TW Koszmar senny
Dni dłużyły jej się niemiłosiernie, niczym ślimak wybierający się w wędrówkę podczas pory zielonych liści, kiedy to Wysokie Słońce grzało niemiłosiernie. Rozmowa z Łezką sprawiła, że na nowo zaczęła wątpić, czy klanowe życie jest dla niej. Może było nawet, ale na pewno nie w Klanie Wilka, gdzie niemal większość pewnie mordowała dla przyjemności i jak dotąd nikt nic z tym nie robił. Bezczynność nie leżała w jej naturze, lecz nie mogła nic zdziałać, bo co? Stanie przeciwko niemal całemu klanowi? Jeszcze trochę rozumu miała w tym rudym łbie, który poprawnie funkcjonował pomimo upadków z drzewa, kiedy to Piołunowy Dym stwierdził, że nauczy się ją wspinać.
Dręczona powracającymi myślami, opuszczała obóz niemal na całe dni, próbując uciec od tego wszystkiego. Za każdym razem, kiedy wyłaniała się po drugiej stronie ściany krzewów, czuła jakby dostawała skrzydeł, a powiew wolności wzbijał ją wprost na nieboskłon. Niczym mały, rudy ptaszek opuszczający dotychczasowe więzienie, w którym dusił się na każdym kroku, a większe i groźniejsze ptaki patrzyły na malca jak na swój przyszły obiad.
Wraz ze wschodem słońca wyruszyła z patrolem łowieckim, który składał się z jej dawnego mentora, Miodowej Kory oraz jego syna. Zaćmiony Horyzont pomimo niezbyt pozytywnych relacji z Piołunowym Dymem za jej uczniowskich czasów, kotka normalnie rozmawiała z kocurem, który jakby przeszedł metamorfozę, odkąd stał się ojcem zastępczym dla Korowej Łapy. Ruda chętnie słuchała, kiedy wojownik opowiadał o uczennicy, wspominając ze śmiechem niektóre akcje młodszej, kiedy to sama była w tym buntowniczym wieku, a biedny liliowy musiał to znosić.
— Ale nic nie pobije tego upadku z drzewa!
— Piołunowy Dymie… doskonale wiedziałeś, że stchórzę lub zrobię Ci po złości.
— Hmm, może — odpowiedział zaczepnie, na co ruda szturchnęła go barkiem w bok. — Hahaha! No dobrze, dobrze. Lepiej powiedz jak tam u Ciebie?
— Szczerze? Nie ma najgorzej, lecz zaczynam znowu czuć, że klanowe życie nie jest dla mnie…
— Znowu?
— Nim Nikła Gwiazda mianował mnie uczennicą, miałam wrażenie, że to wszystko nie jest mi pisane. Mglisty Sen od początku się w tym odnajdywał, podobnie Gwiazdnicowa Łapa. Ale ja? Długo żyłam nadzieją, że nasza matka zacznie nas szukać i Brukselkowa Zadra niesłusznie zabrała naszą trójkę do klanu.
Na tym ich rozmowa się zakończyła, ponieważ oboje usłyszeli cichy szelest leśnego poszycia, które zdecydowanie bardziej przypomniało jakieś mokradła niż ziemię przykrytą śnieżną okrywą. Każdy z nich ucichł, podkradając się powoli do żylastej myszy, która jeszcze nie podejrzewała, że czai się na nią dwójka łowców. Piołunowy Dym jednak był na przedzie, dlatego ruda postanowiła ustąpić dawnemu mentorowi, obserwując, jak doświadczony kocur bezszelestnie podchodzi tę marną zwierzynę. Każdy kolejny ruch starszego był dokładnie przemyślany i już chwilę później ciszę nieco zagłuszaną świstem wiatru wśród gałęzi, przeciął krótki pisk, kiedy było już za późno dla gryzonia. Ruda podniosła się z pozycji łowieckiej, by z lekkim uśmiechem skinąć głowę w geście aprobaty dla liliowego, który z iskrą dumy w oczach niósł w pysku upolowane zwierzę.
— Jak zwykle jesteś w formie.
— A czy kiedykolwiek nie byłem?
— Kto wie — mruknęła zaczepienie, by odgarnąć grzywkę do tyłu.
Wojownik jedynie przewrócił oczami, kręcąc przy tym lekko głową na boki, choć na jego pysku także widniał lekki uśmiech. Horyzont z czasem zaczęła, zauważyć, jak jej relacja z kocurem uległa zmianie, odkąd dojrzała oraz zakończyła szkolenie. Dawniej Piołunowy Dym był przez nią traktowany jak jeden z największych wrogów rudej, lecz teraz znalazła z nim nić porozumienia, która jak na razie dobrze się trzymała i nic nie zwiastowało, by miało się to w najbliższym czasie zmienić.
Zamyślona nawet nie zauważyła, kiedy trafili do granicy z Klanem Burzy, klanem, którego tereny oddzielały ich od sojuszników. Właśnie tam została zabrana Łezka, kiedy Gąbczasta Łapa powracała w rodzinne strony. Ta mała czarna kulka długo nie zabawiła u Wilczaków, jednak to wystarczyło, by całkiem porządnie namieszać w życiu młodej wojowniczki. Myślała, że już na zawsze się pogodziła z dotychczasową rzeczywistością, a jednak wystarczyła jedna rozmowa, by dawne wątpliwości powróciły niczym grom z jasnego nieba. Zadręczana próbowała od tego uciekać za dnia, opuszczając obóz i poświęcając się polowaniu, a w nocy próbowała samą siebie przekonać, że jest dobrze, tak jak jest obecnie. Mimo to cichy głosik nie dawał jej spokoju niczym upierdliwy komar bzyczący nad uchem całą noc.
Po odnowieniu przy okazji zapachu na granicy ruszyli w dalszą drogę, tym razem jednak już do obozu. Horyzont już mniej chętnie szła, wlecząc się na końcu ich niewielkiej grupy — tym razem prowadził Miodowa Kora, obok którego kroczył Dębowa Łapa, a tuż za nimi Piołunowy Dym, obracając się co jakiś czas za siebie, by sprawdzić, czy aby na pewno jego dawna uczennica podąża za nimi.
— Piołunowy Dymie, ja jeszcze nie będę wracać. Chce spróbować coś jeszcze upolować dla klanu.
Kocur skinął głową, przyjmując słowa kotki do wiadomości. W paru szybszych krokach dogonił pozostałą dwójkę, a kiedy tylko zniknęli z pola widzenia, żółtooka ruszyła w przeciwnym kierunku, kierując się w bardziej oddalone rejony terytorium. Mimo dręczących myśli, jako udało jej się skupić na tym, co mówiła kocurowi. Dlatego też każdy najmniejszy odgłos zwierzyny od razu obniżała się na łapach i po cichu zakradała się jak najbliżej, by wybić się z silnych łap, dopadając gryzonia. Nie zawsze kończyło się to sukcesem, patrząc na to, że z powodu pory nagich drzew piszczek było coraz mniej, a jak już to raczej żylaste, jak to zawsze, kiedy temperatura się obniżała. Jak na razie udało jej się złapać jedynie dwie marne nornice, które raczej nie zaspokoją głodu nawet głodu jednego wojownika na dłużej niż dwa, może trzy dni.
Właśnie zbliżała się powoli do kolejnej możliwej zdobyczy, kiedy niespodziewanie na jej nosie wylądował pojedynczy zimny płatek śniegu, który po chwili zmienił się w niewielką kroplę wody. Lekko zmarszczyła nos, podnosząc się na proste łapy, a w tym czasie gryzoń uciekł w poszycie lasu i później do swojej nory, gdzie był bezpieczny. Kotka jednak tym się nie przejęła, podnosząc wzrok na szarawe niebo, z którego powoli opadał śnieg, topniejącym niemal od razu w kontakcie z błotnistą ściółką. Niektóre płatki znalazły się na rudej sierści wojowniczki, jednak ich żywot także nie trwał długo. Machnęła swym krótkim ogonem, by opuścić swoje żółte ślepia na własne łapy — aż do nadgarstków, a nawet wyżej, były pokryte błotem. Skwaszony wyraz pojawił się na jej pysku, na samą myśl okropnego smaku na języku, kiedy będzie leżeć na posłaniu w legowisku wojowników i zmywać z siebie dzisiejszy brud. Po chwili jednak stwierdziła, że nie będzie się z tym męczyć, gdy wróci do obozu.
Na świst wiatru wśród nagich gałęzi drzew, zastrzygła przeciętym uchem, które było dziełem młodej kuny, podobnie jak trzy szramy na jej grzbiecie oraz jedna na wardze po lewej stronie. Wciągnęła gość głośno powietrze przez nos do płuc, by wyczuć po chwili nikłą woń… drozda! Ten mógłby zaspokoić głód na dłuższy czas niż jakieś marne myszy lub nornice. Nie zwlekając ani chwili dłużej, po cichu ruszyła w stronę ptaka, będący wyjątkową zdobyczą, jeśli tylko jej się uda go pochwycić. Po paru krokach obniżyła się na łapach, przyjmując pozycję łowiecką, by bezszelestnie podejść do drozda. Ruda była raczej dość masywnie zbudowana, przystosowana do walki i korzystania z siły, lecz nie oznaczało to, że nie umiała być doskonałym łowcą. Ćwiczyła to do perfekcji, co teraz zaczynało się opłacać, patrząc na ilość piszczek. Oczywiście nadal nie każde podejście kończyło się powodzeniem, lecz z reguły zawsze wracała do obozu, mając w pysku coś do dorzucenia na stos. Teraz trafił się okres, gdzie mieli wyjątkowo dużo uczniów, a ci byli przyszłością klanu.
Będąc jedynie o długość ogona — oczywiście nie swojego — od brązowego ptaka. Ten nieświadomie szukał w liściach czegoś, co mógłby zjeść, nieświadomy, że już za chwilę stanie się czyimś pożywieniem. Skupiona na jednym punkcie, spięła wszystkie potrzebne mięśnie i już po chwili skoczyła na drozda, który próbował się jeszcze uwolnić spod dużych łap kotki, lecz już po chwili jego ciało stało się bezwładne, kiedy zwisało w jej pysku. Zdobycz ta na pewno przyciągnie uwagę, jednak Horyzont to nie przeszkadzało, w końcu i tak była cieniem swojego brata. Była starsza, a mimo wszystko grała niemal ostatnie skrzypce — jako druga została mianowana, nadal nie miała ucznia, to Sen został wybrany przez Jarzębinę. Na samą myśl o tym ostatnim, zacisnęła mocniej szczęki, a wysunięte pazury zanurzyła w mokrej ziemi. Poczuła się zdradzona, to ona zawsze poświęcała się dla rodzeństwa, dbając o nich, jak tylko mogła. I tak się odwdzięczają?! To z uwagi na nich nadal żyła w klanie, ignorując to, jak to wszystko powoli ją wyniszczało od środka. Nie była zazdrosna o brata, jednak to jak kocur zbliżył się do asystentki medyczki, bolało ją najbardziej.
Głośno przełknęła gule żalu w gardle, która w tak krótkiej chwili zdążyła powstać. Machnęła jedynie jeszcze wściekle ogonem, by obrócić się i odejść do miejsca, gdzie zostawiła wcześniej upolowane piszczki. Nie miała zamiaru jeszcze wracać do obozu, w jej głowie narodził się pewien plan, na którego realizację nie czekała dłużej. Ruszyła w stronę Ciernistego Drzewa, które było samotnym drzewem na niewielkiej otwartej przestrzeni tuż przy rzece. Wokół tego miejsca krążyło parę historii, w które jednak ruda nie wierzyła, choć raczej rzadko kiedy zapuszczała się w te okolice z racji mało dreszczy, których dostawała na sam widok. Do tego grzebano tu zmarłych, więc to samo w sobie nadawało miejscu jakiejś bliżej nieokreślonej aury — cisza panująca wokół bywała wręcz przytłaczająca, sprawiając, że niektórzy czuli się mali, nieważni. Podobnie było w przypadku Horyzont, która właśnie wyłoniła się z lasu, wkraczając na otwarty teren, w pysku niosąc dwie marne nornice oraz drozda, z którego była najbardziej dumna.
Niespiesznie podeszła bliżej drzewa, omijając sznury ciernistych krzewów, które przybierały na gęstości wraz ze zmniejszającą się odległością do drzewa. Mało kto tu się zapuszczał, dlatego było to idealne miejsce na schowanie czegoś na później, kiedy tylko zdecyduje się na opuszczenie klanu. Miała to zamiar zrobić, nim pora nagich drzew przybierze na sile, dlatego czas z każdym dniem jej się kurczył — musiała działać szybko, jeśli chciała bezpiecznie opuścić tereny Klanu Wilka. Słyszała kiedyś od kogoś, że właśnie stąd przybyła Wrotyczowa Szrama, więc gdzieś blisko musiało być jakieś przejście przez biegnącą wodę. Nie znała do końca terenów poza tymi od Wilczaków, lecz docierając tutaj, szła niemal wzdłuż granicy z Klanem Burzy, a następnie Klanem Klifu, od których w tym miejscu oddzielała ich woda.
Po zakopaniu drozda wśród cierni skierowała się do brzegu, by odnaleźć miejsce, gdzie mogłaby bezpiecznie przejść na drugą stronę. Jakiś czas jej to zajęło, jednak w końcu znalazła to, czego szukała — w tym miejscu koryto rzeki było węższe, jednak na tyle szerokie, że nie można było go pokonać jednym skokiem. Na szczęście pośród wody wystawało parę kamieni, które były wystarczająco blisko siebie, by po nich przejść na drugi brzeg. Na ten widok poczuła, jak jej łapy same powoli kierują się w stronę rzeki, a serce zaczęło przyspieszać, jakby całe ciało mówiło, by nie czekała ani chwili dłużej — przecież właśnie stoi przed drogą do wolności. Finalnie jednak zastrzygła lewym uchem, by następnie odwrócić się i po drodze zabierając dwie nornice, udała się w drogę powrotną do obozu, ponieważ zaczynało powoli zmierzchać. Była tak pochłonięta tym wszystkim, że nawet tego nie zauważyła, więc żwawym krokiem przemierzała las, by po jakimś czasie przekroczyć wyjście i znaleźć się na polanie, która powoli milkła. Parę kotów jeszcze rozmawiało ze sobą, zapewne o zmniejszonej ilości zwierzyny i możliwemu zagrożeniu ze strony innych klanów, kiedy to na ich terenach zabraknie pożywienia. Na szczęście Horyzont już to nie będzie obchodzić, już niedługo. Z tymi myślami podeszła do stosu i dorzuciła swoje dwie żylaste nornice, chcąc sobie wybrać coś innego, lecz po chwili zrezygnowała, woląc zostawić coś dla innych, którzy będą bardziej potrzebować jedzenia niż ona. Poruszyła lekko wąsami, by skierować się do legowiska wojowników, gdzie już niemal większość umościła się wygodnie na własnych posłaniach. W czasie, gdy ona dopiero wkroczyła do środka z w połowie ubłoconymi łapami, lecz dla niej to nie miało znaczenia, w końcu i tak lada chwila odejdzie stąd, zostawiając to wszystko za sobą. Wygodnie ułożyła się na mchu, by zauważyć, że jej brat już spokojnie spał — zapewne będzie chciał wykorzystać to, że słońce w porze nagich drzew pojawia się na horyzoncie później, więc w mroku będzie mógł zapolować, nie bojąc się o zauważenie przez zwierzynę. Chwilę później zawinęła się w kłębek, by jeszcze przez parę uderzeń serca mieć otwarte oczy, jarzące się w mroku, by po chwili zasłonić je powiekami.
“Znajdowała się samotnie w samym sercu nieprzeniknionej puszczy. Oprócz niej nie było żadnej żywej duszy, a wszechobecna cisza niemal wwiercała jej się w głowę. Jedynce co po chwili usłyszała to przyspieszone bicie własnego serca oraz szumiącą krew w uszach. Z każdym uderzeniem w klatce piersiowej odnosiła wrażenie, jakby ziemia pod jej łapami odpowiadała na, to gdy ta nagle rozstąpiła się, otwierając swe trzewia. Ruda nawet nie zdążyła jakkolwieka zareagować, by uratować się przed bezwładnym lotem, podczas którego bezsensownie młóciła łapami w powietrzu, jakby pod jej pazurami miała się coś magicznie znaleźć. Wtem niespodziewanie uderzyła twardo w ziemię, aż zabrakło jej dechu w piersiach. Zajęło chwilę, nim się podniosła chwiejnie na łapy, pod którymi niespodziewanie poczuła coś w rodzaju piasku, który powoli ją pochłaniał. Nim to jednak całkowicie miało nastąpić, ukazał się przed nią pewien obraz: ona podczas jednej z nocnych rozmów z bratem, kiedy dzieliła się z nim swymi obawami. Nie słyszała słów, jednak to nie miało znaczenia, ponieważ postać czarnego kocura zwróciła ku niemu swe żółte ślepia. Było w tym coś mrocznego, strasznego, co sprawiło, że sierść wzdłuż kręgosłupa stanęła dęba. Nim jednak zdążyła się dłużej na tym wszystkim skupić, wspomnienie zaczęło znikać, niczym rozwiane przez wiatr.
— Niedługo przyjdę, obiecuję. — Rozbrzmiał głos Makowiec.
— Mamy plan przecież, prawda? — Rozległ się głos młodego Sna, nim jeszcze zostali uczniami.
— Ale jak nie będziesz się starać, to zakończysz naukę. — Doskonale do teraz pamiętała te słowa Jarzębinowego Żaru.
W tle jeszcze udało jej się rozpoznać głos Piołunowego Dymu, Gwiazdnicy i Brukselkowej Zadry, lecz zlewając się w całość, nie była w stanie rozpoznać słów.
— Jesteś do niczego.
— Powinnaś zostać na tym mrozie.
— Nikt Cię tu nie chce.
— Twoje rodzeństwo jest lepsze od ciebie.
Kolejne słowa zaczęły wybrzmiewać, jednak wszystkie miały negatywny wydźwięk, pozostając na znacznie dłużej w zaćmionym umyśle wojowniczki. W tym czasie ruchome piaski pochłonęły ją już niemal całkowicie — nawet nie próbowała walczyć, czując, jak każde kolejne słowo wbija się w jej serce niczym cierń. Wręcz czuła, jak te zaczyna krwawić, a każda kropla posoki wypełnia jej płuca, co w sumie nie mijało się z prawdą, ponieważ już po chwili zaczęła pluć juchą, barwiącą jasny piasek. Czy tak się czuje umierający kot? Jeśli tak to podziękuje.”
Z paniką w oczach gwałtownie się podniosła na posłaniu, ciężko oddychając. Dopiero kiedy zdała sobie sprawę, że już nie jest pochłaniana przez piaski, przetarła łapą pysk, mając wrażenie, że po brodzie nadal jej spływa krew. Nic jednak takie nie miało miejsca. Wręcz z duszą na ramieniu, podniosła się z mchu, by następnie wyjść z legowiska. Na krótki moment oślepiło ją słońce, przebijające się przez warstwę ciężkich chmur na niebie. Na tę chwilę zmrużyła oczy, przyzwyczajając się do ostrego światła.
Na polanie i tym razem było parę kotów, nikt jednak nie zwrócił uwagi na kotkę, która udała się do legowiska starszyzny — już dawno tam nie była i chciała pożegnać się z trójką starszych. Uwielbiała ich opowieści, które zawsze jej umilały uczniowskie obowiązki. Żałowała, że częściej ich nie odwiedzała, lecz powinności związane z byciem wojownikiem całkowicie ją pochłonęły.
— Witaj Kwitnący Kalafiorze, Srebrzysta Łuno i Trzcinniczkowa Dziuplo! — powiedziała radośnie na wstępie, choć można było usłyszeć, jak żal ściska jej gardło.
— Zaćmiony Horyzoncie, jak miło Cię widzieć. Wyrosłaś, odkąd byłaś tu ostatnim razem. — Jako pierwsza odezwała się biała kotka o niebieskawych oczach, która była matką Brukselkowej Zadry.
— Kto widzi, ten widzi — mruknął czekoladowy arlekin.
— A ty jak zwykle w dobrym humorze Trzcinniczkowa Dziuplo!
— Nie przejmuj się, ostatnio stał się bardziej zrzędliwy — stwierdziła Srebrzysta Łuna, na co kocur machnął wściekle ogonem. Na ten widok Horyzont lekko się uśmiechnęła, już zapomniała jak to jest u starszych.
— Co Cię do nas sprowadza?
— Chciałam się pożegnać…
— Pożegnać? Jak to? — spytała zdziwiona Kalafior.
— Odchodzę z klanu. To nie jest moje miejsce, choć bardzo miło było z wami spędzać czas, gdy byłam uczniem…
— Jesteś tego pewna? — dopytywała Srebrzysta Łuna.
— Tak. Długo myślałam nad tym, jednak wszystko mnie w tym utwierdziło.
— W takim razie mam do zobaczenia na Srebrnej Skórze — odparł ślepy Dziupla.
— Do zobaczenia — powtórzyła ruda, podchodząc każdego ze starszyzny, by czułym gestem pożegnać się z nimi. Aż pojedyncze łzy pojawiły się w oczach Horyzontu. Głośno pociągnęła nosem, biorąc się w garść.
— Nie płacz dziecko, wszystko się ułoży — wymruczała Kwitnący Kalafior, ocierając przy okazji spływające łzy. To z nią jako ostatnią żegnała się młodsza.
Po tym z bólem serca opuściła legowisko starszyzny i jakby nigdy nic ruszyła ku wyjściu. Oczywiście łzy cisnęły jej się ciągle do oczu, lecz na szczęście jej grzywka pozwala to zamaskować. Wychodząc przez tunel czuła, jak łapy powoli ją zaczynają mrowić, chcąc się wyrwać do szaleńczego biegu w stronę Ciernistego Drzewa. Jednak musiała się powstrzymać, ponieważ właśnie mijała się z porannym patrolem granicznym, który właśnie wracał do obozu, nie podejrzewając, że będą ostatnimi kotami, które ujrzą Zaćmiony Horyzont. Z grzeczności skinęła im głową, by skupić się już teraz na rozpoczętej podróży. Wzięła głęboki wdech i żwawym krokiem zaczęła przemierzać las.
Zatrzymała się, dopiero kiedy drzewa zaczęły się przerzedzać, ustępując polanie z martwym drzewem pośrodku. Skierowała głowę w stronę, skąd szła, czując, jak ból w klatce się nasila.
— Żegnaj bracie, opiekuj się Gwiazdnicową Łapą. Ja nie dałam rady… Nie rozpaczajcie z powodu mojego odejścia. Żegnaj Brukselkowa Zadro i Wrotyczowa Szramo — powiedziała w przestrzeń. Chwilę później poczuła powiew wiatru, kierujący się w stronę obozu klanu. Miała wrażenie, że ten zefir poniesie jej słowa do uszu odpowiednich kotów. Nim całkowicie oddała się narastającej tęsknocie, ruszyła z dotychczasowego miejsca, podchodząc pozostawionego wczoraj drozda.
Wzięła go w zęby i podeszła do miejsca, gdzie miała niedługo przejść na drugą stronę nurtu, opuszczając terytorium Wilczaków. Nim jednak to nastąpiło, przysiadła na brzegu, by posilić się ptakiem. Jadła raczej w niewielkim pośpiechu, nasłuchując możliwego zagrożenia. Po dłuższej chwili po zwierzynie pozostały jedynie kości i pióra, te pierwsze wrzuciła do rzeki, natomiast te drugie powoli zaczął porywać wiatr. W tym czasie ruda podeszła bliżej i bez wahania skoczyła na pierwszy kamień. Był śliski, lecz udało jej się nie wpaść do lodowatej wody — czuła na łapach chłodne krople, kiedy nurt trafiał na przeszkodę. Później był kolejny kamień i następny, aż w końcu znalazła się po drugiej stronie.
Tak właśnie rozpoczęła nowy rozdział w życiu jako samotnik.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz