dawno
— Co tam u ciebie? Znalazłeś sobie może już jakąś kotkę? — zapytała go matka, kiedy tylko wyszli z obozu. Sprawiła tym samym, że całe ciało Szałwiowego Serca się napięło. Na osty i ciernie. Jakby nie było innych pytań, które ktoś mógłby mu zadać...
Uśmiechnął się nerwowo, wydając pojedynczy, wymuszony śmiech, starając się przy tym wyglądać naturalnie. Wynik był raczej nijaki.
— Nie... Nikt w Klanie Nocy nie przykuł jeszcze mojej uwagi... — miauknął, orientując się, że to co powiedział było... Prawdą. Nikt tutaj go nie zainteresował, lecz za granicami? W stronę północy? Konkretnie Klanu Klifu?
Ugh...
***
Mandarynkowa Gwiazda wzięła go na rozmowę. Już nie na lekką gadkę. Takie czasy się skończyły. Teraz musiał się wyjaśnić i odpowiedzieć za winy – przed obliczem własnej, rodzonej matki.
Nie mógł nawet sobie wyobrazić, co Mandarynkowa Gwiazda musiała czuć, gdy patrzyła, jak jej syn zostaje zdemaskowany jako zdrajca. Jak musiało być jej wstyd. Księżyce wychowywania na prawowitego księcia, który niegdyś będzie w stanie poprowadzić swój klan ku potędze, spełzły na niczym. Zmarnowała je. Jej syn, który piętnował wcześniej innych zdrajców, sam się nim stał. Z samej góry spadł na ciemny dół.
Cała droga przeminęła w milczeniu. Byli tylko we dwoje. Mandarynkowa Gwiazda na przodzie, prowadząca ich w najpewniej ustronne miejsce do przeprowadzenia rozmowy i Szałwiowe Serce za nią, włóczący łapami, szurający po ziemi ogonem i trzymający nisko opuszczoną ze wstydu głowę.
— Przepraszam — wydukał, gdy już się zatrzymali. Zanim Mandarynkowa Gwiazda była w stanie cokolwiek z siebie wydusić i zacząć wyciągać od niego wszystkie potrzebne informacje. — Zrobiłem coś złego. Zachowałbym się jak kociak, gdybym powiedział, że nie wiedziałem, co robiłem. Znałem kodeks. Wiedziałem, że to było zakazane. Nie potrafię się z tego wytłumaczyć. Nie wiem, co powiedzieć i jak za to przeprosić. — Opuścił głowę, chowając łzy. Płakał, lecz próbował opanować płaczliwy głos. — Ale musisz wiedzieć, że wyrzuty sumienia zżerają mnie od środka. Żałuję. Żałuję tak bardzo, że zdradziłem was, kodeks i Klan Gwiazdy. Byłem mysim móżdżkiem.... Brzmię nieszczerze. Bardzo nieszczerze. Nigdy mi nie uwierzysz, że jestem w stanie służyć klanowi jako lojalny wojownik. Nigdy mi nie uwierzysz, prawda? — mówił zniżony, wręcz skulony przed wyprostowaną sylwetką swojej matki. — Wybacz mi. To niepoważne, że proszę cię o wybaczenie czegoś tak okropnego, ale błagam, wybacz mi — jęknął, podchodząc do Mandarynkowej Gwiazdy i opierając czubek swojego łba o jej pierś w akcie uległości. Uniżał się, bo nic innego mu już nie zostało. — Nigdy nie posunę się do w połowie tak okropnej rzeczy. Przysięgam. Nigdy się już z nią nie spotkam. Nie spojrzę już nigdy na granicę z Klanem Klifu. Nawet nie pomyślę o niej już nigdy więcej. To przeszłość. Proszę, musisz mi uwierzyć. Musisz... Mamo, musisz mi to wybaczyć...
<Mamo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz