Pora opadających liści przyniosła ze sobą nieco chłodniejsze temperatury, a w niektóre poranki lekkie przymrozki. Szron osadzał się na każdej roślinności, sprawiając, że ta się skrzyła w świetle porannego słońca niczym najjaśniejsze gwiazdy podczas bezchmurnych nocy, kiedy to przodkowie uważnie obserwowali swoich żyjących pobratymców. Liście już jakiś czas temu zaczęły zmieniać kolor, obecnie prezentując się w ciepłych barwach żółci, pomarańczy oraz czerwieni. Większość z nich już poddała się wiatrom, opadając na ściółkę leśną, lecz były też takie, co kurczowo trzymały się gałęzi, niczym ostatniej deski ratunku przed nieuniknionym. W tym czasie Konwalia jak dotąd beztrosko grzał się w klanowym żłobku, który już niedługo opuści — raptem parę księżyców i rozpocznie naukę jako uczeń. On jednak nadal nie wiedział, co chcę robić, lecz był pewny, że będzie się zapierać wszystkimi czterema łapami, by nie zostać w przyszłości wojownikiem. Po dowiedzeniu się o innych rolach w klanie czuł, że to właśnie któraś z nich jest mu pisana, aniżeli bezwzględna walka za pobratymców. Jasne, jak przyjdzie co do czego to stanie po ich stronie — o ile będą mieć słuszne racje — choć wcześniej i tak będzie próbować przekonać innych o pokojowym rozwiązaniu.
Liliowy pomimo młodego wieku został świadkiem jawnej dyskryminacji tylko ze względu na kolor futra. Nie podobało mu się to, jednak jako kociak nie miał żadnego głosu przebicia w porównaniu do Kotewkowego Powiewu czy Złocistej Łapy. Konwalia większość czasu przyglądał się im, próbując zrozumieć, co nimi kierują, że traktują Korzonek, jakby była gorsza od innych, od nich samych czy też nawet od rodzeństwa. Kocur chciał zgłębić tę wiedzę, mechanizm relacji, który sam go wabił i przyciągał do siebie niczym syreni śpiew żeglarzy. Oprócz piastunki i jej ucznia w żłobku przebywała Borówkowa Słodycz, która opiekowała się swoim potomstwem, ucząc tolerancji oraz akceptacji. Zdarzało się, że zjawiał się Tojadowa Kryza, lecz po zaginięciu Lulkowego Ziela, kocurek odnosił wrażenie, że coś nieco ciąży jego ojcu na sercu i nie daje spokoju. Nie pytał jednak o to, w końcu był tylko małym kocięciem, które nawet nie poznało świata poza żłobkiem, a co dopiero obozem, także co on mógł doradzić tak doświadczonemu wojownikowi.
Kotewkowy Powiew tłumaczyła coś Złocistej Łapie, a w tym czasie biała kotka doglądała swoich małych pociech, które razem się bawiły. No z wyjątkiem Konwalii, który tym razem nie dał się wciągnąć do zabawy, zostając jedynie biernym obserwatorem, widzem, jak jego siostry rywalizują, walczą ze sobą. Oczywiście nie było to nic groźnego, ot co naśladowanie dorosłych i doświadczonych kotów, by jako uczeń może wykazać się niewielką kocięcą wiedzą, bądź samymi chęciami do działania i treningów przed mentorem.
— Mamo, czemu Kotewkowy Powiew i Złocista Łapa są tak oschli dla Korzonek? — spytał nagle, przenosząc swoje niebieskie ślepia z sióstr na wojowniczkę. Ta z łagodnością w oczach obserwowała przez chwilę syna, aby następnie lekko się uśmiechnąć i dosięgnąć, by ten znalazł się między jej łapami. Już po chwili na swojej liliowej sierści poczuł szorstki język matki, która rozpoczęła jego kąpiel. — Mamo… — jęknął kocur, nalegając w ten sposób, by Borówka udzieliła mu odpowiedzi.
<Borówkowa Słodycz?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz