BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

04 stycznia 2026

Od Szakłakowej Barwy (Poczciwego Szakłaka) CD. Rudzikowego Skrzydełka

Przeszłość, koniec poprzedniej pory opadających liści

Po wyjściu z obozu poprowadził ich trzyosobowy patrol w stronę Drogi Grzmotu, by przy okazji sprawdzić “naturalną” granicę z Owocowym Lasem. Nawet jeśli nie mieli żadnych problemów z tamtejszymi kotami, to nadal problemem mogli być samotnicy kręcący się w tych okolicach — choć znalezienie ich zapachu było trudne pośród panującego smrodu potworów. Spokojnie szedł, nie spiesząc się zbytnio, lecz w myślach musiał powstrzymywać swoje łapy przed szybszym tempie, by wcześniej ukończyć patrol ze srebrnymi siostrami. Nie to, że ich towarzystwo było dla nich uciążliwe, jednak z każdym krokiem niepewność co do podjętej decyzji wzrastała.
— Szakłaczku! Chcesz zobaczyć moją kolekcję martwych motyli? — Na dźwięk swojego imienia, skierował wzrok na Rudzikowe Skrzydełko.
— Szakłakowa Barwa nie jest tak rozmowny. To normalne. Niektóre koty wolą mówić mniej — odparła jej siostra, posyłając mu łagodny uśmiech w przepraszającym geście. Na to czarny lekko skinął głową z powolnym przymknięciem powiek. Nie miał za złe Rudzik, że próbuje zacząć z nim rozmowę.
— No ale skoro nie mówi… To jak zdobywa przyjaciół? — mruknęła, jakby do Płomykówki, lecz po nie otrzymaniu odpowiedzi, skierowała swój wzrok na starszego. — Masz przyjaciół, prawda? Jeśli nie… To ja! Ja mogę być Twoją przyjaciółką! — dodała, a on momentalnie przystanął, jakby jego łapy niespodziewanie wrosły głęboko w ziemię. Czuł, jak jego serce przyspiesza, a w oczach pojawia się lekka panika. Nie wiedział co zrobić. Pierwszy raz ktoś mu coś takiego powiedział. Przecież… kto chciałby być jego przyjacielem? W Klanie Burzy jest znacznie więcej bardziej towarzyskich kotów od niego, więc dlaczego Rudzikowe Skrzydełko chce nawiązać z nim tak bliską relację? Czemu widzi w nim odpowiedniego kandydata na swojego przyjaciela? Robi to z litości? A może chce go jakoś wykorzystać?
Na ostatnią myśl potrząsnął głową. Nie nie, srebrna taka nie jest, nie zachowuje się i nie wygląda na kogoś, kto wykorzystuje innych.
— Szakłakowa Barwo? — mruknęła Skrzydlata Płomykówka, lecz dopiero po którymś razie jej słowa dotarły do kocura. — Wszystko w porządku? — spytała, kiedy ten zamrugał parę razy, wpatrując się w jej pysk.
— Tak… Po prostu… — zaczął, ruszając z miejsca. — Nie ważne… — dokończył, rezygnując z pierwotnej myśli.
— Szakłaczku? — Usłyszał obok siebie głos Rudzik, która zaryzykowała dalszą rozmową po chwilowym dziwnym zachowaniu kocura. Ten jedynie spojrzał na nią, dając znać, by mówiła dalej. — To… Chcesz, bym była Twoją przyjaciółką? — spytała z minimalną nutą niepewności, jakby z obawy, że ten zareaguje ponownym odrealnieniem.
Po pytaniu odwrócił wzrok, chcąc się namyślić nad odpowiedzią. W głębi duszy chciał mieć kogoś bliskiego oprócz Poczciwego Dziwaczka i Barszczowej Łodygi, lecz… Co, jeśli coś źle zrobi i Rudzik szybko stwierdzi, że nie nadaje się do takiej relacji z nią? Jednak jeśli nie spróbuję, to nigdy się nie przekona, jak to mieć nieco większe grono bliższych kotów.
— Jeśli Ty tego chcesz, to tak — odpowiedział po dłuższej chwili z lekkim uśmiechem na pysku. Nagła radość kotki zaskoczyła kocura, że ten zaskoczony zatrzymał się, wpatrując w Rudzik, która wręcz skakała z ekscytacji.
— Spokojnie, ona tak zawsze — oznajmiła Płomykówka, pojawiająca się obok niego. Ona również patrzyła na rozradowaną siostrę.
— Chyba jednak zaczynam mieć wątpliwości… — mruknął, ruszając powoli.
— Przywykniesz, ale teraz to będziesz mieć dwójkę kotek na głowie znacznie częściej. — Na to stwierdzenie, Szakłak spojrzał na nią zdziwiony, nie rozumiejąc do końca jej słów. — Rudzik często mnie gdzieś ciąga ze sobą jak dzisiaj.
— Im więcej, tym lepiej, prawda? A przynajmniej tak mówią… — rzucił, kierując się wzdłuż szerokiego koryta rzeki, gdzie ten naturalny twór kończył ich tereny w tym kierunku.
— Rudzikowe Skrzydełko, no już, bo zaraz wpadniesz do wody, a raczej nikt nie chce do niej wchodzić, by Cię ratować — oznajmiła Płomykówka, na której słowa jej siostra nieco się opanowała.

<Rudzikowe Skrzydełko?>

Od Niezapominajkowej Łapy (Niezapominajkowej Nadziei) CD. Trzcinowego Szmeru

Gdy wróciła z polowania zdecydowała się odwiedzić Trzcinowy Szmer. Kotka leżała w lecznicy, nadal dochodziła do siebie po walce z wydrą przy swoim mianowaniu. Niezapominajkowa Łapa nie przyznałaby tego na głos, jednak siła kotki jej bardzo imponowała. Gdy ta pomagała w odnowie obozu, czasem wręcz rumieniła się, chowając pyszczek w futrze. Gdy kotka zadała pytanie, uśmiechnęła się do niej.
— Chyba nawet dobrze. Szkolenie idzie mi nawet zaskakująco dobrze ostatnio. — Spojrzała na rany starszej. — Nieźle musiałaś się z nią poszarpać. W sensie tą wydrą.
— Tak, trochę. Ale nie dałam jej za wygraną. — odpowiedziała, spoglądając na ranę.
— Temu nie przeczę. Każdy inny kot pewnie wróciłby nieźle poturbowany. Ty wyszłaś jedynie z jedną większą raną. Dobrze ci poszło.
— Dzięki. — Trzcinowy Szmer zaczęła wylizywać swój bark. Niezapominajkowa Łapa odwróciła wzrok na chwilę, zawstydzając się przez ciszę, jaka nastała.
— Muszę już lecieć, niestety… Ale odwiedzę cię jeszcze, obiecuję. Odpoczywaj dobrze. — Wstała, otrzepując się lekko.
— Zapraszam, nie mam tu zbytnio nic do roboty póki rana się goi.

***

Niezapominajkowa Nadzieja widziała od dawna, że stan Trzcinowego Szmeru pogarsza z dnia na dzień. Coraz mniej jadła, wyglądała okropnie słabo. Inaczej niż księżyce temu, gdy była przecież tak silna… W dodatku kręcił się przy niej Zmierzchająca Fala. Dymna nie przepadała za nim. Jedyne, z czego się cieszyła, to że był wsparciem dla szylkretki, jednak na gust Niezapominajkowej Nadziei zbliżał się do niej za bardzo. Gdy jednak złapała ją samą, podeszła do niej z delikatnym uśmiechem na pyszczku, mając nadzieję, że uda jej się lekko poprawić jej humor. Jej futro było zmatowione, nie wylizane. Dawno się nim nie zajmowała, jednak to w żadnym stopniu nie odejmowało jej urody. Była tylko przygaśnięta, ale nadal była tą samą kotką, która sprawiała, że serce Niezapominajki biło szybciej.
— Hej, Trzcinowy Szmerze. Może masz ochotę na zjedzenie razem? Słyszałam, że patrol łowiecki złowił kilka okoni. Mogłybyśmy potem przejść się na spacer, co ty na to..? — zapytała delikatnie.

<Trzcinowy Szmerze?>

03 stycznia 2026

Od Strzępka Do Króliczej Prawdy

Źródlana Łuna spodziewała się kociąt i się ich doczekała, lecz widok dwójki rodzeństwa jeszcze bardziej złamał jej serce. Oba maluchy były jasne z ledwo ciemniejszymi widocznymi oznaczeniami, które wskazywały na to, że kocięta są pointami, niczym ich biologiczny ojciec, Szałwiowe Serce, książę Klanu Nocy. Kotka dostała imię Szron, a jej brat Strzępek z uwagi na jego potargane, wręcz postrzępione futerko.
Rodzeństwo już od samego momentu narodzin dostawało mało uwagi, a jeśli już to karmicielka z bólem i smutkiem patrzyła na swoje potomstwo tak podobne do partnera. Czyżby to była kara od Klanu Gwiazdy? Kto wie, lecz Strzępek dotkliwie odczuwał brak atencji ze strony rodzicielki, czując się niechcianym przez nią. Nie rozumiał, czemu tak jest, jednak nie próbował tego zmieniać, mając na uwadze, to jak Łuna patrzyła na niego lub siostrę. Szron też raczej nie ubiegała się o dodatkową uwagę ze strony matki, jakby podzielając zdanie brata.
Kocurek mógł jedynie liczyć na rozmowy z Naparstnicą, który również przebywał w kociarni, choć oprócz niego były jeszcze Jastrzębi Zew oraz Postrzępiony Mróz, lecz point czuł jakąś wewnętrzną niechęć do rozmów z nimi, jak gdyby jego instynkt samozachowawczy wyczuwał zagrożenie z ich strony. Coś może w tym było, ponieważ mało kto, a może nawet nikt, nie wierzył słowom Źródlanej Łuny, że ojcem kociąt jest Królicza Prawda. Wojownik co jakiś czas zjawiał się w żłobku, często w tym czasie karmicielka opuszczała legowisko, pozostawiając kocięta pod jego opieką oraz dwóch innych kotek.
— Królicza Prawdo — zagaił któregoś dnia Strzępek. Na dźwięk swojego imienia, kremowy jedynie skierował na niego swój wzrok, oznajmiając w ten sposób, że słucha malucha. — Czy jesteś naszym ojcem? — spytał bez owijania w bawełnę. Jako kociak nie rozumiał czegoś takiego jak skrępowanie lub niewygodne pytania.

<Królicza Prawdo?>

Od Rozżarzonej Pieśni Do Jagnięcej Łapy

Pora opadających liści dotarła także nad tereny Klanu Klifu, co wiązało się z bardziej wietrznymi dniami z racji bryzy nadciągającej od strony wielkiej wody. Miała to być pierwsza pora, którą Rozżarzona Pieśń przeżyje poza leśnymi terenami Klanu Wilka. Bywały momenty, gdy jakaś cząstka niej tęskniła za zapachem żywicy, szumem liści na wietrze, lecz mimo tych krótkich i cichych momentów czuła, że to właśnie Klan Klifu jest jej prawowitym domem, nawet jeśli znaczna większość kotów stąd patrzyła na nią przez pryzmat wychowania się w Klanie Wilka. Mimo to ten fakt nie przeszkadzał jej zbytnio, a przynajmniej dopóki nie musiał lub nie czuła potrzeby zamienienia paru słów z drugim kotem. Kiedy miała przymus rozmowy z kimś, to musiała się liczyć z mniej przychylnymi spojrzeniami lub oschłym, opryskliwym nawet tonem rozmowy. Po tego typu konwersacjach co wieczór się zastanawia, co mogłaby jeszcze zrobić, by każdy tutaj uwierzył w jej lojalność Klanowi Klifu, a nie Wilczakom. Przecież starała się, jak mogła, wypełniając sumiennie wszystkie obowiązki, czasem nawet dając więcej od siebie, niż powinna. Każde jej działanie często było oparte na udowodnieniu tego, że jest Klifiakiem, jednym z nich, a nie szpiegiem lub kimś innym w ich szeregach. Nawet nie zbliżała się do granicy z Klanem Wilka, choć czasem nawiedzała ją myśl, że gdyby się tam udała to może natrafi na Brukselkową Zadrę, Wrotyczową Szramę lub któreś z rodzeństwa, by choćby zamienić dwa słowa.
Rozłąka z rodziną początkowo była trudna, lecz tęsknota za nimi nie była na tyle silna, by wygrać nad lojalnością Klanu Klifu oraz uczuciu bycia kontrolowaną na każdym kroku przez Wilczaków. Tutaj też w jakiś sposób inni wojownicy kontrolowali jej poczynania, lecz to nie było tak negatywne odczucie, jak w Klanie Wilka.
Jej poranne rozmyślanie przerwało poruszanie przy legowisku medyków. Mając posłanie na jednej z dalszych półek, miała możliwość obserwacji pracy medyczek. Sama była szkolona do tego, lecz mało kto o tym wiedział, plus kto by jej tutaj pozwolił na dostęp do medykamentów i decydowaniu o zdrowiu wojowników, jeśli była wychowana przez Wilczaków. Fakt ten czasem godził ją w serce, że sam ten fakt wystarczył, by została ograniczona do roli wojownika. W sumie Judaszowcowa Gwiazda nie pytał jej zbytnio o nic związanego bezpośrednio z nią.
Widząc, jak Jagnięca Łapa kieruje się w stronę wyjścia, postanowiła do niej zagadać i zaoferować pomoc przy zbieraniu ziół. Na patrolach często się rozglądała za nimi, by wiedzieć później, gdzie ich szukać, gdyby przyszło jej pomóc którejś medyczce ze zbieraniem ich.
— Hej, Jagnięca Łapa, tak? Wybacz, że Cię zatrzymuje, ale czy może nie idziesz zbierać ziół? Chętnie pomogę — oznajmił, podchodząc do srebrnej, która na dźwięk jej głosu niepewnie się zatrzymała.

<Jagnięca Łapo? Jakiś wojownik u boku do obrony się zawsze przyda oraz dodatkowa para łap>

Osetek został adoptowany!

Od Złocistego Widlika CD. Konwaliowej Łapy (Konwaliowej Mielizny)

Przeszłość

Zerknął na przyniesioną przez ucznia rybę. Właściwie nie jadł zbyt wiele odkąd Kotewkowy Powiew odeszła do Klanu Gwiazdy. Rana po jej stracie wciąż była świeża. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że kiedyś miało to nadejść. Jednak liczył gdzieś w głębi serca, że jeszcze trochę minie do tego momentu. Nie zdążył się nawet pożegnać, bo akurat był na zgromadzeniu. Nie żałował tego, bo poznał wspaniałego kocura, ale i tak czuł się dosyć nieprzyjemnie z tą myślą. Kotewka była dla niego niczym matka, a on nawet nie towarzyszył jej w ostatnich chwilach. Jedyną ulgą był fakt, że zasnęła wśród dwóch innych kotek. Wszystkie trzy mogły w końcu zaznać spokoju i odpoczynku. Widlik wierzył, że spotka się kiedyś z Kotewką. Miał tylko nadzieję, że ta o nim nie zapomni przez ten czas. Nie był pewien, jakby to przeżył. Pewnie źle. Potok myśli został przerwany delikatnym szturchnięciem w bok.
— Och, wybacz — zwrócił się, spoglądając zielonym spojrzeniem na Konwalię. Nie chciał być nieuprzejmy, ale czasem myśli same go nawiedzały w najmniej spodziewanych momentach. Pokręcił lekko łebkiem, pozbywając się ich resztek. Potem pomyśli, bo teraz miał gościa i ku swojemu zaskoczeniu naprawdę chciał z nim pobyć. Pamiętał, że ich ostatnia rozmowa skończyła się niezbyt przyjemnie. Jednak teraz było inaczej. Obaj byli starsi, więc i więcej mieli do opowiadania.
— Ach! Nie, nie mam. Chętnie się z tobą posilę — odparł i uśmiechnął się do liliowego. Po czym przysunął sobie jedną z ryb. Zapach zwierzyny niemal od razu dotarł do jego noska, a brzuszek zdawał się dopominać posiłku.
— W takim razie smacznego — wymruczał do młodszego i ugryzł pierwszy kęs zwierzyny.
— Powiedz mi jak tam twój trening? Podoba ci się? — spytał kremowy, gdy przełknął wzięty do pyska kęs. Był ciekawy tego, ponieważ trening na wojownika różnił się nieco od jego własnego. Owszem uczył się łowić ryby, wspinać na drzewa czy walczyć, jeśli potrzebna by była obrona kociąt, ale poza tym jego nauka szła innym promieniem słońca niż większości.
— Dogadujesz się z innymi uczniami? — dopowiedział, by po chwili odgryźć kolejny kawałek ryby. Miał nadzieję, że tak właśnie było.

<Konwaliowa Łapo? Jak Ci się wiedzie?>

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatki

Kocur jakoś pozbierał się po śmierci jednej z matek, choć gdzieś w środku fakt ten go bolał i nieprzyjemnie kuł w serce, lecz był przyćmiony żarem gniewu oraz chęci zemsty, które pojawiły się stosunkowo niedawno. Wojownikowi trochę zajęło otrząśnięcie się z melancholii, która już drugi raz w jego życiu przejęła kontrolę, doprowadzając go istnego wraku samego siebie. Powrót do dawnej formy sprzed momentu utonięcia Makowego Nowiu zajęła nieco kocurowi, tak naprawdę trwając dotąd. Mimo to nikt nie narzekał na nic, nawet on. Większość kotów raczej nie poruszała w jego obecności tematu odejścia zastępczyni oraz ucieczki sporej części klanu niedługo później. Często samo zasugerowanie w rozmowie postaci Makowego Nowiu lub Poziomkowej Polany powodowało, że rozmawiający napotykali mrożące krew w żyłach spojrzenie syna kultystek.
Powoli wracał do swoich obowiązków, którymi były patrole łowieckie i graniczne. Pomimo pory opadających liści, żółte korony drzew w większości chroniły mieszkańców lasu przed mniej sprzyjającymi warunkami atmosferycznymi. Jedynym nieuniknionym było wszechobecne błoto, kałuże oraz bardziej wezbrana woda w rzecze, która nie tak dawno temu porwała ciało jego matki. Od tamtego czasu często można było zobaczyć, jak samotnie opuszcza obóz, by w pojedynkę odbyć patrol. Dziś było podobnie, choć pierwszy raz od pamiętnego dnia zbliżał się bliżej jakiejkolwiek wody biegnącej przez tereny klanu. Plan był prosty, udać się wzdłuż którejś z granicy, a następnie zapolować w głąb lasu. Nie wiedział dokładnie gdzie będzie zmierzać, kolejny raz stwierdził, że pójdzie tam, gdzie go łapy poniosą.
Wychodząc z obozu, skinął swojej drugiej matce, która rozmawiała z Jaskółczym Zielem o czymś, lecz czekoladowy nie zawracał sobie tym głowy. Spokojnym krokiem zgrabnie przeszedł przez tunel w krzewiastym murze, by udać się w stronę granicy z Klanem Burzy, którzy w taką pogodę mogli jedynie zazdrościć posiadanych drzew na terenie Klanu Wilka. Ich równiny raczej nigdy nie były korzystnym terenem, niezależnie od panującej pory.

***

Wszystko przebiegało po jego myśli, dopóki nie dotarł nad wodę. W jego głowie od razu pojawiły się obrazy tego, jak wzburzone fale pochłaniają jego matkę pod powierzchnię, odcinając ją od dostępu do tlenu. Potrząsnął lekko głową, jakby chcąc się w ten sposób na zawsze pozbyć tych wspomnień, gdy nagle usłyszał czyjeś rozpaczliwe wołanie o pomoc. Głos był słaby i brzmiący na kociaka, miał jeszcze w sercu choć trochę empatii, by nieco pospiesznie przemierzać brzeg w poszukiwaniu tonącego. Wtem ujrzał małe czarno białe ciało kocięcia i zbyt dużo nie myśląc, próbował je złapać.
Na szczęście udało mu się to i po chwili przemoczona kulka zwisała w jego pysku trzymana za skórę na karku. Ostrożnie odłożył znajdę na ziemi w lisiej długości od wody, jakby z obawą, że przestraszony kociak może ponownie do niej wpaść. Całe ciało kociaka się trzęsło, a zęby szczękały o siebie, lecz maluch miał zamknięte oczy. W czułym geście nieco nieudolnie przejechał językiem po jej czole, na co przemoczona kulka wydała cichy pisk i po chwili zawiesiła oczy na jego sylwetce.
— T-tata? — wydukała, niemal podskakując. Od razu przywarła do jego łapy, wciskając nos w futro. — Tato! Wiedziałam, że przyjdziesz mnie uratować! — wypiszczała, a wojownik zdezorientowany przyglądał się temu. Zamrugał parę razy, jakby chcąc się upewnić, że to wszystko nie jest jakimiś halucynacjami, które wykreował jego umysł. Mimo to mała koteczka nadal przylegała do jego łapy, jakby ta zaraz miała zniknąć. Przymknął swe zielone ślepie, zastanawiając się co dalej, lecz poprawna odpowiedź była jedna: powrót do obozu z przemoczonym kociakiem.

***

Nikła Gwiazda nic nie miał przeciwko znajdzie, szczególnie że teraz każdy młody kot był na wagę złota przez bandę zdrajców. Po werdykcie lidera podrzucił małą do żłobka z nadzieją, że ta grzecznie tam pozostanie, lecz jego spokój nie trwał długo. Po dowiedzeniu się jakie imię nosi kotka i dojściu do siebie, Wąsatka często opuszczała bezpieczną kociarnię, by potem kręcić się przy jego łapach, nazywając go tatą. Nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi, lecz możliwe było, że ten kotce przypomina swojego prawdziwego rodziciela. W końcu pogodził się z tym stanem rzeczy, lecz nie oznaczało to, że teraz ciągle będzie siedzieć przy przybranej córce, w końcu jako wojownik nadal miał swoje obowiązki. W dodatku musiał przyznać, że Wąsatka była na tyle energiczna, że ten czasem po prostu nie miał siły na jej towarzystwo.
Właśnie rozmawiał ze swoją dawną uczennicą, Tropiącą Łaską, przy stosie, chcąc wiedzieć jak sobie radzi jako wojownik, gdy niespodziewanie usłyszał czyjś niezdarny bieg, a już po chwili do jego łapy przylgnęła Wąsatka, tradycyjnie krzycząc, jakby chcąc mieć pewność, że jej przybrany ojciec usłyszy także słowo.
— Tato!!! Zabierzesz mnie dziś na spacer? A może się ze mną pobawisz? — Ciężko na to westchnął, przepraszając szylkretową kotkę. Ta jedynie skinęła głową i zabierając coś ze stosu, oddaliła się od tego nieco głośnego towarzystwa.
— Wąsatko, co mówiłem o opuszczaniu żłobka? — spytał z opanowaniem, by po chwili wziąć dla siebie drozda ze stosu. Pochylając się, szturchnął kotkę, by ta puściła jego łapę i ruszyła w stronę żłobka.
— Ale tato… — zaczęła, idąc niechętnie w stronę legowiska, z którego przed chwilą czmychnęła. Wszedł do środka, gdzie Gąsiorkowy Trzepot odgrywała rolę matki zastępczej dla trójki kociąt, by następnie tuż obok wyjścia położyć się i zająć posiłkiem.
— Nie ma żadnego “ale”. Mogę Cię zabrać na spacer, jeśli tak bardzo tego pragniesz, lecz w zamian oczekuje bycia grzecznym i nieopuszczania żłobka bez zgody Gąsiorkowego Trzepotu lub mojej. Wyrażam się jasno? — powiedział, mogąc brzmieć oschle, lecz robił to z troski o kotkę. W oczekiwaniu na odpowiedź kotki skubnął kawałek drozda, wcześniej pozbywając się paru piór, które teraz leżały obok jego łap. On sam miał utkwiony wzrok na postaci swojej przybranej córki, jakby w obawie, że ta nagle ponownie opuści biegiem kociarnię.

<Wąsatko?>

Od Grubego do Chudego

Jakiś czas temu Gąsiorkowy Trzepot zaczęła im podrzucać pod nos niewielkie piszczki do spróbowania. Pilnowała, czy Kalinka dobrze się rozwija i czy rzeczywiście próbuje stałych pokarmów, odpowiednich do jej wieku. Gruby, Chudy i Noc przy okazji też uczyli się jeść coś innego, niż mleko Gąsiorek. Dzisiaj pod ich łapkami leżały niewielki piszczki, świeżo upolowane przez Sowi Szpon. Nim wyszedł, zdążył wymienić kilka słów z karmicielką i przyjrzeć się kociętom. Uciekł jednak stosunkowo szybko, nie wdając się w dyskusję z żadnym z dzieciaków.
Dla Grubego spróbowanie nowego pokarmu nie było problemem. Krótkie mysie futerko było całkiem śmiesznym doświadczeniem na jego języku, a mięso z dnia na dzień coraz bardziej mu smakowało. Noc również nie narzekał, z chęcią pałaszując zdobycz. Niestety nie można było tego samego powiedzieć o Chudym. Bury powąchał mysz trzy razy, po czym trącił ją niechętnie pazurem, krzywiąc się strasznie.
— Śmierdzi — bąknął, odsuwając piszczkę od siebie. — I jest jakaś taka krzywa. Nie będę jadł krzywej myszy.
— Moja nie jest krzywa — stwierdził Gruby, przeżuwając głośno. — No spróbuj chociaż kawałek, pani Gąsiorkowy Trzepot znowu będzie marudzić, że zabieramy mleko Kalince.
— Yhhhh... — z gardła Chudego wydobył się przedłużony, ciężki pomruk. — No pokaż.
Gruby zamienił dwie myszki miejscami. Chudy powtórzył procedurę oceny krzywości myszy. Cały czas gderając pod nosem, wziął maciupeńki gryzek samymi zębami, jakby obawiał się, że jak język dotknie mięsa to mu odpadnie, po czym po długiej walce przełknął. Gruby tylko przewrócił oczami z niewielkim rozbawieniem na pyszczku, gdy Chudy się wzdrygnął.
— I co? Aż takie złe? — przez ramię Grubego zajrzał Noc, posyłając Chudemu zaciekawione spojrzenie. Dzieciak prychnął tylko, strzepując ogonem, po czym spojrzał na resztę myszy.
— Ten kawałek mi się już nie podoba. Widzisz? Wygląda na obślizgły i ma taki brzydki kolor. Fuj — wytknął w zniesmaczeniu język. Gruby absolutnie nie potrafił zobaczyć, gdzie niby Chudy widzi obślizgłość. Gryz jak gryz przecież. Pochylił się i wygryzł kawałek, który pokazywał mu brat.
— Patrz, już nie ma — mruknął Gruby. Nie chciał, żeby brat mu umarł z głodu. Już i tak wyglądał jak patyk co ma się obrócić w proch, a skoro mleko go nie podtuczyło to musieli znaleźć coś innego.
— Obśliniłeś mi teraz wszystko...
Noc wydał z siebie zmęczone jęknięcie. Najwidoczniej też powoli puszczały mu nerwy.
— Wiesz co, może to przez Twoje marudzenie wszystkie liście w żłobku więdną... — rzucił przekornie Gruby, na co nim się obejrzał dostał w mordkę nadgryzioną myszą. — Ej!
Chudy szybko ukrył złośliwy uśmieszek na pysku i w uderzenie serca, bez słowa pokazał palcem na Noc, który zrobił oburzoną minę na fałszywe oskarżenia, po czym rzucił swoim kawałkiem piszczki prosto w Chudego.

<Chudy?> 

Od Smugi CD. Kurki

Przeszłość

— Ale nie zdeptał! — miauknął z wielką pewnością, że to się nigdy nie stanie. Choć to wcale nie tak, że wychodząc ze żłobka już o mało, co nie został zdeptany. W końcu dawno i nieprawda, jak to mawiają.
— W końcu do tego dojdzie, dlatego kociaki przebywają w bezpiecznym żłobku — oznajmił zwiadowca, lecz kocurek już go nie słuchał, gdyż stwierdził, że znudziło mu się to zwiedzanie obozu.

Teraźniejszość

W końcu nadeszła pora opadających liści, co oznaczało, że zaczęło się powoli robić chłodniej, a opady coraz częściej zaszczycały swoją obecnością tereny Owocowego Lasu. W dodatku zdarzały się także wietrzne dni, przez co czekoladowy miał wrażenie, że w legowisku uczniów jest znacznie chłodniej niż pośród ściółki leśnej.
Trochę już minęło od dnia, gdy został mianowany na ucznia wojownika, a jego mentorem został Żagnica, który charakterem był podobny do Figi z tą różnicą, że raczej traktował każdego kota tak samo bez wyjątków, w tym swojego podopiecznego. Młodszy jednak nie był zrażony do wojownika, ciesząc się, że ma na kim szkolić się w docinkach. Wszelkie kąśliwe uwagi były w ich relacji na porządku dzienny, lecz mimo to Smuga szanował vana i bywało, że czasem parę razy się zastanawiał przy kolejnej docince, jakby w obawie, że faktycznie może urazić starszego. A ten, kiedy wstawał lewą łapą, to często okazywał to jeszcze większym niezadowoleniem niż na co dzień, co dla bicolora oznaczało, że szykuje się dla niego ciężki trening danego dnia.
Dziś pogoda nie była łaskawa, dlatego też mało kto miał ochotę się ruszać z obozu, lecz ktoś musiał udać się na patrole i tych paru nieszczęśników czekało przemoczone futro oraz szczękanie zębami, szczególnie tych z krótszą sierścią. Do tego grona należał Smuga z Żagnicą i jeszcze jedna dwójka kocurów, których czekoladowy nie kojarzył — choć on to większości kotów nie kojarzył, jakby Ci nie byli warci jego uwagi, wyjątkami była żyjąca rodzina, liderka z zastępcami, szaman oraz grono uzdrowicieli. Nim jednak mieli wyruszyć na patrol łowiecki, było jeszcze trochę czasu, co Żagnica chciał wykorzystać na nauczenie Smugi kolejnej zdolności, jaką było tworzenie legowisk na gałęziach drzew, szczególnie że w przypadku uczniów Ci wymieniali się posłaniami.
— Czemu już mnie gdzieś ciągniesz…? Wystarczy mi przyszły patrol — narzekał młodszy, wychodząc z obozu za mentorem.
— Nie bądź taką suchą łapą, też mam krótką sierść, mysia strawo — rzucił starszy, zmierzając do drzewa, gdzie parę księżyców temu ćwiczyli wspinaczkę.
— Nie jestem słaby! — zaprotestował od razu.
— Och, doprawdy? — mruknął, unosząc jedną brew z nieco znudzonym wyrazem pyska.
— Owszem — zapierał się Smuga.
— Jesteś synem stróża i zwiadowca — zauważył van, wspinając się na jedną z niższych gałęzi drzewa. — W dodatku z tego, co kojarzę, to obecnie żyje jedynie jeden kot w twojej rodzinie, który jest wojownikiem. Genów nie wyprzesz młody.
— I co z tego?
— To, że musisz dwa razy ciężej pracować od reszty. Dajmy na to Borowika, z którym będziemy mieć patrol, nie dość, że starszy od ciebie, większy od swoich rówieśników to on nie musi się zbytnio starać. Na spokojnie mógłby Cię pokonać jednym machnięciem łapy — oznajmił, siadając na najniższej gałęzi, czekając, aż jego uczeń sam się pofatyguje do niego.
— Wow, czasem potrafisz coś mądrego powiedzieć między kąśliwymi uwagami, Żagnico — powiedział młodszy z nieco wrednym uśmiechem, jakby nie wiedział tego, że musi znacznie ciężej pracować od innych uczniów szkolących się na wojowników. Był tego świadomy odkąd Jeżyna i Przypływ zaczęły mu opowiadać o tej profesji w Owocowym Lesie. Doskonale pamięta błysk troski w pomarańczowych oczach liliowej kotki, kiedy oznajmił, że także chce zostać wojownikiem, mimo to każdy go w tym wspierał.
Na uwagę ucznia, van przewrócił oczami, poganiając Smugę, by się sprężył z tą wspinaczką, w końcu nie mają całego dnia. A Borowik i Topola nie będą na nich czekać, dlatego że KTOŚ nie umiał się pospieszyć ze wdrapaniem się na durne drzewo.
— Wrzód na ogonie z ciebie — stwierdził wojownik, kiedy tylko drobniejszy znalazł się obok niego.
— Odezwał się rozlazły ślimak — zripostował.
— Dobra, kiedy indziej będziesz się męczyć z docinkami, najpierw nauka, byś mi wstydu nie przyniósł. Umiesz tworzyć legowiska wśród koron drzew? Nie. Więc się nauczysz — zaczął, przechodząc płynnie do tłumaczenia wszystkiego co potrzebne, począwszy od wyboru gałęzi po sposób wykonania.
Później przyszedł czas na praktykę, kiedy tylko Żagnica zakończył swój wykład, w tym celu zeszli z drzewa, by żółtooki najpierw ogarnął samo budowanie legowiska, nim przeniosą się z tym na gałęzie. Ciągła mżawka niczego nie ułatwiała, przez co materiały były wilgotne i nie współpracowały po myśli ucznia, który starał się jak mógł w akompaniamencie uwag swojego mentora.

***

Kiedy w końcu van uznał, że wystarczająco Smuga się namęczył z tworzeniem posłania i przeniesieniem tego na drzewo, wrócili do obozu akurat w momencie, kiedy Topola czekał na swojego podopiecznego. Arlekin na widok swojego dawnego mentora widocznie się spiął, co nie uszło uwadze czekoladowemu, który zastanawiał się, czy Żagnica faktycznie taki straszny jest. Fakt, do przyjemnych kotów nie należy, ale żeby od razu się bać? Na samą myśl parsknął cichym śmiechem, co spotkało się z pytającym spojrzeniem srebrnego wojownika. Smuga zbył go wzruszeniem ramion, udając się pod jeden z licznych krzewów, by jakkolwiek się uchronić przed jeszcze większym zmoknięciem, o ile było to możliwe.
Wtem zauważył, jak znany mu młody zwiadowca idzie wraz z innym kocurem u boku. Ten miał tego samego koloru sierść, co Kurka, choć był znacznie większy od niego. Po chwili Topola także spostrzegł dwójkę zmierzających i żwawym krokiem podszedł do nich, by zwrócić się do tego bardziej masywnego, wyglądającego na wojownika. Nie chcąc przeszkadzać w rozmowie, Kurka podszedł do Smugi i przysiadł na chwilę obok niego.
— Cześć Smugo, dawno nie rozmawialiśmy. Wyrosłeś nieco od czasu, gdy postanowiłeś pozwiedzać — zagaił starszy.
— Owszem. Ten, z którym szedłeś, znasz go?
— Tak, to mój brat. Borowik.
— Brat? Żagnica mi dziś o nim mówił, jak przykład, że powali mnie jednym ruchem łapy — przyznał, by na krótką chwilę zamilknąć. — Chodź z nami na patrol — oznajmił nagle, przypatrując się rozmowie Topoli ze swoim uczniem. Zastanawiało go, czemu ten nadal jest uczniem, skoro Kurka piastuje stanowisko zwiadowcy, odkąd pamięta.

<Kurko? Nie daj się prosić>

[984 słowa + tworzenie legowisk na gałęziach drzew]

[przyznano 20% + 5%]

Od Grubego CD. Wąsatki

Obudził się z własnym, ostatnim tej nocy chrapnięciem w uszach. Westchnął głęboko, ziewnął i zamlaskał parę razy. Nie lubił pobudek. Przez fakt, że za krótka kufa utrudniała mu oddychanie, w nocy oddychał też przez pyszczek co wysuszało mu potwornie gardło. Zawsze musiał obudzić się z chrypą, która owszem, może i przechodziła po jakimś czasie, to wciąż była irytująca. Zamrugał parę razy by wyostrzyć wzrok, by zaraz się wzdrygnąć, zaskoczony nagłym pojawieniem się czarno-białej mordki centymetry od jego płaskiego pyska.
— Hej, cześć! — mruknęła półszeptem, starając się nie obudzić śpiących obok kotów. — Jestem Wąsatka, nie wiem, czy wiesz — przywitała się, siadając obok.
Gruby wpatrywał się w nią w milczeniu. Nie powinien oceniać innych po wyglądzie, w końcu jego samego cały czas goniły wzmianki o jego płaskim pysku, jednak na widok kotki na myśl przyszło mu jedno - jej rozjechane oczka. Ciekawe, czy widziała jego i podłogę na raz... pokręcił zaraz głową, karcąc się w myślach i gryząc w język. Nie powinien wyciągać pochopnych wniosków, a na pewno nie takich. Głupota.
— A w ogóle… co Ci się stało w pysk? Uderzyłeś w ścianę żłobka, jak byłeś mały…? — Przechyliła głowę. — I co z Chudym? On wygląda podobnie, prawda? Dlaczego tylko Noc ma normalną mordkę?
Skrzywił się na słowa kotki. Najwidoczniej nie powinien wcześniej się hamować z komentarzami, skoro kotka robiła sobie z niego jaja.
— Nie, wiesz, zaraziłem się choróbskiem, kichnąłem i odpadł gdzieś — prychnął, wywracając oczami, na co Wąsatka wyłupiła oczyska.
— To straszne! Może da się go jeszcze znaleźć? Pomogę Ci! — pisnęła przejęta i zaczęła się rozglądać energicznie po podłożu. Chwiejnym krokiem podbiegła do najbliższego legowiska i zajrzała pod nie, potem pod kolejne i kolejne. Gruby nieco zgłupiał na jej reakcję. Był przekonany, że Wąsatka się z niego nabija, a jednak na jej pyszczku nie widział tak znajomego mu obrzydzenia czy pożałowania, a teraz jeszcze oferowała mu pomoc? Tak za nic? Pomylił się wcześniej? Zrobiło mu się trochę głupio, patrząc na koteczkę.
— Ż-żartowałem... — burknął speszony, na co Wąsatka podniosła pyszczek z podłogi. — Zawsze tak miałem. Tak jak Chudy. Nie wiem czemu Noc ma inaczej — odpowiedział w końcu na jej pytania.
— Ufff! Nastraszyłeś mnie! — przetarła łapką czółko, oddychając z ulgą. — Ale skoro Ci nie odpadł, może możemy go od nowa zrobić. Taki jaki ma Noc, tylko z... hm... — zastanowiła się, po czym podskoczyła podekscytowana w miejscu. — Wiem! Z ziemi! Ozdobimy go liściami, żeby był pomarańczowy, jak ty!
Gruby zamrugał parę razy. Doprawdy niedorzeczny pomysł... ale gdzieś tam w serduszku cieszył się entuzjazmem kotki. Miła odmiana od tego, co dotychczas doświadczał od odwiedzających żłobek Wilczaków.
— Wątpię, że to pomoże... — mruknął, podnosząc się z leża.
— Nie mów nie, dopóki nie spróbujesz! — rzuciła bojowo Wąsatka, na co Gruby pokręcił łebkiem i sam zaczął się rozglądać za liściami, które najbardziej pasowały kolorem do jego rudej szaty, nawet jeśli myślał, że to idiotyczny pomysł. 

<Wąsatka?>