— No, ale to nie tak, że nie próbuje... — jęknął żałośnie Klekocząca Łapa, który wygrzebał się na płytszą część zbiornika. Bolała go szczęka. Dla jego bezpieczeństwa dawna zastępczyni zdecydowała, że dopóki nie opanuję pływania do pewnego stopnia, powinien trzymać się długiej, giętkiej gałązki, która wychodziła z powalonego na samym brzegu buku. — Czuje, że jedyne co mam silniejsze to zgryz... — Z futrem przemoczonym do ostatniego włoska, wygrzebał się ciężko z wody. Od razu zatęsknił za tym uczuciem lekkości, który towarzyszył mu podczas pływania.
— Być może zbyt się na tym skupiasz. Pamiętaj, jesteśmy tutaj, abyś ćwiczył nogi i grzbiet, nie zęby. — Podeszła do niego, kiedy skończył się trzepać.
— Wtedy umrę w odmętach — skwitował kocurek.
— Polemizowałabym. — Uśmiechnęła się łagodnie i polizała go rodzicielsko pod uchem, gdzie wciąż zbierały się luźne krople wody. Machnęła ogonem, dając mu znak, że pora wracać. Byli daleko od obozu; niemal przy samej granicy z Klanem Burzy, gdzie rozlewisko stworzyło długi pas dość płytkiej linii brzegowej. Często tam trenowali, gdyż potem można było przeprowadzić sprawne polowanie w jednym z zagajników przed lub za Kolorową Łączką, a co za tym idzie, wrócić do samego obozu z pełnym pyskiem.
Tak zrobili i tego razu. Szli samym brzegiem, gdzie Algowa Struga poprosiła go, aby spróbował coś złowić. Serce zabiło mu jeden raz nieco prędzej. Uwielbiał polować na ryby; czuł się wtedy tak... w swoim żywiole. Przykucnął w wysokiej, szeleszczącej trawie przy samej, niewzburzonej niczym tafli rozlewiska, a następnie zaczął nasłuchiwać, próbując rozpoznać znajome mu bulgotanie. W końcu ujrzał kilka rozchodzących się na wodzie okręgów. Spiął grzbiet i wbił pazury w lewej łapię w mokry brzeg. Napinając tył, przygotował się do zamachu. Szybkim ruchem wychylił się z kryjówki i uderzył łapką mocno o lustro rzeki. Poczuł, jak pazurki wbijają się w śliskie, łuskowate ciałko, a następnie zobaczył, jak zraniona ryba zostaję wyrzucona w trawę po jego lewej. Uśmiechnął się zadowolony i dumny z samego siebie. Skoczył za nią i prędko wziął w pysk, pokazując się Algowej Strudze. Kotka na widok jego roziskrzonego wzroku również się uśmiechnęła.
— Dobra robota, Klekocząca Łapo. Masz naturalny talent, wiesz? To prześliczna, grubiutka ukleja — powiedziała, wstając i kontynuując drogę powrotną.
Milczeli większość czasu, co jakiś czas kotka stawała w miejscu, aby wyskoczyć w krzaki i złapać zdobycz, której Klekotek nie był nawet w stanie wyczuć czy usłyszeć. W końcu znów się odezwała: — Chciałbyś zapolować beze mnie? Widzę, że nieco się krępujesz, kiedy zauważam coś, co tobie umknęło.
— O-o... — mruknął, kiedy ryba wypadła mu z pyska. Zastanowił się na moment i niestety musiał przyznać mentorce racje. Oczywiście nie na głos. — Jasne. Czemu, by nie...
— Świetnie. Spotkajmy się więc przy wyjściu z zagajnika, kiedy uznasz, że jesteś zadowolony ze swoich zdobyczy, okej?
— Nie wiem, co to znaczy. Nie lubię takich niespecyficznych poleceń... — miauknął pod nosem, ale dymna już zniknęła gdzieś w gęstym leśnym runie. Kocurek westchnął i postanowił poświęcić moment, aby się uspokoić i zaznajomić z otoczeniem. Zamiast bezsensownie stać, ruszył powoli przez wydeptany trakt. Próbował stawiać jak najdelikatniejsze, najcichsze kroki, aby tylko nie spłoszyć potencjalnej zwierzyny, ale to cało skupienie strasznie go zmęczyło i sprawiło, że rozpoczął bardzo rozwinięty dialog wewnętrzny, który musiał uciszyć, zanim będzie w stanie cokolwiek złapać.
— O-o... — mruknął, kiedy ryba wypadła mu z pyska. Zastanowił się na moment i niestety musiał przyznać mentorce racje. Oczywiście nie na głos. — Jasne. Czemu, by nie...
— Świetnie. Spotkajmy się więc przy wyjściu z zagajnika, kiedy uznasz, że jesteś zadowolony ze swoich zdobyczy, okej?
— Nie wiem, co to znaczy. Nie lubię takich niespecyficznych poleceń... — miauknął pod nosem, ale dymna już zniknęła gdzieś w gęstym leśnym runie. Kocurek westchnął i postanowił poświęcić moment, aby się uspokoić i zaznajomić z otoczeniem. Zamiast bezsensownie stać, ruszył powoli przez wydeptany trakt. Próbował stawiać jak najdelikatniejsze, najcichsze kroki, aby tylko nie spłoszyć potencjalnej zwierzyny, ale to cało skupienie strasznie go zmęczyło i sprawiło, że rozpoczął bardzo rozwinięty dialog wewnętrzny, który musiał uciszyć, zanim będzie w stanie cokolwiek złapać.
Przysiadł pod drzewem, nie będąc świadomym tego, że jest obserwowany. Nie pomyślał o tym, że powinien wziąć głęboki wdech, że powinien skupić się na WSZYSTKICH zapachach, które go otaczają, a nie tylko na tropach zwierzyny. Nie zadarł głowy do góry, nie ujrzał więc srebrnego futra czy wgapionych w niego pomarańczowych ślepiów. Usłyszał za to szelest w pod jednym z wystających korzeni, które zakryte były wilgotnymi liśćmi i mchami. Podniósł czarne uszy i momentalnie skupił się na polowaniu. Chwile próbował rozpoznać zapach, a ostatecznie doszedł do wniosku, że musiała się tam kryć wiewiórka, gdyż pachniała zbyt mocno drzewną żywicą i wysokimi koronami, aby być myszą czy nornicą. Potem na moment zdało mu się, że dostrzegł kawałek rudej kity. Wiedział, że musiał się skupić, że miał jedną szansę, bo jeśli ta zacznie czmychać w górę po chropowatym konarze... wtedy może się pożegnać z tak dobrym łupem, który na pewno sprawiłby, że Algowa Struga byłaby z niego zadowolona.
Przypadł brzuchem blisko ściółki i zaczął gładko sunąć w kierunku gryzonia. Kiedy był już zaraz obok pozwijanych korzeni, przystanął i skupił się na tym, aby jednym ruchem przyszpilić go łapą. W końcu wyskoczył do przodu i wsunął się sprawnie między dwa kawałki drewna, trafiając idealnie tak, że capnął wiewiórkę, a sam uderzył się brzuchem o omszoną powierzchnię. Syknął, ale prędko ból został zastąpiony przez radość, kiedy wijące się ciało przestało wierzgać i walczyć, a pazury mogły zostać wyciągnięte z rdzawych boków. Z trudem, używając tylnych nóg, próbował wydostać się. Pierwszy raz mu się nie udało. Drugi; było już lepiej, ale wciąż jego głowa tkwiła w dziurze. Przekręcił ją mocniej i zignorował fakt, że szorstkie korzenie rwą go za uszy. W końcu udało się, a Klekocząca Łapa z impetem poleciał do tyłu. Już miał upaść, ale jego tył wpadł na coś... na kogoś.
— Piękna zdobycz, Klekocząca Łapo. — Usłyszał znajomy głos babki. Odwrócił głowę się i poczuł, jak mokry liść spada mu prosto na nos. — Ale mógłbyś nieco popracować nad swoją uwagą... Przesiadywałam nad tym drzewem już, zanim się tutaj zjawiłeś. To mógłby być wrogi samotnik, wojownik z innego klanu, który ma wrogie zamiary, a ty przejąłeś się dopiero wiewiórką. — Jej ton był pouczający, ale nie całkowicie przepełniony krytyką. Klekocząca Łapa próbował wyczytać cokolwiek z jej pyska, ale oblicze miała niezmącone i spokojne.
— Ah... No tak, ma Pani rację... — zgodził się niepewnie. Próbował powrócić do momentu przed swoim polowaniem, czy rozpoznał jakąś znajomą nutkę w tle? Czy przez myśl przeszło mu cokolwiek, co mogło świadczyć o tym, że rozpoznał kocią woń? Nie mógł być pewien, a kłamać nie chciał, nie umiał. — Mogłem być bardziej rozważny... — przyznał się ostatecznie.
— Czyżby Algowa Struga nie uczyła cię takich podstaw? Nie mówiła ci, jak ważnym jest mieć zawsze oczy i uszy dookoła głowy? — Podniosła jedną brew do góry. Kocurek od razu pokręcił głową.
— Nie! Uczyła! J-ja... — zawahał się i chwile pomyślał. Widział, jak stopniowa liderce kończy się cierpliwość, a końcówka ogona zaczyna drgać. — D-dużo zapominam...
Przypadł brzuchem blisko ściółki i zaczął gładko sunąć w kierunku gryzonia. Kiedy był już zaraz obok pozwijanych korzeni, przystanął i skupił się na tym, aby jednym ruchem przyszpilić go łapą. W końcu wyskoczył do przodu i wsunął się sprawnie między dwa kawałki drewna, trafiając idealnie tak, że capnął wiewiórkę, a sam uderzył się brzuchem o omszoną powierzchnię. Syknął, ale prędko ból został zastąpiony przez radość, kiedy wijące się ciało przestało wierzgać i walczyć, a pazury mogły zostać wyciągnięte z rdzawych boków. Z trudem, używając tylnych nóg, próbował wydostać się. Pierwszy raz mu się nie udało. Drugi; było już lepiej, ale wciąż jego głowa tkwiła w dziurze. Przekręcił ją mocniej i zignorował fakt, że szorstkie korzenie rwą go za uszy. W końcu udało się, a Klekocząca Łapa z impetem poleciał do tyłu. Już miał upaść, ale jego tył wpadł na coś... na kogoś.
— Piękna zdobycz, Klekocząca Łapo. — Usłyszał znajomy głos babki. Odwrócił głowę się i poczuł, jak mokry liść spada mu prosto na nos. — Ale mógłbyś nieco popracować nad swoją uwagą... Przesiadywałam nad tym drzewem już, zanim się tutaj zjawiłeś. To mógłby być wrogi samotnik, wojownik z innego klanu, który ma wrogie zamiary, a ty przejąłeś się dopiero wiewiórką. — Jej ton był pouczający, ale nie całkowicie przepełniony krytyką. Klekocząca Łapa próbował wyczytać cokolwiek z jej pyska, ale oblicze miała niezmącone i spokojne.
— Ah... No tak, ma Pani rację... — zgodził się niepewnie. Próbował powrócić do momentu przed swoim polowaniem, czy rozpoznał jakąś znajomą nutkę w tle? Czy przez myśl przeszło mu cokolwiek, co mogło świadczyć o tym, że rozpoznał kocią woń? Nie mógł być pewien, a kłamać nie chciał, nie umiał. — Mogłem być bardziej rozważny... — przyznał się ostatecznie.
— Czyżby Algowa Struga nie uczyła cię takich podstaw? Nie mówiła ci, jak ważnym jest mieć zawsze oczy i uszy dookoła głowy? — Podniosła jedną brew do góry. Kocurek od razu pokręcił głową.
— Nie! Uczyła! J-ja... — zawahał się i chwile pomyślał. Widział, jak stopniowa liderce kończy się cierpliwość, a końcówka ogona zaczyna drgać. — D-dużo zapominam...
— Hm... Chyba że tak wygląda sytuacja... — wymruczała. — Wojownik nie może być nierozważny, nie może ukrywać swoich błędów za tym, że zdarza mu się być zapominalskim, Klekocząca Łapo.
— Ale ja nie jestem wojownikiem — rzucił. Irytowała go już ta gadka o tym, jaki ma być, a jaki nie może być wojownik. Był jeszcze uczniem, z jakiegoś powodu najpierw było się nim, a dopiero potem następuje zmiana, następuje mianowanie. Dlaczego nikt nie daję mu być terminatorem? Czy naciskano na niego tak mocno, bo był z rzekomego rodu? Jeśli tak, to czy to dobrze?
— Ale nim zostaniesz. A według mnie powinno się to wydarzyć wcześniej niż później. Tak, teraz jesteś jeszcze zbyt młody, ale wkrótce się to zmieni. Wiele kotów, które nie noszą na czole znaku lotosu, było w stanie skończyć szkolenie i bardzo prędko zyskać miano wojownicze. Czemu z tobą miałoby być inaczej?
— Nie wiem? — Zmarszczył nosek. Nie była to przecież jego wina, to nie tak, że nie próbował, że nie słuchał i nie uważał. Naprawdę chciał, żeby mama była dumna, a co za tym idzie, również babcia, Pani Alga, reszta rodu i klanu. — Ja... ja się staram, naprawdę. Po prostu... Czasami samo wypadnie...
— Ale ja nie jestem wojownikiem — rzucił. Irytowała go już ta gadka o tym, jaki ma być, a jaki nie może być wojownik. Był jeszcze uczniem, z jakiegoś powodu najpierw było się nim, a dopiero potem następuje zmiana, następuje mianowanie. Dlaczego nikt nie daję mu być terminatorem? Czy naciskano na niego tak mocno, bo był z rzekomego rodu? Jeśli tak, to czy to dobrze?
— Ale nim zostaniesz. A według mnie powinno się to wydarzyć wcześniej niż później. Tak, teraz jesteś jeszcze zbyt młody, ale wkrótce się to zmieni. Wiele kotów, które nie noszą na czole znaku lotosu, było w stanie skończyć szkolenie i bardzo prędko zyskać miano wojownicze. Czemu z tobą miałoby być inaczej?
— Nie wiem? — Zmarszczył nosek. Nie była to przecież jego wina, to nie tak, że nie próbował, że nie słuchał i nie uważał. Naprawdę chciał, żeby mama była dumna, a co za tym idzie, również babcia, Pani Alga, reszta rodu i klanu. — Ja... ja się staram, naprawdę. Po prostu... Czasami samo wypadnie...
<Babcia?>
[1475 słów + nauka pływania + łowienie ryb]
[przyznano 30% + 5% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz