Promienna Łapa była łatwą do polubienia kotką. Może pyszczek jej się nie zamykał i czasem zdarzyło jej się palnąć jakąś głupotę, ale na pewno zdołają znaleźć wspólny język. Czuła, że pójdzie jej lepiej niż z siostrą młodszej, Tawułą, która od samego początku zdawała się Łuny bać. Zmarszczyła lekko brwi. Czy każdy kociak coś do niej miał, czy tylko ona jedna? Rzadko zaglądała do żłobka, nawet wtedy, gdy Postrzępiony Mróz urodziła trójkę potomstwa. Oddaliła się od koleżanki; nie wydawało jej się, aby z jej dziećmi zamieniła więcej niż parę słów.
Z westchnieniem podniosła się z ziemi i podeszła bliżej uczennicy. Promyk spojrzała na nią zaciekawiona, nadal trzymając łapy uniesione w górze.
— Piasek nie gryzie — miauknęła, mijając szylkretkę.
Przystanęła tuż przed wodą, wbijając wzrok w cofające się i przypływające fale. Biała piana obmyła jej palce.
— Możesz potem wytrzeć łapy w trawę — zaproponowała, skinąwszy głową w stronę połaci zielonego. Uczennica jedynie odwróciła wzrok i z wystawionym w skupieniu językiem dała kolejnego susa do przodu, nadal tylko na tylnych nogach.
Jeszcze przed ciążą…
Nauka ucznia, gdy jest się nie do końca sprawnym, okazała się być w pewnych aspektach… Trudniejsza niż myślała. Promienna Łapa była bardzo pojętną uczennicą, nawet jeśli często się rozpraszała – ale nawet jej chęci nie wystarczały, jeżeli Łuna nie była w stanie jej czegoś pokazać. Jej technika polowania różniła się nieco od tej innych. Skradała się inaczej, skakała inaczej, a nawet przynosiła jako zdobycze jedynie te rodzaje zwierzyny, które była w stanie złapać. Teraz częściej przyglądała się ptakom na wysokich gałęziach drzew, wykrzywiając pysk w zniecierpliwionym grymasie, niż polowała na nie, jak za uczniowskich czasów.
Popołudniowe słońce przygrzewało ich grzbiety i oblewało polanę nieopodal Złotych Kłosów złotym, ciepłym światłem. Cmoknęła z niezadowoleniem, podchodząc bliżej Promyk. Jej nos trącił barki uczennicy, sygnalizując jej, aby bardziej ugięła łapy.
— Teraz lepiej… — mruknęła sama do siebie, cofając się o krok i mrużąc ślipia. — Pilnuj, gdzie trzymasz ogon. Chyba, że chcesz wypłoszyć z trawy wszystko, co się w niej chowa.
Szylkretka zerknęła na nią kątem oka i posłusznie uniosła ogon nieco do góry.
— Dobrze?
Wojowniczka uśmiechnęła się.
— Idealnie.
Zawęszyła i zastrzygła uszyma. Dobiegła do niej wątła woń myszy; spojrzała na Promyk i skinęła na nią głową.
— Leć, złapiesz coś i zaniesiesz to później swojej babci — zaproponowała, mając na myśli Bożodrzewny Kaprys.
Młodsza przytaknęła jej energicznie i zaczęła oddalać się w kierunku zapachu, zostawiając Łunę w tyle. Westchnęła cicho i obejrzała się za uczennicą. Ruszyła za nią, pochylając głowę nad ziemią i tropiąc własną zdobycz… W końcu nie mogła wrócić z pustymi łapami.
Teraźniejszość…
Dni dłużyły jej się. Jej głowa, oparta na skraju posłania wyglądała poza legowisko, a jej uszy kładły się na każdy kocięcy pisk, który rozlegał się w żłobku. Na każde zawodzenie Postrzępionego Mrozu za pozostałą dwójką zmarłych dzieci, którego udawała, że w środku nocy nie słyszy.
Widać było, że nie cieszy się swoją obecną sytuacją. Jak by mogła? Nie miała jakiegokolwiek zajęcia, które odgoniłoby ponure myśli. Te kręciły się wokół niej, obijały o ściany jej czaszki, szepcząc imię Szałwiowego Serca. Za jej powiekami nadal rozgrywało się ich ostatnie spotkanie. Zachód słońca, później wschód, oba spędzone w swoich objęciach. Czy mogła była to przewidzieć? Ta noc przewijała się w jej umyśle w kółko, jak gdyby za którym razem miało coś ją olśnić, jak gdyby miała dojrzeć jakiś szczegół, który przeoczyła poprzednim razem. Jakieś wytłumaczenie. Cokolwiek. Jednak los nigdy nie był tak dobry; kocur pozostawił ją samą, bez słowa, bez wyjaśnienia. Bez zapewnienia, że nie musi się o niego martwić. Że nie musi się martwić o ich obojga, o gromadkę ich nienarodzonych dzieci.
Czy była zła? Zawiedziona? Sama nie wiedziała. Czy miała być za co na wojownika zła? Liczyła na to, że nie – na to, że tym razem nie stchórzył i nie robił tego tylko dlatego, że ten głupi głos w jego głowie mu tak powiedział. Że nie ignorował jej, nie starał się o niej zapomnieć, nie popełnił kolejnego błędu, który będzie musiała mu wybaczyć… Bo jak by mogła tego nie zrobić?
Podniosła wzrok na sylwetkę, która wsunęła się do żłobka. Żółte ślipka Promiennej Łapy zalśniły w półmroku, a jej zęby, trzymające sporą wiewiórkę, wyszczerzyły się w uśmiechu.
— Przyniosłam Ci coś do jedzenia — zamiauczała, kładąc zwierzynę przed posłaniem Łuny.
Uniosła nieznacznie kąciki pyska.
— Dziękuję.
Poczucie winy sprawiło, że jej gardło zacisnęło się. Nie sięgnęła po posiłek, w zamian unosząc spojrzenie na pyszczek Promyk.
Żałowała, że to wszystko tak złożyło się w czasie. Dopiero co została mentorką, a już po księżycu zostawiała uczennicę samą sobie, a później znikała w żłobku na najbliższe dwa sezony. Wiedziała jednak, że nie dałaby rady dobrze wykonywać swoich obowiązków. Nawet, gdyby odmówiła zajęcia miejsca w kociarni tak wcześnie, to bieganie w tę i z powrotem po terenach Klanu Klifu było wystarczająco męczące bez takiego… Ciężaru pod sercem.
— Wybacz, nie chciałam tak szybko przerywać naszego treningu — zaczęła, próbując utrzymać raczej obojętną minę. — Mam nadzieję, że Psotny Nietoperz poradzi sobie z tobą, gdy ja nie będę w stanie.
<Promyk?>
[830 słów, trening Promiennej Łapy]
[przyznano 8%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz