BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 listopada 2025

Od Pomrocznej Łapy CD. Łezki

*przeszłość*

Powietrze w tunelach zdawało się stać w miejscu. Zatęchłe. Każdy krok wzbijał do góry piasek czy inne paprochy, a zapach wilgotnej ziemi był wszechobecny.
Jednak zdawało jej się to podobać. Idąc w bezpiecznej odległości za Bladym Licem, ściany ocierające się o jej boki wcale jej nie przeszkadzały. Dotyk ten był stały, przewidywalny – inny od niespodziewanych przytulasów Słoty. Ciemność otulała wszystkie zakamarki, a nawet śnieżnobiałego futro wojownika tonęło w jej objęciu. Wydawało jej się to równie straszne, jak i ciekawe; raz po raz przymykała ślepia, dając się prowadzić jedynie swojemu węchowi i słuchowi, jak gdyby robiło to jakąkolwiek różnicę.
— Jesteś w stanie poprowadzić? — głos mentora rozniósł się po tunelu, odbijając echem od jego ścian.
Musieli być blisko. Energicznie pokiwała głową, zapominając, że kocur tego nie zobaczy; prędko się poprawiła.
— Oczywiście.
Zwiększyła tempo, doganiając końcówkę jego ogona. Przecisnęła się obok niego (co nie było łatwe, zważając na jej okrągłe boczki i wąskość przejścia) i wyszła na prowadzenie. Jej nos prowadził ją do przodu, ku subtelnemu powiewowi świeżego powietrza, aż nie stanęła na rozwidleniu ścieżek.
— W którą stronę teraz?
Zamyśliła się na moment. Słyszała powątpiewanie w głosie mentora, słyszała wyzwanie.
— W prawo — odparła po paru uderzeniach serca. Nie usłyszała sprzeciwu. Była to więc dobra droga.
Zapach lasu stał się bardziej wyraźny, a wraz z nim również zapach wody. Konkretniej deszczu. Już po chwili usłyszała także jego krople, uderzające o ściółkę z taką siłą, której jeszcze nie widziała.
— Szybko i sprawnie — usłyszała jeszcze od wojownika, zanim wystawiła głowę na ulewę. — Zajdź do medyków. Chcę, abyś jutro nie była przeziębiona i stała na nogach.

W ten właśnie sposób znalazła się w lecznicy. Głośno ogłosiła swoją obecność, nie chcąc, aby Jarzębinowy Żar pomyślała, że po ich ostatnim spotkaniu się jej boi – nie zastała jednak w legowisku nikogo. Pustka. Pustka poza nią, mokrą kałużą, którą przyniosła, i… I dwójką kociąt, skrywających się w kącie.
Zamrugała. Spodziewała się wszystkiego, tylko nie tego.
— Gdzie są medycy..? — wymamrotała niepewnie, nieco speszona ich obecnością.
Właśnie zmarnowała swoje pierwsze wrażenie! Poirytowana schyliła głowę i przylizała sierść na piersi, starając się zrobić cokolwiek, aby wyglądać bardziej przyzwoicie.
— Nie wiem — cicho miauknęło jedno z kociąt. — Gdzieś poszli.
Zwróciła spojrzenie na koteczkę. Żółte, smutne ślipka spoglądały na nią spod czarnej czupryny. Postąpiła krok do przodu, starając się nie rozpryskiwać przy tym wody, która wciąż ściekała z jej futra.
— Zostawili was tu? Wiedziałam, że Jarzębinowy Żar jest niekompetentna — parsknęła pod nosem, uśmiechając się krzywo do młodszej. — Dotrzymam wam towarzystwa do czasu, aż wróci. Nie może tak lekceważyć swoich obowiązków, skoro uważa, że jest w nich taka świetna — szepnęła, czując nagły przypływ pewności siebie. Słota na pewno by ją teraz pochwaliła.
Koteczka siedziała cicho, przyglądając się jej jedynie. Swoje łaciate, trójkolorowe łapki opierała o boczek śpiącego brata, a rudawe uszka odchylały się nieco do tyłu. Ignorując jej nerwowość, Pomrok przysunęła swój własny pyszczek bliżej, lustrując ją wzrokiem.
— Wyglądamy identycznie —  uznała po paru uderzeniach serca. — No, prawie. Mogłabyś być jakąś moja zaginioną siostrą, czy coś w tym stylu — zmarszczyła brwi. Nie, nie było takiej opcji. Przyjrzała się koteczce jeszcze raz; łatki na zadku, łapkach czy nawet jednym z policzków zdawały się jednak identyczne. — Jak… Jak się nazywasz?
Kocię zamrugało, otwierając z wahaniem różowy pyszczek.
— Łezka…
— Śliczne imię! Ja jestem Pomroczna Łapa — miauknęła. Jednak myśl o siostrzyczce zasadziła w niej ziarenko ciekawości… Przymrużyła oczka. — Nie przypominam sobie, żebyśmy się kiedyś spotkały. Ale… Ale to wręcz niemożliwe, żebyś nie była ze mną spokrewniona.
Łezka nie wyglądała na przekonaną, jedynie może przebodźcowaną. Uczennica przełknęła ślinę.
— Może… Może znasz kogoś o imieniu Jasnota?
Cisza. Czekała, jej oczy błyszczące z nadzieją; wiedziała, że to głupie, ale nie mogła się powstrzymać. Z każdym uderzeniem serca jednak jej entuzjazm malał, aż w końcu nie opadł, gdy kocię pokręciło głową.
Cóż. Niepotrzebnie robię sobie nadzieję, pomyślała, wysuwając i chowając pazury, sfrustrowana.

***

Pokrewieństwa nigdy nie udało się jej udowodnić. Drzemała, gdy Łezka opuściła obóz, wybierając się w podróż do Klanu Nocy.
Oparła podbródek na skraju swojego posłania. Nie zdążyła nawet się z młodą zaprzyjaźnić, nim ta wyrwana została z klanu przez pazury jakiejś tam Gąbczastej Łapy. Końcówka jej ogona zadrżała z poirytowaniem.

Spoglądała na Stroczka z niedowierzaniem. Jej pyszczek uchylony, ząbki ukazane w nieświadomym grymasie.
— Jak to nie wróci? — słowa te opuściły jej wargi z niedowierzaniem. Kociak skulił się nieco, chowając mordkę pod łaciatą łapką. — Nawet nie- Nawet nie zdążyłam… Ugh!
Przerwały jej kroki, nadchodzące od tyłu. Obejrzała się przez ramię, napotykając wzrok jakiegoś wojownika; Szczawiowe Serca posłał jej ostre spojrzenie, niepasujące do jego zazwyczaj zmartwionej mimiki.
— Zostaw go w spokoju.


Tak bardzo chciała się dowiedzieć czy coś je łączy. Jeśli nie więzy rodzinne, to może jakaś nitka porozumienia.
Biorąc udział w patrolu granicznym, jeszcze tego samego wieczoru, dyskretnie spoglądała w kierunku, w którym miał znajdować się ten cały Klan Nocy. Przekonywała się, że może jeszcze kiedyś Łezkę zobaczy. Dla własnego spokoju.


<Łezko? Do zobaczenia kiedyś>

[800 słów + poruszanie się w tunelach]

[przyznano 16% + 5%]

02 listopada 2025

Od Bożodrzewnego Kaprysu

Coraz rzadziej zdarzały się dni, gdy miała siłę, by wyjść z obozu. Większość czasu spędzała zwinięta w legowisku, skupiona na swoim ciężkim oddechu i bólu wstrząsającym jej ciałem. Miała dość. Chciała uciec – z tego miejsca, z obozu, ze swojego umysłu.
Wstała, wydając z siebie cichy jęk bólu. Szary Klif, siedzący w legowisku obok, spojrzał na nią z zaniepokojeniem. Nic jednak nie powiedział. Bożodrzew wierzyła, że panowała między nimi niewypowiedziana umowa milczenia. Podejrzenie, że Szary Klif wiedział, że nie potrafił pomóc, że razem z siostrą oszukiwał Bożodrzew, wypełniało kotkę palącą złością. Gdyby lepiej wykonywał swoją pracę jako protektor, Bożodrzewny Kaprys nadal byłaby szczęśliwa. Nadal byłaby z Zielonym Wzgórzem. Nie chciała patrzeć na kocura, nie chciała z nim rozmawiać – być może dlatego, że możliwość siedzenia we własnym zgorzknieniu i wściekłości w stosunku do kocura pozwalała jej na zapomnienie o tym, jak ona sama zawiodła partnerkę. Nienawiść do Szarego Klifu wydawała się łatwiejsza.
Powolnym krokiem skierowała się do wyjścia z obozu. Szum wodospadu zagłuszył wszystkie inne głosy. Zadrżała, czując nagły spadek temperatury. Zmrużyła powieki, pozwalając im na przyzwyczajenie się do światła dziennego. Miała nadzieję, że ujrzy tereny otulone śniegiem. Coś w wizji martwego, śniącego świata niosło w sobie komfort, którego tak bardzo potrzebowała. Jednak gdy otworzyła oczy, napotkała jedynie widok ulewnego deszczu. Westchnęła. Wyraźnie nie mogła mieć nawet tej satysfakcji.
Pełna żalu wróciła do obozu.

Od Gałęzatki (Dryfującej Łapy)

W dniu mianowania

Gałęzatka leżał w swoim legowisku, co z boku mogło wyglądać trochę, jakby był martwy. Wpatrywał się w sufit żłobka, a z jego oczu z niewiadomej przyczyny wypływały łzy. Zamknął oczy i przekręcił się na bok, zwracając tym samym uwagę Kotewkowego Powiewu. Gałęzatka, słysząc szmer podchodzącej do niego kotki, westchnął cicho, otwierając ślepia. Spojrzał w górę, wprost w zielone oczy wiecznej karmicielki i zamrugał kilka razy, próbując na nowo przyzwyczaić się do światła, które nieokiełznane wpychało się pod jego przymknięte powieki.
— Spałeś? — zapytała, siadając obok kociaka, który przez to jedno słowo zakrył uszy łapami.
— Mmm… Ciszej — mruknął, a z jego oczu wypłynęło jeszcze dodatkowych kilka łez.
— Denerwujesz się, co? — zapytała kotka, liżąc Gałęzatkę czule po ucho. — Nie ma co. Dasz sobie radę, wiem to.
— A co jeśli nie? Ja…boli mnie brzuch. Nie chcę iść. Wszystkie te koty… A co jak mnie zjedzą? — panikował, z sekundy na sekundę coraz bardziej zamykając się w swojej kulce z kolczastych łodyg róż. — Kotewkowy Powiewie co jeśli mój mentor będzie złośliwy lub zbyt wymagający? Nie dam sobie z tym rady! Kotewko, proszę czy naprawdę muszę przechodzić przez mianowanie już dziś? Nie możemy tego przełożyć…lub mianować mnie, gdy kotów będzie mni… — narzekał, a jego żółte oczka były coraz bardziej zapłakane.
Na szczęście jego rozpacz została przerwana przez jego braci wchodzących akurat do środka po spotkaniu ze starszymi. Co widząc tą godną pożałowania sytuację, zjeżyli się lekko. Sprawiło to, że Gałęzatka bardzo szybko się otrząsnął i już po chwili uśmiechnął się w ich stronę.
— Uch… Wszystko dobrze? — zapytał Widlik, marszcząc lekko brwi.
Gałęzatka kiwnął tylko głową, chichocząc cicho. Gdy jego bracia zdążyli tylko wyjść, ponownie położył się zmęczony w legowisku.
— Panikujesz. Niepotrzebnie nie spałeś. W ten sposób zaśniesz podczas pilnowania obozu. Prześpij się teraz, póki możesz — westchnęła, kładąc łapę na jego boku. — Obudzę cię, gdy będzie pora mianowania.

Trochę później

— Gałęzatko — miauknęła Kotewkowy Powiew chwilę przed wysokim słońcem. — Pora wstać. Jeszcze trochę i mianowanie — szturchnęła go dla lepszego efektu, a ten tylko mruknął, chowając pysk za ogonem.
— Nie… Dobranoc — burknął niezadowolony, chowając pysk jeszcze dodatkowo za łapami, co z boku wyglądać mogło bardzo komicznie. Za łapami z jego oczu znowu zaczęły wypływać łezki, choć tym razem znacznie mniejsze niż te poranne.
— Już! Wstawać! Musisz się jeszcze przygotować mały mysi móżdżku — zaśmiała się i trzepnęła niebieskiego w ucho.
— Co, jeśli wyśmieją moje futerko? — spytał, a Kotewka tylko pokręciła głową.
— Już cały klan cię widział, jakby mieli cię wyśmiać, to już by to zrobili — stwierdziła, klepiąc żółtookiego po głowie. — Spójrz na Morszczyna i Widlika. Oni się tak nie martwią. Może ty też powinieneś się nie martwić, hm? — podsumowała, wpatrując się w kociaka, z czym w rodzaju politowania.
— Oni… A czy ja muszę być do nich porównywany? — syknął cicho, po czym wstał z ziemi, patrząc na Kotewkę ze swego rodzaju determinacją.
Wieczna karmicielka postanowiła się nie odzywać. Po prostu wzięła się za ciekawsze rzeczy do roboty. Gałęzatka powoli umył swoje futerko, a gdy już uznał, że jest gotowy, wplątał jeszcze żółte listki w swoje futro. Podszedł do zielonookiej ze słabym, ale najlepszym, na jaki było go stać uśmiechem. Ta spojrzała tylko na jego futro przyozdobione listkami i podkręciła głową.
— Niech ci będzie modnisiu — zaśmiała się cicho.
Po kilkunastu odbiciach serca można było usłyszeć głos liderki zwołującej koty na zebranie.
— Dziękuję Kotewkowy Powiewie — miauknął na pożegnanie, wychodząc ze żłobka, ale jego myśli nadal spowijała czarna, gęsta mgła.
Gałęzatka wyszedł, stojąc już zbyt daleko od żłobka, aby mógł w razie czego do niego uciec. Spojrzał na swoich braci, jeżąc lekko futerko.

***

Mianowanie braci Gałęzatki minęło bardzo szybko. Ledwie zdążył mrugnąć, a już słyszał swoje imię.
— Gałęzatko, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Dryfująca Łapa. Twoim mentorem będzie Rozpromieniony Skowronek. Mam nadzieję, że Rozpromieniony Skowronek przekaże ci całą swoją wiedzę — zaczęła Spieniona Gwiazda, zerkając bokiem na zdenerwowanego świeżego ucznia. — Rozpromieniony Skowronku, jesteś gotowy do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora, Czereśniowego Pocałunku doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją zwinność i upartość. Będziesz mentorem Dryfującej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzą — miauknęła, obserwując Dryfującą Łapę.
Ten podszedł do Skowronka, który uśmiechnął się lekko, tak jakby chciał trochę ulżyć swojemu uczniowi. Dryfujący uśmiechnął się słabo, a następnie zetknął się nosem z mentorem, choć, prawdę mówiąc, trzeba by raczej powiedzieć, że go w ten nos uderzył.
— Ałć…? — zaśmiał się wojownik, odsuwając się kawałek od ucznia, a na jego pysku malował się uśmiech. Niektórzy z Klanu Nocy zaśmiało się również pod nosem, a Dryfująca Łapa lekko się skulił pod wpływem wszystkich tych oczu. Jego oczy zaszkliły się i jak najszybciej odszedł na bok, aby tylko nie zwracać na siebie już żadnej uwagi. Na jego nieszczęście jednak poszedł za nim jego mentor.
— Wszystko okej? Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć — mruknął, szturchając lekko niebieskiego. — Napij się może trochę wody, bo zaraz padniesz, a musimy jeszcze.
— Miał…? — mruknął cicho, skrobiąc pazurem w ziemi nerwowo.
— Coś nie tak? — zapytał Rozpromieniony Skowronek, na chwilę zbyty szerokim uśmiechem i podkręceniem głową na nie.
Gdy tylko mentor przestał zwracać uwagę na żółtookiego, ten pozwolił sobie na kilka łez spływających z jego policzków. Spojrzał na Złocistą Łapę i Morszczynową Łapę, którzy najwidoczniej na niego czekali. Podbiegł do nich, najszybciej jak potrafił, aby uciec od zbyt nerwowej dla niego sytuacji.
— Przepraszam. Prawie zapomniałem, że mieliśmy pogadać. Jak wasi mentorzy? — zapytał ze słabym uśmiechem na pyszczku, wysilając wszystkie swoje społeczne umiejętności, aby do końca się nie rozryczeć. Kremowy spojrzał na niego z czymś w rodzaju współczucia.
— Moim mentorem został Tojadowa Kryza! — miauknął Morszczynowa Łapa. — Wydaje mi się albo…wygląda na porządnego? — stwierdził bury kocur.
— Moją mentorką została Kotewkowy Powiew — miauknął Widlik, z uśmiechem na pyszczku. — I wiesz… Zostanę wiecznym karmicielem!
Dryfującą Łapę przebiło uczucie minimalnej zazdrości. Uśmiechnął się leciutko. Wolałby zostać wiecznym karmicielem, medykiem, kimkolwiek, byle nie zostać wojownikiem. Dlatego też nie patrzył w oczy bratu.
— I z pewnością nie będziesz mieć umiejętności wojowniczych. Czego w ogóle uczą się karmiciele? — zachichotał Dryfek, patrząc na niego zaciętym spojrzeniem, wbijając mu w ten sposób minimalną igiełkę.
— Nieważne… — mruknął Złocista Łapa i odszedł do zielonookiej kotki.
Morszczynowa Łapa spojrzał na niego pytającym wzrokiem, a następnie również odszedł do swojego mentora. Skończyło się na tym, że Gałęzatka został sam jak palec. Usłyszał kroki za sobą, więc postanowił się odwrócić.
— Zostałeś sam, co? — zapytał Skowronek, kładąc łapę na barku młodszego kocura. — Jesteście rodzeństwem. Nieważne co się stało, będzie dobrze — dodał z uśmiechem.
Dryfek jednak tylko obdarował go przybitym spojrzeniem.
— Może… — mruknął cicho w odpowiedzi.
— Chodź. Oprowadzę cię po terenach. Będzie fajnie, zobaczysz — mruknął, kierując się w stronę wyjścia z obozu.
Niebieski kocur spojrzał tylko na swojego mentora niechętnie, mając ochotę zapaść się pod ziemię.
— Nie jestem pewny czy faktycznie będzie tak fajnie… — stwierdził żółtooki, grzebiąc nerwowo łapką w ziemi. — Nie chciałem być wojownikiem — mruknął, patrząc na Skowronka niezadowolony.
— Dasz radę — odparł krótko z uśmiechem kremowy, a już po chwili wychodzili poza obóz.

[1133 słowa]

[przyznano 23%]

Od Dębowej Łapy Do Pomrocznej Łapy

Dębowa Łapa siedział w towarzystwie Tropiącej Łapy oraz Tygrysiej Łapy na polanie. Żartowali i wymieniali się uwagami dotyczącymi walki oraz innych uczniów. Mimo swojego charakteru oraz niechęci, jaką pałał do Wilgowej Łapy, tak przyciągał do siebie koty. Był istnym magnesem, który zwabiał do siebie żartownisiów oraz tych, co potrzebowali towarzystwa. Rzadko kiedy był sam i mógł się skarżyć na nudę, był złotym kotem, czempionem towarzystwa, istną świecącą gwiazdą, która oślepiała wszystkich tych, którzy mieli bardziej introwertyczny charakter.
— … dlatego mówię wam, że wygląd osobisty jest ważny. Musisz zacząć bardziej dbać o swoją sierść Dębowa Łapo. Już jesteś i tak całkiem łady, nawet od swoich rodziców, jednak nie powiedziałabym, że dorównywałbyś wyglądem Wilgowej Łapie — ciągnęła od jakiegoś czasu Tropiąca Łapa, która coraz bardziej wkręcała się w komentowaniu wyglądu pozostałych Wilczaków.
Dębowa Łapa szczerze nie słuchał jej od dłuższego czasu, gdyż wpatrywał się w Słotną Łapę, która została zaczepiona przez Kamienną Łapę. Coś za często ze sobą rozmawiali, a po pysku brata widział, jak wiele nadziei i emocji pokłada w przybranej córce Zalotnej Krasopani. Nie podobało mu się to wcale. Miał ich na oku i nie zamierzał pozwolić bratu, by ten ukradł mu Słotną Łapę.
Dopiero jego uwagę przykuło zdanie Tropiącej Łapy, o jego wyglądzie w porównaniu do Wilgowej Łapy. Przeniósł na nią swoje żółte oczy i je zmrużył.
— Oj nie nie nie Tropiąca Łapo, ty chyba nie masz gustu. — Pokręcił głową, cmokając. – Wilgowa Łapa nie dba o siebie fizycznie, tylko główkuje i udaje, że wie o życiu więcej niż sam Nikła Gwiazda, poza tym to ja najlepiej wspinam się z moich braci na drzewa.
Przybliżył się do swojej rozmówczyni, tak blisko, że ich boki się całkowicie stykały i mógł patrzeć na nią z góry. Mimo tego, że uczennica była od niego starsza, tak on nie był wcale takich małych rozmiarów, więc wykorzystywał to w swoich rozmowach, potyczkach słownych, jak i w tych fizycznych.
Biedny srebrny uczeń z Klanu Burzy, który dostał bęcki pod granicą z Klanem Wilka, mógł być trochę bardziej uważny i spróbować się bronić. Wystarczyło, by tylko podniósł wzrok na gałęzie. Chociaż, czy to miało jakieś znaczenie? Chyba nie, i tak nie miałby żadnych szans z Dębową Łapą.
— Wiesz… Nie obraziłbym się, gdybyś zaopiekowała się moim futrem. Pokazałabyś mi, jaki to w twoim przekonaniu, powinno się zająć swoim skołtunionym futrem.
Tygrysia Łapa zaśmiał się z dwójki, a w szczególności z miny jego siostry, która ewidentnie miała mieszane uczucia i na jej pyszczku widniał kwaśny uśmiech, który starała się również zamaskować.
— Pff! Ty mysimóżdżku! — prychnęła, próbując nadal powstrzymać śmiech. Odepchnęła jego łepek od siebie. — Musiałbyś zapracować na to, inaczej nie dotknęłabym ani jednego włoska twojej sierści swoim językiem — zadeklarowała, przeczesując swoją grzywkę pazurami.
— Mam ci podać jakąś ozdobę? — spytał, wiedząc, jaka będzie odpowiedź starszej uczennicy.
Tamta pokiwała głową, jakby była księżniczką należącą do Klanu Wilka.
Niewiele myśląc, złapał ładnego żółtego liścia klonu, którego ktoś musiał przynieść dla nowych znajdek, które koty z Klanu Wilka ostatnio znajdują. Czuł jeszcze na liściu zapach Aksamitki i miał go już wręczyć Tropiącej Łapie, gdy z legowiska uczniów wyszła Pomroczna Łapa.
Siostra Słotnej Łapy stawała na polanie niepewnie łapy i oglądała się pewnie za Bladym Licem, który został zaciągnięty przez innych na patrol graniczny. Sam Dębowa Łapa wiedział, jak biały kocur wychodził jakiś czas temu, więc powinien za niedługo wrócić do obozu.
W głowie srebrnego czekoladowego kota urodził się pewien pomysł, który powinien zostać, jak najszybciej wcielony w życie.
— Dziękuję Tropiąca Łapo i Tygrysia Łapo za rozmowę. Później może zgadamy się na jakimś wspólnym treningu i pogadamy jeszcze — rzucił nagle i ruszył z liściem w stronę Pomrocznej Łapy.
Tropiąca Łapa miauknęła za nim coś, jednak ten nie przywiązywał do słów uczennicy większej wagi, gdyż teraz musiał zrobić coś bardzo ważnego.
Podszedł do Pomrocznej Łapy i obszedł ją dookoła, uważnie przypatrując się jej każdej rudej łatce.
— Dla pięknej pani, przyda się piękna ozdoba~ — zamruczał i bez zawahania wetknął delikatnie liść klonu za jej ucho.
Młoda wyglądała na lekko przerażoną zainteresowaniem starszego ucznia w jej osobie, jednak o dziwo, nie cofnęła się o krok, co zadowoliło Dębową Łapę.
— Żółć rozświetla bardziej twoje ciemne brązowe oczy. Powinnaś zacząć chodzić na co dzień z tym liściem — zauważył, wpatrując się w jej oczy.
Liczył na jej uległość oraz ciekawość Pomrocznej Łapy, dobrze był znany w obozie i zaliczał się do tych głośnych oraz popularnych kotów. Musiał przecież emanować, jakąś energią lub autorytetem, który sprawiłby, że kotka zapamiętała go na dłużej niż na jedną rozmowę i była chętna do dalszych konwersacji. Był przecież popularny i lubiany. Pomroczna Łapa musi poczuć się wyjątkowa, że ktoś taki, jak Dębowa Łapa interesuje się jej wyglądem.

<Pomroczna Łapo, chodź się ze mną zaprzyjaźnij ;3>
[760 słów]

[przyznano 15%]

Od Łezki Do Złocistej Łapy

Klan Nocy był zupełnie inny od Klanu Wilka. Tutaj wszystko zdawało się być takie... Żywe. Łagodniejsze i spokojniejsze, nawet samo powietrze inaczej pachniało. Koty tego klanu również wydawały się szczęśliwsze. W obozie zawsze można było usłyszeć ich żywe rozmowy i śmiechy, przypominając śpiew ptaków o poranku. Obóz również był inny, taki przytulniejszy... Podobało jej się tutaj. Łezka za zgodą Kotewkowego Powiewu mogła wyjść na chwilę ze żłobka. Pierwszy raz ciekawiło ją to, co jest poza ciepłymi czterema ścianami żłobka.
Łezka spokojnie zajęła miejsce przy jednej ze skał, owijając łapy ogonem, gdy poczuła pod nimi chłód ziemi. W milczeniu obserwowała przechodzących wojowników, przepychających się uczniów i starszych, którzy odpoczywali we własnych legowiskach.
— Cześć Łezko! — zawołał nagle jakiś głos. Łezka drgnęła, czując się wyrwana ze swoich myśli. W jej stronę zbliżał się kremowy kocur o zielonych oczach… — Jak się czujesz? — wymruczał, przystając parę kocięcych kroków od szylkretki. — Widziałem, jak tutaj sama siedzisz, to chciałem zobaczyć, co porabiasz — dodał, a uszy kocura odrobinę podniosły się do góry, jakby oczekując jej odpowiedzi.
Łezka nie odpowiedziała na pytanie od razu. Pomyślała chwilę, zastanawiając się, czy warto jej było otwierać pyszczek. Dopiero po paru uderzeniach sercach ta podjęła decyzję, że wypada odpowiedzieć na jego pytanie.
— Czuję się... Okej. Tak myślę — wydukała cicho, kuląc swoje łapki. — Nie robię nic wielkiego... Tylko siedzę — odpowiedziała, ponownie wbijając wzrok w ziemię.

<Złocista Łapo?>

Od Chomika Do Barszczowej Łodygi

Po wyroku

Nie mogła wierzyć, że to był jej koniec, to nie mógł być jej koniec! Siedziała w legowisku medyka, zastanawiając się, czemu Zawilcowa Korona chciał opatrywać jej rany, czemu jemu zależało? Klan zapewne jej nienawidził, ale ona miała to gdzieś, opłakiwała w myślach Norniczy Ślad, bo realnie nie mogła przy kotach, które ją zabiły. Przeplatkowy Wianek i Świerszczowy Skok zachowywali się po tym normalnie, pewnie się nabijali z niej, że dostała karę, nie wiedziała w tym momencie, który kot jest gorszy, jej brat o króliczym rozumie czy sama Przeplatka, która była wilkiem w owczej skórze, jedno i drugie zapewne było okropne. Wpadła ich sidła i teraz musiała od nowa wszystko budować, swoją reputację i godność, chociaż nawet to i lepiej?
Będzie to dla niej wielki reset, musiała być teraz uważniejsza i brać wszystko pod uwagę, okoliczności i to, komu będzie powierzone jej zaufanie. Grała w ciemną grę pozorów z Zawilcową Koroną, Świerszczowym Skokiem i dowodzącą wszystkim Przeplatkowym Wiankiem, mózgiem tego wszystkiego.
Chomik miała czas na przemyślenie nowej taktyki, która jej pozwoli się utrzymać w Klanie Burzy, wiedziała, że koty, które były z nią w legowisku, tak łatwo jej nie odpuszczą, że mogą spróbować ją teraz w coś wrobić, a przecież ona wtedy łatwo się nie obroni, bo ma łatkę zdrajcy.
Dlatego od tej pory trzymanie głowy na karku to jej postawa, by się nie dać, cokolwiek oni będą jeszcze planować.
Kotka zmierzyła ostrym wzrokiem Zawilcową Koronę, jakby chciał ją otruć, kocur żuł jakieś zioła na papkę, następnie dawał jej to na rany, co sprawiało, że srebrna szylkretka wbijała pazury w mech, bo szczypania ran nie można było zignorować. Gdy kocur szedł po następne zioła, to wiedziała, że to szybko się nie skończy, więc tylko położyła głowę na mchu i milczała, nie mając zbytnio dobrego humoru.

Po wyjściu z legowiska medyka, noc

Było już ciemno, a koty kładły się spać, Chomik chciała, chociaż się zobaczyć z Rudą Lisówką, ale nie mogła go spotkać gdzie się podział u licha? Miała wrażenie, że jej partner był obecny tylko na jej sądzeniu, po czym się rozpłynął w powietrzu. Podeszli do niej Cyklonowe Oko i Zawodzące Echo.
— Idziesz z nami, od dziś nie śpisz w legowisku wojowników. Twoje miejsce jest teraz w norze dla więźniów za sprawą wyroku mojego ojca — powiedział władczo i stanowczo Zawodzące Echo, po czym poszedł przodem a kotka za nim, a z tyłu szedł Cyklonowe Oko.
Jej nowe miejsce do spania nie było daleko, dotarła do niego po kilku krokach, była to zwyczajna nora, lecz nie było tam legowiska tylko ubita ziemia.
— Lepiej się wyśpij, bo jutro cię czeka ciężka praca na rzecz klanu. Muszę jeszcze dodać, że Cyklonowe Oko będzie cię miał na oko — powiedział syn przywódcy, po czym odszedł, a ona została tylko z Cyklonowym Okiem, Który wydawał się spokojny.
Chomik weszła do dziury, a następnie ciężko szlochała za Norniczym Śladem, wylewając emocje i żale, których nie było jej dane wyrazić legowisku medyka przy mordercach Norniczego Śladu, by nikt jej nie słyszał. Chciała, żeby tu była przy niej, żeby powiedziała, że wszystko będzie dobrze, ale tak nie będzie, bo jest martwa. Trudno jej było zasnąć, po tym, jak czarna szylkretka była martwa, ale jutro musiała zbierać się do pracy.

Dzień po wyroku

Kotka widziała, że światło dochodziło do jej nory, oślepiając ją. Wtedy wstała z twardej ziemi, upewniając się, że to wszystko to, co zdarzyło się, nie było gorączkowym snem, że tego jednego dnia wszystko się posypało, a poukładanie tego będzie trudniejsze.
Szła w stronę źródła światła, po krótkim czasie była na powierzchni. Widziała, jednak że czekał na nią Barszczowa Łodyga z Pozłacaną Pszenicą, zapewne miała zacząć jedno ze swoich obowiązków, ciekawe co miało to być, polowanie czy może kopanie tuneli?
Po jej byłym mentorze trudno by było się spodziewać, co będą robić, jego mina dawała znać, że był nią bardziej zawiedziony.
Nie było to dla niej wielkim zaskoczeniem, każdy klanowicz zapewne by się tak w stosunku do niej zachował, tylko czy czekoladowy kocur będzie chciał z nią rozmawiać po jej próbie morderstwa na własnej matce?

<Barszczowa Łodygo masz focha na mnie?>

Od Korzonek Do Klekotka

Nawet do spokojnej ostoi sumaków, co jakiś czas wdzierały się silniejsze podmuchy bryzy. Z każdym mijającym dniem ten wiatr stawał się coraz chłodniejszy, noce coraz dłuższe, a jedynie długie i zwarte futerko Korzonek chroniło ją od zimna. Przykrego szczypania łapek, ale tym samym jedynego stałego elementu ze świata zewnętrznego — wiatru, który wiódł ze sobą zapachy, obietnice oraz sekrety. Gdyby była trochę starsza, może wyczułaby dwie pobliskie wiewiórki, które kilka dni temu zdecydowały się dzielić wspólnie gniazdo na czas zimowej biedy, albo też kręcącego się w okolicy zająca. Wszystko to było jednak niedostępne dla młodego nosa Korzonek.
Zamiast tego każdy dzień upływał na tym samym, a czas płynął niestrudzenie do przodu. Łapy im rosły, słowa nabierały więcej sensu, a rozmowy z dorosłymi przynosiły więcej pytań niż odpowiedzi. Korzonek nie zawsze się tym jednak przejmowała. Dla niej liczyło się tu i teraz gdy mogła, to bawiła się ze swoim rodzeństwem, dręczyła swoich rodziców i próbowała dołączać do rozmów z Kotewkowym Powiewem. Starsza jednak zawsze wydawała się jej nie słyszeć, odwracać wzrok, albo poświęcać się bardziej jej rodzeństwu niż jej. Najwyraźniej to oni potrzebowali więcej pomocy, ona przecież doskonale dawała sobie radę! Tylko czemu to wszystko musiało być takie nudne…
Jedynym zaburzeniem dotychczasowej rutyny było pojawienie się nowej kotki w żłobku, a tym samym jej niedawno narodzonego potomka. Klekotka, z tego udało się Korzonek wysłyszeć. Sam czarny van mówił jednak niewiele i na ogół były to pytania skierowane do starszych, przede wszystkim do matki i piastunki, więc młoda kotka zwykła puszczać je koło nosa. Nie ze względu na brak głodu wiedzy czy informacji o świecie zewnętrznym, ale ze względu na to, że znudziła się już doszczętnie tym, że poza najbliższymi, musiała się o odpowiedzi dopraszać. Zamiast tego wybierała dyskretne podsłuchiwanie innych podczas swoich rzekomych drzemek albo leniwej zabawy z mchem.
W tym momencie jednak nie miała ochoty na zabawę, a wszystko pozostałe było poza jej zasięgiem. Borówkowa Słodycz musiała ich na chwilę opuścić, zostawiając wszystko na głowie piastunki, która leniwie przyglądała się kociakom, mówiąc zaś dokładniej — Klekotkowi. Konwalia razem ze Słodką posnęli niedawno, zostawiając swoją siostrę samą i znudzoną. Mogłaby oczywiście próbować wypytywać Kotewkę o polowania i patrole, jak to robili inni, ale nie otrzymałaby nic więcej niż kilka szczątkowych odpowiedzi. Myślała nawet kiedyś nad wykradnięciem się po cichu ze żłobka, korzystając z nieuwagi kotki, jednak ta nieuwaga okazała się jedynie pozorna, a Korzonek szybko wróciła na swoje miejsce. Udało jej się także dostać trochę wymarzonej atencji, bo zamiast unikać jej wzrokiem, piastunka posyłała jej wysoce niezadowolone i pogardliwe spojrzenia.
Tym razem jednak kotka postanowiła wziąć los we własne łapy i powoli zbliżyła się do kocura. Mimo pokracznego kroku ogon niosła wysoko, a pysk jeszcze wyżej, starając się naśladować dumny krok starszych.
— Heeeej… — rzuciła z uśmiechem. — Co robisz? Mogę z Tobą? — spytała i usiadła, zupełnie ignorując ciche syknięcie zza swoich pleców. — Moje rodzeństwo poszło spać i zostałeś tylko Ty. Klekotek, prawda?

< Klekotku? >

Od Kołysanka (Kołysankowej Łapy) CD. Księżyca (Księżycowej Łapy)

— Tak! Widzę go Księżycek! — odmruknął Kołysanek, po czym przypominając sobie, co mówiła mu o kradzieży mama, dodał: — Ale tak nie ładnie zabierać czyiś mech… Mama mówi, że nie ładnie kraść…
— No to ich nie bierz — odpowiedział Księżyc, któremu niezbyt musiało to robić różnice.
— Ale… — powiedział Kołysanek nieco zbyt dramatycznie, po czym dodał: — Wiesz co! W takim razie się nie bawię!
— Ale to ty chciałeś się bawić — pisnął lekko zdezorientowany Księżyc.
— Ale… — Kołysanek przez to poczuł się trochę zawstydzony.
Kołysanek nie wiedząc, co zrobić, postanowił uciec sobie od brata i go zignorować. Swoimi małymi łapkami szybko przemierzył żłobek i dotarł do jego ściany. Postanowił przy niej usiąść i być cicho mając nadzieje, że brat go nie znajdzie z powodu jego ślepoty. Zdezorientowany Księżyc mówił coś jeszcze przez chwile. Ignorowany jednak dłuży czas przez Kołysanka przestał. Minęło jeszcze jednak wiele bić serca, zanim ktoś postanowił zabrać małego pręgusa z miejsca, w którym siedział.

***

Było już coraz ciemniej. Słońce już zachodziło, lecz wschodzącego na niebo księżyca widać nie było, został przysłonięty przez chmury. Z których swoją drogą leciały płatki śniegu, przykrywając wszystko, co znalazło się na ich drodze ku ziemi. Sceneria ta zapierała dech siedzącemu na skraju legowiska uczniów Kołysankowej Łapie. Rudzielec nie spał, śnieg wydawał mu się zbyt piękny, by móc to robić. Kocurek czuł, że ledwo podtrzymuje swoje łapy przez szaleńczym wybiegnięciem z obozu ku zaśnieżonemu krajobrazowi. Pora nagich liści, choć surowa wydawała mu się piękna. Jak by same gwiazdy spadały z nieba, błogosławiąc, okolice… A może tak i było? Sam kocurek nie był tego pewien. Nie wiedział do końca, jak działa ten świat, chociaż gdyby mógł, dałby się chętnie, porwać na drobniutkie strzępy żywcem, by się dowiedzieć! Nawet za mały skrawek tej wiedzy… Oczywiście, dopóki było to coś, czego normalnie nie mógłby się dowiedzieć. Wizja bycia rwanym na strzępy za powszechną, lecz nieznaną mu jeszcze wiedze nie wydawała mu się z wiadomych względów najmilsza. Siedział tam więc zamyślony pięknem tego świata. Walcząc z chęcią wybiegnięcia z obozu i śpiewania na całe gardło jakiejś piosenki… A co gdyby tak po prostu spróbować wyjść przed obóz? Kołysankowa Łapa miał już wstać, gdy usłyszał cichy głos.
— Kołysankowa Łapo, nie idziesz spać? — mruknął Księżycowa Łapa.
Po tych słowach nastała chwila ciszy. Kołysankowa Łapa wpadł też na pewien pomysł. Co, gdyby zabrać brata ze sobą? Przeszedł parę małych kroków, w jego kierunku, po czym rzekł:
— Hej bracie? Chciałbyś wyjść ze mną przed obóz? Poza obozem jest tak pięknie… Chciałbym móc pospędzać z tobą chwilkę przy okazji obserwowania śniegu! — rzekł rudy, przystawiając swoją puchatą rudą kitę do srebrzystego pyska brata, by ten mógł ją złapać.

<KSIĘEEEEEEŻYC?>
[429 słów]

[przyznano 5%]

Od Borówkowej Słodyczy CD. Konwalii

Przejechała językiem po liliowym futerku w czułym, pełnym miłości geście. Jej ruchy były spokojne, niemal rytualne — takie, jakie zna każda matka, gdy próbuje ukoić niepokój swego dziecka. Delikatny zapach mleka i mchu wypełniał powietrze, a gdzieś w oddali dało się słyszeć pojedyncze, senne miauknięcie któregoś z młodszych kociąt.
Spojrzała na synka niby to zaskoczona jego pytaniem. W jej oczach błysnęło coś, co mogło uchodzić za zdumienie — lecz prawda była inna. Zaskoczenia nie było w niej ani odrobiny. Zamiast niego rozlał się żal, głęboki i cichy jak strumień płynący nocą pośród lasu. Żal, że tak młode serce potrafiło już dostrzec cień. Że zamiast zatapiać się w beztrosce, w słodyczy dziecięcych zabaw i marzeń, kociak zdążył już zauważyć coś, czego nie powinien.
Czyżby spojrzenia rzucane przez Kotewkowy Powiew i Złocistą Łapę były aż tak widoczne? Czy naprawdę tak trudno było ukryć tę gorycz, ten niechętny błysk w oczach, który rozrywał codzienność niczym cierń wbity w łapę? Niezauważalnie drgnęła, gdy pomyślała, że nawet jej dzieci dostrzegły to napięcie. W ich wieku powinny ganiać za liśćmi unoszonymi przez wiatr, nie szukać winy w cudzych spojrzeniach.
Uśmiech, który jeszcze przed chwilą rozświetlał jej pyszczek, zgasł powoli, jak płomień gaszony przez chłodny powiew. Na jego miejscu pojawił się wyraz pozbawiony emocji — maska, pod którą ukryła bezradność. Wzrok wbiła w parę kotów stojących nieopodal, rozmawiających szeptem. Ich futra lśniły w świetle zachodzącego słońca, ale w tym blasku nie było ciepła. Było w nim coś ostrego jak błysk ostrza pazura. „Opiekunowie” — pomyślała z goryczą. O ile można było ich tak nazwać. Klan Gwiazdy jeden wiedział, o czym rozmawiali.
— Uprzedzenia… — westchnęła cicho, bardziej do siebie niż do synka, choć wiedziała, że on słucha uważnie. — To automatyczne, uproszczone oceny całych grup kotów.
Przesunęła językiem za jego uchem, czując pod językiem delikatne drżenie mięśni.
— Pomagają nam szybciej „porządkować” rzeczywistość — ciągnęła łagodnie, głosem, w którym brzmiała zarówno mądrość, jak i smutek. — Ale robią to kosztem prawdy… i empatii.
Kociak poruszył się niespokojnie, jakby próbował zrozumieć sens tych słów.
— Często nie znamy konkretnego kota — dodała po chwili, spoglądając w dal, gdzie niebo powoli gasło w granacie zmierzchu. — Ale „wiemy” coś o jego grupie. I to wystarcza, by wzbudzić emocję. Niekiedy… nawet nienawiść.
Zamilkła. Gdzieś między drzewami zaszumiały liście, przynosząc z sobą chłód i zapach deszczu. Czuła, że nie potrafi ochronić swojego dziecka przed tym światem — pełnym podziałów, dawnych krzywd i nieufności. A jednak, mimo bólu, przytuliła go do siebie mocniej, jakby chciała tym jednym gestem dać mu to, czego nie potrafiły dać żadne słowa — poczucie bezpieczeństwa.
— Pamiętaj, żeby ich nie słuchać. Nie mają racji, bo zaślepia ich nienawiść. Mogą myśleć, że mają prawo do nienawiści, ale nie znają twojej siostry, nie wiedzą, jaka jest. Więc nie mają prawa jej oceniać, nie mają prawa tak na nią patrzeć.
Westchnęła krótko.
— Proszę, obiecaj mi, że nie pozwolisz im mówić, co masz myśleć na dany temat. Że jeśli będą próbowali przekonać cię do tego, byś nie cierpiał każdego kota o takim, a nie innym kolorze futra… — Spojrzała prosto w oczy Konwalii. — … To mi to powiesz.

<Konwalio?>

Od Łezki Do Makowej Łapy

Przeszłość

Dzień ten był nadzwyczajnie długi i nudny, chociaż w oczach Łezki każdy do takich należał. Czas w lecznicy zdawał się ciągnąć w nieskończoność, niczym horyzont, którego końca nie idzie dostrzec. Jej brat, który w przeciwieństwie do niej samej był bardziej energiczny, dostał pozwolenie, aby wyjść z lecznicy na krótką chwilę pod czujnym okiem Szczawiowego Serca. Nawet Gąbczasta Łapa, która większość swoich dni poświęcała dwójce kociąt, w końcu wyszła z lecznicy, gdy głód i pragnienie stały się zbyt wielkie. Łezka nie potrafiła tego zrozumieć, jak kot potrafi skakać dookoła młodych, ciągle coś poprawiając, ciągle coś sprawdzając; czy to zbyt zimno im nie jest, czy to w brzuszkach im nie burczy. Dopiero gdy czarna zniknęła z pola widzenia, Łezka mogła odetchnąć. Cisza wróciła, ale na jak długo
Szylkretka siedziała skulona na swoim legowisku, powoli przesuwając i ugniatając mech pod łapami, gdy w wejściu do lecznicy pojawiła się kotka. Była ona całkiem mała, taka zgrabna. Futro jej było w barwie płomieni, przyozdobione różnymi roślinami, a oczy jej były w odcieniach bursztynu, takie ciepłe, jednak niepewne. Łezka obserwowała kotkę w milczeniu, gdy ta przeskanowała lecznicę wzrokiem, a gdy pomyślała, że jest tu sama, zaczęła skradać się w kierunku świętej półki z ziołami medyków. Zajęta Cisowe Tchnienie nie zauważyła obecności rudej, gdyż ta była zajęta doglądaniem chorych kotów. Gdy niebieska się nachyliła nad rannym, rudzielec wyciągnęła łapę w kierunku czerwonych kwiatków.
— Nie robiłabym tego... — szepnęła cicho Łezka, poprawiając swoje łapki w legowisku.
Ruda kotka zamarła, a następnie odskoczyła od półki, jakby została właśnie przez nią poparzona.
— Ja... Ja... Nie robiłam nic... — wyjąkała szybko, odwracając wzrok, zawstydzona. — I tak nie wzięłabym świeżych kwiatków! Chciałam tylko kilka płatków, a na zewnątrz już ich nie ma... — wydukała na swoją obronę, dłubiąc pazurem w ziemi. Było to bardzo niezręczne z perspektywy Łezki. Szylkretka tym razem nie odpowiedziała. Zamilkła na chwilę, przyglądając się dokładniej kotce. Dopiero gdy spojrzenia ich się spotkały, Łezka szepnęła.
— Jak się nazywasz? — zapytała krótko, wlepiając w nią swoje spojrzenie.

<Makowa Łapo?>