Prędzej czy później musiało to nastąpić.
Przepiórczy Puch wiedziała, że jej czas w roli zastępczyni dobiegł końca. Sędziwy wiek, bolące stawy, a przede wszystkim narastający chaos sprawiły, że decyzja o rezygnacji wybrzmiała w jej głowie z wyraźną oczywistością.
Nigdy nie była pewna, co tak naprawdę myśli o Zawodzącym Echu. Wspomnienie wygnania Pierwomrówczej Gracji wciąż uparcie tlące się w jej pamięci podpowiadało jej obraz młodego wojownika, gotowego rzucić się do gardła jej córce, jeśli tylko ta ośmieliłaby się wrócić. A jednak teraz, patrząc na jego opanowanie, ostrożne decyzje i powstrzymywanie się od podejmowania wyroków bez dowodów, widziała kogoś innego. Dorosłego. Doświadczonego. Znającego ciężar odpowiedzialności.
W obliczu niestabilności Króliczej Gwiazdy to właśnie Zawodzące Echo budził większe zaufanie jako jakakolwiek część dowództwa. I choć nie powiedziałaby tego głośno, była niemal pewna, że gdyby nie jego obecność, klan zatoczyłby się w przepaść szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Patrząc na zmarnowane, posiwiałe ciało czarnego kocura, mogła tylko przypuszczać, że i on wkrótce trafi do starszyzny. Przerzedzona sierść, wyczerpany wzrok, sposób, w jaki trzymał się na łapach... To wszystko mówiło samo za siebie.
Powinien odpocząć, ale jego osiołkowata upartość zapowiadała, że może minąć jeszcze wiele księżyców, nim uzna, że zasłużył na przerwę.
Pogrzeb Skowroniego Odłamku był najboleśniejszym wydarzeniem, jakie spotkało ją od bardzo dawna. Ból po stracie własnego dziecka nigdy nie blednie, nie staje się wspomnieniem. On wżera się w serce i pozostaje z nim już na zawsze.
Nie życzyłaby tego żadnej matce.
Nie taka powinna być kolej rzeczy, by ona mogła jeszcze stać na tej ziemi, a jej syn — jeśli wierzyć we wszystkie opowieści o Klanie Gwiazdy — siedział już wśród obłoków.
Skowroni nie był starcem, ale i nie młodzikiem, co nie odbierało tego, że wciąż miał przed sobą wiele księżyców, które mógł przeżyć w spokoju, w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Mógł dożyć starości, tej prawdziwej, łagodnej i pogodnej. Tej, której jej samej prawie udało się dosięgnąć, gdyby nie cały ten chaos, który spadł na ich życia.
Miała rodzinę, kilkoro bliskich, tyle dobrych wspomnień. I choć czas wygryzał je powoli, wciąż potrafiły przynieść jej ukojenie.
Teraz, gdy wiedzieli, kto tak naprawdę doparł Szantę i Kozi Przesmyk, a
mordercę dosięgła ta pozorna sprawiedliwość, sytuacja wydawała się
chwilowo opanowana. Chwilowo, bo przecież życie było nieustanną podróżą
pełną krętych ścieżek, a jej łapy standardowo plątały się o siebie
nawzajem.
W całym tym zamęcie mogła być pewna tylko jednego.
Jej droga zmierzała ku końcowi.
***
Księżyce mijały powoli, jeden po drugim. Ich dni stawały się coraz spokojniejsze, przesycone ciszą i ciepłem wspólnych chwil. Nic nie zapowiadało końca, aż pewnego poranka po obozie rozeszła się wieść o dwójce zmarłych.
Para starszych, których serca ucichły jednocześnie, jakby jedno nie chciało bić bez drugiego.
Dożyli pięknej, względnie spokojnej starości. Odeszli otoczeni miłością tych, których kochali — i przede wszystkim siebie nawzajem, jako dwóch nierozerwalnych dusz, które znalazły w sobie ukojenie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz