Zgromadzenie
Siedział więc smutno gdzieś na uboczu, przygnębionym wzrokiem przeskakując po kotach zgromadzonych na wyspie. Miał ochotę zwinąć się w kłębek, zajmować jak najmniej miejsca i zmniejszyć szanse na to, że ktoś go rozpozna. Jednak wtem podeszła do niego młodsza kotka. Miała kremowe, pręgowane futerko, krótki ogonek i żółte oczy, do złudzenia przypominające te należące do Kukułczego Wdzięku. Czy to...? Nie, niemożliwe.
— Dzień dobry, proszę pana. Jak pan ma na imię?
— Uch, och! Dobry wieczór, młoda damo... Mam na imię Gasnąca Łapa — odpowiedział nieco speszony, gdy koteczka się do niego odezwała.
Wpatrywał się w jej pyszczek w milczeniu, nie potrafiąc pozbyć się wrażenia, że kogoś mu przypominała.
— Jak panie Gasnąca Łapo układa się w Klanie Burzy?
Kremowy miał ochotę zapytać młodszą, czy była spokrewniona z Trójokim Zającem albo chociaż z Kukułczym Wdziękiem, lecz nie potrafił się do tego przemóc. Jeśli naprawdę była jego bratanicą, to czy chciał opowiadać jej o tym, jak bardzo zawiódł jej ojca? Przecież równie dobrze mógł wciąż być w Klanie Klifu. Mógł odwiedzać ją i jej rodzeństwo w żłobku, bawić się z nimi kulkami mchu i patrzeć, jak dorastają. Zamiast tego siedział tu teraz jako uczeń Klanu Burzy i udawał, że ta kotka wcale nikogo mu nie przypomina.
— Jak układa mi się w Klanie Burzy? Cóż... chyba całkiem dobrze. Oprócz tego, że wciąż jestem uczniem! — zaśmiał się nerwowo, próbując się rozluźnić.
Po chwili uniósł uszy i spojrzał na nią z zainteresowaniem.
— A jak u ciebie, młoda damo? Wszyscy w rodzinie zdrowi? Lśniąca Gwiazda dobrze was traktuje? — zapytał łagodnym tonem.
Zastanawiał się, czy przywódca nadal ścigał rodzinę Pikującej Jaskółki, czy może w końcu odpuścił po tym, jak pozwolił Królikowi zostać wśród Burzaków. Kremowy był mu za to wdzięczny, choć mimo wszystko wciąż za nim nie przepadał i nadal uważał, że rudy mógł stanowić zagrożenie dla jego bliskich.
Kotka uśmiechnęła się lekko.
— Tak, Lśniąca Gwiazda pozwolił mi zostać uczennicą medyka, bardzo się z tego powodu cieszę. Pan akurat sformułował pytanie tak, jakby pan chciał sprawdzić, czy Lśniąca Gwiazda nas źle traktuje... Czy pan jest moim wujkiem? Niech pan się nie krępuje, nie mam panu za złe, że pan nas opuścił.
Wpatrywał się w nią z wyraźnym zakłopotaniem i zdziwieniem. Przez chwilę nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, a po kilku uderzeniach serca zamrugał parę razy, przybierając jeszcze bardziej zmieszany wyraz pyska.
— Oczywiście, że chcę sprawdzić, jak sprawuje się lider klanu, z którym mamy sojusz. Tym bardziej teraz, gdy... sytuacja mojego klanu nie jest najlepsza. Musimy wiedzieć, czy możemy liczyć na kogoś kompetentnego — odparł w końcu, prostując się i próbując przybrać pewniejszą postawę. Nie chciał przecież pokazać, że jej słowa go zaskoczyły.
Zmarszczył lekko nos, słysząc dalszą część jej wypowiedzi.
— Nie wiem, o kim mówisz, młoda damo. Pierwszy raz w życiu widzę cię na oczy, więc trudno mi stwierdzić, czy rzeczywiście jesteśmy spokrewnieni — wyjaśnił spokojnie. — To, że mamy podobne futro i oboje posiadamy krótkie ogony, jeszcze o niczym nie świadczy. Czy gdybym zobaczył dwa czarne koty stojące obok siebie, od razu uznałbym, że są rodzeństwem albo kuzynostwem? Oczywiście, że nie.
— Hm, może pana z kimś pomyliłam, przepraszam bardzo. Pan jest bardzo podobny do Trójokiego Pyska — stwierdziła, po czym usiadła. — No cóż, zawsze chciałam poznać jego brata...
Kremowy wzruszył ramionami na słowa młodszej kotki, choć w środku poczuł, jak żołądek zaciska mu się ze stresu.
— Przykro mi, młoda damo. Nie znam nikogo o imieniu Trójoki Pysk — westchnął. — Radzę ci się jednak nie poddawać. Wierzę, że jeszcze kiedyś uda ci się odnaleźć kota, którego szukasz.
Na chwilę umilkł, zastanawiając się, co mógłby powiedzieć, by jej pomóc.
— Może Trójoki Pysk wspominał ci kiedyś o nim? Albo mówił, gdzie mógł pójść? Jeśli masz jakiekolwiek wskazówki, na pewno łatwiej będzie ci go odnaleźć — mruknął łagodnie, starając się brzmieć na szczerze przejętego i zaangażowanego.
Żółtooka westchnęła.
— No cóż, chętnie bym się pobawiła z wujkiem... ale cóż. Nie będę już panu przeszkadzać. Do widzenia! — uśmiechnęła się.
Kremowy westchnął ciężko.
— Dobrze, młoda damo. Lepiej porozmawiaj z kimś w swoim wieku, zamiast marnować czas na jakiegoś staruszka — mruknął żartobliwie, choć poczucie winy zaczęło go gryźć, gdy obserwował, jak kotka odchodzi.
Miał szansę. Miał szansę przyznać się do tego, że był jej wujkiem. Miał szansę być może naprawić to wszystko, co zniszczył kilka księżyców temu. Lecz czy naprawdę chciał to zrobić?
Był taki żałosny. To nie byłby pierwszy raz, gdy przepraszał Trójokiego Zająca i innych swoich bliskich. Na pewno tym razem nie zaakceptowaliby jego przeprosin. Uznaliby je za nieszczere, skoro już tyle razy udowodnił im, że nie potrafi się zmienić.
Odkąd wrócił ze swojego pierwszego zgromadzenia po trafieniu do Klanu Burzy, często o nim rozmyślał. Czy tamta kremowa kotka naprawdę mogła być jego… bratanicą? Czy naprawdę Trójoki Zając w końcu wyznał miłość Kukułczemu Wdziękowi, zostali parą, a nawet doczekali się kociąt? To było bardzo możliwe; w końcu kremus musiał kiedyś założyć rodzinę. Nie mógł do końca swoich dni pozostać bezdzietny i bez miłości. To znaczy, mógł, oczywiście, lecz Królik mu tego nie życzył. Wierzył, że posiadanie własnych dzieci było czymś pięknym i przynosiło kotom wiele radości, dlatego miał nadzieję, że tamta kremowa koteczka naprawdę była córką Zająca.
Zastanawiał się też, czy była jedynaczką, a jeśli już miała rodzeństwo, to ile. I jak wyglądali? Czy również byli tak uderzająco podobni do Trójokiego Zająca? A może któreś z nich bardziej przypominało Kukułczy Wdzięk? Och, tak bardzo chciałby ich wszystkich zobaczyć! Chociaż raz w życiu mógłby się postarać, być dobrym kotem i stać się dla nich prawdziwym wujkiem. Odwiedzałby je w żłobku, bawił się z nimi i opowiadał im przeróżne historie ze swojego życia. Zrobiłby wszystko, by dać im wsparcie i otuchę, których wcześniej nie potrafił podarować Mak, Kocimiętce, Kormoranowi i Szronce. Chciał jakoś odpokutować swoje winy. Naprawdę chciał. Lecz teraz nawet nie miał ku temu okazji.
Lśniąca Gwiazda nie pozwoliłby mu wrócić do Klanu Klifu, a on sam nie miał pod opieką żadnego kocięcia. Może gdyby w końcu został mianowany, dostałby chociaż ucznia? W ten sposób mógłby wnieść jakiś wkład w odbudowę Klanu Burzy, szkoląc przyszłego wojownika. Na razie jednak sam wciąż był uczniem i miał wrażenie, że jedyne, co robi, to utrudnia wszystkim życie. A przede wszystkim przynosi sobie wstyd. Był już przecież całkiem starym kotem, a nadal nosił uczniowskie imię. Nawet podczas rozmowy z kremową kotką czuł zażenowanie, przedstawiając się jako Gasnąca Łapa. Był przekonany, że żółtooka zaraz zapyta, dlaczego jest taki stary, a wciąż się uczy, lecz na całe szczęście nawet o tym nie wspomniała. A może jednak zwróciła na to uwagę, tylko nie chciała mówić tego na głos? Ciężko było stwierdzić, bo przecież Królik nie potrafił czytać w cudzych myślach.
Śniący Obserwator chyba miał już dosyć treningów z kremusem, przez co odbywały się one coraz rzadziej. Królik zastanawiał się więc, dlaczego srebrzysty po prostu nie powie Zawodzącej Gwieździe, że Gasnąca Łapa jest gotowy zostać pełnoprawnym wojownikiem Klanu Burzy. W końcu znał już niemal całe tereny na pamięć, potrafił polować na swoich imienników i całkiem nieźle dogadywał się z pobratymcami. Czuł się Burzakiem i chciał nim zostać również oficjalnie.
Dlatego, gdy minął przewodnika w jednym z podziemnych korytarzy, mruknął za nim:
— Śniący Obserwatorze, czy mogę na słówko? — zapytał, nieznacznie kładąc po sobie uszy, jakby chciał pokazać, że nie ma żadnych złych zamiarów.
Młodszy zatrzymał się, sennie mrużąc ślepia, po czym skinął głową i podążył za Królikiem na zewnątrz. Gdy znaleźli się nieco dalej od azylu, uczeń odezwał się ponownie:
— Wiem, że nie powinienem o to pytać, ale zastanawiam się… kiedy w końcu zostanę wojownikiem? Uważam, że spędziłem jako uczeń już wystarczająco dużo czasu i z tak wspaniałym mentorem, jak ty, nauczyłem się wszystkiego, co potrzebne. Oczywiście wiem, że ostateczna decyzja należy do ciebie i nie chcę wywierać na tobie żadnej presji ani cię popędzać. Och, co to, to nie… — urwał, odwracając wzrok od Śniącego Obserwatora i modląc się w duchu, by nie zabrzmiał zbyt nachalnie. Przecież wcale nie o to mu chodziło.
Srebrzysty wyglądał, jakby przez chwilę się zastanawiał. W końcu jednak wzruszył ramionami.
— Ach, niech ci będzie — stwierdził, po czym gwałtownie zawrócił i ruszył z powrotem do obozu.
Gasnąca Łapa szybko pognał za nim. Zastanawiał się, czy przewodnik zgodził się na mianowanie tylko po to, by kremowy przestał zawracać mu głowę, czy naprawdę uważał, że na to zasłużył.
Zresztą… czy to w ogóle miało znaczenie? Najpewniej i tak nie będą utrzymywać ze sobą bliższego kontaktu, gdy Królik zostanie wojownikiem. Najważniejsze było to, że wreszcie nim zostanie i nie będzie już musiał przedstawiać się uczniowskim imieniem. No i będzie mógł samodzielnie opuszczać obóz, choć jeszcze nie wiedział, czy odważy się z tego korzystać. Wciąż bał się tego, co mogliby powiedzieć jego bliscy, gdyby któregoś dnia spotkali go na granicy.
Gasnąca Łapa stał w Grocie Pamięci, a przed nim leżał skrawek kory, na którym połyskiwał rdzawy barwnik. Kremowy czuł, jak serce wali mu w piersi tak mocno, że był niemal pewien, iż każdy kot, który go otaczał, mógł to usłyszeć — a może nawet wyczuć w postaci drgań.
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady panujące w Klanie Burzy. Polecam wam go jako kolejnego wojownika — odezwał się dymny, mierząc pręgowanego skupionym wzrokiem. — Gasnąca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić ten klan nawet za cenę życia?
Kremowy uśmiechnął się, czując, jak całe jego ciało wypełnia radość.
— Przysięgam — odparł bez chwili wahania.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Gasnąca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Gasnąca Prawda. Klan Gwiazdy ceni twoją determinację i zaangażowanie oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy — zakończył Zawodząca Gwiazda, po czym skinął głową w stronę Królika.
Ten zaś poczuł, jakby na krótką chwilę serce przestało mu bić. Zanurzył poduszkę łapy w pomarańczowej mazi i odwrócił się w stronę ściany, na której widniały już dziesiątki odcisków w różnych rozmiarach i barwach. Na pysku kremowego wciąż gościł ciepły, pełen wdzięczności uśmiech, gdy odbijał własną łapę pośród wielu innych.
Wreszcie mógł poczuć się częścią Klanu Burzy.
Cieszył się, że zdecydowali się go przyjąć. Tego dnia był niezwykle wdzięczny liderowi, który kilka księżyców wcześniej negocjował z Lśniącą Gwiazdą, by bursztynowooki nie musiał wracać do Klanu Klifu. Królik czuł, że pozostanie mu za to dłużny do końca życia. Gdyby nie jego litość, być może skończyłby martwy z łap rudego przywódcy. Wtedy na pewno nie poznałby swojej — być może — bratanicy. Nie rozwinęłaby się też jego relacja z Poczciwym Szakłakiem, a utraty właśnie tego obawiał się chyba najbardziej.
Jak widać, jego ucieczka miała swoje konsekwencje i przyniosła mu trochę nerwów, lecz nie mógł powiedzieć, że była pozbawiona pozytywów. Nawet jeśli wciąż nosił na barkach ciężar dawnych błędów, dziś po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł, że naprawdę znalazł swoje miejsce.
Po zakończeniu swojego czuwania był zmęczony i jedyne, o czym marzył, to by w końcu zwinąć się w kłębek na swoim nowym posłaniu i zasnąć. Miał tylko nadzieję, że Poczciwy Szakłak zadbał o to, by mogli spać obok siebie! Byli w końcu najlepszymi przyjaciółmi, a już niedługo może i kimś więcej… Wypadałoby więc, by nawet sen dzielili ze sobą.
Półprzytomny wlókł się w stronę legowiska wojowników, gdy omal nie wpadł na Skrzydlatą Płomykówkę — samą zastępczynię. Przeraził się, że kotka mogłaby go za to zganić, więc natychmiast położył uszy po sobie i skłonił lekko głowę na znak przeprosin.
— Nie chciałem na ciebie wpaść, Skrzydlata Płomykówko. Jestem trochę zmęczony, wiesz… po tym całym czuwaniu — wyjaśnił, uśmiechając się słabo do rudej kotki. Wiedział, że czasami przebywała z czarnofutrym wojownikiem i często z nim rozmawiała. Nie miał jednak pojęcia, o czym. — Czy Szakłacz... To znaczy, czy Poczciwy Szakłak został przydzielony do jakiegoś patrolu, czy powinienem szukać go w obozie? Pewnie będzie chciał ze mną porozmawiać — zapytał z nadzieją, licząc na to, że z tej krótkiej wymiany zdań wywiąże się nieco dłuższa rozmowa. Być może o Poczciwym Szakłaku.
— Dzień dobry, proszę pana. Jak pan ma na imię?
— Uch, och! Dobry wieczór, młoda damo... Mam na imię Gasnąca Łapa — odpowiedział nieco speszony, gdy koteczka się do niego odezwała.
Wpatrywał się w jej pyszczek w milczeniu, nie potrafiąc pozbyć się wrażenia, że kogoś mu przypominała.
— Jak panie Gasnąca Łapo układa się w Klanie Burzy?
Kremowy miał ochotę zapytać młodszą, czy była spokrewniona z Trójokim Zającem albo chociaż z Kukułczym Wdziękiem, lecz nie potrafił się do tego przemóc. Jeśli naprawdę była jego bratanicą, to czy chciał opowiadać jej o tym, jak bardzo zawiódł jej ojca? Przecież równie dobrze mógł wciąż być w Klanie Klifu. Mógł odwiedzać ją i jej rodzeństwo w żłobku, bawić się z nimi kulkami mchu i patrzeć, jak dorastają. Zamiast tego siedział tu teraz jako uczeń Klanu Burzy i udawał, że ta kotka wcale nikogo mu nie przypomina.
— Jak układa mi się w Klanie Burzy? Cóż... chyba całkiem dobrze. Oprócz tego, że wciąż jestem uczniem! — zaśmiał się nerwowo, próbując się rozluźnić.
Po chwili uniósł uszy i spojrzał na nią z zainteresowaniem.
— A jak u ciebie, młoda damo? Wszyscy w rodzinie zdrowi? Lśniąca Gwiazda dobrze was traktuje? — zapytał łagodnym tonem.
Zastanawiał się, czy przywódca nadal ścigał rodzinę Pikującej Jaskółki, czy może w końcu odpuścił po tym, jak pozwolił Królikowi zostać wśród Burzaków. Kremowy był mu za to wdzięczny, choć mimo wszystko wciąż za nim nie przepadał i nadal uważał, że rudy mógł stanowić zagrożenie dla jego bliskich.
Kotka uśmiechnęła się lekko.
— Tak, Lśniąca Gwiazda pozwolił mi zostać uczennicą medyka, bardzo się z tego powodu cieszę. Pan akurat sformułował pytanie tak, jakby pan chciał sprawdzić, czy Lśniąca Gwiazda nas źle traktuje... Czy pan jest moim wujkiem? Niech pan się nie krępuje, nie mam panu za złe, że pan nas opuścił.
Wpatrywał się w nią z wyraźnym zakłopotaniem i zdziwieniem. Przez chwilę nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, a po kilku uderzeniach serca zamrugał parę razy, przybierając jeszcze bardziej zmieszany wyraz pyska.
— Oczywiście, że chcę sprawdzić, jak sprawuje się lider klanu, z którym mamy sojusz. Tym bardziej teraz, gdy... sytuacja mojego klanu nie jest najlepsza. Musimy wiedzieć, czy możemy liczyć na kogoś kompetentnego — odparł w końcu, prostując się i próbując przybrać pewniejszą postawę. Nie chciał przecież pokazać, że jej słowa go zaskoczyły.
Zmarszczył lekko nos, słysząc dalszą część jej wypowiedzi.
— Nie wiem, o kim mówisz, młoda damo. Pierwszy raz w życiu widzę cię na oczy, więc trudno mi stwierdzić, czy rzeczywiście jesteśmy spokrewnieni — wyjaśnił spokojnie. — To, że mamy podobne futro i oboje posiadamy krótkie ogony, jeszcze o niczym nie świadczy. Czy gdybym zobaczył dwa czarne koty stojące obok siebie, od razu uznałbym, że są rodzeństwem albo kuzynostwem? Oczywiście, że nie.
— Hm, może pana z kimś pomyliłam, przepraszam bardzo. Pan jest bardzo podobny do Trójokiego Pyska — stwierdziła, po czym usiadła. — No cóż, zawsze chciałam poznać jego brata...
Kremowy wzruszył ramionami na słowa młodszej kotki, choć w środku poczuł, jak żołądek zaciska mu się ze stresu.
— Przykro mi, młoda damo. Nie znam nikogo o imieniu Trójoki Pysk — westchnął. — Radzę ci się jednak nie poddawać. Wierzę, że jeszcze kiedyś uda ci się odnaleźć kota, którego szukasz.
Na chwilę umilkł, zastanawiając się, co mógłby powiedzieć, by jej pomóc.
— Może Trójoki Pysk wspominał ci kiedyś o nim? Albo mówił, gdzie mógł pójść? Jeśli masz jakiekolwiek wskazówki, na pewno łatwiej będzie ci go odnaleźć — mruknął łagodnie, starając się brzmieć na szczerze przejętego i zaangażowanego.
Żółtooka westchnęła.
— No cóż, chętnie bym się pobawiła z wujkiem... ale cóż. Nie będę już panu przeszkadzać. Do widzenia! — uśmiechnęła się.
Kremowy westchnął ciężko.
— Dobrze, młoda damo. Lepiej porozmawiaj z kimś w swoim wieku, zamiast marnować czas na jakiegoś staruszka — mruknął żartobliwie, choć poczucie winy zaczęło go gryźć, gdy obserwował, jak kotka odchodzi.
Miał szansę. Miał szansę przyznać się do tego, że był jej wujkiem. Miał szansę być może naprawić to wszystko, co zniszczył kilka księżyców temu. Lecz czy naprawdę chciał to zrobić?
Był taki żałosny. To nie byłby pierwszy raz, gdy przepraszał Trójokiego Zająca i innych swoich bliskich. Na pewno tym razem nie zaakceptowaliby jego przeprosin. Uznaliby je za nieszczere, skoro już tyle razy udowodnił im, że nie potrafi się zmienić.
* * *
Zastanawiał się też, czy była jedynaczką, a jeśli już miała rodzeństwo, to ile. I jak wyglądali? Czy również byli tak uderzająco podobni do Trójokiego Zająca? A może któreś z nich bardziej przypominało Kukułczy Wdzięk? Och, tak bardzo chciałby ich wszystkich zobaczyć! Chociaż raz w życiu mógłby się postarać, być dobrym kotem i stać się dla nich prawdziwym wujkiem. Odwiedzałby je w żłobku, bawił się z nimi i opowiadał im przeróżne historie ze swojego życia. Zrobiłby wszystko, by dać im wsparcie i otuchę, których wcześniej nie potrafił podarować Mak, Kocimiętce, Kormoranowi i Szronce. Chciał jakoś odpokutować swoje winy. Naprawdę chciał. Lecz teraz nawet nie miał ku temu okazji.
Lśniąca Gwiazda nie pozwoliłby mu wrócić do Klanu Klifu, a on sam nie miał pod opieką żadnego kocięcia. Może gdyby w końcu został mianowany, dostałby chociaż ucznia? W ten sposób mógłby wnieść jakiś wkład w odbudowę Klanu Burzy, szkoląc przyszłego wojownika. Na razie jednak sam wciąż był uczniem i miał wrażenie, że jedyne, co robi, to utrudnia wszystkim życie. A przede wszystkim przynosi sobie wstyd. Był już przecież całkiem starym kotem, a nadal nosił uczniowskie imię. Nawet podczas rozmowy z kremową kotką czuł zażenowanie, przedstawiając się jako Gasnąca Łapa. Był przekonany, że żółtooka zaraz zapyta, dlaczego jest taki stary, a wciąż się uczy, lecz na całe szczęście nawet o tym nie wspomniała. A może jednak zwróciła na to uwagę, tylko nie chciała mówić tego na głos? Ciężko było stwierdzić, bo przecież Królik nie potrafił czytać w cudzych myślach.
Śniący Obserwator chyba miał już dosyć treningów z kremusem, przez co odbywały się one coraz rzadziej. Królik zastanawiał się więc, dlaczego srebrzysty po prostu nie powie Zawodzącej Gwieździe, że Gasnąca Łapa jest gotowy zostać pełnoprawnym wojownikiem Klanu Burzy. W końcu znał już niemal całe tereny na pamięć, potrafił polować na swoich imienników i całkiem nieźle dogadywał się z pobratymcami. Czuł się Burzakiem i chciał nim zostać również oficjalnie.
Dlatego, gdy minął przewodnika w jednym z podziemnych korytarzy, mruknął za nim:
— Śniący Obserwatorze, czy mogę na słówko? — zapytał, nieznacznie kładąc po sobie uszy, jakby chciał pokazać, że nie ma żadnych złych zamiarów.
Młodszy zatrzymał się, sennie mrużąc ślepia, po czym skinął głową i podążył za Królikiem na zewnątrz. Gdy znaleźli się nieco dalej od azylu, uczeń odezwał się ponownie:
— Wiem, że nie powinienem o to pytać, ale zastanawiam się… kiedy w końcu zostanę wojownikiem? Uważam, że spędziłem jako uczeń już wystarczająco dużo czasu i z tak wspaniałym mentorem, jak ty, nauczyłem się wszystkiego, co potrzebne. Oczywiście wiem, że ostateczna decyzja należy do ciebie i nie chcę wywierać na tobie żadnej presji ani cię popędzać. Och, co to, to nie… — urwał, odwracając wzrok od Śniącego Obserwatora i modląc się w duchu, by nie zabrzmiał zbyt nachalnie. Przecież wcale nie o to mu chodziło.
Srebrzysty wyglądał, jakby przez chwilę się zastanawiał. W końcu jednak wzruszył ramionami.
— Ach, niech ci będzie — stwierdził, po czym gwałtownie zawrócił i ruszył z powrotem do obozu.
Gasnąca Łapa szybko pognał za nim. Zastanawiał się, czy przewodnik zgodził się na mianowanie tylko po to, by kremowy przestał zawracać mu głowę, czy naprawdę uważał, że na to zasłużył.
Zresztą… czy to w ogóle miało znaczenie? Najpewniej i tak nie będą utrzymywać ze sobą bliższego kontaktu, gdy Królik zostanie wojownikiem. Najważniejsze było to, że wreszcie nim zostanie i nie będzie już musiał przedstawiać się uczniowskim imieniem. No i będzie mógł samodzielnie opuszczać obóz, choć jeszcze nie wiedział, czy odważy się z tego korzystać. Wciąż bał się tego, co mogliby powiedzieć jego bliscy, gdyby któregoś dnia spotkali go na granicy.
* * *
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady panujące w Klanie Burzy. Polecam wam go jako kolejnego wojownika — odezwał się dymny, mierząc pręgowanego skupionym wzrokiem. — Gasnąca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić ten klan nawet za cenę życia?
Kremowy uśmiechnął się, czując, jak całe jego ciało wypełnia radość.
— Przysięgam — odparł bez chwili wahania.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Gasnąca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Gasnąca Prawda. Klan Gwiazdy ceni twoją determinację i zaangażowanie oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy — zakończył Zawodząca Gwiazda, po czym skinął głową w stronę Królika.
Ten zaś poczuł, jakby na krótką chwilę serce przestało mu bić. Zanurzył poduszkę łapy w pomarańczowej mazi i odwrócił się w stronę ściany, na której widniały już dziesiątki odcisków w różnych rozmiarach i barwach. Na pysku kremowego wciąż gościł ciepły, pełen wdzięczności uśmiech, gdy odbijał własną łapę pośród wielu innych.
Wreszcie mógł poczuć się częścią Klanu Burzy.
Cieszył się, że zdecydowali się go przyjąć. Tego dnia był niezwykle wdzięczny liderowi, który kilka księżyców wcześniej negocjował z Lśniącą Gwiazdą, by bursztynowooki nie musiał wracać do Klanu Klifu. Królik czuł, że pozostanie mu za to dłużny do końca życia. Gdyby nie jego litość, być może skończyłby martwy z łap rudego przywódcy. Wtedy na pewno nie poznałby swojej — być może — bratanicy. Nie rozwinęłaby się też jego relacja z Poczciwym Szakłakiem, a utraty właśnie tego obawiał się chyba najbardziej.
Jak widać, jego ucieczka miała swoje konsekwencje i przyniosła mu trochę nerwów, lecz nie mógł powiedzieć, że była pozbawiona pozytywów. Nawet jeśli wciąż nosił na barkach ciężar dawnych błędów, dziś po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł, że naprawdę znalazł swoje miejsce.
* * *
Półprzytomny wlókł się w stronę legowiska wojowników, gdy omal nie wpadł na Skrzydlatą Płomykówkę — samą zastępczynię. Przeraził się, że kotka mogłaby go za to zganić, więc natychmiast położył uszy po sobie i skłonił lekko głowę na znak przeprosin.
— Nie chciałem na ciebie wpaść, Skrzydlata Płomykówko. Jestem trochę zmęczony, wiesz… po tym całym czuwaniu — wyjaśnił, uśmiechając się słabo do rudej kotki. Wiedział, że czasami przebywała z czarnofutrym wojownikiem i często z nim rozmawiała. Nie miał jednak pojęcia, o czym. — Czy Szakłacz... To znaczy, czy Poczciwy Szakłak został przydzielony do jakiegoś patrolu, czy powinienem szukać go w obozie? Pewnie będzie chciał ze mną porozmawiać — zapytał z nadzieją, licząc na to, że z tej krótkiej wymiany zdań wywiąże się nieco dłuższa rozmowa. Być może o Poczciwym Szakłaku.
<Skrzydlata Płomykówko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz