śladom z zainteresowaniem.
— To lisi trop? — zapytała.
— Tak. I na szczęście stary. — Kotka odwróciła się i rozejrzała. — Ale zawsze warto sprawdzić. Nigdy nie wiadomo, kiedy wróci.
Zanim ruszyły z powrotem, Rysi Trop zatrzymała się na chwilę przy wodzie. Napiła się i uniosła głowę. Rzeka była czysta, a po drugiej stronie błyszczały kamienie w słońcu. Przez moment czuła tylko spokój. Mimo że gdzieś mógł czaić się drapieżnik.
— Chodźmy — powiedziała w końcu. — Trzeba zameldować Nikłej Gwieździe, że jest czysto. — Trop podskoczyła z energią, a Rysi Trop uśmiechnęła się lekko. Lubiła patrzeć na młode koty. Ich zapał przypominał jej o czasach, gdy sama była uczennicą. Wiedziała jednak, że to właśnie spokój i cierpliwość są tym, czego trzeba się nauczyć najtrudniej. Wróciły do obozu, gdy słońce stało już wysoko. Nikła Gwiazda siedział przy stosie świeżej zdobyczy, dzieląc się językami z Makowym Nowiem.
— Nic niepokojącego — zameldowała Rysi Trop. — Tropy są sprzed nocy.
— Dobrze. — Kocur skinął głową. — Bądź gotowa, bo wysyłam cię na patrol. Razem z Miodową Korą, Iskrzącą Nadzieją — dokończył, patrząc się wymownie na Makowy Nów.
— W porządku — odparła, odchodząc od lidera. Przez chwilę patrzyła, jak inni wojownicy rozmawiają, jak uczniowie biegają po obozie, a starszyzna wygrzewa się na słońcu. Szylkretka musiała iść do Miodowej Kory, chociaż nie chciała. Kotka czuła się lekko poirytowana, że Iskrząca Nadzieja spotyka się z jej bratem. Ryś skierowała się pod niedalekie krzewy, mając w pysku małego drozda. Pora Opadających Liści dawała we znaki, przez małą ilość zwierzyny. Mimo że terytorium Klanu Wilka ostatnio się powiększyło, nadal brakowało zwierzyny na stosie. Z niesmakiem wojowniczka wypluwała z pyska pióra, które dotykały jej języka. Zmrużyła oczy i rozejrzała się za bratem. Ostatnio tyle się działo, że nie mówiła z nikimkolwiek, oprócz pojedynczych słów. Nadal trapiło ją życie w kulcie; wymykanie się z legowiska czy polowanie na brudnych włóczęgów. Na samą myśl o tym, kotka nie miała apetytu. Nagle, przykrył ją cień, który bez problemu zasłaniał jej światło.
— Przepraszam… Hej! Posuniesz się? — wymruczała, z grymasem na pyszczku. Minęła chwila, zanim Rysi Trop podniosła głowę. Nad nią stał liliowy wojownik — Miodowa Kora. Swoim dużym cielskiem, zasłaniał stojącą za nią Iskrzącą Nadzieję. Szylkretka z ciekawością przycupnęła na ziemi, szukając wzrokiem Ryś.
— Makowy Nów poinformowała nas o patrolu — zaczął. Niebieska przytaknęła, z trudem przełykając mięso.

<Miodek?>

Od Stroczka do Łezki

Przeszłość

Stroczek otworzył ślepia, niewyraźnie wpatrując się w coś, co go zbudziło. Lekkie szturchnięcie nie powtórzyło się — może mu się jedynie przyśniło, że ktoś go trąca? Poczuł chłodne podmuchy wiatru, świszczące głośno po ścianach legowiska. Odbijały się echem od skał, mierzwiąc zarówno jego futerko, jak i jego siostry, Łezki. Spojrzał na nią ze zmartwieniem, wzdrygając się.
— Łezko, nie jest ci z-zimno? — zapytał, kręcąc główką, jakby chciał w ten sposób się ocieplić. Przytulił się do boku siostry, mając nadzieję, że w ten sposób ogrzeje ją, a także siebie.
Szylkretka zdziwiła się, kładąc po sobie lekko uszy, jakby ton brata był o stopień zbyt głośny. Zielonooki zawinął ogon pod siebie, martwiąc się, czy nie popsuł jej tym humoru.
— Przepraszam, Łezko, nie chciałem cię przestraszyć — mruknął smutno.
Koteczka zamrugała, również nie pałając wielkim entuzjazmem. Możliwe, że także niedawno wstała, a nikomu się nie chciało przy takiej pogodzie.
— Nie szkodzi… Tak, też mi chłodno — odparła, nie zastanawiając się długo. Poruszyła parę razy ogonkiem, prawie że zaczepnie, ale raczej nie chodziło o to, że chciała się bawić. Może powinni poczekać, aż się troszkę ociepli, bo przy takich chłodach nie miało się ochoty na nic.
— Opowiem ci historię, bo mi się coś dzisiaj śniło — zaczął rudy, moszcząc się wygodnie w legowisku. To niezupełnie była prawda, raczej tylko część sobie rzeczywiście przyśnił, a resztę wyobraził na podstawie tego, czego słuchali od odwiedzających ich Wilczaków. Koteczka patrzyła na niego ze skupieniem, jakby cała jej ciekawość przeniosła się teraz na to, co za chwilę powie. — Wyobraź sobie dwójkę kotów. Takie, jakie każdy klanowicz chciałby mieć u siebie. — Zmrużył na chwilę oczka, jakby mu przeszkadzały podmuchy. — To teraz pomyśl sobie, że są rodzeństwem. Jedno z nich jest wielkie, silne i bardzo szanowane przez innych, znane. Zajmuje bardzo ważną pozycję i bardzo dobrze się odnajduje w tej roli. A drugie jest młodsze, wątłe i znane tylko dlatego, że ich rodzeństwo ma tak dobrą opinię wśród reszty kotów. Nie różni się praktycznie niczym od reszty. Pewnego razu wyruszyli wspólnie w podróż, mieli za zadanie sprawdzić, czy nowe tereny, na których przyjdzie im mieszkać, są bezpieczne. Od tego zależało nie tylko ich życie, wzięli właśnie odpowiedzialność za całą swoją rodzinę, wszystkich swoich przyjaciół i tych, których jeszcze nie było na tym świecie.
— Gdzie poszli? Dlaczego musieli odejść? — dopytała koteczka, nie przerywając bratu.
— Musieli opuścić swoje obecnie miejsce zamieszkania dlatego, że na poprzednim nie mieli zbyt wiele pożywienia i gdyby tam zostali, to najprawdopodobniej wymarliby z głodu. — Siostra rudego wstrzymała na moment oddech, jednak po chwili wypuściła go z płuc, nie mogąc dalej trzymać. — Często widywali obce koty, a nawet inne zwierzęta, które także musiały jakoś wyżyć. Warunki pogodowe były naprawdę straszne — praktycznie codziennie sypał śnieg, mróz tłukł ich po pyskach, mrożąc wąsy i sklejając oczy. Wielu z nich zostało w tyle, jednak nie na każdego starczyło innym siły, by ich przeprowadzić przez zdradliwą ścieżkę. Gdy już im się udało, zauważyli, że wielu kotów brakuje. Jednak co ważniejsze — wreszcie dotarli. Rozglądali się za idealnym miejscem, aż w końcu je znaleźli. Ci, którzy z nimi poszli, bardzo ich chwalili, a ci, którzy zostali — nie wiem. — Zaczął bawić się wystającą paprocią z łoża. — Bracia żyli wspólnie długo, rządził wszystkimi oczywiście ten silniejszy, nikt tego nie kwestionował i wydawało się, że tak każdemu pasowało. Jednak nie pasowało to temu słabszemu. Nie mogąc dłużej znieść takiego traktowania, wyzwał swojego brata na pojedynek. Starszy, usłyszawszy to, parsknął śmiechem, nie biorąc go na poważnie. Jednak gdy młodszy skoczył mu na kark, zrozumiał, że wcale nie było to powodem do śmiechu. Przez to, że nie ćwiczył dużo, wcale nie był silny. Zrzucenie go zajęło temu silniejszemu jakoś parę uderzeń serca. Młodszego bardzo to zmęczyło, a starszy jedynie machnął ogonem, chociaż był poruszony całym tym zdarzeniem. Zaczął zastanawiać się, czy aby na pewno dobrze robili, mieszkając razem. Następnego dnia starszy zażądał, by młodszy wyniósł się z ich obozu. Nie mógł ryzykować, by w jego obozie wybuchały tego rodzaju sprzeczki. Każdemu zależało na spokoju, szczególnie że teraz wielu z nich przeżywało żałobę i nie było w humorze. To było nie na miejscu i co najmniej niepokojące. Młodszy już miał się wykłócać, jednak widząc, że raczej nikt nie zamierzał go poprzeć, kiwnął jedynie głowa, wycofując się do swojego legowiska, jak gdyby miał cokolwiek, co by mógł wziąć ze sobą.
— Stroczku, przestań już, nie mogę tego słuchać — poprosiła Łezka, nakrywając łapkami swój nos.
Spojrzał na nią ze zdziwieniem. Poczuł, jak delikatnie zapada mu się żołądek. Z jakiegoś powodu nie spodziewał się tego. Może rzeczywiście przesadził, to nie były byle jakie słowa, w jaki końcu kociak mówi o takich rzeczach…?
Powinien przestać podsłuchiwać starszych, nie wychodziło mu to na dobre. Kiwnął główką powoli, kładąc brodę na przednich łapach. Zwinął się w kulkę, przymykając oczy. Może sen by mu dobrze zrobił…

<Łezko, naprawdę nie chcesz posłuchać, co się stało dalej?>

Od Kołysanka (Kołysankowej Łapy) CD. Maku

Kołysanek spojrzał się na niosącą w pysku kocie zzylkretowobiałą kocice. A gdy Jagodowe Marzenie mimo protestów Mak wzięła ją w swój dziwnie odstający od reszty ciała czarnobiały pysk, kocurek poczuł się dosyć zawiedziony. Nie zamierzał narzekać, to nie leżało mu w naturze. Co w końcu mogłaby sobie pomyśleć Jagodowe Marzenie o nim w takiej sytuacji? Na pewno nic dobrego. Jednakże nadal miał swego rodzaju nadzieje, że uda mu się umówić z kotką na jutro. W końcu ładne robaczki, kwiatki i piórka nie uciekną, prawda? No dobra… Kwiaty mogą, z tego, co wiedział, zgnić w porę nagich liści, ale to już inna kwestia, prawda? W każdym razie postanowił podążyć za Jagodowym Marzeniem w stronę jej legowiska. Widział dokładnie, gdy postawiona na miękkim legowisku z króliczych skór koteczka rzekła:
— Ale mamo! Obiecałam Kołysankowi, że po zabawie będzie mógł przystroić mi futerko! Prawda, Kołysanku? — powiedziała, wpatrując mu się głęboko w oczy.
Kołysanek stwierdził, że zielona barwa dosyć ładnie komponowała się z czarną sierścią koteczki. Po chwili odetchnął głęboko i postanowił, odpowiedzieć ukrywając z całej siły swoje zawiedzenie. Nie chciał podważać przecież decyzji Jagodowego Marzenia.
— Spokojnie Mak! Zrobimy to jutro! Kwiaty nie zgniją do jutra, a robaczki i pióra są zawsze! — powiedział przyjaźnie. Po czym spojrzał na Jagodowe Marzenie, która stała obok legowiska. Postanowił więc odezwać się do niej najbardziej pełnym szacunku tonem, na jaki było go stać. — Proszę pani czy Mak już idzie spać?
— Tak Kołysanku — odpowiedziała mu, po czym dodała: — Ale tak jak mówiłeś, nic wam nie ucieknie, prawda?
— Tak proszę pani! Ale mogę zadać pytanie? — spytał ponownie rudobiały pręgus, siadając obok legowiska należącego do Jagodowego Marzenia i jej dzieci.
— Mów, mów — odrzekła, po czym dodała pół na serio pół na żartobliwie. — Tylko wiesz, muszę zebrać jeszcze resztę moich dzieci do snu, więc szybko!
— Mogę zaśpiewać Mak? Chciałbym, żeby miała dobre sny i myślę, że piosenka przed snem mogłaby jej pomóc!
— Tak piosenka! — pisnęła koteczka, której najwidoczniej spodobał się ten pomysł.
— No dobrze Kołysanku, byle zanim zgarnę resztę rodzeństwa Mak do spania — powiedziała Jagodowe Marzenie nieco zaskoczona pytaniem rudzielca, po czym poszedł w stronę Pyłka, który aktualnie przyglądał się robakowi na liściu należącym do jego kolekcji.
— O czym będziesz śpiewać? — zapytała Mak. Nie wiedziała, jednak że na to pytanie nie znał odpowiedzi nawet sam Kołysanek.
— Ja… Wymyśle coś na poczekaniu! — pisnął Kołysanek nieco zawstydzony tym, że nic nie wymyślił wcześniej. Faktycznie nie miał okazji, ale nadal poczuł wstyd.
— No to śpiewaj! — rzekła w odpowiedzi z wyraźnym podekscytowaniem w głosie.
— Okej — powiedział, po czym wziął głęboki oddech i zaczął śpiewać, przerywając od czasu do czasu, by zastanowić się, co zaśpiewać dalej: — Niech ci... Gwiazdy dobry sen podarują, niech… ci go bogosław…
Przerwał szybko, gdy Jagodowe marzenie położyła Pyłka obok Maku. Reszta rodzeństwa czarnej jak noc koteczki szła posłusznie za matką. Czemu czas musiał lecieć tak szybko? Kołysanek wręcz czuł się zawiedziony, że nie dane będzie mu skończyć.
— Przepraszam Kołysanku, ale musisz już iść — rzekła Jagodowe Marzenie. — Będziesz mógł pobawić się z Mak jutro.
— Ale mamooo, Kołysanek nie dokończył swojej piosenki! — pisnęła Mak delikatnie oburzona.
— To nic! Dokończę jutro! Do widzenia Mak, miłych snów! — odpisnął drugi kociak.
Po tych słowach chciał już odejść, by posiedzieć przy wyjściu z obozu. Usłyszał wtedy jednak matkę zaganiającą go do snu i posłusznie poszedł w jej stronę.

***

Choć słońce było już wysoko, na niebie było przysłonięte puchatymi chmurami. Kołysankowa Łapa dopiero co wrócił z treningu. Wrócił zziębnięty, pokryty płatkami śniegu i zmęczony. Pożegnał się więc szybko z mentorem i… Poszedł w kierunku żłobka. Choć odczuwał zmęczenie, chęć pokazania klanu, że byłby idealną karmicielką, była dla niego ważniejsza! Także, gdy jego białe łapy tylko stanęły na terenie żłobka, uśmiechnął się szczerze. Natychmiast zauważył też Jagodowe Marzenie i śpiące obok jej puchatego brzucha kocięta. Powiedział więc półszeptem:
— Dzień dobry! Mógłbym posiedzieć tu chwilkę, proszę pani Jagodowe Marzenie? — Kołysankowa Łapa zapytał.
— Przyszyłeś się pobawić z Mak i Pyłkiem? — zapytała przyjaźnie, po czym dodała cicho: — Aktualnie szukają, gdzie podziała się kolekcja liści Pyłka… Proszę, nie mów im że ją wyrzuciłam, bo zaczęła gnić.
— Mhm, okej — odpowiedział rudzielec. Po chwili odwrócił swój puchaty łeb, by ujrzeć Mak i Pyłka, którzy najwidoczniej musieli go zauważyć, patrząc na to, że patrzyli mu głęboko w ślepia swymi maleńkimi oczkami.

<Mak?>
[693 słowa]

[przyznano 17%]

Od Poranku DO Kurki

*Wszystko dzieje się przed śmiercią Leszczyny*

Od śmierci Świergot i Gruszki nie wiele się odzywał. Chociaż dla niego nie było to nic dziwnego, ten kto dobrze go znał, mógł ze spokojem powiedzieć, że kocur nie należał do przesadnie gadatliwych, to jednak mogło się odnieść wrażenie, że ma to charakter bardziej żałobny. Przynajmniej tak mówiły siostry Poranku, które to ze spokojem potrafiły odróżnić normalne zachowanie brata od tego, kim stawał się z każdym dniem po powrocie do Owocowego Lasu. Obie kotki wydawały się zmartwione jego zachowaniem, czego sam kocur nie potrafił pojąć. Chciał tylko się schować, uciec od tego wszystkiego, od własnej skóry. Tylko przebywanie poza obozem potrafiło sprawiać jakąś ulgę. Tam był przecież sam, bez zgiełku obozu, bez tych krzywych spojrzeń. Tam mógł odpocząć. I jak ostatnio wpadł na jakiś plan, tym razem wyszedłby go zrealizować. Chciał stworzyć sobie własne miejsce, by tam móc się chować, kiedy sam nie będzie dawał sobie rady. Musiał to zrobić, by przynajmniej nie denerwować sióstr i tak pochłoniętych żałobą za zmarłymi członkami rodziny. A doskonale wiedział, jak one potrafiły się martwić.
Mijał drzewa, dokładnie obserwując ich budowę. Musiał znaleźć idealne miejsce, by móc zbudować tam swoją "bazę". Chciał zrobić ją w jakiejś odległości od obozu, w końcu wiedział, że gdyby znajdowała się ona tuż przy polanie, każdy patrol zwiadowców mógłby natrafiać na jego budowle. To byłoby problematyczne i dla niego i dla patrolujących teren zwiadowców, wybitych z rytmu pracy. Dlatego coraz bardziej oddalał się od obozu, zbliżając się powoli do Szopy Strachu.
 
***
 
Jeszcze niedawno narzekał na tłum w legowisku uzdrowicieli. Przecież było ich sporo i wszyscy musieli pomieścić się w jednym legowisku, wraz z pacjentami i wszystkimi zebranymi ziołami, starając się nie przeszkadzać sobie nawzajem. Teraz jednak cała lecznica była pogrążona w żałobie, spowodowanej nagłą śmiercią Kruszynki. Choć Poranek nie znał jej dobrze, również siedział wraz z Wiciokrzewem i Osetkiem "opłakując" zmarłą uzdrowicielkę.
Nie spodziewał się jej śmierci. Kocur miał spore wrażenie, że coś przegapił. Ten jeden aspekt, który był odpowiedzialny za taki obrót spraw. Wbił wzrok w ziemię. Świat z dnia na dzień potrafił stracić tyle kolorów. Może Wszechmatka naprawdę maczała w tym łapy? Ale to nie miałoby sensu. Nie miała za co karać całego Owocowego Lasu.
Powoli wszedł do lecznicy, rozglądając się dookoła. Wiciokrzew siedział na swoim legowisku, Osetek dotrzymywał mu towarzystwa. Rudy spiął się na ich widok. Chociaż miał kontakt z młodszym uzdrowicielem i jego uczniem, były one tylko i wyłącznie ze względu na stanowisko. Szybkie "cześć", mijając się w wejściu, krótkie pytania o stan pacjentów czy brakujące zioła. Miał wrażenie, że nie potrafił z nimi rozmawiać, a odkąd tylko wrócił na swoje stanowisku czuł się jak odludek, jakieś stworzenie nie z tego świata, próbujące dostosować się do otaczającego środowiska. W dodatku wcześniej jego kontakty z dwójką kocurów nie były zbyt częste. Przecież wtedy w legowisku przebywała również Kruszynka, co powodowało, że rudy częściej przebywał gdzieś indziej, nie zaczynając rozmów z żadnym z uzdrowicieli. Teraz wszystko musiało ulec zmianie.
Kiwnął lekko głową na powitanie i szybkim krokiem ruszył w stronę zebranych ziół. Chciał wrócić do szukania dobrego miejsca na schronienie, a zbieranie ziół podczas takiego wypadu mogło podwoić skuteczność jego pracy. Dlatego zapamiętał nazwy brakujących roślin i bez słowa wyszedł, zostawiając Wiciokrzewa z Osetkiem. Szybkim krokiem przeszedł przez polanę pełną kotów i wyszedł z obozu, zaczynając rozglądać się za odpowiednim drzewem. Tym razem poszedł w inną stronę, dokładniej w stronę Dębowej Ostoi, z powodu dużej liczby drzew w tamtej okolicy.
 
***
 
Chodził w kółko. Przynajmniej odnosił takie wrażenie. Oceniał każde drzewo, starając się znaleźć to jedno, które byłoby idealne według niego. Niestety do tej pory żadne z roślin aż tak nie przykuło jego uwagi. Spuścił wzrok i skręcił w inną stronę. Domyślał się, że zaraz będzie musiał wrócić do obozu, dlatego chciał jeszcze ostatni raz przejść dookoła, mając nadzieję, że znajdzie swoje idealne drzewo. Wtedy jednak jego uwagę przykuła inna roślina, a mianowicie chwast. Kocur szybko do niego podszedł i nachylił się do jego łodygi, uważnie obserwując. Był naprawdę ładny, co od razu zapaliło lampkę w głowie Poranku, by zerwać roślinę i zabrać ją wraz z ziołami do Owocowego Lasu. Mógłby przechować go w legowisku, do póki nie znajdzie dobrego miejsca na swoją kryjówkę. Od słów szybko przeszedł do czynów, na chwilę odkładając na bok znalezione zioła. Już miał zacząć wyrywać chwast, gdy usłyszał dość głośny szelest. Szybko podniósł głowę i zobaczył jakiegoś drobnego kocura. Choć na początku go nie rozpoznawał, po chwili zdał sobie sprawę, że jest to jeden ze zwiadowców Owocowego Lasu.

<Zwiadowco Owocowego Lasu?>

Nowa członkini Pustki!


LESZCZYNA
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: zielony kaszel

Odeszła do Pustki!

Od Niesfornej Łapy CD. Lekkomyślnej Łapy

— Nie wiem, czego się spodziewałem, ale z jakiegoś powodu nie tego, Króliczku… — Zając mruknął cichutko, kładąc uszy po sobie. Tym razem nie ze wzruszenia ani radości. Chyba nigdy nie wyglądał tak żałośnie, jak teraz. 
Niesfornej Łapie zrobiło się żal swojego brata. Tak bardzo, że aż serce ścisnęło mu się boleśnie. Kremowy drgnął, po czym skulił się, jakby ktoś wbił mu w brzuch ostrze. Ale to nie była prawdziwa rana – to słowa brata zraniły go najbardziej. W jego oczach pojawiły się łzy. Po chwili położył łapę na łapie drugiego ucznia i lekko ją ścisnął, jakby w ten sposób chciał poczuć się bliżej niego. Przełknął ślinę i pokręcił głową.
— Tak bardzo cię przepraszam… — wyszeptał drżącym głosem. Lekkomyślna Łapa przechylił głowę, patrząc na niego pytająco. Królik pociągnął nosem i mówił dalej:
— To ja nas w to wszystko wpakowałem… Jestem tylko problemem! Skrzywdziłem naszą matkę, skrzywdziłem swoją partnerkę, nasze kocięta… i ciebie też! Mogłem nie wiązać się z… nią. Mogłem nie namawiać cię do ucieczki z klanu! Nikomu to nie wyszło na dobre. Teraz żyję tylko z żalem i poczuciem winy… — dokończył cicho, upewniając się, że nikt inny go nie słyszy. Na to Zając odwrócił wzrok od brata i ciężko westchnął.
— Króliczku… musisz przestać się tym tak zadręczać. Co było, minęło. Jesteśmy tu i teraz. Musimy po prostu pracować, żeby odzyskać to, co straciliśmy — powiedział łagodnie, próbując go pocieszyć. Ale jego słowa brzmiały pusto. Królik nie wierzył w ich sens. Brzmiały jak coś, co miało tylko zmusić jego umysł do myślenia o czymś innym, ignorując problem, który tkwił w nim samym. Zaśmiał się gorzko i opuścił głowę, chowając pysk między łapami.
— Przestań kłamać… — wymamrotał, kładąc uszy po sobie. — Jak mam po prostu zostawić przeszłość za sobą, skoro tak mocno odbiła się na teraźniejszości? To nie jest blizna… to świeża rana. Może nawet zainfekowana. I nigdy się nie zagoi. Zawsze będzie we mnie, przypominając, jak głupie było moje życie i… ja sam.
Przerwał swoją wypowiedź, po czym dodał ciszej:
— Gdy będę chciał odpocząć, będzie przypominać mi o tym, że nie zasługuję. Że wszystko zepsułem i muszę za to płacić do końca życia. I… ma rację. Sam sobie na to zapracowałem — westchnął i przymknął oczy, które były zmęczone po całym dniu pracy.
Lekkomyślna Łapa nie odpowiedział. Wydobył z siebie tylko cichy, żałosny pomruk. Potem obaj zasnęli, bo Królik nie pamiętał już nic, co działo się później. Ciemność pochłonęła go szybciej, niż zdążyły to zrobić żal i rozpacz.

***

Teraźniejszość

Obudził się. Wstał. Próbował funkcjonować jak zawsze, ale ciężar bólu i złych decyzji wciskał go w ziemię tak mocno, że czasem trudno mu było nawet podnieść łapę, by zrobić krok naprzód. Mimo to szedł teraz przez środek obozowej polany, zmierzając do legowiska starszyzny, żeby wykonać jeden z wielu obowiązków, które na niego spadły. Pomagał medyczce, plótł posłania, polował dla klanu, patrolował granicę i… wyciągał kleszcze z futer starszych, jeśli akurat tego od niego chcieli. Teraz była Pora Nagich Drzew, więc kleszczy raczej nie było, ale starsi – owszem. Szansa na to, że któryś z nich czegoś potrzebował, była całkiem duża.
Gdy Niesforna Łapa zajrzał do legowiska starszyzny, przywitała go para żółtych oczu. Czuł, jak jego serce lekko przyspieszyło. W tych oczach było coś dzikiego, nieprzewidywalnego. Nie musiał się długo zastanawiać, do kogo należały. To była Wieczne Zaćmienie. Znał ją jeszcze sprzed swojej ucieczki z klanu. Wtedy wydawała się pozornie normalna, choć w środku może trochę dziwna, ale teraz… wyglądała niepokojąco. Jakby w każdej chwili mogła zrobić coś niebezpiecznego – krzywdę sobie albo komuś innemu. Królik przez moment pomyślał, że może powinni ją trzymać osobno, w jakiejś izolatce, ale zaraz zganił się w myślach. Sam też był głupi i popełnił błędy. Poprawka – wciąż je popełniał. A przecież nie chciał, żeby inni traktowali go jak kogoś niebezpiecznego.
Rozejrzał się po legowisku i zauważył, że większość starszych jeszcze spała. Uśmiechnął się do byłej medyczki niepewnie i mruknął cicho:
— Zajrzę tu trochę później…
Szybko się wycofał, a gdy tylko się oddalił, wypuścił powietrze z ulgą. Chciał zająć czymś myśli, żeby nie wracały do dawnych spraw. A może wcale nie musiał nic robić? Może powinien po prostu usiąść i pomyśleć o swoim życiu – porządnie, by rozwiać wszelkie wątpliwości? Westchnął ciężko, kierując się z powrotem do swojego posłania. Niczego jeszcze nie zrobił, a już czuł się potwornie zmęczony.
Wślizgnął się do legowiska i położył, ale jego ciało bolało, jakby ktoś je ściskał. Przekręcał się z boku na bok, szukając wygody, lecz po chwili robił to już tylko po to, by odwlec moment, w którym naprawdę musiałby zacząć myśleć. Gałązki szarpały jego kremowe futro, ale tylko zacisnął zęby i dalej się szamotał – jak ptak przygwożdżony do ziemi przez swojego łowcę. W końcu znieruchomiał, zmęczony. Patrzył pustym wzrokiem w jeden punkt.
“Taki właśnie jesteś? Zawsze wymyślasz głupie sposoby, by uciec od odpowiedzialności” – usłyszał w głowie. Zmrużył oczy. Chcąc nie chcąc czuł, że ten głos w jego głowie tym razem miał rację. “Teraz chcesz zasnąć, tak? Typowe” – znów przemknęło przez myśli. Zakrył oczy łapą.
— Zamknij się… — wymamrotał, po czym zerwał się i rozejrzał nerwowo. Na szczęście nikt nie słyszał. Nie mógł pozwolić, by ktoś pomyślał, że kompletnie mu odbiło.
“Głupiś” – rozległo się znowu.
“Dobra, dobra… zacznę teraz myśleć” – odpowiedział w myślach. Zacisnął szczękę, a jego krótki ogon zaczął lekko drgać. Przez chwilę w jego głowie panowała pustka. Nie wiedział nawet, jak zacząć. O czym właściwie miał myśleć? O tym, jaki jest głupi?
“Co mógłbym zrobić, żeby odzyskać dawne imię?” – przyszło mu w końcu do głowy. Tak, to dobre pytanie. Co mógł zrobić, żeby już nie być Niesforną Łapą? Żeby inni traktowali go poważnie, jak równego sobie? Żeby nie musiał codziennie słuchać przypomnień, że jest nieodpowiedzialny i działa bez zastanowienia?
Sumienne wykonywanie obowiązków niczego nie zmieniało. Nikt nie widział, jak się starał. Dla wszystkich był tylko zwykłym parobkiem, którym można było pomiatać. Był im potrzebny, ale nie jak przyjaciel, a jak sługa. A przecież nikt nie chce się pozbywać swojego sługi. Powinien się postawić. Ale jednocześnie… musiał zrobić coś, co pokazałoby innym, że nie jest skończony. Że coś jeszcze potrafi. Może powinien ratować innych, pomagać im, być bohaterem? Może wtedy zobaczyliby w nim kogoś lepszego. Czy powinien się popisać? Cóż, zawsze miał to we krwi. Zawsze przed innymi udawał kogoś, kim nie był. Czemu tym razem miałoby być inaczej?
Bał się jednak, że prędzej czy później ktoś zauważy, że tylko udaje kogoś, kim nie jest i znienawidzi go za to jeszcze bardziej. Bał się, że ktoś odkryje jego prawdziwe “ja” i zobaczy, że Królik to zwykły kłamca i oszust. Wiedział, że wtedy jego życie znowu się rozsypie.
Więc może powinien po prostu być sobą…?
Nie. To było głupie. Nikt już nie lubił innych za to, kim naprawdę byli. Najwyraźniej był mu pisany los kogoś, kto żyje w kłamstwie.
Wziął głęboki wdech i przestał dalej myśleć. Miał już dość na dziś. Czuł, jak głowa mu pulsuje, jakby zaraz miała wybuchnąć, a potem rozpłynąć się w powietrzu, zostawiając po sobie tylko zapach dymu. “Jutro pogadam o tym z bratem…” – to była ostatnia myśl, jaka przeszła mu przez głowę, zanim zasnął.

***

Tym razem obudził go jego brat, który nerwowo szturchał go łapą w bok.
— Wstawaj… no dalej, już późno. Musimy iść na patrol — mruknął Lekkomyślna Łapa z lekkim zniecierpliwieniem. Kremowy powoli otworzył oczy i spojrzał na brata. Ostre światło sprawiło, że aż je zmrużył.
— Co? Co się dzieje…? — wymamrotał kilka razy, zanim w końcu się ogarnął. Zielonooki uśmiechnął się lekko i ruszył w stronę wyjścia z obozu. Królik szybko się podniósł i pognał za nim – nie chciał się spóźnić. Nie mógł sobie pozwolić na żadną wpadkę. Musiał być idealny, za wszelką cenę.
Przy wyjściu czekali już Stokrotkowa Pieśń i Przepiórcza Wichura. Och, oczywiście… jak zwykle! On i ona razem na patrolu, mimo że ledwo mogli na siebie patrzeć. Niesforna Łapa westchnął i szepnął do brata:
— To już zaczyna być podejrzane. Zawsze muszę iść z nią!
Lekkomyślna Łapa tylko przytaknął, ale nic nie odpowiedział. Nie chciał chyba dolewać oliwy do ognia. Królik poczuł lekkie ukłucie w środku – nie lubił, gdy brat musiał go uspokajać. Strzepnął uchem i ruszył dalej. Cała czwórka zaczęła iść w głąb terytorium Klanu Klifu, żeby coś upolować. Była Pora Nagich Drzew, więc zwierzyny robiło się coraz mniej. Kiedy Stokrotkowa Pieśń i Przepiórcza Wichura trochę się oddalili, Królik pochylił się do brata i mruknął:
— Musimy się postarać! Jeśli upolujemy coś dobrego, to może wreszcie ktoś nas zauważy, nie? Parę takich udanych polowań i wrócimy do łask klanu! Wyobraź to sobie! Wracamy z tłustym drozdem i wtedy wszyscy na nas patrzą, podziwiają… — rozmarzył się, wpatrując się w niebo. Chyba pierwszy raz od powrotu do Klanu Klifu wyglądał na naprawdę zdeterminowanego. — Myślałem o tym wczoraj i stwierdziłem, że muszę się trochę pokazać, wiesz? No… udowodnić, że coś potrafię. Żeby w końcu mnie docenili i może nawet polubili. Co o tym myślisz? — zapytał z nadzieją w głosie.

<Zając? Przytaknij na moje słowa, proszę>

Od Zaćmionego Horyzontu

TW Koszmar senny

Dni dłużyły jej się niemiłosiernie, niczym ślimak wybierający się w wędrówkę podczas pory zielonych liści, kiedy to Wysokie Słońce grzało niemiłosiernie. Rozmowa z Łezką sprawiła, że na nowo zaczęła wątpić, czy klanowe życie jest dla niej. Może było nawet, ale na pewno nie w Klanie Wilka, gdzie niemal większość pewnie mordowała dla przyjemności i jak dotąd nikt nic z tym nie robił. Bezczynność nie leżała w jej naturze, lecz nie mogła nic zdziałać, bo co? Stanie przeciwko niemal całemu klanowi? Jeszcze trochę rozumu miała w tym rudym łbie, który poprawnie funkcjonował pomimo upadków z drzewa, kiedy to Piołunowy Dym stwierdził, że nauczy się ją wspinać.
Dręczona powracającymi myślami, opuszczała obóz niemal na całe dni, próbując uciec od tego wszystkiego. Za każdym razem, kiedy wyłaniała się po drugiej stronie ściany krzewów, czuła jakby dostawała skrzydeł, a powiew wolności wzbijał ją wprost na nieboskłon. Niczym mały, rudy ptaszek opuszczający dotychczasowe więzienie, w którym dusił się na każdym kroku, a większe i groźniejsze ptaki patrzyły na malca jak na swój przyszły obiad.
Wraz ze wschodem słońca wyruszyła z patrolem łowieckim, który składał się z jej dawnego mentora, Miodowej Kory oraz jego syna. Zaćmiony Horyzont pomimo niezbyt pozytywnych relacji z Piołunowym Dymem za jej uczniowskich czasów, kotka normalnie rozmawiała z kocurem, który jakby przeszedł metamorfozę, odkąd stał się ojcem zastępczym dla Korowej Łapy. Ruda chętnie słuchała, kiedy wojownik opowiadał o uczennicy, wspominając ze śmiechem niektóre akcje młodszej, kiedy to sama była w tym buntowniczym wieku, a biedny liliowy musiał to znosić.
— Ale nic nie pobije tego upadku z drzewa!
— Piołunowy Dymie… doskonale wiedziałeś, że stchórzę lub zrobię Ci po złości.
— Hmm, może — odpowiedział zaczepnie, na co ruda szturchnęła go barkiem w bok. — Hahaha! No dobrze, dobrze. Lepiej powiedz jak tam u Ciebie?
— Szczerze? Nie ma najgorzej, lecz zaczynam znowu czuć, że klanowe życie nie jest dla mnie…
— Znowu?
— Nim Nikła Gwiazda mianował mnie uczennicą, miałam wrażenie, że to wszystko nie jest mi pisane. Mglisty Sen od początku się w tym odnajdywał, podobnie Gwiazdnicowa Łapa. Ale ja? Długo żyłam nadzieją, że nasza matka zacznie nas szukać i Brukselkowa Zadra niesłusznie zabrała naszą trójkę do klanu.
Na tym ich rozmowa się zakończyła, ponieważ oboje usłyszeli cichy szelest leśnego poszycia, które zdecydowanie bardziej przypomniało jakieś mokradła niż ziemię przykrytą śnieżną okrywą. Każdy z nich ucichł, podkradając się powoli do żylastej myszy, która jeszcze nie podejrzewała, że czai się na nią dwójka łowców. Piołunowy Dym jednak był na przedzie, dlatego ruda postanowiła ustąpić dawnemu mentorowi, obserwując, jak doświadczony kocur bezszelestnie podchodzi tę marną zwierzynę. Każdy kolejny ruch starszego był dokładnie przemyślany i już chwilę później ciszę nieco zagłuszaną świstem wiatru wśród gałęzi, przeciął krótki pisk, kiedy było już za późno dla gryzonia. Ruda podniosła się z pozycji łowieckiej, by z lekkim uśmiechem skinąć głowę w geście aprobaty dla liliowego, który z iskrą dumy w oczach niósł w pysku upolowane zwierzę.
— Jak zwykle jesteś w formie.
— A czy kiedykolwiek nie byłem?
— Kto wie — mruknęła zaczepienie, by odgarnąć grzywkę do tyłu.
Wojownik jedynie przewrócił oczami, kręcąc przy tym lekko głową na boki, choć na jego pysku także widniał lekki uśmiech. Horyzont z czasem zaczęła, zauważyć, jak jej relacja z kocurem uległa zmianie, odkąd dojrzała oraz zakończyła szkolenie. Dawniej Piołunowy Dym był przez nią traktowany jak jeden z największych wrogów rudej, lecz teraz znalazła z nim nić porozumienia, która jak na razie dobrze się trzymała i nic nie zwiastowało, by miało się to w najbliższym czasie zmienić.
Zamyślona nawet nie zauważyła, kiedy trafili do granicy z Klanem Burzy, klanem, którego tereny oddzielały ich od sojuszników. Właśnie tam została zabrana Łezka, kiedy Gąbczasta Łapa powracała w rodzinne strony. Ta mała czarna kulka długo nie zabawiła u Wilczaków, jednak to wystarczyło, by całkiem porządnie namieszać w życiu młodej wojowniczki. Myślała, że już na zawsze się pogodziła z dotychczasową rzeczywistością, a jednak wystarczyła jedna rozmowa, by dawne wątpliwości powróciły niczym grom z jasnego nieba. Zadręczana próbowała od tego uciekać za dnia, opuszczając obóz i poświęcając się polowaniu, a w nocy próbowała samą siebie przekonać, że jest dobrze, tak jak jest obecnie. Mimo to cichy głosik nie dawał jej spokoju niczym upierdliwy komar bzyczący nad uchem całą noc.
Po odnowieniu przy okazji zapachu na granicy ruszyli w dalszą drogę, tym razem jednak już do obozu. Horyzont już mniej chętnie szła, wlecząc się na końcu ich niewielkiej grupy — tym razem prowadził Miodowa Kora, obok którego kroczył Dębowa Łapa, a tuż za nimi Piołunowy Dym, obracając się co jakiś czas za siebie, by sprawdzić, czy aby na pewno jego dawna uczennica podąża za nimi.
— Piołunowy Dymie, ja jeszcze nie będę wracać. Chce spróbować coś jeszcze upolować dla klanu.
Kocur skinął głową, przyjmując słowa kotki do wiadomości. W paru szybszych krokach dogonił pozostałą dwójkę, a kiedy tylko zniknęli z pola widzenia, żółtooka ruszyła w przeciwnym kierunku, kierując się w bardziej oddalone rejony terytorium. Mimo dręczących myśli, jako udało jej się skupić na tym, co mówiła kocurowi. Dlatego też każdy najmniejszy odgłos zwierzyny od razu obniżała się na łapach i po cichu zakradała się jak najbliżej, by wybić się z silnych łap, dopadając gryzonia. Nie zawsze kończyło się to sukcesem, patrząc na to, że z powodu pory nagich drzew piszczek było coraz mniej, a jak już to raczej żylaste, jak to zawsze, kiedy temperatura się obniżała. Jak na razie udało jej się złapać jedynie dwie marne nornice, które raczej nie zaspokoją głodu nawet głodu jednego wojownika na dłużej niż dwa, może trzy dni.
Właśnie zbliżała się powoli do kolejnej możliwej zdobyczy, kiedy niespodziewanie na jej nosie wylądował pojedynczy zimny płatek śniegu, który po chwili zmienił się w niewielką kroplę wody. Lekko zmarszczyła nos, podnosząc się na proste łapy, a w tym czasie gryzoń uciekł w poszycie lasu i później do swojej nory, gdzie był bezpieczny. Kotka jednak tym się nie przejęła, podnosząc wzrok na szarawe niebo, z którego powoli opadał śnieg, topniejącym niemal od razu w kontakcie z błotnistą ściółką. Niektóre płatki znalazły się na rudej sierści wojowniczki, jednak ich żywot także nie trwał długo. Machnęła swym krótkim ogonem, by opuścić swoje żółte ślepia na własne łapy — aż do nadgarstków, a nawet wyżej, były pokryte błotem. Skwaszony wyraz pojawił się na jej pysku, na samą myśl okropnego smaku na języku, kiedy będzie leżeć na posłaniu w legowisku wojowników i zmywać z siebie dzisiejszy brud. Po chwili jednak stwierdziła, że nie będzie się z tym męczyć, gdy wróci do obozu.
Na świst wiatru wśród nagich gałęzi drzew, zastrzygła przeciętym uchem, które było dziełem młodej kuny, podobnie jak trzy szramy na jej grzbiecie oraz jedna na wardze po lewej stronie. Wciągnęła gość głośno powietrze przez nos do płuc, by wyczuć po chwili nikłą woń… drozda! Ten mógłby zaspokoić głód na dłuższy czas niż jakieś marne myszy lub nornice. Nie zwlekając ani chwili dłużej, po cichu ruszyła w stronę ptaka, będący wyjątkową zdobyczą, jeśli tylko jej się uda go pochwycić. Po paru krokach obniżyła się na łapach, przyjmując pozycję łowiecką, by bezszelestnie podejść do drozda. Ruda była raczej dość masywnie zbudowana, przystosowana do walki i korzystania z siły, lecz nie oznaczało to, że nie umiała być doskonałym łowcą. Ćwiczyła to do perfekcji, co teraz zaczynało się opłacać, patrząc na ilość piszczek. Oczywiście nadal nie każde podejście kończyło się powodzeniem, lecz z reguły zawsze wracała do obozu, mając w pysku coś do dorzucenia na stos. Teraz trafił się okres, gdzie mieli wyjątkowo dużo uczniów, a ci byli przyszłością klanu.
Będąc jedynie o długość ogona — oczywiście nie swojego — od brązowego ptaka. Ten nieświadomie szukał w liściach czegoś, co mógłby zjeść, nieświadomy, że już za chwilę stanie się czyimś pożywieniem. Skupiona na jednym punkcie, spięła wszystkie potrzebne mięśnie i już po chwili skoczyła na drozda, który próbował się jeszcze uwolnić spod dużych łap kotki, lecz już po chwili jego ciało stało się bezwładne, kiedy zwisało w jej pysku. Zdobycz ta na pewno przyciągnie uwagę, jednak Horyzont to nie przeszkadzało, w końcu i tak była cieniem swojego brata. Była starsza, a mimo wszystko grała niemal ostatnie skrzypce — jako druga została mianowana, nadal nie miała ucznia, to Sen został wybrany przez Jarzębinę. Na samą myśl o tym ostatnim, zacisnęła mocniej szczęki, a wysunięte pazury zanurzyła w mokrej ziemi. Poczuła się zdradzona, to ona zawsze poświęcała się dla rodzeństwa, dbając o nich, jak tylko mogła. I tak się odwdzięczają?! To z uwagi na nich nadal żyła w klanie, ignorując to, jak to wszystko powoli ją wyniszczało od środka. Nie była zazdrosna o brata, jednak to jak kocur zbliżył się do asystentki medyczki, bolało ją najbardziej.
Głośno przełknęła gule żalu w gardle, która w tak krótkiej chwili zdążyła powstać. Machnęła jedynie jeszcze wściekle ogonem, by obrócić się i odejść do miejsca, gdzie zostawiła wcześniej upolowane piszczki. Nie miała zamiaru jeszcze wracać do obozu, w jej głowie narodził się pewien plan, na którego realizację nie czekała dłużej. Ruszyła w stronę Ciernistego Drzewa, które było samotnym drzewem na niewielkiej otwartej przestrzeni tuż przy rzece. Wokół tego miejsca krążyło parę historii, w które jednak ruda nie wierzyła, choć raczej rzadko kiedy zapuszczała się w te okolice z racji mało dreszczy, których dostawała na sam widok. Do tego grzebano tu zmarłych, więc to samo w sobie nadawało miejscu jakiejś bliżej nieokreślonej aury — cisza panująca wokół bywała wręcz przytłaczająca, sprawiając, że niektórzy czuli się mali, nieważni. Podobnie było w przypadku Horyzont, która właśnie wyłoniła się z lasu, wkraczając na otwarty teren, w pysku niosąc dwie marne nornice oraz drozda, z którego była najbardziej dumna.
Niespiesznie podeszła bliżej drzewa, omijając sznury ciernistych krzewów, które przybierały na gęstości wraz ze zmniejszającą się odległością do drzewa. Mało kto tu się zapuszczał, dlatego było to idealne miejsce na schowanie czegoś na później, kiedy tylko zdecyduje się na opuszczenie klanu. Miała to zamiar zrobić, nim pora nagich drzew przybierze na sile, dlatego czas z każdym dniem jej się kurczył — musiała działać szybko, jeśli chciała bezpiecznie opuścić tereny Klanu Wilka. Słyszała kiedyś od kogoś, że właśnie stąd przybyła Wrotyczowa Szrama, więc gdzieś blisko musiało być jakieś przejście przez biegnącą wodę. Nie znała do końca terenów poza tymi od Wilczaków, lecz docierając tutaj, szła niemal wzdłuż granicy z Klanem Burzy, a następnie Klanem Klifu, od których w tym miejscu oddzielała ich woda.
Po zakopaniu drozda wśród cierni skierowała się do brzegu, by odnaleźć miejsce, gdzie mogłaby bezpiecznie przejść na drugą stronę. Jakiś czas jej to zajęło, jednak w końcu znalazła to, czego szukała — w tym miejscu koryto rzeki było węższe, jednak na tyle szerokie, że nie można było go pokonać jednym skokiem. Na szczęście pośród wody wystawało parę kamieni, które były wystarczająco blisko siebie, by po nich przejść na drugi brzeg. Na ten widok poczuła, jak jej łapy same powoli kierują się w stronę rzeki, a serce zaczęło przyspieszać, jakby całe ciało mówiło, by nie czekała ani chwili dłużej — przecież właśnie stoi przed drogą do wolności. Finalnie jednak zastrzygła lewym uchem, by następnie odwrócić się i po drodze zabierając dwie nornice, udała się w drogę powrotną do obozu, ponieważ zaczynało powoli zmierzchać. Była tak pochłonięta tym wszystkim, że nawet tego nie zauważyła, więc żwawym krokiem przemierzała las, by po jakimś czasie przekroczyć wyjście i znaleźć się na polanie, która powoli milkła. Parę kotów jeszcze rozmawiało ze sobą, zapewne o zmniejszonej ilości zwierzyny i możliwemu zagrożeniu ze strony innych klanów, kiedy to na ich terenach zabraknie pożywienia. Na szczęście Horyzont już to nie będzie obchodzić, już niedługo. Z tymi myślami podeszła do stosu i dorzuciła swoje dwie żylaste nornice, chcąc sobie wybrać coś innego, lecz po chwili zrezygnowała, woląc zostawić coś dla innych, którzy będą bardziej potrzebować jedzenia niż ona. Poruszyła lekko wąsami, by skierować się do legowiska wojowników, gdzie już niemal większość umościła się wygodnie na własnych posłaniach. W czasie, gdy ona dopiero wkroczyła do środka z w połowie ubłoconymi łapami, lecz dla niej to nie miało znaczenia, w końcu i tak lada chwila odejdzie stąd, zostawiając to wszystko za sobą. Wygodnie ułożyła się na mchu, by zauważyć, że jej brat już spokojnie spał — zapewne będzie chciał wykorzystać to, że słońce w porze nagich drzew pojawia się na horyzoncie później, więc w mroku będzie mógł zapolować, nie bojąc się o zauważenie przez zwierzynę. Chwilę później zawinęła się w kłębek, by jeszcze przez parę uderzeń serca mieć otwarte oczy, jarzące się w mroku, by po chwili zasłonić je powiekami.
“Znajdowała się samotnie w samym sercu nieprzeniknionej puszczy. Oprócz niej nie było żadnej żywej duszy, a wszechobecna cisza niemal wwiercała jej się w głowę. Jedynce co po chwili usłyszała to przyspieszone bicie własnego serca oraz szumiącą krew w uszach. Z każdym uderzeniem w klatce piersiowej odnosiła wrażenie, jakby ziemia pod jej łapami odpowiadała na, to gdy ta nagle rozstąpiła się, otwierając swe trzewia. Ruda nawet nie zdążyła jakkolwieka zareagować, by uratować się przed bezwładnym lotem, podczas którego bezsensownie młóciła łapami w powietrzu, jakby pod jej pazurami miała się coś magicznie znaleźć. Wtem niespodziewanie uderzyła twardo w ziemię, aż zabrakło jej dechu w piersiach. Zajęło chwilę, nim się podniosła chwiejnie na łapy, pod którymi niespodziewanie poczuła coś w rodzaju piasku, który powoli ją pochłaniał. Nim to jednak całkowicie miało nastąpić, ukazał się przed nią pewien obraz: ona podczas jednej z nocnych rozmów z bratem, kiedy dzieliła się z nim swymi obawami. Nie słyszała słów, jednak to nie miało znaczenia, ponieważ postać czarnego kocura zwróciła ku niemu swe żółte ślepia. Było w tym coś mrocznego, strasznego, co sprawiło, że sierść wzdłuż kręgosłupa stanęła dęba. Nim jednak zdążyła się dłużej na tym wszystkim skupić, wspomnienie zaczęło znikać, niczym rozwiane przez wiatr.
— Niedługo przyjdę, obiecuję. — Rozbrzmiał głos Makowiec.
— Mamy plan przecież, prawda? — Rozległ się głos młodego Sna, nim jeszcze zostali uczniami.
— Ale jak nie będziesz się starać, to zakończysz naukę. — Doskonale do teraz pamiętała te słowa Jarzębinowego Żaru.
W tle jeszcze udało jej się rozpoznać głos Piołunowego Dymu, Gwiazdnicy i Brukselkowej Zadry, lecz zlewając się w całość, nie była w stanie rozpoznać słów.
— Jesteś do niczego.
— Powinnaś zostać na tym mrozie.
— Nikt Cię tu nie chce.
— Twoje rodzeństwo jest lepsze od ciebie.
Kolejne słowa zaczęły wybrzmiewać, jednak wszystkie miały negatywny wydźwięk, pozostając na znacznie dłużej w zaćmionym umyśle wojowniczki. W tym czasie ruchome piaski pochłonęły ją już niemal całkowicie — nawet nie próbowała walczyć, czując, jak każde kolejne słowo wbija się w jej serce niczym cierń. Wręcz czuła, jak te zaczyna krwawić, a każda kropla posoki wypełnia jej płuca, co w sumie nie mijało się z prawdą, ponieważ już po chwili zaczęła pluć juchą, barwiącą jasny piasek. Czy tak się czuje umierający kot? Jeśli tak to podziękuje.”
Z paniką w oczach gwałtownie się podniosła na posłaniu, ciężko oddychając. Dopiero kiedy zdała sobie sprawę, że już nie jest pochłaniana przez piaski, przetarła łapą pysk, mając wrażenie, że po brodzie nadal jej spływa krew. Nic jednak takie nie miało miejsca. Wręcz z duszą na ramieniu, podniosła się z mchu, by następnie wyjść z legowiska. Na krótki moment oślepiło ją słońce, przebijające się przez warstwę ciężkich chmur na niebie. Na tę chwilę zmrużyła oczy, przyzwyczajając się do ostrego światła.
Na polanie i tym razem było parę kotów, nikt jednak nie zwrócił uwagi na kotkę, która udała się do legowiska starszyzny — już dawno tam nie była i chciała pożegnać się z trójką starszych. Uwielbiała ich opowieści, które zawsze jej umilały uczniowskie obowiązki. Żałowała, że częściej ich nie odwiedzała, lecz powinności związane z byciem wojownikiem całkowicie ją pochłonęły.
— Witaj Kwitnący Kalafiorze, Srebrzysta Łuno i Trzcinniczkowa Dziuplo! — powiedziała radośnie na wstępie, choć można było usłyszeć, jak żal ściska jej gardło.
— Zaćmiony Horyzoncie, jak miło Cię widzieć. Wyrosłaś, odkąd byłaś tu ostatnim razem. — Jako pierwsza odezwała się biała kotka o niebieskawych oczach, która była matką Brukselkowej Zadry.
— Kto widzi, ten widzi — mruknął czekoladowy arlekin.
— A ty jak zwykle w dobrym humorze Trzcinniczkowa Dziuplo!
— Nie przejmuj się, ostatnio stał się bardziej zrzędliwy — stwierdziła Srebrzysta Łuna, na co kocur machnął wściekle ogonem. Na ten widok Horyzont lekko się uśmiechnęła, już zapomniała jak to jest u starszych.
— Co Cię do nas sprowadza?
— Chciałam się pożegnać…
— Pożegnać? Jak to? — spytała zdziwiona Kalafior.
— Odchodzę z klanu. To nie jest moje miejsce, choć bardzo miło było z wami spędzać czas, gdy byłam uczniem…
— Jesteś tego pewna? — dopytywała Srebrzysta Łuna.
— Tak. Długo myślałam nad tym, jednak wszystko mnie w tym utwierdziło.
— W takim razie mam do zobaczenia na Srebrnej Skórze — odparł ślepy Dziupla.
— Do zobaczenia — powtórzyła ruda, podchodząc każdego ze starszyzny, by czułym gestem pożegnać się z nimi. Aż pojedyncze łzy pojawiły się w oczach Horyzontu. Głośno pociągnęła nosem, biorąc się w garść.
— Nie płacz dziecko, wszystko się ułoży — wymruczała Kwitnący Kalafior, ocierając przy okazji spływające łzy. To z nią jako ostatnią żegnała się młodsza.
Po tym z bólem serca opuściła legowisko starszyzny i jakby nigdy nic ruszyła ku wyjściu. Oczywiście łzy cisnęły jej się ciągle do oczu, lecz na szczęście jej grzywka pozwala to zamaskować. Wychodząc przez tunel czuła, jak łapy powoli ją zaczynają mrowić, chcąc się wyrwać do szaleńczego biegu w stronę Ciernistego Drzewa. Jednak musiała się powstrzymać, ponieważ właśnie mijała się z porannym patrolem granicznym, który właśnie wracał do obozu, nie podejrzewając, że będą ostatnimi kotami, które ujrzą Zaćmiony Horyzont. Z grzeczności skinęła im głową, by skupić się już teraz na rozpoczętej podróży. Wzięła głęboki wdech i żwawym krokiem zaczęła przemierzać las.
Zatrzymała się, dopiero kiedy drzewa zaczęły się przerzedzać, ustępując polanie z martwym drzewem pośrodku. Skierowała głowę w stronę, skąd szła, czując, jak ból w klatce się nasila.
— Żegnaj bracie, opiekuj się Gwiazdnicową Łapą. Ja nie dałam rady… Nie rozpaczajcie z powodu mojego odejścia. Żegnaj Brukselkowa Zadro i Wrotyczowa Szramo — powiedziała w przestrzeń. Chwilę później poczuła powiew wiatru, kierujący się w stronę obozu klanu. Miała wrażenie, że ten zefir poniesie jej słowa do uszu odpowiednich kotów. Nim całkowicie oddała się narastającej tęsknocie, ruszyła z dotychczasowego miejsca, podchodząc pozostawionego wczoraj drozda.
Wzięła go w zęby i podeszła do miejsca, gdzie miała niedługo przejść na drugą stronę nurtu, opuszczając terytorium Wilczaków. Nim jednak to nastąpiło, przysiadła na brzegu, by posilić się ptakiem. Jadła raczej w niewielkim pośpiechu, nasłuchując możliwego zagrożenia. Po dłuższej chwili po zwierzynie pozostały jedynie kości i pióra, te pierwsze wrzuciła do rzeki, natomiast te drugie powoli zaczął porywać wiatr. W tym czasie ruda podeszła bliżej i bez wahania skoczyła na pierwszy kamień. Był śliski, lecz udało jej się nie wpaść do lodowatej wody — czuła na łapach chłodne krople, kiedy nurt trafiał na przeszkodę. Później był kolejny kamień i następny, aż w końcu znalazła się po drugiej stronie.
Tak właśnie rozpoczęła nowy rozdział w życiu jako samotnik.

01 listopada 2025

Od Mżącego Przelotu CD. Samowolnej Łapy (Mewiego Puchu)

Takich słów się nie spodziewała. Zamrugała, zaskoczona spoglądając na syna.
Nadal nie czuła się dobra w to całe rodzicielstwo. Odchowała Ikrę i Kijankę, a później samego Mewę. Wytrenowała dwójkę uczniów. Jednak nadal nie była pewna, czy wszystko zrobiła dobrze. Nie chciała mówić, że jej przybrany syn był… Problematycznym dzieckiem. Wolała myśleć, że jest po prostu bardzo emocjonalny, tak jak ona – i stąd tyle konfliktów pomiędzy nimi.
Zamilkła na moment, odbiegając myślami w przeszłość. Czy naprawdę była najlepszą osobą do odpowiadania na takie pytania?
— A chciałbyś? — zapytała w końcu, spoglądając na niego kątem oka.
Cisza. Skupiła się na bawiących ze sobą pociechach Biedronkowego Pola. Jej wąsy zadrżały. Lubiła kocięta; do momentu, w którym nie musiała się nimi opiekować.
— Nie wiem.
Pokiwała głową. Czuła na sobie wzrok Mewy, jednak nie odwróciła się w jego stronę. Nie wiedziała, co jeszcze mogłaby mu powiedzieć. Sama nie wiedziała, czy chciałaby jeszcze kiedyś powtórzyć przygodę z rodzicielstwem; nie wiedziała, czy kiedykolwiek chciała doświadczyć jej nawet ten pierwszy raz.
Usłyszała, jak łapy uczniaka stąpają nieskoordynowanie po ziemi. Chwilę później jego łaciata łepetynka otarła się o jej bark, a skołtunione futerko przycisnęło się do jej boku. Oparła policzek o czubek jego głowy.
— Ty też byłeś uroczy, gdy byłeś mały. Nawet bardziej niż one.

***

Pochyliła głowę, upuszczając złapaną wcześniej rybę na ziemię. Przez szpary pomiędzy liśćmi do żłobka wpadały pojedyncze promienie słońca, tworząc jasne plamy na jego ścianach.
Spoglądała na jej syna. Jej syna, który spoglądał na własnego syna. Wydawało się jej to bardzo dziwne. Nie myślała, że kiedykolwiek zostanie babcią – tym bardziej królewskiego dziecka. Zwróciła spojrzenie na zajmującą jedno z legowisk Czychającą Murenę, ciasno owijającą ogonem ich dziecko. Klekotek, tak go nazwali. Przekręciła głowę nieco w bok, wzdychając. Relacja księżniczki i Mewy ją zaskoczyła. Nigdy nie wiedziała, że byli ze sobą blisko. Czemu wojownik jej o tym nie powiedział? Nie ufał jej? Czy może bał się?
Jej wąsy opadły nieco. Cóż, już nic z tym nie zrobi. Może się cieszyć jego szczęściem. Mewa odwrócił się, zanotowawszy jej obecność. Uśmiechnął się szeroko. Być może będzie on lepszym rodzicem, pomyślała, niż ja.

Koniec sesji, miej się dobrze moje ulubione dziecko <3

Od Kruczego Pióra

3 księżyce temu

Patrole łowieckie były dla niego chyba najmniej ulubioną czynnością, jednak wyżywienie klanu było co prawda bardzo ważne. Może i nawet dzisiaj nie przeszkadzałoby mu takie wyjście, jednak Plamista Łapa, bardzo przez niego nielubiana uczennica, była przypisana do jego patrolu. Czuł, że zaraz wbije pazury w jej futro, jeśli ta nie przestanie cały czas skakać w kółko. Jeśli miał być szczery, nienawidził nawet patrzenia na kotkę. Była ona słaba, dla niego nic niewarta. Gdy już po raz kolejny potknęła się o pierwszy lepszy wystający kamień, podszedł do niej i mocno pociągnął ją w górę za kark. Ta pisnęła, nie spodziewając się takiego ruchu ze strony kocura. Popatrzyła na niego ze łzą w oku.
— Hej, to bolało! — wypaliła z nastroszonym futrem. Dymny jednak ani drgnął. Patrzył na nią chłodno, przez co ta skuliła się lekko.
— Ogarnij się, jesteśmy na patrolu łowieckim, a póki co jedyne co robisz, to odstraszasz zwierzynę. Jak tak dalej pójdzie to nakarmię klan tobą, może akurat będziesz lepiej smakować. — odpowiedział chłodno, na co ta jedynie skinęła. Gdy odwrócił się i znów zaczął iść, a uczennica nareszcie uspokoiła się i szła za nim z podkulonym ogonem. Koniczynowa Łapa zerkał na niego co jakiś czas, jednak nie odezwał się. Nie dziwiło go to. Był równie słaby…

***

Patrzył na ciało kotki, która została przyniesiona do obozu, nieżywa. Nie było na niej widać zbyt wielu śladów pazurów czy też zębów. Zapach lisa był bardziej jak zakrycie zapachu prawdziwego mordercy… Nie miał ochoty na czuwanie nad nic niewartą uczennicą, która i tak leżała już zimna, więc odszedł od jej ciała. Nigdy w swoim marnym życiu nie była pożytkiem dla klanu. Odwrócił się i odnalazł wzrokiem Koniczynową Łapę. Wpatrywał się tępo w ciało kotki. Czyżby jego słabość znowu przez niego przemawiała? Żałosne. Krucze Pióro podszedł do niego i go szturchnął, przez co uczeń spojrzał na niego zdziwiony.
— Idziemy na trening. Nie ma co marnować dnia. To tylko kolejne nic niewarte życie. — powiedział i odwrócił się do wyjścia z obozu, drgając końcem ogona, przekazując mu, żeby za nim szedł. Ten od razu wstał i podążył za mentorem. Szli pomiędzy drzewami w ciszy, choć było to dla nich już codziennością. Niewiele mówili, chyba że była to korekta tego, co zrobił źle młodszy. W końcu zatrzymali się na polance, gdzie Krucze Pióro odwrócił się do niebieskiego. Ten spojrzał na niego, a jego oczy wydawały się być zagubione.
— Przeżywasz jej śmierć. Dlaczego? Nawet nie była ci wielce bliska. To tylko znajoma z legowiska, nic więcej. — zapytał młodszego, przeszywając go wzrokiem.
— Nie chcę o tym mówić. Możemy zacząć trening? — odpowiedział mu kocur. Dymny spojrzał na niego z zastanowieniem, ale i złością. Młodszy według niego nie miał prawa odmawiać mu odpowiedzi.
— Odpowiedz mi na pytanie. Czemu tak bardzo to przeżywasz? — nie dał za wygraną.
— To nie twoja sprawa, nawet cię to nie obchodzi. — odwarknął mu młodszy, na co Krucze Pióro wstał i obszedł go dookoła.
— Może tylko tak ci się wydaje, ale jest wręcz na odwrót. Wiem, że jesteś słaby, ale chyba nie reagujesz na śmierć każdego kota praktycznie płaczem, prawda? — obserwował młodszego, krążąc wokół niego jakby był jego ofiarą.
— Nie! Nigdy w życiu. Nie obchodzi mnie jego śmierć, po prostu…
— Po prostu co? Byłeś tam, razem ze swoją matką znaleźliście jego ciało. Co ją zabiło, przyznaj się. Twoja matka po straceniu Niezapominajki nie chciałaby powtórki z rozrywki. Wiesz coś, ale nie chcesz się do tego przyznać. — Krucze Pióro patrzył na niego z wyższością. Wiedział, że wygrywa.
— Tak czy siak nie żyje, więc po co komu wiedzieć jak umarła? — Koniczynowa Łapa wstał teraz i podążał głową za starszym, trzepiąc ogonem.
— A czemu tak bardzo chcesz to zatuszować? — Krucze Pióro nadal krążył, aż uczeń w końcu odwrócił się w jego stronę.
— Bo to ja ją zabiłem! — odwrzasnął do mentora. Krucze Pióro zatrzymał się, patrząc na niego z nieodgadnionym wzrokiem. Uczeń usiadł z nastroszonym futrem, patrząc na swoje łapy, których pazury wbił w ziemię.
— Zabiłem ją, ja tak bardzo tego żałuję… — odpowiedział cicho. Krucze Pióro natomiast uśmiechnął się pod nosem.
— Zabiłeś ją? Nie spodziewałbym się tego po tobie, Koniczynowa Łapo… Jak myślisz, co teraz powinienem zrobić? — patrzył na młodszego z chłodnym uśmiechem. Ten wzdrygnął się.
— Chyba nie powiesz nikomu, prawda..? — zapytał ostrożnie. Wyglądał tak, jakby zaraz miał się rzucić na mentora, jednak był świadomy, że jest od niego słabszy.
— Nie, Koniczynowa Łapo. Uważam, że jest lepszy sposób, na uhonorowanie twego czynu. Mianowicie zostaniesz mianowany na wojownika. — odpowiedział, patrząc na ucznia z dumą. Ten od razu spojrzał zszokowany na kocura.
— Co..? Jak to? Nie ukarzesz mnie? Nie zabijesz..? — patrzył zmieszany na mentora.
— Nie. To był bardzo honorowy czyn. Pozbyłeś się słabego ogniwa… — usiadł obok ucznia i oplótł go swoim ogonem. — Uczyniłeś Klanowi Wilka przysługę, jestem z ciebie dumny. Pokazałeś mi nareszcie, że nie jesteś słaby. Gratulacje, Koniczynowa Łapo. Twój test na wojownika odbędzie się wkrótce.
— Dziękuję, Krucze Pióro! — odpowiedział od razu, a gdy dymny wstał, młodszy zerwał się na łapy i strzepnął ogonem, dumnie wypinając pierś. — Nie zawiodę cię, zdam test i zostanę wojownikiem!
— Nie wątpię w to. Już nie. — odpowiedział i wstał z ziemi. Spojrzał na księżyc, który wyłaniał się zza chmur. — Jest późno. Powinniśmy wracać.
— Tak, chyba tak… Nie powiesz nikomu o tym, co zrobiłem, prawda..? — młodszy patrzył na kocura lekko zmartwiony.
— Nie. Zostawię to dla siebie. — odpowiedział, po czym wstał, odchodząc trochę w stronę obozu. Po chwili machnął do młodszego ogonem, a ten podążył za nim. Wracali w świetle księżyca, otuleni jednak mrokiem, śmiercią, ciszą. Krucze Pióro żywił się tym. Nareszcie mógł stwierdzić, że może i jego uczeń nie jest aż tak słaby. Nareszcie udowodnił swoją siłę, powodując śmierć, a Krucze Pióro szedł dumnie, wręcz czując zapach krwi w nozdrzach, napawając się nim.

Od Kruczego Pióra CD. Kocankowej Łapy (Kwaśnej Kocanki)

Kocur patrzył na nią ze spokojem. Została nareszcie wypuszczona… Tak dziwnie czuł się bez niej, a teraz patrzył na nią, jakby wszystko było w końcu na swoim miejscu, tak jak powinno być. Kotka odwróciła się słysząc, że jest zawołana na patrol. Nie mówiąc już nic więcej odeszła w stronę nowego mentora.

***

Patrzył z ulgą, jak kotka podchodzi do lidera, odbierając swoje wojownicze imię. Cieszył się, że nie musi ona walczyć. Miał tak naprawdę wielką nadzieję, że obędzie się bez tego. Dlatego teraz, gdy patrzył, jak kotka pomimo nie tak dawno temu skończenia w izolatce jest mianowana na wojowniczkę, czuł lekką dumę. Po tym, jak przez lisa była mocno poturbowana, przy czym umarł jego brat, czuła się okropnie. Powtarzał jej jednak, że nic nie zmieni tego, jak ją postrzega. Teraz cały Klan Wilka wył jej nowe imię, jak i nowe imię Pszczelej Łapy. Sam zaczekał, aż wszyscy inni pogratulują jej, aby zrobić to po nich. Gdy już tłum rozszedł się, podszedł do niej, skinając lekko głową.
— Czyżby ktoś nareszcie miał mnie zaszczycić swoją obecnością w legowisku wojowników? — zaczął żartobliwie, na co ta pacnęła go w ucho.
— Bardzo zabawne. — mruknęła pod nosem. Kocur mimowolnie uśmiechnął się delikatnie. Popatrzył na nią przez chwilę, po czym schylił się i przejechał językiem po jej czole. Kotka spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem, na co ten tylko spoważniał.
— Gratuluję. Czas najwyższy. — po tych słowach odwrócił się i odszedł. Może tego nie poczuł bardzo mocno ani by tego nie przyznał, jednak jego serce zabiło szybciej.

<Kwaśna Kocanko?>