BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 sierpnia 2025

Od Kruszynki

Przed tragedią z sępem

Pora Zielonych Liści przeminęła równie szybko, jak sen po przebudzeniu. Pamiętasz go przez kilka sekund, a potem... znika bez śladu. Ciepło odeszło, a zimny, zawodzący wiatr huczał między drzewami Owocowego Lasu, jakby pragnął wyrwać z jego wnętrza każdy liść, każde wspomnienie lata. Nadeszła Pora Opadających Liści – najpierw cicho, niemal niezauważalnie, jak cień przemykający przez polanę. Las zapadł w ciszę. Spokój, który się z nią pojawił, był złudny – leniwy i zdradliwy. Koty, uśpione monotonią szeleszczących liści i chłodnych poranków, straciły czujność. A wtedy przyszły burze. Gwałtowne. Nieprzewidywalne. Agresywne jak rozjuszony drapieżnik. Grzmoty rozcinały niebo z przerażającą mocą niczym pazury szarpiące miękkie podbrzusze. Deszcz lał się strumieniami, wbijając się w ziemię, wgniatając trawy, rozbijając liście, topiąc świat pod sobą. Wiatr wył i szarpał, porywając to, co nie zdążyło się schować – liście, gałązki, nawet lekkie gniazda ptaków. Koty kryły się w koronach drzew, kuląc pod się ostatnimi liśćmi, które służyły im za schronienie. Zimą jednak nie będzie tak łatwo – wtedy będą musiały same zbudować daszki nad głową, by przetrwać chłód i śnieg. Kruszynka, na szczęście, nie musiała jeszcze się tym martwić. Jako uczennica medyka, miała prawo spać w ciepłej dziupli starej topoli, gdzie przechowywano również zioła. Mimo to kuliła się teraz w najdalszym rogu posłania z mchu i piór. Przyciskała się do ściany, a każdy podmuch wiatru sprawiał, że jej drobne ciało jeszcze bardziej się trzęsło. Świergot – jej mentorka – spoglądała na nią kątem oka, układając zioła na drewnianej półce. Niektóre z nich były jeszcze wilgotne – zebrane pośpiesznie, gdy burza dopiero się zaczynała.
— Kruszynko, nie musisz się bać burzy — odezwała się łagodnie kotka, kładąc przed uczennicą kilka roślin.
— Nie boję się burzy, tylko tego, co przyniesie! A może jednak się jej boję… — odpowiedziała Kruszynka drżącym głosem. – Gdyby piorun trafił w nasze drzewo, to nie byłoby już tak fajnie.
Zerknęła na zioła, próbując się skupić, choć serce nadal waliło jej jak oszalałe.
— Kiedy się czegoś boimy, najlepiej odwrócić od tego uwagę — odparła spokojnie Świergot, po czym zakaszlała lekko. Otrzepała futro, uśmiechając się cicho. — A więc powiedz mi, co to za zioła?
Kruszynka uniosła uszy i prostując się, spojrzała uważnie na rośliny. Jej wiedza była już całkiem spora – rozpoznawała większość ziół, znała ich właściwości, wiedziała, gdzie je znaleźć. Była nawet z siebie odrobinę dumna. A jednak miała jeszcze jedno, skrywane marzenie. Chciała poznać innych medyków. Zobaczyć, czego się nauczyli. Może nauczyć się od nich czegoś nowego? Zobaczyć, jak wygląda świat poza Owocowym Lasem... Myśl ta tliła się w niej od dawna, ale dopiero teraz zebrała odwagę, by o niej wspomnieć. Zawahała się, przegryzła wargę. Gdy poczuła metaliczny smak krwi, od razu się opanowała.
— Em… — zaczęła nieśmiało, poruszając łapą po podłodze.
— Nie wiesz, co to za zioło? — zapytała Świergot z lekkim zdziwieniem w głosie.
Kruszynka gwałtownie pokręciła głową.
— Zastanawia mnie… czy możemy spotkać się z innymi uzdrowicielami? — miauknęła cicho i od razu odwróciła wzrok.
— Nie ma takiej potrzeby — odparła mentorka z nutą chłodu. — Mają inne wierzenia. Gdy się spotykają, to tylko po to, by rzekomo rozmawiać z Klanem Gwiazd.
— Ale może i tak warto byłoby się z nimi spotkać? Może dowiedzielibyśmy się czegoś nowego? Może do nich przyjdzie Klan Gwiazd, a do nas Wszechmatka? — odparła Kruszynka, prostując się z odwagą, jakiej wcześniej w niej nie było.
Była pewna, że takie spotkania mogłyby pomóc całemu Owocowemu Lasowi. Zawsze wydawał się samotny, odizolowany od reszty świata. To miało swoje zalety, ale też wiele wad. Bo do kogo zwrócić się o pomoc, gdy zabraknie wiedzy? A może… może wtedy poznałaby też przyjaciół? Kogoś, kto by się z niej nie śmiał. Kogoś, z kim mogłaby dzielić wspomnienia – te dobre.
— Ech, Kruszynko… — westchnęła Świergot. — Wątpię, by coś takiego się wydarzyło. Na razie zajmijmy się naszym domem i wiedzą, którą mamy. Nie bierzmy na siebie cudzych spraw.
Podsunęła zioła bliżej łap uczennicy.
— No już, powiedz mi, co robi to zioło. Musisz nadal ćwiczyć — dodała spokojnie.
Kruszynka zerknęła na mentorkę, a potem przeniosła wzrok na własne łapy. Westchnęła cicho. Miała nadzieję, że pewnego dnia jej głos nabierze siły i zdoła przebić się przez ciszę, dotrzeć do serc innych kotów
— Koper... leczy ból bioder i stawów, pomaga też na niestrawność oraz wzdęcia — odpowiedziała niemal szeptem, patrząc gdzieś w bok, jakby zawstydzona swoją wiedzą.
Świergot przyglądała się jej chwilę, po czym westchnęła łagodnie i przesunęła łapą po jej ramieniu w geście czułości.
— Może kiedyś naprawdę spotkamy się z innymi medykami. Ale na razie… może chcesz wyjść i zebrać ze mną zioła? Omawiałam z tobą różne miejsca, ale przecież nigdy nie pokazałam dokładnie, gdzie co rośnie — zaproponowała z ciepłym uśmiechem.
Szylkretka natychmiast się spięła. Jej ciało zesztywniało, a oczy zaczęły nerwowo błądzić po dziupli, jakby szukały drogi ucieczki. Dopiero teraz dotarło do niej coś, co wcześniej umknęło: burza się skończyła. Nic już nie huczało na zewnątrz. Cisza. Kiedy przestało grzmieć? Czy w ogóle była burza? A może to był tylko wiatr? Kruszynka nie była pewna. W jej pamięci wspomnienie burzy, której się tak bała, było jak przez mgłę. Wydawało się prawdziwe… ale równie dobrze mogło być tylko czymś w niej samej. Echem lęku. Odbiciem czegoś głębszego. Jej uszy poruszyły się niespokojnie, a łapy przywarły do ziemi. Choć powietrze było teraz spokojne, a dziupla bezpieczna – coś nadal dudniło w środku.
— M-myślę, że mogę zostać tutaj i… i powtarzać zioła — miauknęła drżąco, powoli wycofując się w głąb schronienia.
— Ach, Kruszynko… kiedyś mnie zabraknie — powiedziała cicho Świergot. W jej głosie zabrzmiała nuta smutku. — A wtedy będziesz musiała sama wyruszać po zioła. Jeśli nie będziesz wiedziała, gdzie ich szukać, stracisz cenny czas.
Delikatnie pchnęła uczennicę ku wyjściu. Mimo wewnętrznego oporu, mimo lęku, który kłuł ją w piersi jak cierń, Kruszynka wyszła. Przytulona do ciepłego futra mentorki, stawiała niepewne kroki, jak kociak wychodzący po raz pierwszy z gniazda. Szły blisko siebie – a właściwie to Kruszynka kurczowo trzymała się Świergot. Starsza kotka co chwilę skręcała niespodziewanie, zawracała, węszyła intensywnie w powietrzu, jakby prowadził ją niewidzialny szlak. Nagle zatrzymała się i przyspieszyła kroku. Przesunęła łapami trawy, odsłaniając roślinę.
— Spójrz. Skrzyp — oznajmiła krótko, pokazując zieloną, cienką łodyżkę.
Wyrwała ją z ziemi i podała Kruszynce. Młodsza kotka bez słowa wzięła ją do pyska i ruszyła dalej, starając się iść równo z mentorką. Szły długo. Na tyle długo, że łapki Kruszynki zaczęły drżeć od zmęczenia. W końcu dotarły do rzeki. Nie była rwąca, lecz jej nurt był zimny i nieustępliwy. Woda płynęła leniwie, a drobne rybki igrały tuż pod powierzchnią, pluskając cicho wśród kamieni.
— Przepływamy — powiedziała Świergot, zatrzymując się nad brzegiem.
Kruszynka zamarła. Jej oczy rozszerzyły się ze strachu, pysk otworzył w niemym proteście. Futro zjeżyło jej się na karku, a serce zaczęło bić jak szalone.
— J-jak to... przepływamy?! — zapytała z paniką, ale Świergot już wchodziła do wody. Nawet się nie odwróciła.
Zdezorientowana Kruszynka odłożyła skrzyp na brzegu w bezpiecznym miejscu. Ostrożnie zanurzyła jedną łapę. Zimno wgryzło się w nią jak zęby lodu, aż zadrżała, a skóra zafalowała jej na grzbiecie. Nie mając wyboru, zagryzła język i wskoczyła do wody. Metaliczny smak krwi rozlał się po jej pysku – zacisnęła zęby i przełknęła ślinę. Dopiero wtedy zobaczyła, że Świergot czeka na nią pośrodku rzeki. Chwyciła Kruszynkę za kark i pomogła jej przedostać się na drugi brzeg. Wydostały się z wody na drugą stronę i stanęły na łące pełnej wrzosów. Fioletowe kwiaty rozciągały się przed nimi niczym morze, które zapierało dech w piersiach. Ich zapach unosił się w powietrzu – delikatny, kojący, niemal magiczny. Kruszynka otrzepała się porządnie, strząsając z sierści zimną wodę. Dopiero teraz dostrzegła, jak piękne było to miejsce. Jakby znalazły się w innym świecie, z dala od szarości i burzy. Przez krótką chwilę poczuła, że wszystko może być dobrze. Ale ten spokój nie trwał długo. Warkot. Huk. Powiew cuchnącego, obcego powietrza. Kruszynka podskoczyła, a jej oczy rozszerzyły się w przerażeniu. Instynktownie schowała się za mentorką, wciskając się w jej bok. Coś było nie tak.
— To potwór. Niedaleko stąd biegnie Droga Grzmotów, po której one się poruszają. W środku mają Dwunożnych — wyjaśniła spokojnie Świergot, jakby dźwięk potwora wcale jej nie zaskoczył.
Po tych słowach ruszyła dalej przez kolorową łąkę, węsząc z uwagą między kwiatami, jakby właśnie zapomniała o istnieniu zagrożenia. Kruszynka jeszcze przez chwilę stała nieruchomo. Wpatrywała się w gładki, ciemny pas ziemi, który przecinał horyzont – dziwny kamień, po którym przebiegł potwór. W powietrzu nadal unosił się jego zapach: metaliczny, duszny, sztuczny. Przełknęła ślinę i podskakując, dogoniła mentorkę.
— Po co tu przyszłyśmy? — zapytała z wyraźnym zniecierpliwieniem, rozglądając się dookoła. Nie widziała sensu w zbieraniu wrzosów. Przecież te kwiaty nie miały żadnych szczególnych właściwości! No, może poza tym, że czasem dodawało się je do mieszanek, by poprawić smak... dla marudnych kotów, które nie potrafiły przełknąć gorzkich ziół. Absurd! Jeśli coś ci dolega, to cierp i jedz to, co cię uleczy – gorzkie czy nie!
— Poza wrzosami rosną tu też inne zioła — wyjaśniła Świergot, przedzierając się przez fioletową gęstwinę. — Trzeba tylko wiedzieć, gdzie ich szukać.
Kruszynka szła za nią krok w krok, rozglądając się z zaciekawieniem. Choć wcześniej była spięta, teraz wrzosy działały na nią kojąco. Cały świat wydawał się zanurzony w odcieniach fioletu, które kołysały się delikatnie na wietrze. Gdzieś w tle Droga Grzmotów znów zamilkła. Może potwory przestały się poruszać, a może zniknęły na dobre? Nie było już słychać ryku silników ani czuć zapachu dwunożnych. Kotka szła dalej, coraz bardziej pochłonięta tym spokojem. Nie zauważyła, że Świergot zatrzymała się przed nią – uderzyła w nią łapą i od razu się cofnęła. Spojrzała pytająco na mentorkę, unosząc brwi. Świergot nie odezwała się ani słowem. Zamiast tego odgarnęła łapą gęste wrzosy, odsłaniając coś innego – małe, białe stokrotki, które skrywały się pośród fioletu.
— Widzisz, Kruszynko? Czasami wśród tego, co wygląda tak samo, można znaleźć coś wyjątkowego — powiedziała cicho, przysiadając obok.
Kruszynka podeszła bliżej i nachyliła się nad drobnymi kwiatkami. Były delikatne, niemal przezroczyste, a mimo to trwały tu, nieugięte wśród silniejszych i wyższych wrzosów. Wiatr zawiał nagle mocniej – łodyżki stokrotek ugięły się nisko, niemal dotykając ziemi. Ale po chwili powoli powróciły do pierwotnej pozycji, jakby nic się nie stało. Kruszynka przyglądała się im w milczeniu, czując w środku coś ciepłego – coś, co nie było ani strachem, ani złością. Może to była... nadzieja?
Dopiero po dłuższej chwili kotki ruszyły dalej. Droga powrotna była cicha. Przedarły się przez lodowatą rzekę, znowu poczuły zimno przenikające aż do kości, ale tym razem Kruszynka nie drżała ze strachu. Potem skręciły w stronę gęstszej części lasu i zagłębiły się w znajome tereny Owocowego Lasu. Przyszły tu, by szukać ziół – a nie oglądać kwiaty. Tak przecież mówiła Świergot. A jednak Kruszynka poczuła, że mogłaby położyć się na tamtej łące, zamknąć oczy i po prostu... zostać. Trwać wśród fioletu i ciszy, tak długo, aż cały strach z niej zniknie.

〰〰〰

Po dłuższym czasie Świergot i Kruszynka wróciły do bezpiecznego obozu. Ich pyski były pełne ziół, a futra mokre od porannej rosy i rzeki, którą musiały przebyć. Mimo zmęczenia zbiory się udały – zapasy zostały uzupełnione, przynajmniej na jakiś czas. Kruszynka miała nadzieję, że wystarczą na długo. Choć tego dnia zobaczyła wiele pięknych miejsc, a przy Świergot wszystko wydawało się mniej straszne... wciąż wolała zostawać w obozie. Tutaj czuła się bezpieczna. Tutaj nic nie miało prawa jej skrzywdzić... prawda? Gdy wchodziła do dziupli, zauważyła, że jej mentorka zatrzymała się tuż przy wejściu i ostrożnie odłożyła zioła na ziemię.
— Pójdę zobaczyć, jak się ma żłobek i starszyzna — oznajmiła, nie czekając na reakcję uczennicy. Z gracją odwróciła się i zniknęła między krzewami.
Kruszynka westchnęła cicho, po czym sama zaczęła wnosić zioła do wnętrza. Chciała je jak najszybciej schować – by nikt ich przypadkiem nie zdeptał, nie zabrał... albo, Wszechmatko uchowaj, nie zjadł! Kruszynka właśnie ruszyła po ostatnie listki, które wcześniej zostawiła przed wejściem do dziupli. Gdy tylko zbliżyła się do wejścia, pojawiły się w nim dwie znajome sylwetki. Pierwsza należała do Skałki – niemal całkowicie czarnej kotki z białym brzuszkiem i wielkimi, żółtymi oczami, które w cieniu zawsze lśniły niepokojącym blaskiem. Dziś jednak ich światło zgasło. Skałka patrzyła tępo w swoje łapy, jakby próbując się w nich skryć. Od czasu, gdy straciła ojca, prawie się nie odzywała. Ból i żałoba przygniotły ją jak ciężki głaz. Obok niej szedł Czereśnia – jej brat. Jego czekoladowe futro było zmierzwione, przylegało do boku siostry, jakby chciał ją wesprzeć samym swoim ciałem. Żółte oczy skanowały otoczenie z ostrożnością. Kruszynka spojrzała na Skałkę ze współczuciem, ale gdy jej spojrzenie skrzyżowało się z oczami Czereśni, instynktownie spięła mięśnie. Przez ułamek sekundy poczuła niepokój. Dopiero po chwili zauważyła, że kocur trzymał coś w pysku. Zioła. Jej zioła – te, które zostawiła przed dziuplą. Czereśnia podszedł i ostrożnie położył listki na ziemi.
— Mam nadzieję, że to nie problem, że je przyniosłem — odezwał się spokojnie. — Były na zewnątrz, a i tak szliśmy w twoją stronę.
Na moment zerknął kątem oka na Skałkę – troskliwie, z niepokojem. Kruszynka skinęła głową w podziękowaniu. Odebrała zioła i szybko, nieco niechlujnie, odłożyła je do magazynku. Nie chciała sprawiać wrażenia niewdzięcznej – po prostu była spięta. Poczuła, jak suchość w gardle utrudnia jej mówienie, więc kilka razy chrząknęła, starając się nabrać pewności. Obejrzała oboje przybyszów uważnym spojrzeniem.
— D-dziękuję. A z czym do mnie przychodzicie? — zapytała niepewnie, po cichu modląc się w duchu, by Świergot wróciła jak najszybciej i pokierowała wszystkim za nią. Nie czuła się jeszcze pewnie w leczeniu. Wolała pracować pod okiem swojej mentorki, wiedząc, że jeśli popełni błąd, Świergot go naprawi. Sama... czuła się krucha.
— Wydaje mi się, że moja siostra ma ból w okolicy barków — odpowiedział Czereśnia, pomagając Skałce usiąść na posłaniu z mchu.
Czarna kotka tylko zwiesiła głowę, nie odzywając się ani słowem. Jej ciało wydawało się ciężkie, jakby sama obecność była dla niej wysiłkiem. Kruszynka spojrzała na nią przez dłuższą chwilę. Nie widziała nic szczególnego – żadnych ran, opuchlizn. U kotów w jej wieku ból barków mógł oznaczać problemy ze stawami. Typowe. Uspokoiła się nieco, przypominając sobie, czego uczyła ją Świergot. Zanurkowała pyskiem w magazynku. Po krótkim poszukiwaniu wróciła z drobnym, żółtym kwiatkiem oraz pajęczyną. Zaczęła przeżuwać zioło, aż zmieniło się w papkę, po czym ostrożnie nałożyła ją na bark Skałki. Następnie owinęła bark pajęczyną, upewniając się, że opatrunek dobrze się trzyma. Obeszła kotkę z obu stron, sprawdzając, czy wszystko wygląda tak, jak powinno. Gdy skończyła, wyprostowała się i usiadła, spoglądając na swoje łapy.
— Już — mruknęła krótko, nieco zakłopotana ciszą.
Czereśnia skinął głową z uznaniem.
— Bardzo ci dziękuję. Zostawię ją tutaj. Lepiej jej będzie pod waszym okiem — powiedział cicho.
Pożegnał się ruchem głowy i odwrócił się w stronę świata zewnętrznego. W wyjściu minął się ze Świergot oraz jeszcze jednym kotem.
Kruszynka uniosła uszy, lecz niemal od razu je po sobie położyła. Obok mentorki stał bury kocur – Mucha. Lęk ścisnął ją za gardło. Kruszynka zawsze miała trudność w kontaktach z kotami w swoim wieku. Wolała ich unikać, nie wiedząc, czego się po nich spodziewać. Zawsze bała się, że ktoś się z niej zaśmieje. A Mucha... Mucha mógł to zrobić. Dlaczego miałby nie? Rola medyka nie zmieniała faktu, że nadal była tą samą nieśmiałą Kruszynką, która dawniej była obiektem kpin. Nawet jeśli ostatnio wszystko jakby przycichło – koty przestały się śmiać, przestały ją zaczepiać – lęk nadal tkwił w niej głęboko. Wpatrywała się w burą sylwetkę, bijąc się z myślami. Może nie zrobi nic złego. A może… Nie potrafiła się uspokoić. Nie teraz. Nie jeszcze.
— Mucha ma niestrawność, widziałam, jak wymiotował… no i widzisz. Nie jest tak energiczny, jak zazwyczaj — wyjaśniła szybko Świergot, wskazując łapą posłanie.
Kocur, bury, ociężały, z ogonem szurającym po ziemi, usiadł na mchu. Było widać, że nie czuje się najlepiej — jakby coś wielkiego przetoczyło się przez jego wnętrze. Leżał zgarbiony, z przymkniętymi oczami, a jego wibrysy co chwilę lekko drgały. Świergot spojrzała na Kruszynkę. Nie powiedziała nic, ale uczennica od razu zrozumiała. Zioła na niestrawność. Bez słowa pobiegła do magazynku i zaczęła przeszukiwać zapasy. Wybór był szeroki, ale postawiła na trybulę. Jej słodki zapach powinien ułatwić przeżuwanie — zwłaszcza przy tak podrażnionym żołądku. Znalazła parę liści przypominających paprocie, chwyciła je ostrożnie i wróciła do pacjenta. Mucha wyglądał teraz, jakby miał zaraz zwinąć się z bólu. Kruszynka położyła liście przed nim, po czym niepewnie spojrzała na Świergot, licząc, że to ona przemówi do kocura. Mentorka jednak milczała. Spojrzała jedynie na uczennicę wyczekująco.
— Em… m-musisz chwilę pożuć liście, aż poczujesz sok… Potem ci przejdzie — wymamrotała Kruszynka, patrząc ukradkiem na swoją mistrzynię.
Świergot uśmiechnęła się lekko. A Kruszynka, ku swojemu zdziwieniu, odwzajemniła ten uśmiech. Na moment poczuła się… pewna siebie. Ale tylko na moment. Bo zaraz zauważyła coś więcej w spojrzeniu mentorki — cień. Smutek? Żal? A może zmęczenie? Nie potrafiła tego określić, ale poczuła ukłucie niepokoju. Coś trapiło Świergot, tylko co? Kiedy wróciła wzrokiem do Muchy, ten już przeżuwał liść, łzy błyszczały w jego oczach, ale nie z emocji — z bólu. Żołądek musiał go naprawdę mocno skręcać. Po chwili wypluł to, co zostało z rośliny, i położył głowę na łapach. Patrzył tępo przed siebie, jakby próbował nie myśleć o niczym. I wtedy do dziupli wpadł kolejny kot. Rokitnik — bury, zadziorny, zawsze pewny siebie.
— Świergot, proszę! Coś na ból głowy! — zawołał dramatycznie, siadając na ziemi z łapą teatralnie przyciśniętą do czoła.
Świergot przewróciła oczami, ale bez słowa skinęła łbem w stronę Kruszynki. Uczennica niemal uniosła brwi ze zdziwienia. Ile swobody dawała jej mentorka…? Czy naprawdę oczekuje, że sama wszystkim się zajmie? Czy to już… teraz? Z trudem ukryła niepokój, ale szybko wstała i pobiegła do magazynku. Sięgnęła po liście malin — łagodne, bezpieczne, dobre na ból głowy. Położyła je delikatnie przed Rokitnikiem. Kocur spojrzał na nią zaskoczony, potem na liście. W milczeniu je zjadł.
— Możesz iść teraz odpocząć. Jeśli ci nie przejdzie, przyjdź jeszcze raz — powiedziała Świergot stanowczo.
Rokitnik skinął głową i bez słowa opuścił lecznicę. W dziupli zapadła cisza. Świergot westchnęła i przeszła do zakątka, gdzie znajdowały się posłania medyków. Kruszynka szybko podreptała za nią, położyła się na swoim miejscu i wpatrzyła w mentorkę. Jej pyszczek miał w sobie coś siwego — nie tylko przez wiek. Na jej ciele też widać było srebrne ślady czasu. Oczy lekko zmętniałe, spojrzenie spokojne, ale… smutne. Nawet gdy się uśmiechała, widać było, że coś ją przygniata. Kruszynka zwinęła się w kłębek, a potem, jakby słowa same wypłynęły z niej, zapytała cicho:
— Świergot… czy Wszechmatka kiedyś do ciebie przemówiła?
Starsza kotka milczała chwilę. Tylko ogon poruszył się raz, jakby chciała zyskać trochę czasu na odpowiedź. Potem spojrzała na Kruszynkę i powiedziała spokojnie.
— Nie, nigdy — odparła szybko Świergot. — Ona rzadko przemawia. Tylko wtedy, gdy naprawdę musi. Tym właśnie różnimy się od klanów. One uzależniają wszystko od Klanu Gwiazd. To, co dobre, przypisują przodkom. To, co złe… też. Tłumaczą sobie wszystko ich mocą, nie potrafiąc unieść ciężaru własnych decyzji. Zamiast wziąć odpowiedzialność w łapy, zrzucają ją na tych, którzy odeszli. Oskarżają ich, zamiast spojrzeć w swoje serce.
Mówiła spokojnie, z zamkniętymi oczami, układając pysk na łapach. Kruszynka słuchała z uwagą, a jej serce biło nieco szybciej. Po chwili zapytała cicho, ostrożnie:
— A czy ja… mogłabym kiedyś zostać Szamanem?
Zaraz po tych słowach skuliła się lekko jakby przestraszona własnym pytaniem. Przecież Świergot już przyjęła ją na uczennicę medyka. A teraz ona czegoś jeszcze chce? To zabrzmiało zbyt śmiało… zbyt chciwie. Świergot uniosła lekko powieki, spojrzała na Kruszynkę, a jej pyszczek zmiękł.
— Hm… może kiedyś — odpowiedziała łagodnie. — Zobaczymy, jak się potoczą twoje losy. Teraz skup się na ziołach. Ucz się ich zapachu, działania… a może pewnego dnia opowiem ci więcej tajemnic związanych z Wszechmatką.
Jej głos był jak ciepły, wieczorny wiatr. Potem powoli przymknęła oczy i zaczęła oddychać miarowo, cicho, spokojnie. Zasypiała. Kruszynka wpatrywała się w nią jeszcze przez chwilę. W tym zmęczonym pysku wciąż była siła. Cień mądrości. A jednocześnie coś, czego Kruszynka nie umiała nazwać. Troska? Smutek? Czekanie? W końcu i ona położyła głowę na mchu. Wpatrywała się gdzieś w ścianę dziupli, ale myślami była daleko. Bardzo daleko. Marzyła o rozmowie z Wszechmatką. Nie jak klany — nie po to, by uzyskać zgodę, by wszystko zrzucać na duchy. Chciała po prostu... bliskości. Chciała wiedzieć, że gdzieś tam jest ktoś, kto ją słyszy. Może wtedy mogłaby coś zmienić? W Owocowym Lesie? W sobie? Ale nie wiedziała nawet, co dokładnie chciałaby zmienić. Może po prostu… chciała czuć, że ma znaczenie. Że jest kimś więcej niż tą cichą, lękliwą kotką w cieniu Świergot. Może — że kiedyś stanie się kimś, kto też będzie słuchany. Przymknęła oczy. Cisza wypełniła lecznicę. Wszyscy już spali. Tylko w oddali, poza dziuplą, wiatr poruszał liśćmi, jakby szeptał coś, czego jeszcze nie mogła zrozumieć. A w snach… w snach była kimś ważnym. Tam wszystko było możliwe...


[3331 słów; zbieranie ziół z Szamanem]

[przyznano 67% + 5%]

Wyleczeni: Skałka, Mucha, Rokitnik

Od Pustułkowego Szponu CD. Makowego Nowiu

TW: krew, śmierć, walka.

Słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, większość wojowników właśnie wypoczywała po całym dniu, gdy do obozu powrócił patrol graniczny. Jednak coś było nie tak, Piołunowy Dym krwawił, wspierając się o Dyniową Skórę, była z nimi jeszcze Wrotyczowa Szrama, która niespodziewanie wyrwała się do przodu z deklaracją, że Klan Klifu ich zaatakował. Nikt nie miał zamiaru oddawać im ot tak terenów, a tym bardziej nie stawić się na wypowiedzianej wojnie.
Po obozie od razu rozeszły się szepty. Czy Klifiacy naprawdę są aż tak głupi, by zadzierać z Klanem Wilka? Przecież to było oczywiste, że odniosą porażkę, jednak Pustułkowy Szpon nie mógł przewidzieć, że skończy to się dla niego w mało przyjemny sposób. Nikła Gwiazda zarządził, że za dwa wschody słońca wyruszają na wojnę i każdy ma być gotowy.
Czekoladowy kocur od razu zgłosił się do grupy, która wyruszy na pole bitwy, którym była polana przy Czarnych Gniazdach.

***
W końcu nadszedł dzień, w którym dwa klany miały stoczyć walkę. Wymarsz miał miejsce, gdy słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Każdy był gotowy i tylko czekał przy wyjściu z obozu na znak przywódcy.
Pustułkowy Szpon miał zamiar towarzyszyć Poziomkowej Łapie w dzisiejszej bitwie, jednak kocur nie zdołał go odszukać, przy czym czuł wzrok swojej matki i jednocześnie zastępczyni klanu. Odnalazł ją wzrokiem i zauważając, że coś jest na rzeczy. Kotka wyglądała, jakby chciała coś przekazać, nim wyruszą – po krótkim namyśle, ruszył w jej stronę. Rzadko rozmawiali jak nie wcale.
– Witaj Makowy Nowiu – przywitał się z nią dość oficjalnie, lecz nie wiedział, jak inaczej z nią rozmawiać. Prawda, jest jego matką, jak Mroczna Wizja, jednak z liliową nie miał tak bliskiej więzi, jak z niedawną mentorką.
– Witaj Pustułkowy Szponie. – Kiwnęła mu głową. – Jak się czujesz? – zapytała, chcąc na początku nieco ruszyć rozmowę. W międzyczasie Nikła Gwiazda dał znak do wymarszu, tak więc teraz szli obok siebie, zmierzając na wojnę.
– Dobrze, choć ta wojna z Klanem Klifu... Ledwo co ukończyłem szkolenie i już idę walczyć – mruknął, dzieląc się przemyśleniami z przybraną matką. Żałował trochę, że tak mało z nią rozmawiał przez ostatnie księżyce. Nawet w żłobku zbyt dużo interakcji ze sobą nie mieli, a teraz mogła to być ostatnia szansa na rozmowę ze starszą. Nie wiedział, czy oboje wrócą żywi, czego również miała świadomość Makowy Nów.
Kotka westchnęła cicho.
– Cokolwiek się stanie, przed rozpoczęciem chciałabym ci coś powiedzieć. Tobie i twoim braciom. – Wzięła głębszy oddech i spojrzała Pustułce w oczy. – Wierzę w ciebie i naprawdę jestem z ciebie dumna. Ciebie i twojego rodzeństwa. Robicie wspaniałą robotę i chciałam, byście o tym wiedzieli.
– Dziękuję matko – powiedział, ocierając się o jej bok. Ta jedynie uśmiechnęła się słabo do syna, szybko jednak zmieniając wyraz pyska.
Niedługo później znaleźli się przy granicy z wrogim klanem. Był zdeterminowany, by to jego klan wygrał i by on sam wyszedł cało, w końcu miał pewnego przyjaciela, który też bierze w tym wszystkim udział. Będzie musiał go szybko znaleźć i wspierać, nie wątpił w jego umiejętności, jednak Poziomek nie był kotem, który każdemu rzuci się do gardła i żywcem rozszarpie, pozbawiając życia drugą istotę.
Był zwrócony w stronę granicy i obecnie był gdzieś pośrodku grupy, dlatego zauważył i poczuł wzrok swojej mentorki na sobie. Widział po niej, że martwi się o najbliższych, którzy wyruszyli z nią na wojnę. Podniósł wyżej głowę i z dumą czekał, aż wszystko się rozpocznie. Obecnie nie miał żadnych oporów przed zabiciem drugiego kota, już raz posmakował kociej krwi. Już na samo wspomnienie poczuł na języku ten metaliczny smak jeszcze ciepłej posoki. Zero zahamowań, zero współczucia. Po chwili zawył wojowniczo, jak na prawdziwego Wilczaka przystało.
Po chwili obok niego znalazła się Kocankowa Łapa, która do niedawna przebywała w izolacji wraz z matką, najwidoczniej pozwolono jej iść wraz z jej nowym mentorem.
– Ty idziesz ze mną – zażądała i skinęła głową, aby dać mu znak.
– No proszę, młoda i do tego władcza – mruknął z uśmiechem. Nie dało się określić jakim, jednak raczej żadnym pozytywnym. Jego podejście do młodej kotki było raczej mieszane, patrząc na to, jakie plotki krążą w obozie o jej temat, choć z tą klątwą to ktoś zaszalała i to nieźle.
W międzyczasie Nikła Gwiazda rozmawiał z liderką Klanu Klifu, jednak już z góry wiadomo, że jakiekolwiek negocjacje nie przyniosą skutku – Klan Wilka przybył na wojnę, a nie pokojowe pogaduszki. W końcu kocur rzucił się ku liderce z wysuniętymi pazurami.
 Do ataku, Klanie Wilka!
Spojrzał na młodszą, w końcu ona tu przybrała rolę dowodzącą, kocur wolał się dostosować. Ta jednak nagle zniknęła z jego pola widzenia, a Pustułkowy Szpon nie widział zbytnio co robić. Rzucić się ot tak na wrogiego kota, czy może jednak komuś pomóc, na przykład Poziomkowej Łapie. Dobrze nawet nie zakończył swojej rozterki, gdy nad nimi rozległ się śmiech i na polu bitwy pojawiła się liliowa kotka, która widocznie miała jakąś urazę do Klanu Klifu. Kocur nie słuchał jej, w pewien sposób się wyłączając na ten czas.
W końcu koty znowu rzuciły się sobie do gardeł, a młody wojownik w tym całym zamieszaniu nie potrafił się odnaleźć, wszędzie byli walczący wojownicy, posoka z obu klanów, a w powietrzu latały kępki sierści unoszone przez wiatr. W tym całym obrazie zauważył kątem oka brata z Kocanką, jednak nie miało to teraz znaczenia, trzeba wygrać tę wojnę. Momentalnie rzucił się na pierwszego lepszego kota, który wręcz śmierdział Klanem Klifu – jego przeciwnikiem został Królicza Ułuda.
Ten dotychczas stał w bezruchu, aż do momentu, gdy poczuł ból, a na jego ciele pojawiła się rana, która zaczęła sączyć się krwią. Od razu syknął, wysuwając pazury i kładąc uszy po sobie.
– Odbiło ci! – wyrwało mu się, gdy spoglądał w oczy wroga. Zmarszczył brwi i zamachnął się łapą, lekko go raniąc.
– Mi? Raczej wam! – warknął, obrywając pazurami od starszego kocura. Nie była to głęboka rana, jednak na jakiś czas zostanie. Zamachnął się, by zadać kontrę, jednak nie trafił pazurami przez sprawne uniknięcie ciosu ze strony Klifiaka. Ten zacisnął szczękę, gotowy do zadania kolejnego ciosu. Ruszył do przodu, pazurami raniąc Pustułkowy Szpon. On również nie zamierzał tracić czasu na pogawędki. Wojownik uniknął jego ataku, w zamian zostawiając rany na jego boku. Wilczak ponownie zaatakował, jednak znowu coś nie wyszło. Za to Królicza Ułuda tym razem go lekko drasnął.
Pustułkowy Szpon od razu do kontry, lecz nie dosięgnął pazurami kocura. Nie mógł w to uwierzyć, czy naprawdę przegra z jakimś starszym wojownikiem Klanu Klifu?! Nie może przecież podczas pierwszej poważnej walki zawieść matek oraz przodków!
Lekka panika pojawiła się w głowie kocura.
Nagle jakby z nową determinacją, kremowy rzucił się z pazurami na przeciwnika, a na jego łapach pojawiła się kolejna porcja krwi Wilczaka. Na Mroczną Puszczę! Czy przodkowie dzisiaj nie mieli go w opiece? Ponownie pazury Króliczej Ułudy zatopiły się w jego ciele, próbował się od razu odwinąć, jednak dla wojownika to było jedynie draśnięcie, patrząc na stan Pustułki.
Kremowy, z nieznaną dla niego siłą, zamachnął się łapą po raz kolejny. Tym razem... wyjątkowo mocno. Swoimi pazurami przeorał wojownikowi cały pysk. Spojrzał na przeciwnika ze strachem w oczach, po czym cofnął się parę kroków.
Adrenalina kierowała jego ciałem, jednak ostatni cios kocura był idealnie wymierzony w jego pysk. Z gardła młodszego wyrwał się krzyk bólu, lekko zamglonym wzrokiem patrzył na przeciwnika. Gdzieś nieopodal zauważył gałkę oczną koloru zieleni. Czy to... Nie, nie, nie!
Nie zarejestrował, gdy odruchowo przyłożył łapę do pustego oczodołu, z którego sączyła się krew. Gdy zaczęło wszystko powoli do niego docierać, zdjął łapę z pyska. Cała była w jego posoce. Ze strachem w oku spojrzał na Króliczą Ułudę. Co teraz? Umrze? Wojownik pozwoli mu odnaleźć medyka?
Nie wiedział ile tak stali, jednak chyba dość długo, ponieważ walka wokół nich dobiegała końca, gdy niespodziewanie starszy zabrał jego oko ze sobą, jakby to było jego trofeum.
Widząc ruch wojownika, nie mógł własnemu oku wierzyć. Czy ten Klifiak, naprawdę...?! Nie, zdecydowanie za wiele dla niego — i to niby z Klanem Wilka jest coś nie tak, phi.
Finalnie stwierdził nic tu po nim, już się nie przyda na polu walki. Odwrócił się i zaczynając odczuwać coraz większy ból, opuścił miejsce, gdzie na ziemi było pełno krwi i kociej sierści.
W tym czasie w jego głowie powróciły głosy. Tak krótko miał spokój od nich, jednak jak widać chore ambicje i samokrytyka będą jego odwiecznymi towarzyszami.
"Och, przodkowie z Mrocznej Puszczy, co ja takiego zrobiłem, że dziś nie mieliście mnie w swojej opiece...?" – spytał w myślach, po chwili zauważając Makowy Nów. Nie, nie może tak się im pokazać. Ich wzrok się skrzyżował, a kotka powoli ruszyła w jego stronę. Kocur nie chciał, by ta widział go w takim stanie, wolałby teraz szybko wrócić do obozu, zaliczyć nieuniknioną wizytę u Cisowego Tchnienia i zaszyć się na wieki w legowisku wojowników.
– Pustułko – powiedziała tylko i spojrzała na syna. Przyglądała mu się uważnie, przyjmując do siebie jego obrażenia. W końcu, nie zwracając uwagę na czas i miejsce, otarła się czule o niego, pierwszy raz okazując mu cokolwiek więcej, cokolwiek z tej typowej matczynej miłości. – Jak dobrze, że żyjesz, jestem z ciebie dumna – mruknęła tylko.
– Ja... – zaczął, czując, jak łzy zbierają mu się w oku, rozmazując obraz. Tak, dobrze widzicie. Pustułkowy Szpon płacze i to szczerze. – Przepraszam matko, ja nie dałem rady – dokończył załamującym się głosem, wtulając się w bok matki, która w porównaniu do Mrocznej Wizji była mu tak obca, jednak zawsze była, jest i będzie jego przybraną matką.
Makowy Nów nie odezwała się. Stała w ciszy, słysząc ciche łkanie kocura. W końcu ona sama też w pełni go przytuliła. Pierwszy raz. A w kącikach jej oczu również zebrały się łzy, które jednak szybko wytarła, nie chcąc okazywać słabości wśród tylu jej pobratymców, jednak kocur jakoś to zauważył – czuł, jak mięśnie kotki się napięły i rozluźniły, gdy pozbywała się łez z oczu.
– Co masz na myśli Pustułko? Przecież dalej tu stoisz. A patrząc na twój wiek, na doświadczenie w walkach... – nie dokończyła, zamiast tego po prostu tuląc Pustułkę.'
Może i stoi, ale za to w jakim stanie, jednak prawda – kocur nie miał dużego doświadczenia w prawdziwych walkach i w sumie miał szczęście, że nadal tu stoi o własnych łapach.
– Wiem, ale Mrocznej Wizji dawniej obiecałem, że będę najlepszy, a teraz? Mam tylko jedno oko – wyżalił się, marząc o tym, by to wszystko nie było prawdą. Nie może tak skończyć!
– Masz trudniejszy start, musiałbyś pracować dwa razy ciężej – oznajmiła.
– Ja już dawno miałem trudniejszy start. Najmniejszy, najsłabszy z braci, a teraz to... – mruknął, odklejając się w końcu od boku zastępczyni. Musi się wziąć w garść, przynajmniej na jakiś czas, dopóki nie wrócą do obozu.
– A jednak się nie poddałeś – zauważyła. – Jednak zakończyłeś szkolenie w błyskawicznym tempie i to pod okiem Mrocznej Wizji – przypomniała i spojrzała na syna. – Jeśli będziesz chciał, możemy dalej porozmawiać później w obozie. Teraz każdy z nas potrzebuje powrotu do domu – zaproponowała.
– Prawda. Chętnie skorzystam z tej propozycji, choć mnie raczej czeka jeszcze wizyta u Cisowego Tchnienia – oznajmił, siląc się na lekki uśmiech. Nie chciał, by niemal cała rodzina była mu obca, wystarczy, że z Warkotkiem i Krukiem nie ma takich relacji, jakie kiedyś myślał, że będą.
***
Minęło trochę czasu od wojny z Klanem Klifu, Wilczaki nie ponieśli żadnych strat w kotach, jednak nie oznaczało to, że nie było poważnie zranionych. Pustułkowy Szpon i Trzcinniczkowa Dziupla stracili wzrok w jakiś stopniu – czekoladowego kocura spotkał brak prawego oka, starszy wojownik zachował oczy, lecz nic nie widział. Do tego jeszcze Lamentująca Toń straciła łapę. Z sukcesów zdobyli Czarne Gniazda i część lasu, które dotychczas należały do Klifiaków.
Pustułkowy Szpon powoli przyzwyczajał się do funkcjonowania z jednym okiem, jednak teraz raczej mógł zapomnieć o zostaniu czyimś mentorem, co było jego skrytym marzeniem. Chciał nauczać kociaka, któremu by przekazał całe nauki od Mrocznej Wizji, lecz teraz? Sam ledwo daje radę, ciągle odczuwa ból przy niektórych ruchach, do tego regularnie musi przychodzić do medyka, by zmieniać opatrunki na pysku – w końcu infekcja to ostatnie czego chce.
Dawniej chodził dumnym krokiem z uniesioną głową, teraz jednak włóczył łapami przy każdym kroku, trzymając się cienia z pochyloną głową. Wyglądał obecnie jak cień dawnego siebie, jakby tego było mało, to głosy w jego głowie rzadko kiedy dawały mu chwilę odpoczynku. Niemal za każdym razem prosił Cisowe Tchnienie o nieco większą porcję maku na ból, chcąc być na tyle otępiałym, że nie będzie słyszeć głosu ambicji i samokrytyki. Medyczka niemal za każdym razem się nie zgadzała na jego prośbę.
Kocur nie wiedząc co ze sobą zrobić, całe dnie spędzał w legowisku wojowników na zużytym posłaniu. Żadnemu uczniowi nie udało się nakłonić wojownika na chwilowe opuszczenie wyleżanego mchu, by zmienić go na świeży, lub trafić na moment, gdy kocur opuszczał na chwilę legowisko. Czuł jakby żył zawieszony, niby jakoś funkcjonował, lecz wszystko zlewało mu się w całość, mając wrażenie, że marazm coraz bardziej oblepia jego ciało z każdym dniem.
Przełomowym momentem było wyjście do lasu z Makowym Nowiem. Szli w absolutnej ciszy pochłonięci swoimi myślami, choć w przypadku Pustułki było to pochłonięcie przez nieznośne głosy w głowie, lecz i one nie zakłóciły cichego śpiewu liliowej.
– Sikoreczka sikoreczka wleciała przez okienko…
– Śpiewałaś to już kiedyś? – spytał młodszy, idąc po prawej stronie matki, by móc ją w stanie widzieć jakkolwiek.
– Przy was tylko jak spaliście, gdy Mrok nie mogła się wami zająć – odparła. Po jej słowach zapanowała niemal bezwzględna cisza, przedzierana przez jedynie cichy śpiew kotki.
W końcu dotarli, siadając pod jednym z drzew, wtedy też piosenka ucichła, a kocur czekał na słowa marki.
– Pustułkowy Szponie – zaczęła, przyciągając tym samym uwagę swego potomka. – Chcesz być najlepszym wojownikiem, bo obiecałeś to Mrocznej Wizji. Dalej jesteś w stanie to zrobić. Bycie najlepszym wojownikiem polega na przekłuciu swoich słabości i błędów przeciwników w broń. Pamiętasz walkę, którą odbyłeś wraz z Kruczym Piórem, gdy obydwoje byliście jeszcze uczniami? Udało ci się uwolnić, poprzez wykorzystanie błędu twojego brata. Pomimo tego, że byłeś od niego słabszy – zauważyła kotka, spoglądając co chwilę na Pustułkę, by wyłapać jego reakcje. Ten jedynak bez wyrazu spoglądał na matkę. – Masz trudniejszy start od innych. Zwłaszcza teraz, z jednym okiem. Musiałbyś pracować jeszcze ciężej, zwłaszcza że musisz od nowa nauczyć się dobrej walki. I nie sądzę, by treningi zapewniane przez mistrzów pozwoliły ci w pełni dogonić poziomem innych, sprawnych w pełni wojowników – zatrzymała się na chwilę, a w tym czasie kocur chwilowo wysunął pazury, zatapiając je w ściółce leśnej przez głos, który od razu zaczął mówić, że to już koniec dla niego jako wojownika w klanie. – Jednak jesteś jeszcze bardzo młody, dopiero skończyłeś swój trening, a każdy z nas uczy się całe życie. To była twoja pierwsza taka walka, która w dodatku okazała się wojną. To, że jeszcze tu stoisz, jest swego rodzaju dokonaniem, ponieważ zginęło dużo kotów, wielu jest też ciężko rannych, a ty na szczęście straciłeś tylko oko – mruknęła. – Walk czeka cię w twoim życiu jeszcze wiele, nie wiemy co, czyha na nas za rogiem, dlatego mogę wyjść dla ciebie z pewną propozycją. Zakończyłeś już szkolenie, jednak mogę pomóc ci z walką po utracie oka, własnymi treningami. Będziemy wychodzić do lasu, gdzie to ty będziesz szlifował umiejętności, starając się przestawić na nowy tryb walki. Ja będę to nadzorować, będąc często twoim przeciwnikiem. Zakończyć treningi będziemy mogli w każdej chwili, decyzja ta będzie należeć do ciebie, w końcu twój w tym interes. Zacząć moglibyśmy za kilka wschodów słońca, ponieważ wszyscy jesteśmy jeszcze obolali po walkach – wyjaśniła i spojrzała na Pustułkowy Szpon. Ten w głowie próbował na spokojnie przeanalizować propozycję kotki, czego ambicja i samokrytyka nie ułatwiały, choć teraz najgłośniejszy głos należał do wewnętrznej krytyki.
“Jak tak dalej pójdzie, to oszaleję…” – pomyślał, wracając po chwili myślami do obecnej sytuacji.
– Z chęcią skorzystam z twojej propozycji – oznajmił zadowolony. – I dziękuję.
– Nie masz za co mi dziękować. Nie chcę mieć rannych w klanie, zwłaszcza że jesteś młodym wojownikiem, mogącym dokonać wiele. Nie chcę, by cię złapali na pierwszej lepszej walce – powiedziała, odwracając wzrok od syna i kierując go w przestrzeń. Nastała chwila ciszy, przerywana tylko szumem wiatru.
– Mogę się o coś spytać? – odezwał się kocur, na co jego matka kiwnęła głową. – Dlaczego byłaś tak nieobecna w moim życiu?
Makowy Nów westchnęła cicho, łapą zaczynając grzebać w ziemi.
– Nie myślałam, że zadasz to pytanie. Moja nieobecność była aż tak odczuwalna? Nie znasz mojej rodziny. Twojego dziadka, ciotek i wujka. Wszyscy zmarli na długo przed twoimi narodzinami. Matki sama nie pamiętam, jedyne co mi po niej zostało to właśnie ta piosenka. Zniknęła, gdy jeszcze byłam w żłobku, ale mogę powiedzieć jedno, to ona była tą kochającą matką. Mój ojciec nazywał się Gęsi Wrzask. To imię dobrze go opisywało. Krzyczał na nas za każdym razem, gdy przyszedł, nie szczędząc sobie uwag i przekleństw, skierowanych w naszą stronę. Nie raz starał się podnieść na nas łapę. Z dwójki rodziców to on zapadł w mojej pamięci najbardziej. I to po nim mogę się pochwalić większością zachowań – prychnęła. – Wiesz, dlaczego ci to mówię? Bo to jest powód. Nie chciałam mieć dzieci. Przerażała mnie wizja posiadania ich. Bałam się, że będę dokładnie taka jak mój ojciec, dlatego, gdy Mrok wyszła z inicjatywą powiększenia kultu, po prostu wybuchłam. Dopiero po czasie mnie przekonała, a bardziej to ja powiedziałam jej, że nie mogę jej tego zabronić. Tak więc urodziła was. A ja, dalej powtarzając, że nie nadaje się na matkę, starałam się jak najbardziej od was odsunąć, byście nie musieli przeze mnie przeżywać tego, co ja – wyznała, spuszczając głowę. – Mroczna Wizja jest wspaniałą matką. Myślałam, że ona wam starczy.
– Rozumiem, jednak mimo to powinnaś spróbować swoich sił. Mroczna Wizja jest wspaniała, jednak z braćmi mamy dwójkę rodziców, nie jednego. Mając tę świadomość, zawsze, a przynajmniej ja, odczuwałem twój brak. Tyle razy chciałem, byś była naszą matką, lecz za kociaka myślałem, że z czasem wszystko się poukłada samo. Później treningi i w sumie zbytnio nie było, kiedy podejść i na spokojnie porozmawiać jak teraz. Poza tym ty w międzyczasie zostałaś zastępczynią klanu i byłaś zajęta nowymi obowiązkami, do tego szkolenie Kruka. Czułem po prostu, że marnowałbym twój cenny czas na jakieś głupie rozmowy o niczym, by powoli budować relację.
Ten moment był jednym z nielicznych, gdy był całkowicie szczery sam ze sobą oraz drugim kotem. Zwykle całe dni ukrywał wszystko pod maskami, wpasowując się idealnie do każdego towarzystwa, lecz brakowało mu właśnie takich momentów, gdzie nie musiał się bać, że zostanie źle oceniony, odebrany przez pryzmat swojego pochodzenia.
– Chciałbym jeszcze coś wiedzieć. Jak poznałaś się z Mroczną Wizją oraz o co dokładnie chodzi z Kultem Mrocznej Puszczy? Da się usłyszeć, jak niektóre koty o tym szeptają z przerażeniem – powiedział, obserwując dokładnie mimikę na pysku Makowego Nowiu.
Chciał dokładnie wiedzieć, o co chodzi, wraz z tym, czemu inni nazywają go i braci synami kultystek.

<Makowy Nowiu, wtajemniczysz swojego syna w Kult?>

Od Horyzontu CD. Snu

Co tu dużo mówić? Sen pokonał starszą siostrę, choć kotka uważa, że dała mu możliwość wygranej i tyle. W końcu kocur został pokonany przez Gwiazdnicę przed żłobkiem. W przypadku kocięcej walki z Horyzont, to ona została zmuszona do poddania się. Na szczęście Sen nie jest typem kota, co będzie się puszyć z tego powodu, poza tym to była zwykła zabawa – na prawdziwe walki przyjdzie jeszcze czas i to szybciej niż myśli, w końcu będzie musiała zawalczyć z innym uczniem, by zostać prawowitym wojownikiem Klanu Wilka. Jednak czy ona tego chciała? Jasne, już teraz ma predyspozycje do zostania dobrą wojowniczką, lecz zbytnio się w tym nie widzi. A niedawno zaciekawiła ją Jarzębinowy Żar i jej rola w klanie, podobno jest możliwość szkolenia się w dwóch kierunkach jednocześnie, lecz kotka miała lekkie obawy, jakby to miało wyglądać. Czy pogodziłaby ze sobą treningi na wojownika i medyka?Obecnie wolała o tym zbytnio nie myśleć, chcąc się nacieszyć wspólnym czasem z rodzeństwem. Dlatego po wstaniu z pomocą brata, skierowali się razem do stosu zwierzyny, by wybrać coś na śniadanie. Wybór padł na dwa drozdy i nornice – Sen w pysku niósł piszczki, a Horyzont ptaki. Oczywiście to wszystko nie było tylko dla ich dwójki, tylko też dla Niezapominajki i Koniczynka oraz Gwiazdnicy. Horyzont miała zamiar podzielić się z siostrą ptakiem, by reszta mogła na spokojnie mieć dla siebie po jednym zwierzęciu.
– Muszę przyznać, że zaskoczyłeś mnie braciszku – mruknęła, po odłożeniu drozdów na ziemię. Od razu liliowa szylkretka przygarnęła jednego.
– Może nie jestem tak silny, jak ty, jednak też co nieco umiem – odpowiedział kocur, zostawiając nornice przy dwójce rodzeństwa Lodowej Sałaty.
Niedawno dołączyła do żłobka Barczatka ze swoim kociakiem, jednak Horyzont nie miała jeszcze przyjemności rozmawiać z czekoladową szylkretką.
– Na pewno już jesteś ciężki – rzuciła kąśliwie z zadziornym uśmiechem. Jak była okazja to chętnie dogryzała bratu, Gwiazdnicę raczej zostawiała w spokoju, nie chcąc, by najmłodsza jeszcze się obraziła na nią. Wtedy to byłby istny koszmar.

***
Większość dnia wyglądała podobnie do poprzednich, z tą różnicą, że udało jej się zamienić parę słów z Tropem. Ruda dość szybko zauważyła, że jest dość figlarną kotką, podobnie jak rodzeństwo Horyzontu – choć było coś w niej, co odpychało starszą od koleżanki.
Wieczorem większość już układała się do snu, jednak ona z bratem postanowili poczekać i na spokojnie porozmawiać. Rozmowy o później porze zaczęły się stawać dla nich pewnego rodzaju rytuałem, gdzie oboje mogli wyrzucić z siebie co ciążyło im na sercu.

<Śnie, co powiesz na jakąś wieczorną rozmowę?>

Od Lamentującej Toni

Delikatna mgła osnuwała rozległe tereny Klanu Wilka. Słońce ostrożnie wyglądało zza przyszarzałych obłoków, jakby niepewnie rzucając kilka leniwych promieni na ziemię. Szmaragdowe łodygi upstrzone rosą drgnęły nieznacznie, gdy przez polanę przeszły koty, wydeptując za sobą ścieżkę. W powietrzu unosił się zapach wilgoci, jednak dla niejednego nosa wyczuwalny był również niewyraźny odór Klanu Klifu; zbliżali się do ich siedliska. Natura była tego dnia wyjątkowo spokojna, jakby wstrzymując oddech w oczekiwaniu na najgorsze. Tylko mróz bezlitośnie napierał na wilczaków z każdej strony, podszczypując skórę i gryząc poduszki łap, jakby nic nie robiąc sobie z obecnej sytuacji. Koty były cicho — aż zbyt cicho. Lamentująca Toń mogła usłyszeć powolne oddechy swoich pobratymców, dźwięki ich łap stawianych na ziemi. Kątem oka dostrzegała drżenie ich ciał, drganie ogonów. Niektórzy nieśli się dumnie, gotowi ponieść śmierć za swój klan, a inni raczej woleliby uciec… I do tej drugiej grupy należała Lament. Nigdy nie czuła wielkiego przywiązania do Klanu Wilka; połowa wilczaków była jej zupełnie obojętna i jak na jej oko mogli sobie zginąć. Ale nie, oczywiście, że musiała brać udział w tych bezsensownych potyczkach. Nie żeby coś, miała zamiar wszystkim skopać tyłki — po prostu wizja zostania w legowisku i odpoczywania sobie w zaciszu drzew wydawała jej się o wiele bardziej kusząca niż walka za jakąś bandę durni, która nie potrafi nie wychylać wąsów za swój teren. Oczywiście klifiacy byli jeszcze gorsi, bo Klan Wilka był jedynym klanem, który dało się tolerować… ale tak czy siak nie miała ochoty się bić.
Wreszcie fetor klifiaków stał się już praktycznie nie do zniesienia; szczypał jej nozdrza, przytłaczał z każdej strony, łapał się kosmyków futra. Fuj.
Dotarli na tereny krabojadów (czy jak im tam było), a ich oczom ukazały się przygotowane już koty; nie wydawały się jednak tak chętnie do stoczenia walki, jak wilczaki. Nawet ich przywódczyni, Liściasta Gwiazda, wydawała się niepocieszona ich wizytą. Jej oczy przepełnione były lękiem, wąsy drżały, a ogon nerwowo smagał powietrze. I to miała być liderka?
Nikła Gwiazda zamienił kilka zdań z ich żałosną przywódczynią, a wilczaki w tym czasie poczęły wyć jak zgraja psów (do czego ona oczywiście nie dołączyła; bez przesady, miała jeszcze trochę godności). Bojowy okrzyk rozniósł się po całej polanie, przedzierając się przez ciszę, a chwilę później Nikła Gwiazda dał im rozkaz do ataku. Wszystkie koty w szale bitewnym rzuciły się przed siebie. Błysnęły pazury, rozbrzmiały wrzaski agonii oraz szoku i szkarłatna posoka zbruczała ziemię po raz pierwszy tego dnia. Lamentująca Toń jednak nie rwała się do walk. Wmieszała się w tłum, uskoczyła przed ostrymi pazurami klifiaków i skryła się w jakichś zaroślach, ze zmrużonymi ślepiami przyglądając się obrotowi spraw. Widziała, że Klan Wilka miał przewagę; pierwsi klifiacy zaczynali już padać jak muchy, całkiem przytłoczeni ich siłą. I dobrze.
Wkrótce jednak ktoś — albo coś — przerwało starcie klanów, bo zapanowało chwilowe, bardzo niespodziewane milczenie. Po Czarnych Gniazdach rozległ się czyjś głos, ale z daleka Lament nie wiedziała, o czym dokładnie mówiła istota i co tak właściwie się działo; widziała tylko, jak po chwili znów wszyscy rzucają się sobie do gardeł, tym razem z jeszcze większą furią. Wrzaski walczących kotów wbijały się jej w uszy, odór krwi drażnił nozdrza… Lament nie zamierzała mieszać się w te ich sprawy — pewnie nie zrobiłaby nic, gdyby nie to, że nieopodal niej przemknął jakiś klifiak. Klifiak, który najwidoczniej miał zamiar czmychnąć z pola bitwy. Prychnęła z irytacją. Żałosne. Napięła mięśnie, wysunęła pazury i rzuciła się w destrukcyjny wir walki. Zanim zdążyła o czymkolwiek pomyśleć, przejechała pazurami po boku kocura. Odskoczyła na bok, mrużąc oczy i zarzucając łbem. Wojownik najwidoczniej był zbyt oszołomiony, aby się jej odpłacić; zamachnął się łapą, lecz chybił.
Z gardła Lament wydarł się przeraźliwy syk, zanim ponownie rzuciła się na przeciwnika, zatapiając pazury w jego ciele. W jej ruchach nie było zbyt wiele zwyczajowej jej gracji ani delikatności. Teraz każdy jej mięsień drżał z napięcia, a zmrużone oczy skrzyły się wsciekle, gdy naskakiwała na kocura jak rządne krwi zwierzę. Szkarłatne krople posoki rozbryzgnęły się, zatapiając się w ziemi i łapiąc się jej poczochranej sierści. Gdy kocur spróbował się odwrócić, odskoczyła na ziemię, wznosząc w powietrze tumany kurzu i piachu. I to niby byli ci wielcy wojownicy Klanu Klifu? Jak kociaki. Prychnęła, przecięła krótkim ogonem powietrze i ponownie naskoczyła na przeciwnika, tym razem przejeżdżając pazurami po jego pysku. Tylko kilka kropli krwi spłynęło po mordce klifiaka, zanim uskoczył na bok.
A potem wszystko się posypało. W jednej chwili oberwała od tamtego kocura z taką mocą, że momentalnie się zatoczyła, lądując na ziemi. Piekący ból, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyła, rozlał się po całym jej ciele. Poczuła ciepłą posokę na swoim pysku, na swoim grzbiecie... Nigdy nie czuła czegoś takiego. Takiego... dziwnego. Zabawne. Jej oczy momentalnie rozszerzyły się, gdy dotarło do niej, co tak właściwie się działo. Źrenice zwęziły się nieznacznie, a pysk otworzył w niemym krzyku zaskoczenia. Zanim jednak jej przeciwnik zdążył zadać kolejny cios, odzyskała częściowo jasność umysłu i dźwignęła się na równe łapy, po czym zrobiła kilka chwiejnych kroków w tył. Jej obrażenia nie były aż tak poważne, jednak szok i przerażenie sprawiały, że walka szła jej jeszcze gorzej. Nigdy w całym swoim życiu porządnie nie dostała... A teraz nagle okazało się, że nie jest niezniszczalna. Przeciwnik znów rzucił się na nią, a ona tym razem nie zdążyła uskoczyć na czas. Z jej gardła wydarł się stłumiony syk bólu oraz szoku, gdy po raz kolejny oberwała w pysk. Odskoczyła gwałtownie i zarzuciwszy łbem odkaszlnęła, plując na boki szkarłatną posoką... Zanim jednak zdążyła dokładnie przemyśleć swój kolejny ruch, z wrzaskiem naskoczyła na kocura, zatapiając kły w jego ogonie i szarpiąc gwałtownie. Usłyszała trzask, poczuła intensywny odór krwi. Momentalnie przez jej pysk przebiegł cień strachu, zanim dotarło do niej, że wygrała. Dysząc, odskoczyła od kocura, a on… po prostu zachwiał się i z hukiem upadł na ziemię. Zemdlał. Phi, nie mógł znieść odrobiny bólu… Zwykła mysia strawa.
W normalnych okolicznościach pewnie wykończyłaby go i w takim stanie, jednak teraz miała ważniejsze sprawy na głowie — musiała zająć się swoimi ranami. Jej sierść posklejana była posoką, która wciąż sączyła się z jej ciała. Odetchnęła głęboko. Starczyło już jej walk na dzisiaj…
Najwidoczniej jednak wszechświat miał inne plany, bowiem ledwo zdążyła dojść do siebie po walce z jednym śmierdzącym klifiakiem, a czyjeś szylkretowe futro mignęło jej przed oczami i z trudem uskoczyła, unikając ostrych pazurów jakiejś klifiaczki. Prychnęła z wściekłością i zarzuciła łbem. Nie zdążyła nawet wylizać ran po tamtym żałosnym kocurze, a już jakaś inna wronia strawa pchała się jej pod łapy… Dość niezdarnie wyminęła kocicę, tym samym unikając spotkania z jej pazurami, zanim sama rzuciła się na nią, orając jej grzbiet. Kolejne szkarłatne krople krwi zalały ziemię.
Przeciwniczka syknęła wrogo. Obróciła się i w szaleńczym, nieprzemyślanym szale zaczęła wymachiwać łapami. W końcu jej pazury dotarły do barku Lamentującej Toni, zadając jej cios; kocica zawyła i wygięła się, starając się wyrwać z objęć kocicy. Odwróciła się gwałtownie, aby jej oddać, ale chybiła. Kto mógłby przypuszczać, że ból będzie aż tak... bolesny. Klifiaczka tylko prychnęła pod nosem.
— To te wielke wilczaki? Banda głupich, leśnych myszy… — warknęła i rzuciła się na Lament. Naskoczyła na jej grzbiet. Pazury przeciwniczki dotkliwie wbiły się w kark dymnej, a następnie również jej kły zatopiły się w skórę, gdzie głowa łączy się z szyją. Lamentująca Toń zawyła przeraźliwie, starając się wyszarpnąć z uścisku starszej. Nic to jednak nie dało. Wojowniczka szarpnęła, a kocica straciła równowagę i upadła na ziemię. Łapa klifiaczki spoczęła na jej pysku.
— Chcesz coś jeszcze powiedzieć, mysia strawo?
Rzuciła jej pogardliwe spojrzenie spod półprzymkniętych powiek i odkaszlnęła, plując na boki śliną oraz krwią. Po jej całym, poranionym ciele spływała szkarłatna posoka. Nie wiedziała już, co ją bolało. Całe jej ciało odmawiało posłuszeństwa, całe jej ciało piekło i szczypało dotkliwie... Nigdy więcej nie będzie walczyć za ten przeklęty klan. Była gotowa rzucić się teraz do ucieczki i nigdy więcej nie wracać do Klanu Wilka, ale zamiast tego otworzyła okrwawiony pysk i przemówiła ochrypłym głosem:
— Paskudny szczur bez godności... Zdechnij... zdechnij w męczarniach!... — wysyczała, obnażając zęby i zamachnęła się, zatapiając kły w łapie przeciwniczki.
Klifiaczka jęknęła żałośnie, ale nie pozostała jej dłużna. Odskoczyła, po czym od razu ruszyła do ataku. Lamentująca Toń parsknęła; chciała odepchnąć ją tylnymi łapami, ale szylkretka złapała ją mocno między zęby.
Nie pisała się na coś takiego. Poczuła, jak przeciwniczka z całej siły zacisnęła szczęki na jej łapie i nie przestała, dopóki nie poczuła, jak gruchota kość. Wrzasnęła w agonii, wijąc się pod uściskiem przeciwniczki, zanim ta... po prostu sobie poszła. Zawyła i zmrużyła oczy, czując paraliżujący, przeszywający ból w łapie. Jej pierś unosiła się i opadała w rytm nierównych, chrapliwych oddechów. Przeklęci klifiacy... Nad sobą ujrzała rozmazaną sylwetkę Makowego Nowiu, ale ból sprawiał, że ledwo co była w stanie oddychać. Usłyszała cichy głos; dobiegał jakby z daleka, ledwo obijając się o jej uszy. Nie odpowiedziała. Łzy napłynęły do jej błękitnych oczu, gdy zacisnęła szczęki, aby powstrzymać kolejny skowyt przed opuszczeniem jej gardła. Tak właśnie umierał wojownik? Na polu bitwy, wśród krwi i trupów? Nie… ona nie umierała dzisiaj. Nie w ten żałosny sposób. A jednak ból mówił co innego. Nie mogła się poruszyć. Cały świat wirował jej przed oczyma... A może to tylko krew spływająca po jej pysku płatała jej figle; nie mogła stwierdzić. W każdym razie wkrótce pochyliła się nad nią jeszcze jedna sylwetka... tym razem bliższe jej, cętkowane futro mignęło przed łbem Lamentującej Toni, zanim znów poczuła przeszywający ból i... możliwe, że straciła przytomność. Nagle mrok osnuł jej wizję i zamknęła oczy, prawdopodobnie całkiem odpływając. A więc tak smakowała porażka.

Od Gąbczastej Łapy

Powódź

Całkiem niedawno doszły ją wieści, że jej siostra zmarła. W pierwszym momencie to do niej nie dotarło – wyparła to ze swojej główki, nie chcąc do tego wracać. Odpychała tę myśl tak długo i tak zacięcie, że sama przez moment zapomniała, że Mątwiego Marzenia już z nimi nie było. Przypomniała sobie o tym, dopiero siedząc w obozie, zwinąwszy się w kłębek przy jednej ze ścian. Obserwowała rozmawiające ze sobą koty, dzielące się radosnymi nowinkami i przykrymi wieściami. W duszy pragnęła, że ktokolwiek warty rozmowy, akurat by do niej podszedł. Była zbyt przybita, by ruszyć się z miejsca, a jednocześnie łaknęła bliskości, pokrzepienia. Zdawało się, że utęsknieniem w ślepiach, leżała tak przez całe sezony – aż wtem, z nieba lunęły ciężkie, ogromne krople wody, które swą wielkością dorównywały dorodnym winogronom. Wiatr trzeszczał, przeciskając się przez gęste trzcinowe mury. Szarpał gałęzie, porywał kwiaty, które jakiś czas temu zakwitły na sumaku. Niby nic wielkiego – zwykła burza, ot co – a jednak nagle, wraz z wichrem, urwała się gałąź, z impetem trafiając prosto w pysk Krabowych Paluszków. Kotka wrzasnęła wniebogłosy, przykuwając tym samym wzrok niektórych pobratymców. Gąbczasta Łapa zawiesiła wzrok na szylkretce, śmiejąc się z niej pod nosem, co w ostatnich dniach było dla niej wręcz dziwnie nietypowe.
Krople zdawały się przybierać na sile, a razem z nimi, pojawiły się plany, które wysnute zostały przez potomstwo Wężynowej Łapy. Nim jednak doszły one do skutku, coś pękło, coś się ułamało i zatrzeszczało. Na jakiekolwiek instrukcje było już za późno – morskie fale, wzmagane wichrem, uderzyły z całej siły w trzcinowe ściany. Woda z morza, a także rzeki, zaczęła gwałtownie wlewać się do środka obozu, pustosząc przy tym pień na zwierzynę. Wszyscy wojownicy zwalili się z nóg, gdy podmuchy wiatru szarpały za ich futra. Niebo wręcz wrzeszczało. Do uszu dymnej uczennicy raz po raz docierały przerażone krzyki, świsty i grzmoty. Nim zdążyła mrugnąć, straciła grunt pod łapami. Wyciągnęła kończyny do przodu, błagalnie próbując załapać jakikolwiek kontakt z powierzchnią, lecz na to było już zbyt późno. Musiała płynąć.
Dookoła panował chaos. Uczennica kątem oka, co jakiś czas, dostrzegała sylwetki kotów. Przeklinała w myślach parszywy los, który wpierw uśmiercił jej siostrę, a potem, by na wszelki wypadek ją dobić, zesłał im powódź. “Na Klan Gwiazdy! Jak tylko się dowiem, kto do tego dopuścił, to łapy z zadka powyrywam!” – pomyślała, chaotycznie młócąc łapami pod powierzchnią wody. Jej ruchy były jednak na tyle chaotyczne, że w żadnym stopniu nie przybliżała się do celu – do ogromnego drzewa, którego korona wystawała ponad mętną taflę. Gąbczasta Łapa gdzieś nieopodal dostrzegła swoją mentorkę, która z trudnością unosiła się nad powierzchnią. W pierwszym momencie pomyślała, by instynktownie jej pomóc, lecz potem zderzyła się z rzeczywistością. Sama była w znacznie gorszej sytuacji niż ciemnofutra. Nie byłaby w stanie jej pomóc, a w ostateczności zapewne utonęłyby obie, co byłoby ogromnym ciosem dla społeczności Klanu Nocy.
Kotka zmrużyła oczy, przebierając uparcie łapami. Z każdą chwilą uciekały z niej siły, lecz w końcu odniosła wrażenie, że nieco przybliżyła się do upragnionych gałęzi, na których wreszcie mogłaby odetchnąć z ulgą. Nie wiedziała, odkąd pływanie stało się dla niej takie ciężkie. Może wtedy, gdy rozpoczęła pracę z ziołami? Może i wiedziała, co użyć na ból zęba lub kaszel, ale nie była zbyt uzdolniona fizycznie. Czuła, że w tej sytuacji nawet kocię poradziłoby sobie lepiej od niej. Zmarnowana, jednak wciąż zdeterminowana do tego, by przeżyć, szarpała kończynami. “To pewnie jakiś spisek, aby się mnie pozbyć!” – powtarzała w myślach, próbując zachować skupienie. Płynęła dzielnie do przodu, aż do momentu, w którym jej pyszczek nagle całkowicie zanurzył się pod powierzchnią wody. Z jej nosa uciekły już ostatnie bąbelki powietrza, a wtedy do głowy wślizgnęła się myśl: “To koniec”.
Jednak… nie tym razem. Gąbka desperacko wyciągnęła się do góry, biorąc w płuca haust powietrza. Otworzywszy oczy, poczuła, jak krople wody spływają jej po pyszczku. Łapy miała ociężałe i obolałe, a mięśnie piekły ją od bólu. Kolejny ruch był coraz bardziej sztywny od poprzedniego. “To niemożliwe! Jakim cudem, ja, członek Klanu Nocy od urodzenia, tak tragicznie pływam!” – pomyślała z rozpaczą, gryząc się w język. Ten niewielki gest przywrócił ją do porządku. Na krótką chwilę zapomniała o trudnościach, lekko przybliżając się do celu. Może jednak nie było tak źle i tylko przesadzała w obliczu zagrożenia? Nie. Na pewno nie. Z kolejnym nieudanym ruchem, wróciła świadomość tego, że w tym momencie walczyła ona na śmierć i życie. W jej głowie zrodziła się jednak nadzieja – czy gdy zawoła o pomoc, ktoś przyjdzie jej na ratunek? Wpierw otworzyła pyszczek, jednak nie uciekł z niego żaden dźwięk. Jej gardło – ściśnięte, suche. Dymna mogłaby przysiąc, że przed oczami widziała już słaby zarys sylwetek, które należały do gwiezdnych przodków.
— NIECH MI KTOŚ POMOŻE!!! — wydarła się w końcu, zmuszając się do działania. Przestawszy poruszać łapami, dała się ponieść nurtowi – a gdy myślała, że śmierć zaciska wokół niej swe szpony, podpłynęła do niej Rozpędzona Łapa. Szylkretka złapała dryfującą bezradnie uczennicę, trzymając jej nos nad wodą. Sytuacja wydawała się opanowana, a przynajmniej na ten krótki moment, który wypełnił serca obu kotek nadzieją. Potem – prędko i brutalnie – okazało się, że skora do pomocy rówieśniczka, nie była w stanie zbyt długo ciągnąć ze sobą dobrze odżywioną księżniczkę.
— Ech… Nie musisz tego robić — wykrztusiła, godząc się z myślą, że z tej sytuacji tylko jedna z nich wyjdzie żywa; i będzie to Rozpędzona Łapa.
— Będzie dobrze, trzymaj się!
Resztkami sił, szylkretka pchnęła dymną w kierunku drzewa. Ta, nie spoglądając za siebie, uczepiła się go desperacko. Wreszcie poczuła, że jest bezpieczna.
Wkrótce wciągnęli ją na jedną z gałęzi, gdzie wreszcie mogła odsapnąć. Sączyła się z niej woda, której krople powolutku mieszały się z falami. Przeżyła – a to wszystko dzięki Rozpędzonej Łapie, która mimo swojego młodego wieku, odważyła się pomóc większej od siebie towarzyszce. Tak bardzo chciała jej podziękować, lecz była na to zbyt zmęczona. Pływanie zdecydowanie nie było jej mocną stroną, co zdawała się bardzo przeżywać. Położyła pulsującą głowę na łapach i zmrużyła oczy, czując, jak obraz przed nią zaczyna wirować. Jeszcze nim przymknęła powieki, dostrzegła mroczki. Na moment jakby zasnęła.
Złudnie myślała, że sytuacja już jest opanowana, że większość członków Klanu Nocy siedzi już bezpiecznie wśród liści, kryjąc się w ich cieniu przed złowrogimi kroplami. Wtedy otworzyła ślipka, niemal od razu zawieszając wzrok na szkarłatnej plamie, która na tle wzburzonej tafli powiększała się z każdym kolejnym uderzeniem serca. Gąbczasta Łapa przekręciła głowę w stronę Ćmiej Łapy, która siedziała tuż obok niej.
— Ja… ja nie mogę uwierzyć, że to się stało… — mamrotała cicho pod nosem, trzęsąc się nieznacznie z zimna i przeżytego szoku. Dymna rozejrzała się wokół siebie, tym samym napotykając się na martwe ciała kolejno Perlistej Łzy i Różyczki. Ten widok przysporzył ją o ból klatki piersiowej.
— Znałaś kogoś z tych kotów? — spytała niemrawo, wskazując pazurem na zwiotczałe truchła. Nie miała nawet siły za nich płakać, choć ten widok sprawiał, że miała ochotę krzyczeć, przeklinając cały ten świat. Dlaczego nie mogła położyć się teraz w swoim własnym legowisku, by jutro zbudzić się i stwierdzić, że to wszystko było tylko złym snem?
— Wiesz… ja nikogo w powodzi nie straciłam, ale Mątwia Ła- to znaczy… Marzenie… umarła jakiś czas temu. Była moją siostrą — wspomniała, szukając u liliowej choć kapki współczucia.
— Tylko Różyczkę… ale nie zdążyłam jej poznać za dobrze — odparła, po czym podniosła uszy, przypomniawszy sobie o następnych słowach dymnej. — Ojejku… współczuję ci… — dodała, następnie milknąc. Uczennica odwróciła od niej wzrok, by obserwować dalszy rozwój sytuacji.
Jak dotąd Gąbka tylko siedziała na gałęzi, drżąc lekko i próbując jakoś się na niej utrzymać. Szum wody i wciąż uderzające o pień fale, sprawiały, że wszystko wydawało się stokroć mniej stabilne, niż było w rzeczywistości. Dymna czuła się nieco odcięta od świata – a zresztą, nawet nie miała w tym momencie siły, by z kimkolwiek rozmawiać. Siedziała w milczeniu, tępo i bezradnie obserwując to, co działo się tuż przed nią. Aż w pewnym momencie, kątem oka, dostrzegła poruszenie nieco niżej. Starszy wojownik, cały mokry, gorączkowo wczepiał się pazurami w pień, próbując nieudolnie wdrapać się wyżej. Jego łapy trzęsły się już z wysiłku. Uczennica rozejrzała się po innych, jednak nikt nie zwracał na kocura szczególnej uwagi. Każdy był zajęty sobą i swoimi najbliższymi.
Zacisnęła zęby, ostrożnie schodząc nieco niżej. Gdy była już wystarczająco blisko, wyciągnęła łapę w jego stronę.
— Właź! — krzyknęła, starając się przebić przez wichurę i dźwięk uderzających fal. Wtem poczuła, jak jego zimne, rozedrgane łapsko owija się wokół jej przedramienia. Z całej siły pociągnęła go do góry, zaciskając zęby z wysiłku. Przez moment miała wrażenie, że oboje spadną, ale w ostatniej chwili udało jej się podciągnąć na tyle wysoko, że Kolcolist był w stanie już samodzielnie wdrapać się na jedną z gałęzi.
— Na Klan Gwiazdy! Udało się! — zawołała, dysząc ciężko, ale z dumą patrząc na uratowanego wojownika. To była jedna z niewielu rzeczy, które dziś naprawdę jej się udały.
Otarła pyszczek o ramię, próbując pozbyć się kropelek wody z wibrysów, po czym rozejrzała się po pobratymcach. Było ich sporo, ale z pewnością brakowało kilku sztuk. Zmarszczyła brwi ze zmartwienia – ktoś jeszcze zginął?
— Gdzie jest… Latająca Ryba? — zapytała, nieco głośniej, niż planowała, ale może to i lepiej. Może ktoś ją usłyszy, ktoś, kto zna odpowiedź. — Widzieliście ją gdzieś?
Nagły świst, który uciekł z pyszczka Świteziankowej Łapy, przeszył powietrze. Był na tyle głośny, że niejednego kota mógłby o zawał przysporzyć! Właściwie, to prawie mu się to udało – Krabowe Paluszki aż podskoczyła z przerażenia i mało brakowało, a spadłaby w ciemną czeluść wody. Bura uczennica obserwowała przez moment niebo, po czym utkwiła wzrok w oddali, szepcząc łagodnie w stronę Gąbczastej Łapy:
— O tam — wskazała paluszkiem w jedną ze stron. Miała rację, w mroku dało się chwilami dostrzec kształt trzęsącej się postaci, skulonej na czubku skałki, która niegdyś była legowiskiem medyczek. Teraz wyglądał jak osamotniona wysepka, wystająca ponad taflę wody. Stała na nim Latająca Ryba, która wyglądała, jakby lada moment miała osunąć się z powrotem do wody. Gąbka poczuła, jak jej serce bije szybciej. Miała nadzieję, że wojowniczka wytrzyma do momentu, w którym uzyska pomoc, lub w którym woda zacznie opadać. Szkoda by było, gdyby kotka tak pozornie łatwa do uratowania, przepadła na wieki.
“Ciekawe, jak radzi sobie moja mama…” – pomyślała nagle. Czarno-biała zastępczyni jeszcze przed powodzią wyruszyła z obozu, od tamtego momentu jej nie widziała. “A Krewetkowa Łapa? Jej też tu nie widzę” – dodała, przekręcając nerwowo głową. W duchu modliła się do Klanu Gwiazdy, by ten uchronił bliskie jej koty

***

Leżąc smętnie, obserwowała wzruszoną taflę wody. Wczoraj... to wszystko wydawało się takie nieprawdziwe, że dymna nawet nie poczuła realnego zagrożenia. Dopiero dziś to wszystko do niej dotarło. Nie tylko powódź, ale i śmierć jej siostry – Mątwiego Marzenia. Tęskniła już za mamą, która... była, cóż, na pewno gdzieś. Chciała porozmawiać z Różaną Wonią, ale medyczka znajdowała się na odległej gałęzi. Nie miała przy sobie nikogo. Nikogo, z kim mogłaby podzielić się swoimi uczuciami. Westchnęła, przyglądając się kilku kamieniom, które dawniej zwane były legowiskiem medyka. Na pewno ze składziku wypłukały się wszystkie zioła! Całe sezony im zajmie, aby to wszystko odbudować!
Gąbczasta Łapa postanowiła rozejrzeć się po kotach, które ostały się na sumaku. Podniosła swoją głowę bardzo ostrożnie, jednocześnie przyciskając swoje uszy do czaszki. Bała się, że straci równowagę i runie do lodowatej, brudnej wody. Jej futro i tak było już umorusane i posklejane, ale nie chciała przeżywać tego na nowo. Badając teren wzrokiem, dostrzegła kilkoro pobratymców, którzy leżeli na drzewie, jak trupy. Przez chwilę przeraziła się, że może faktycznie w nocy umarli! Na szczęście, gdy dostrzegła ich powoli opadające i unoszące się boki, rozluźniła nieco mięśnie. Delikatnie podciągnęła się w stronę jednego z wężyniątek, ciężko oddychając.
— Wężynowy Splocie, cześć! — wyszeptała, nachylając się nad pyszczkiem wojowniczki. Wyglądała na smutną, wręcz przygnębioną. Leżała tak, jakby wszystkie siły już z niej uciekły. — Może coś cię boli? W razie co... mogę postarać się poszukać jakichś ziół, gdy tylko woda opadnie! Chciałabyś?
Zielonooka ani drgnęła na słowa uczennicy. Kotka wtem przypomniała sobie o Rosiczkowej Łapie. Szylkretka faktycznie tamtej nocy nie usnęła wraz z resztą na gałęziach. Musiała być gdzieś daleko... lub głęboko. Pod wodą.
— Nie marnuj na mnie ziół, są koty bardziej poszkodowane — wychrypiała wojowniczka, po czym spojrzała na dymną tylko po to, aby ocenić, w jakim jest stanie. Gąbka nie wyglądała dobrze, ale nie wyglądała też źle. Nie miała widocznych zranień, lecz była nieco zziębnięta i pokrzywdzona przez lepkie błoto, a także ostre gałęzie. — A Ty… Jak się czujesz?
Gdy dotarły do niej słowa szylkretki, ciężko westchnęła. Spoglądając na jej pyszczek, mogła dostrzec kompletny brak nadziei. Nic dziwnego, że zachowywała się właśnie w ten sposób. Gąbkę, oprócz psychicznego stanu Wężynki, martwiły też jej poharatane plecy, na których futro było pozlepiane krwią.
— Nie mów tak! Żadne zioło użyte po to, aby drugi kot poczuł się lepiej, nie jest zmarnowane — zapewniła ją, zaciskając ząbki. Nie do końca wiedziała, jak się pociesza inne koty. Nie była w tym zbyt dobra, ale czuła, że tego właśnie potrzebuje wojowniczka. — Może kilka ziarenek maku? — zaczęła wymieniać. — I trochę szczawiu — dodała. Jego liście w formie papki świetnie leczyły rany. Dymna obawiała się tylko, że nie uda jej się odnaleźć tego, czego w tym momencie potrzebowała. — Jakoś damy radę... — wymamrotała, odwracając łebek od Wężynowego Splotu. — Hej, a może, aby odciągnąć się od złych myśli, chciałabyś pomóc mi i Różanej Woni poszukać ziół, gdy woda już opadnie? Nie wiem, czy mentorka na to pozwoli... ale zawsze można spróbować! — zaproponowała. Wężynowy Splot wykrzywiła pyszczek, biorąc powietrze w płuca. Nie odpowiedziała, a jedynie odwróciła głowę.
— Chodźmy rozejrzeć się po obozie — westchnęła i podniosła się z miejsca, uważając przy tym na Lulka. Skrzywiła się delikatnie, dopiero teraz poczuła jak bardzo bolą ją łapy.
— Ja pokręcę się w legowisku uczniów, może zajrzę do wyjścia z obozu — poinformowała uczennicę medyczki, zeskakując w tym samym czasie z drzewa. Resztki wody obmyły jej łapy, ochładzając już i tak zmarznięte ciało.
Dymna przechyliła główkę, widząc, jak Wężynowy Splot zeskakuje z gałęzi. Gdy opadła na ziemię, dookoła niej rozbryznęła się woda. Chciała jej powiedzieć, aby na siebie uważała, ale nie zdążyła. Wymamrotała tylko coś pod nosem i niechętnie zeskoczyła w dół. Chłodna, mętna woda owinęła się jej wokół łap, sięgając aż do łokci. Bycie niskim to jednak okropne przekleństwo!
— Dobrze! Ja zobaczę, co w legowisku medyka, choć nie liczę na wiele... — mruknęła pod nosem. Sama już nie wiedziała, czy mówiła to do samej siebie, czy do szylkretki. Powoli, z bijącym sercem w klatce piersiowej, zbliżyła się do miejsca, w którym spała od ostatnich kilku księżyców. Cały dach z tataraka i gałęzi sumaka był zniszczony, co bardzo ją zmartwiło. W wodzie kręciło się kilka przemoczonych, zniszczonych ziół, a po składziku nie było już ani śladu. Ten widok zmroził jej krew w żyłach. Tak długo pracowała z Różaną Wonią, aby niczego im nie brakowało, a teraz? Teraz nie było już nic! Lamentując cicho, wygrzebała się spomiędzy dwóch głazów, wychodząc na środek obozu.
Przez moment stała w bezruchu, a w jej oczach zbierały się łzy. Czuła się bezsilna, pokonana.
Postanowiła, że jeszcze raz dokładnie rozejrzy się po legowisku, by upewnić się, że nie zostały tam żadne zioła, które mogłyby się jeszcze na coś przydać. Nadzieja, choć niewielka, wciąż cicho tliła się w jej sercu. Najpierw wsunęła się do zniszczonego legowiska emerytowanych kotów. W środku było cicho, ale ruchy Gąbczastej Łapy niosły się tu echem. W kącie dostrzegła dwa posłania, oba rozklekotane i przesiąknięte wodą, ze złamanymi patykami i zniszczoną korą. Wyglądały, jakby lada moment miały się kompletnie rozpaść. Ostrożnie podeszła do jednego z nich i nachyliła się, obwąchując je dokładnie. Do jej nozdrzy napłynął znajomy, choć słaby zapach stęchlizny i wilgoci. To musiało być posłanie Zimorodkowego Życzenia. Pamiętała ją, była kiedyś medyczką w Klanie Nocy. Uczennica miała jeszcze w głowie wspomnienia, w których to liliowa pochylała się nad rannymi, podając im zioła. Szkoda, że musiała zrezygnować z tej roli. Przez obrażenia... chyba. Dla dymnej nie było to do końca jasne, w końcu była wtedy jeszcze dosyć młoda.
Nie udało jej się znaleźć nic użytecznego. Może trochę mchu, który jednak był napęczniały od brudnej, niezdatnej do spożycia wody. Kotka westchnęła i ruszyła dalej, tym razem zatrzymując się przy kolejnym posłaniu. Niewątpliwie należało ono do Krzyczącej Makreli. Na tę myśl, Gąbka lekko zadrżała. Jeszcze nie tak dawno przynosiła mu zioła, próbowała zrobić wszystko, aby nie czuł bólu związanego ze starością. A teraz? Teraz srebrny był już tylko wspomnieniem. Siedział gdzieś na Srebrnej Skórce, z daleka spoglądając na swoich towarzyszy. Może nawet smutno się do nich uśmiechał, jednocześnie cicho im kibicując? Zacisnęła szczękę, starając się nie poddać temu drapaniu w gardle i ścisku w klatce piersiowej. Czuła, jak łezka zbiera się w kąciku oka, ale szybko zamrugała i wypuściła powietrze z płuc. Musiała się skupić, to nie był czas na opłakiwanie zmarłych pobratymców. Oderwała wzrok od posłania i ruszyła dalej, ostrożnie.
Tym razem jej łapy zaprowadziły ją pod wejście do izolatki. Przez chwilę się zawahała, przekrzywiając delikatnie głowę. Dopiero teraz zauważyła jej obecność. Nigdy wcześniej nie zwróciła na nią uwagi. W końcu... w Klanie Nocy nie było żadnych dzikusów, którym przydałoby się takie miejsce. To pomieszczenie zawsze wydawało się zbędne, jak relikt przeszłości, który tylko zbiera kurz. Gąbczasta Łapa ostrożnie wsunęła głowę do środka, czując, jak jej serce przyspiesza. W ciemności mogło kryć się wszystko! Niestety jej wyobraźnia podsuwała jej tylko same najgorsze scenariusze. Czy zaraz coś na nią wyskoczy? Może potwór? Albo jakiś duch? Poczuła się, jak małe kocię, które po usłyszeniu opowieści od starszych, po raz pierwszy opuszcza żłobek. W tym miejscu panował dziwny półmrok, a z każdej strony dobiegał nieprzyjemny chlupot. Kotka wzdrygnęła się mimowolnie i cofnęła o kilka kroków, mrużąc oczy. Niczego nie dostrzegała, ale jej mięśnie były spięte, jak naciągnięta żyłka. Wypuściła z siebie ciche westchnienie, fukając pod nosem na własną głupotę i ruszyła do składziku. Jeszcze niedawno w tym miejscu roiło się od ziół, ususzonych liści, patyków i pajęczyn, a teraz? Panowała tu pustka, wszystko zniknęło. W wodzie pływało tylko kilka połamanych łodyg, które przypominały o tym, że niegdyś było tu inaczej. Gąbka zmrużyła oczy. Czy faktycznie nic tu nie zostało, czy może po prostu była zbyt rozkojarzona, by to dostrzec?
Z każdą chwilą miała wrażenie, że powietrze robi się coraz cięższe, a wszystkie zapachy o stokroć intensywniejsze. Gdy dotarła do miejsca, w którym dawniej spoczywali chorzy, uderzył ją zapach – silny, nieprzyjemny zapach śmierci i choroby. Choć już wcześniej także tu przebywała, dopiero teraz poczuła to wyraźnie. Może wcześniej jej umysł nie chciał tego przyjąć, a może dopiero teraz otworzyły jej się oczy (płuca)? Nic dziwnego, w końcu strach potęgował tu wszystkie sygnały, odbierane przez jej narządy zmysłów. Nie chcąc dłużej tu przebywać, odwróciła się gwałtownie i niemal podbiegła do ostatniego kąta lecznicy. Miejsca, którego odwiedzać nie chciała, a mimo wszystko ją tu przyciągało. Dwa legowiska. Jedno większe, pachnące znajomo. Tam zawsze spała Różana Woń. Nawet gdy Gąbka udawała, że nie patrzy, kątem oka obserwowała, jak czarna kotka się układa, jak mruczy coś przed sen. Drugie legowisko – mniejsze, nieco poszarpane, ale wciąż... nie dało się zaprzeczyć, że należało ono do niej samej. Gąbczasta Łapa poczuła, jak serce ściska jej się w klatce piersiowej. Na początku próbowała zachować spokój, oddychać równomiernie, powtarzać sobie, że nic się nie dzieje. Ale widok jej własnego posłania, opuszczonego, zniszczonego... to? To było za wiele. Łzy, choć próbowała je powstrzymać, spłynęły po jej policzku. Zanurzone po łokcie w lodowatej wodzie łapy, poczęły drżeć. Mimo chłodu zrobiło jej się... dziwnie ciepło.

***

Gąbczasta Łapa leżała w prowizorycznym legowisku medyczek, trzymając głowę na łapach. W jej koszmarach wciąż objawiała się tamta powódź, która zniszczyła całe ich dotychczasowe obozowisko. Zniszczyła… wszystko. Każdy stos zwierzyny, każdą kępkę ziół, każde legowisko. Choć jej pobratymcy dzielnie trudzili się nad tym, by odbudować obóz, ona nie potrafiła ruszyć się z miejsca. Całymi dniami zamierała w bezruchu, tęskniąc za wersją siebie sprzed śmierci siostry i powodzi. Była wtedy radosna. Szczęśliwa. A teraz była tylko cieniem dawnej siebie. Chodziła przybita, niemalże nie odzywając się do innych kotów. A jednak wciąż posiadała obowiązki, które musiała wykonywać. Z tego powodu zdziwiła się, gdy podeszła do niej szylkretka. Jedna z córek Wężyny. Gąbczasta Łapa powoli przeniosła wzrok na jej pyszczek – Rosiczkowa Kropla, żywa, choć jeszcze niedawno wszyscy z jej rodzeństwa opłakiwali jej śmierć. Ciekawe, jak wygląda życie, gdy twoi bliscy myślą, że już na zawsze cię stracili.
— Co tam? — wychrypiała w końcu, sama zdziwiona swoim głosem. W tym momencie zaczęła rozumieć stan Wężynowego Splotu, zanim Rosiczka się odnalazła. Dymna odchrząknęła, próbując pozbyć się flegmy, która zalegała w jej gardle. Potem, by jakoś pokazać się przed wojowniczką, podniosła się z miejsca. Przez fakt, że miała napuszone i zmierzwione futro, wyglądała, jakby była o wiele większa, niż zazwyczaj. Gdzieś między kołtunami powtykane miała pokruszone listki, połamane gałązki i wyschnięte kawałki błota. Wyglądała tragicznie – jakby całe dnie spędzała na spaniu – choć co prawda stwierdzenie to było bardzo bliskie prawdy. Rosiczkowa Kropla cofnęła się, swój pyszczek wykrzywiając w gorzkim grymasie. Gąbczasta Łapa zmarszczyła brwi. — Języka ci w gębie brakuje? Odezwij się — dodała zrezygnowana, chcąc mieć już te upokarzające spotkanie za sobą.
— Ugh, nie musisz być od razu taka niemiła! — mruknęła niepewnie szylkretka, przewracając oczami. Jej ruchy były ostrożne, ale widocznie przemyślane. “Kolejna, co próbuje naśladować swoją szurniętą mamusię! Świetnie” – pomyślała dymna. — Przyszłam tylko powiedzieć, że podczas pracy rozbolał mnie bark — dodała, ściszając głos. Uczennica podeszła bliżej, oglądając Rosiczkową Kroplę. Spojrzawszy na nią, stwierdziła, że kotka nie ma na skórze widocznych ran, co musiało oznaczać, że problem leżał gdzieś głębiej. Gdzieś w środku.
— Byłabyś w stanie opisać mi to uczucie? — zapytała, odgarniając futro szylkretowej kocicy, która drgała z bólu przy każdym silniejszym nacisku. Spojrzała na jej pyszczek, który mówił sam za siebie – młodsza czuła ogromny ból. Pod jej włosami wokół barku pojawił się obrzęk. — Zapewne go sobie wybiłaś — zdiagnozowała pacjentkę, która skupiona na tym, by nie wydrzeć się zaraz na cały głos, zagryzała szczękę. Dymna postanowiła działać szybko. Chwyciła w zęby liście wierzby, których mieli tu pod dostatkiem i rzuciwszy je pod łapy Rosiczki, rozkazała przełknąć:
— Musisz je zjeść, dobrze? Uśmierzą nieco ból, podczas gdy ja będę nastawiać ci bark — poinstruowała wojowniczkę, w której oczach pojawiło się zmartwienie. Gąbka, widząc to, wypuściła powietrze z płuc. — Nie masz się o co martwić, jesteś w dobrych łapach! — zapewniła ją, z uśmiechem wymalowanym na pyszczku. Szylkretka posłusznie przeżuła liście, nawet nie protestując. Można by pokusić się o stwierdzenie, że ból kompletnie odebrał jej chęci do dalszej dyskusji, co znacznie ułatwiało medyczce sprawę.
— Połóż się — poleciła. Rosiczkowa Kropla ugięła łapy, następnie kładąc się na boku. Kurz i pył od razu osiadł na wcześniej niezabrudzonym futrze kotki. Brązowooka oparła delikatnie swoje przednie łapy na jej barku, lecz zanim przeszła do następnego etapu, z pyszczka szylkretki wyrwało się zdanie:
— Tylko szybko, proszę!
Gąbczasta Łapa skinęła głową, a następnie sprawnym ruchem nastawiła kotce staw.
— I co? Nawet nie poczułaś, prawda? — mruknęła zadziornie, robiąc kilka kroków w tył. Nie spuszczała wzroku z wojowniczki, która podniosła się ociężale z gleby – już chciała uciec, jednak dymna zatrzymała ją ruchem swojej łapy. — A dokąd to? Chyba nie myślisz, że puszczę cię wolno! To nie jest takie hop siup, jakby ci się wydawało — miauknęła twardo, unosząc jedną brew w górę. Rosiczka nie wyglądała na szczególnie rozweseloną. — Musisz odpoczywać co najmniej do jutra. Jeśli znowu zaczniesz ‘pracować’, istnieje ryzyko, że ponownie wybijesz sobie bark! — przestrzegła ją, opuściwszy swoją łapę w dół. Szylkretka, domyślając się, że uczennica jej nie odpuści, usiadła gdzieś na uboczu.
— Niech ci będzie — burknęła pod nosem, wzrokiem wędrując w stronę swojej rodziny. Obserwowała ich ze smutkiem i tęsknotą w oczach, jakby już od kilku sezonów nie zamieniła z nimi ani jednego słowa. Gąbka zaczęła zastanawiać się, czy to celowa metoda manipulacji, czy Rosiczka naprawdę tak bardzo pragnęła porozmawiać z najbliższymi.
Postanowiła, że się do niej dosiądzie – choć towarzyszka nie sprawiała wrażenie chętnej na pogaduszki. A przynajmniej nie z nią.
— Na co tak patrzysz? — zapytała łagodnie, przekręcając łebek. Szylkretka w odpowiedzi jedynie westchnęła, tym razem spojrzenie swych zielonkawych oczu przenosząc na ciemną kotkę. — No dobra, może pozwolę ci iść, jeśli obiecasz, że będziesz odpoczywać. Co ty na to? — zaproponowała, zagryzając wargę w niepewności. Czy właśnie o to chodziło Rosiczce? Mimo wszystko nie chciała jej tu trzymać mimo woli – po prostu nie czułaby się z tym dobrze. Rosiczkowa Kropla zgodziła się na warunki uczennicy, podnosząc się z miejsca. Jej kroki wciąż zdawały się takie chwiejne i niepewne, nieco kulawe. “Dziwna. W tej rodzince to chyba dziedziczne…” – pomyślała, ze wzrokiem zawieszonym na odchodzącej kotce. “Wydaje się jednak lepsza, niż swoja matka i jej pomioty” – zachichotała.

Wyleczeni: Rosiczkowa Łapa (Rosiczkowa Kropla)

Od Króliczej Ułudy do Źródlanej Łuny

Przeszłość

Był zły na swojego brata. Myśl o tym, że mógłby zostać za niedługo zastąpiony przez Kukułczą Łapę, nie dawała mu spokoju od kilku ostatnich dni. Jedyne, czego w tym momencie chciał, to jakieś wsparcie, a także... zemsta. Chciał na siłę zrobić wszystko, aby pokazać bratu, że wcale z niczym nie zostaje w tyle. Chciał udowodnić mu, że radzi sobie równie świetnie i że nie ma czasu na martwienie się o to, czy Zajączek będzie z nim rozmawiał, czy nie. Przechadzając się niespokojnie po obozie, przypadkowo wpadł na jedną z kotek. Była zdecydowanie starsza od niego, nie przebywała już w legowisku uczniów. Miała półdługie, siwe futro, a także zgrabną sylwetkę. Była raczej przeciętnego wzrostu, ale zdecydowanie nie wyglądała zwyczajnie! Jej skupione, żółte ślepia, obserwowały Króliczą Łapę w oczekiwaniu.
— Najmocniej przepraszam! — miauknął z powagą, a potem lekko pochylił głowę przed wojowniczką. — Nieczęsto coś potrafi mnie wybić z rytmu, ale proszę, nagle zjawiłaś się na mojej drodze — dodał, starając się ukryć niepewność. Czy na pewno tego właśnie chciał? Czy chciał zaprzyjaźniać się z jakąś kotką tylko ze względu na to, że był zazdrosny o swojego brata? Ona spojrzała z góry na łaciatego uczniaka. Musiała przyznać, nie kojarzyła go zbyt dobrze. Gdzieś z tyłu głowy pojawiały jej się dwa imiona, Zając i Królik, ale nigdy się nie skupiała na tyle na rodzeństwie, aby móc ich rozróżnić.
— Ach, no cóż — nieznacznie poruszyła końcówka ogona, unosząc brew na ton kocurka. — Przeprosiny przyjęte. Nie wydaje mi się, abyśmy się wcześniej zapoznali; Źródlana Łuna, miło mi.
Kremowy odetchnął z ulgą.
— Królicza Łapa — przedstawił się spokojnym, opanowanym głosem, choć końcówka jego ogona nerwowo drgała. — Chcesz może przejść się na jakieś polowanie? Jest ładna pogoda... — tu na chwilę się zatrzymał, spoglądając na niebieską kotkę. — Szkoda, aby się zmarnowała, a ja chętnie przeszedłbym się nad morze — dodał. Jego serce zabiło nieco szybciej, nie miał pojęcia, czy zupełnie obca dla niego wojowniczka zgodzi się na spacer. Źródlana Łuna nieznacznie zmarszczyła nosek, obracając głowę w stronę wyjścia z obozu.
— Dobrze — zwróciła się z powrotem do kocurka. — Znam miejsca, które zamieszkuje wiele ptactwa. Nie wydaje mi się, aby Gasnący Promyk miała coś przeciwko — nie czekając na Królika, zaczęła kierować się w stronę wodospadu. — A jeśli tak, to wyjaśnię to później. Tylko nie zrób niczego głupiego.
— W życiu! Ja? Coś głupiego? — zaśmiał się, zerkając z boku na kotkę. Mimo że próbował zabrzmieć pewnie, jego śmiech wybrzmiał nieco zbyt wysoko, zbyt dziecinnie. Źródlana Łuna nic nie odpowiedziała, tylko szła dalej przed siebie. Jej krok wydawał się dla Króliczka taki spokojny, elegancki. Lada moment znaleźli się wśród wysokich traw. Słońce grzało ich miękkie futra, a źdźbła muskały ich boki. W oddali niósł się skrzek mew. Wszystko wydawało się takie spokojne – przynajmniej na zewnątrz. Kremowy czuł, jak przez jego głowę przechodzi wiele myśli naraz. Milczenie między nimi zdawało się ciągnąć przez wieczność, a im dłużej trwało, tym bardziej Królik zaczynał się zastanawiać nad tym, czy nie zabrzmiał głupio. Chciał być przy kotce kimś poważnym i dojrzałym, a nie kolejnym terminatorem z głupkowatym uśmieszkiem na pyszczku i zmierzwionym futrem.
— Jaka jest twoja ulubiona zwierzyna? — rzucił w końcu, nieco zbyt nagle. Jego głos zabrzmiał nieco głośniej, niż planował, przez co niemal od razu pożałował tego pytania. — Ja… osobiście bardzo lubię sroki — udawał obojętność, lecz w głębi duszy miał nadzieję, że trafił. Widział Łunę kiedyś przy stosie, jak wyciągała z niego właśnie srokę. Zapamiętał to, lecz sam nie miał pojęcia, dlaczego tak wyraźnie. Spojrzał kątem oka na niebieską wojowniczkę, czekając na jej odpowiedź. Trawy wciąż szumiały wokół nich, a jego serce sprawiało wrażenie, jakby chciało wyrwać się z jego klatki piersiowej. Źródlana Łuna kątem oka rzuciła spojrzenie na ucznia.
— Także je lubię — miauknęła, unosząc brew. Odechciało się jej kontynuować eskapadę; tylko bardziej zagłębiała się w błoto, w które kocurek chciał ją wprowadzić. Udawała, że nie słyszy jego nerwowego tonu głosu. — Nie pogardzę też rybitwą.
Trawa pod ich łapami powoli zmieniła się w piasek, a szum wody dotarł do jej uszu.
— No, wykaż się. Złap sobie jakiegoś ptaka, jeśli Gasnący Promyk już cię tego nauczyła.
Uczeń skinął głową na jej słowa. Na jego pysku wymalowana determinacja i skupienie – jakby został postawiony przed najważniejszym momentem podczas jego żywotu. Sam nie pojmował swoich myśli, chcąc nie chcąc, nie łączyła go z wojowniczką żadna szczególna więź. Znali się jedynie z widzenia, a przez krótki okres dzielili też legowisko. Choć nie rozmawiali, Królicza Łapa i tak doskonale znał jej imię, jakby miał je wyryte w świadomości już od urodzenia. Nic dziwnego, odkąd tylko otworzył ślepka, zdawał się być obdarowany świetną pamięcią do twarzy.
Przycisnąwszy brzuch do podłoża, zaczął przeszukiwać wzrokiem pobliskie tereny. Tym razem jego oczy nie przyniosły mu żadnych łupów, lecz słuch – jego doskonały, nieomylny słuch – pozwolił mu wytropić niewielką sieweczkę, drepczącą wśród drobinek piachu. Zanim jednak rzucił się w jej stronę z wysuniętymi pazurkami, spojrzał na Źródlaną Łunę, szukając u niej cienia aprobaty. Prędko zrozumiał jednak, że popielata nie była jego mentorką, a jedynie zwykłą wojowniczką. Ten spacer widziała jako okazję do uchwycenia czegoś świeżego, czym można by było zapełnić pusty brzuch. Przeklinając się w myślach, bursztynowooki wrócił myślami do złapania ptaszyny. Sieweczka wykonała kilka kroczków w jego stronę, nieświadoma czyhającego na nią zagrożenia. Można by rzec, że wpadła prosto w sidła drapieżnika.
Powietrze przeciął świst. Pręgowany wybił się od niestabilnego podłoża, szybując prosto w stronę ofiary – sieweczka zdążyła zatrzepotać parą swych skrzydeł, jednak nim zdążyła podnieść się w górę, została objęta przez ostre pazury ucznia. Królicza Łapa wcisnął zwierzynę w piach, a następnie szybkim, wyćwiczonym ruchem, przegryzł jej krtań. W końcu ciało zwiotczało, dając się podnieść kocurowi. Zwinnym krokiem wrócił on do swojej towarzyszki, rzucając zdobycz pod jej łapy.
— Wracamy już? — zapytał, z cichą nadzieją na to, że kotka będzie chciała zostać z nim trochę dłużej. — Jeśli chcesz, możesz coś upolować! Klan na pewno ucieszy się, gdy zobaczy na stosie dwie nowe piszczki — dodał, próbując brzmieć na tyle przekonująco, na ile potrafił. Źródlana Łuna wpierw uniosła brew, lecz po tym skinęła łebkiem.
— Skoro nalegasz — rzuciła, wymijając ucznia. Jej kroki zdawały się takie lekkie, delikatne – jakby w rzeczywistości unosiła się nieznacznie nad powierzchnią. Bursztynowe oczy podążały za sylwetką niebieskiej, zapamiętując każdy jej ruch. Wojowniczka z gracją ugięła swe łapy, kręcąc przy tym uszami. Choć uczeń widział zaledwie skrawek jej mordki, dostrzegał na niej niezachwiane skupienie. Popielata nie dała się rozpraszać podczas polowania, co z pewnością czyniło z niej świetną łowczynię. Zatrzymała wzrok na jednym punkciku, a Królik, podążając za jej spojrzeniem, przyuważył biegusa. Stał nieopodal ich obu, zwrócony jednak w przeciwną stronę, niż się znajdowali. Wiatr także działał wojowniczce na korzyść, nie przynosząc jej zapachu pod dziób ofiary. Pręgowany spostrzegł, jak mięśnie kotki napinają się do skoku. W myślach zaczął odliczać: raz, dwa, trzy…
Wyskoczyła – jak na sygnał. Udało jej się niezwykle szybko i skutecznie obezwładnić beżowego ptaka, wkrótce kończąc jego żywot. Wziąwszy go w swoje szczęki, powróciła do obserwującego ją ucznia.
— Wracamy.

***

Po wojnie

Minęło kilka dni od momentu, w którym Klan Klifu stoczył krwawą i brutalną bitwę z Klanem Wilka. Bitwę – bo nie można było tego jednoznacznie nazwać wojną. Nie była ona obustronna, nie była wywołana konfliktem Liściastej Gwiazdy i Nikłej Gwiazdy, a jedynie chorymi ambicjami Terpsychory. “Podła szczurzyca!” – myślał kremowy. “Miedziany Kieł, Jerzykowa Werwa, Złota Droga, Liściasta Gwiazda” – wymieniał. Jednak to nie o nich najbardziej się martwił. Jego umysł wciąż zaprzątała jedna kotka, która w boju odniosła poważne obrażenia. Wojownik czuł żal, że nie zdołał jej wtedy pomóc. Może, gdyby rozejrzał się uważniej, dostrzegłby jej poranioną sylwetkę, a przy niej żądnego krwi i śmierci wilczaka.
Źródlana Łuna przebywała teraz w lecznicy. Uziemiona, na pewno srogo przybita. Króliczej Ułudzie serce krajało się na myśl, że szarawa kocica mogłaby czuć do siebie gorycz, wstyd. Nie potrafił żyć ze świadomością, że ona, tak samo, jak wszyscy inni, miała swoje wzloty i upadki. Może nie rozmawiali zbyt często, ale empatyczna dusza wojownika mówiła za niego. Leżąc na posłaniu, wpatrywał się w zielone, przekrwione oko, należące do młodego wojownika z przeciwnego klanu. Było brudne, pozlepiane piachem i kurzem. Wyglądało, jakby lada moment miało zacząć gnić, zasnuć się pleśnią i brzęczącymi owadami. Kremowy wygiął pysk w obrzydzonym grymasie, przenosząc wzrok na ścianę legowiska wojowników. Pragnął wyplenić ze swojego umysłu obraz zaśmierdłego, zniszczonego narządu wzroku.
— Nad czym tak myślisz? Wyrzuciłbyś może w końcu te obleśne oko! — wyrwało się nagle z czyjegoś pyszczka. Królicza Ułuda rozejrzał się wokół siebie, widocznie skonfundowany – jego wzrok przystanął na niebieskawej sylwetce, skąpanej w półmroku jaskini. Mysi Postrach. Na jego mordce widniał zadziorny uśmiech, a wąsy drgały z rozbawienia. Bursztynowooki obserwował go z daleka, z pustym wyrazem goszczącym na licach. Milczał, czując się jak skarcone młode.
— J-jasne… — odparł w pewnym momencie, spuszczając wzrok na swoje łapy. Nie sądził, że komukolwiek również przeszkadzało trzymane przez niego trofeum. Było symbolem jego własnej wygranej, jego dominacji, osiągniętej poprzez zaciętą walkę z wrogiem. Lecz – być może – faktycznie nieco przesadził. Wiedział, że oko nie będzie trwało przy nim wiecznie, że pewnego dnia pocznie wyglądać jak mysia strawa, jednak nie spodziewał się, że przyjdzie mu cieszyć się nim tak krótko.
Wziąwszy je w pysk, zgrabnym krokiem zsunął się ze skalnych półek. Swoje ślepia skupił na szparze między wodospadem a krawędzią obozowych ścian, przez którą do środka wpadało światło. Chciał odejść jak najdalej azylu, by nie narażać potencjalnych przechodniów na widok tak makabryczny – w końcu kto chciałby na kojącym zszargane nerwy spacerze, natknąć się na czyjeś oko? To niecodzienne zdarzenie na pewno wielu skłoniłoby do rozmowy z przywódcą, a wtedy mogłyby z tego wyniknąć niechciane konsekwencje. Przynajmniej dla Króliczej Ułudy, którego mogliby posądzić o pozostawianie fałszywych tropów, by wzbudzić panikę.
Wojownik przystanął na brzegu, wpatrując się w falującą pod nim taflę wody. Morze było ciemnogranatowe, z pewnością bardzo głębokie i nieprzewidywalne. Coś w nim sprawiło, że kremowemu zakręciło się w głowie. Czuł od niego chłód, wręcz bijące zimno. Miał złudne wrażenie, że morze zaprasza go w swoje lodowate objęcia. “Gdy wrócę, poproszę medyczki o mak…” – pomyślał z grozą. Czym prędzej wypuścił oko z uścisku jego szczęk i pognał w stronę, z której do jego uszu dobiegał szum wody. Przez całą, lecz niedługą drogę, czuł, jakby coś za nim podążało. Coś, co sprawiało, że po jego całym ciele przemykał dreszcz.
Przekroczywszy próg jaskini, wreszcie zaznał spokoju. Z drżącym świstem wypuścił powietrze z obolałych płuc i wtem skierował się w stronę lecznicy. Nim jednak do niej dotarł, przystanął przy gnieździe ze zwierzyną, z uwagą rozglądając się po piszczkach. Skoro zamierzał odwiedzić medyczki, równie dobrze mógłby zamienić kilka słówek z kotką o uważnych, miodowożółtych ślepiach. W swe bielusieńkie ząbki chwycił świeżą, wciąż ciepłą rybitwę. Zwierzyna zawisła bezczynnie w objęciach jego zgryzu – Królicza Ułuda wyruszył, z ogonem uniesionym wysoko. Z dumą, ale i przerażeniem odbijającym się w jego źrenicach. Nie wiedział, co przyniesie mu rozmowa z wojowniczką.
W momencie, w którym wkroczył do lecznicy, ogarnął go mrok. Swoim wzrokiem błądził po słabych zarysach kocich sylwetek i magazynków na zioła. “Na Klan Gwiazdy! Jak oni funkcjonują w takich ciemnościach?” – pomyślał, jeszcze zanim jego oczy przyzwyczaiły się do tutejszych warunków. Gdy udało mu się zlokalizować patrzącą na niego spod półprzymkniętych powiek Źródlaną Łunę, uśmiechnął się życzliwie. W kilku krokach znalazł się tuż obok, a następnie rzuciwszy pod jej łapy rybitwę, rozsiadł się wygodnie na chłodnej posadzce. W zasięgu jego wzroku nie objawiła się skrzywiona mordka co najmniej jednej z medyczek, co uznał za przyzwolenie na wizytę.
— Hej, Źródlana Łuno — przywitał się półszeptem, nie mając w zamiarach zbudzić śpiących obok poranionych wojowników. Zasługiwali na odpoczynek, po tym wszystkim, co zrobili w imię Klanu Klifu. — Jak się dziś czujesz? Czy ból jest znośny? — zapytał, równie cicho. Pozostał w bezruchu, a jego pysk poruszał się na tyle powoli, że można było zastanawiać się, czy słowa wychodzą kocurowi z gardła, czy może z brzucha.
— Potrzebujesz czegoś? — Zza jego pleców dobiegł głos Wiecznego Zaćmienia. Bursztynowooki przeniósł na nią spojrzenie swoich zmartwionych oczu i mruknął:
— Hm, może kilka ziarenek maku? Na później. Ostatnio źle sypiam, ciągle chodzę spięty, dręczą mnie nieprzychylne myśli. Dobrze by mi zrobił porządny odpoczynek.
Szylkretowa medyczka skinęła ze zrozumieniem głową, zanurzając nos w kępkach ziół. Kremowy, westchnąwszy ciężko, zwrócił się ponownie do popielatej towarzyszki.
— Udało ci się chociaż zranić tego ścierwojada? — wypluł z nieukrywaną odrazą. — Spałbym spokojniej, gdybym miał pewność, że zapamięta tę walkę do końca swoich dni! — kontynuował, zagryzając gniewnie wargę. Wiedział, że ten pojedynek nie był winą żadnego z członków Klanu Wilka, a jednak nie mógł przestać ich winić. Może, gdyby ślepo nie posłuchali się słów tej obłąkanej samotniczki, Źródlana Łuna wciąż miałaby pełny komplet łap i oczu?

<Źródlana Łuno?>